Sesje Forumowe cz. 3

Wiktor "Wiktul" Werner środa, 23 lutego 2011
alien, avp

AvP 2

1

Kel'kahn wskoczył do kanału ściekowego, w którym mógł spokojnie iść wyprostowany, mając jeszcze metr zapasu. Woda – czy cokolwiek to było – sięgała do kostek. Co dziwne, myśliwego nie zwalił z nóg wszechogarniający smród ekskrementów, lecz zapach dziwnej chemii. Zapewne ludzie stosowali jakieś środki mordujące robactwo i pasożyty. Być może też pomagała w tym para, która niewątpliwie była tędy wypuszczana w razie potrzeby.

'kahn słyszał stłumione dudnienie strzałów i eksplozji na powierzchni. Słyszał również odbijające się echem wzdłuż ścian i lewego korytarza przeciągłe, mrożące krew syknięcie. Pozostawała mu nadzieja, że nie będę musiał walczyć z Ya-Smokiem w tej ciasnocie. Biegł, szukając przeciwnika. Tylko jeden z nich dziś przeżyje.

Okazało się, że sieć kanałów jest tutaj naprawdę nieźle rozbudowana. Korytarz w prawo, korytarz w lewo, potem znowu w lewo... Odgłosy walki dobiegały go coraz silniej i to nie tylko na górze, ale również z głębi kanału. Słyszał pojedyncze syknięcia, śpiew ostrza tnącego powietrze i kamień... Który chwilę potem zagłuszył huk rozpadającej się tuż przed nim ściany korytarza, wzbijającej tumany kurzu. Kel'kahn odskoczył, a gdy po chwili dało się zobaczyć cokolwiek, pośród gruzu przy wyrwie dostrzegł nieruchomą sylwetkę Łowcy.

Bardzo ostrożnie spoglądając zza winkla, jakieś cztery metry od wyrwy, zobaczył skąpaną w mdłym świetle technicznych lamp i ulatniającej się parze wielką sylwetkę stwora, który powitał go donośnym skowytem. Łowca szybko dobył shurikena i cisnął go najszybciej jak mógł w dolną część ciała stwora – celując jak najbardziej w nogi, ale idąc raczej w kierunku pewnego trafienia niż ryzykownego rzutu. Predalien opadł na cztery łapy i szybko wycofywał się po okręgu, usiłując uniknąć ostrza wchodząc na ścianę. Zyskując kilka cennych sekund, 'kahn rzucił się wstecz, aktywując działko. Gdy minął pierwszy załom, usłyszał wściekły wrzask i rozchodzące się po ziemