szczury_wroclawia_kraty

Wizyta w redakcji CD-Action 2009

Oskar "Ardis" Grzelak niedziela, 21 marca 2010

Długo wyczekiwany dzień zbliżał się wielkimi susami. Zajęcia na uczelni odrobione, kolokwia przełożone, wszystkie sprawy załatwione, a bilety zakupione dzień wcześniej. Pozostawało już tylko czekać.

Od rana było wiadomo, że dzień ten będzie wyjątkowy. Tydzień niskich temperatur i nieskończonych opadów deszczu skończył się jak ręką odjął. Słońce przyjemnie grzało, więc nie było problemów ze wstaniem, nawet o tak nieludzkiej porze (budzik wskazywał 8:00). Poranna toaleta, szybkie śniadanie i spotkanie z równie rozentuzjazmowanym Thorinem były wstępem dla krótkiej wędrówki na krakowski dworzec PKP. Na peronie spotkaliśmy czekającego już dobrą chwilę Norberta, znajomego z uczelni. Po chwili pojawił się Nazin. Byliśmy w komplecie – krakowska ekipa jadąca z wizytą do redakcji CD-Action.

Game ExeGame ExeGame Exe

Nie będę męczyć czytelników opisem podróży do Wrocławia. Wspomnę tylko, że minęła nad wyraz przyjemnie. Nie było w tym, oczywiście, zasługi PKP, a doskonałego humoru, który się nam wszystkim udzielał. Całą drogę spekulowaliśmy na temat wizyty w redakcji, rozmawialiśmy o GameExe’owych sprawach, aż w końcu każdy zanurzył się w literackie odmęty.

Na PKP zawsze można liczyć! Podróż przebiegała zgodnie z planem i wydawało się, że wszystko będzie w jak najlepszym porządku. Niestety, parę kilometrów przed Wrocławiem z niewyjaśnionych przyczyn pociąg stanął. O ile słoneczna pogoda dotychczas nas cieszyła, tak teraz stojąc w szczerym polu, zamknięci w metalowej puszce, umieraliśmy z duchoty. Co gorsza, nieubłaganie zbliżała się godzina wizyty. Byliśmy umówieni na 14:30, a pociąg stał i stał. Tak, jak mówiłem – nie zawiedliśmy się na wiecznie zawodnym PKP.

Po ponad półgodzinnym postoju ruszyliśmy i na dworzec dotarliśmy mocno już spóźnieni. Dodatkowo nikt z nas nie znał Wrocławia, a o wzięciu mapy też jakoś nie pomyśleliśmy, więc pozostało nam liczyć na litość przechodniów. Taksówkarz spod gmachu dworca wskazał nam drogę na rynek, jednak uczynił to w tak zagmatwany i niejasny sposób, że mieliśmy niemałe problemy z trafieniem.

Game ExeGame ExeGame Exe

Koniec końców podołaliśmy zadaniu. Niestety, brak czasu (wspominałem już o niezawodności PKP) uniemożliwił nam jakiekolwiek próby zwiedzania starego miasta. Przelotem widzieliśmy tylko szopkę wystawioną na rynku i pręgierz, pod którym, de facto, byliśmy umówieni z ostatnim członkiem naszej ekipy, przybyłym z Poznania Valandilem. Kierując się intuicją, niemal od razu trafiliśmy pod adres docelowy – Sukiennice 6. Szybka podróż na trzecie piętro (wciąż mnie zastanawia, po kiego jechaliśmy windą) i już byliśmy o krok od celu.

Wrota redakcji CD-Action, nie bez przeszkód (niezrozumienie sygnałów na linii my-sekretarka) przekroczyliśmy w pięć osób – Norbert, Nazin, Thorin, Valandil i ja. Nie wiem jak reszta, ale osobiście poczułem się jakbym wkraczał do zupełnie obcego świata – nie ukrywam, że wizyta w redakcji CD-Action była moim marzeniem od czasu zakupu swojego pierwszego egzemplarza czasopisma. Po krótkim wyjaśnieniu pani sekretarce celu naszej wizyty, zostaliśmy bardzo serdecznie przywitani przez Mac Abrę, redaktora naczelnego. On też wziął na swoje barki obowiązek opowiedzenia nam o niuansach związanych z redakcją.

Naczelny okazał się doskonałym przewodnikiem. Z wielkim zapałem zabrał się za oprowadzenie nas po zakamarkach siedziby. Poza tym, mieliśmy możliwość dowiedzieć się, jak tak naprawdę wygląda praca w redakcji oraz poznać niektóre składowe procesu tworzenia czasopisma. Pierwszym tajemniczym obiektem na naszej drodze do oświecenia było wielkie ustrojstwo, stojące niemalże w samym centrum redakcji, które, jak się okazało, łączyło w sobie funkcje biurka, tablicy i lampy. Widząc nasze pytające spojrzenia, Mac Abra spieszył już z wyjaśnieniami. Ów obiekt służyć ma obserwowaniu postępów w pracy nad magazynem. Zarówno na blacie, jak i tablicy, umieszczane są próbki stron, a światło lampy ma symulować światło słoneczne. Wszystko to, aby dobór kolorystyki był jak najlepszy. Niestety zanim udało nam się podejść na tyle blisko, żeby podejrzeć zawartość nowego numeru, Mac Abra sprzątnął świeże wydruki i zastąpił je starymi, już nieaktualnymi. Dodatkowo, zrobił nam krótki wywiad na temat istoty światła w fotografii i jego wpływu na dobór barw.

Game ExeGame ExeGame Exe

Kolejnym miejscem, które zostało nam przedstawione, było „akwarium”, nazwane tak z powodu rzędu okien otaczających pomieszczenie. Niestety, nie weszliśmy do środka, ale dowiedzieliśmy się, że najważniejszą rolę spełniają tam potężne i drogocenne drukarki, których przeznaczeniem jest tworzenie próbnych wydruków. To właśnie te stronice trafiają na wspominany przed chwilą „mebel”, gdzie umieszcza się wszelkie propozycje mniejszych bądź większych przeróbek.

Kolejnym krokiem w naszej wędrówce była możliwość pokręcenia się wśród poszczególnych stanowisk pracy redaktorów. Nieszczęśliwym zrządzeniem losu, wiele z nich było pustych – zagraniczne delegacje i ogólnie pojęta praca w terenie. Mogliśmy za to przypatrzeć się pracy Allora, Huta czy Cormaca. W tej części wizyty pogawędziliśmy trochę o nieporządku panującym na biurkach. Uspokoiliśmy próbującego się tłumaczyć Mac Abrę i doszliśmy do wspólnych wniosków, że chaos na stanowisku pracy jest rzeczą naturalną, a większy bajzel świadczy o wyższej pozycji w hierarchii redakcyjnej. Od razu zdementuję wszelkie plotki na temat walających się wszędzie puszkach po coli i opakowań po pizzy. W pobliżu biurka Mac Abry na ścianie zostały wyeksponowane co ciekawsze okładki starszych numerów czasopisma. Nie omieszkaliśmy strzelić sobie parę fotek na tym jakże ciekawym tle, wprowadzając przy tym trochę chaosu (odczepione stronice miały pewne opory przed ponownym przytwierdzeniem). Jako ciekawostka, zostały nam pokazane alternatywne wersje paru okładek, które nigdy nie ujrzały światła dziennego. Przy tym półki uginające się od archiwalnych numerów CD-Action wyglądały bardzo majestatycznie. Szkoda, że zabrakło kurzu i patyny, pokrywających regał, które wzmocniłyby tylko efekt.

Bardzo ważnym obszarem w siedzibie redakcji jest tak zwany kącik relaksacyjny. Składają się na niego dwa fotele i sofa, meble tak niesamowicie wygodne, że ciężko się było podnieść po zażyciu chwilowego odpoczynku. Tu również została wystawiona tablica, na której zawisła wielka laurka od wiernych czytelników (mogliście ją podziwiać w miniaturowej wersji w jednym z numerów CD-Action). Tarcza do rzutek jest dodatkiem dla mniej spokojnych członków redakcji.

Game ExeGame ExeGame Exe

Następnie, zostaliśmy zaprowadzeni do sali konferencyjnej – podłużnego pomieszczenia, którego niemal całą powierzchnię zajmuje stół i krzesła, naturalnie. Tu również miała miejsce druga, o wiele ważniejsza, część naszej wycieczki. Wszyscy obawialiśmy się tego etapu, bo właściwie nikt nie miał doświadczenia w prowadzeniu wywiadów. Jak się okazało, nie tylko my byliśmy przerażeni. Kiedy daliśmy do zrozumienia, co zaraz nastąpi, wszyscy nagle zaczęli nas unikać jak ognia. Przyjechaliśmy tu jednak jako delegacja z odpowiedzialnym zadaniem i nie mogliśmy wrócić z pustymi rękoma. Postawiliśmy więc na swoim i mniej lub bardziej przemyślnymi fortelami zwabialiśmy redaktorów do sali konferencyjnej (do Cormaca dotarliśmy poprzez muzykę, a Huta wzięliśmy na litość). Jak się okazało, cała ta niechęć do mediów była tylko pozorna, bo jak przyszło co do czego, to zebraliśmy całkiem spory materiał. Pytaniami strzelaliśmy po kolei do Mac Abry, Qn'ika, Allora, Cormaca i Huta.

Po wywiadach przyszedł czas na zdjęcia grupowe. Akwarium okazało się spełniać doskonale rolę tła, zwłaszcza z powodu wielkiego logo CD-Action wiszącego nad naszymi głowami. Było już wtedy dosyć późno, toteż duża część członków redakcji uciekła do domów. Mimo to, możemy się poszczycić paroma interesującymi fotkami. Valandil zrobił jeszcze rundkę po redakcji w celu uwiecznienia paru ciekawszych elementów. Uwagę naszego fotografa przykuła głównie kolekcja figurek wyeksponowanych na biurku Cormaca.

Tym samym nasza wycieczka się zakończyła. Zostaliśmy pożegnani równie ciepło, co powitani. Nie obyło się bez wyrażenia nadziei na kolejne spotkania. No cóż, zobaczymy. Poważne obsuwy i przekraczający nasze oczekiwania czas spędzony w redakcji spowodowały, że nie mieliśmy już w ogóle szans na zjedzenie porządnego posiłku, a tym bardziej na zwiedzenie Wrocławia. Z racji tego do pociągu powrotnego wsiadaliśmy, niewątpliwie, zadowoleni, ale jednocześnie towarzyszyło nam uczucie lekkiego niedosytu. Co ważniejsze, poczucie dobrze spełnionego obowiązku całkowicie pokryło zmęczenie wywołane całodniowymi przygodami.

Wszystkie zdjęcia z wizyty.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...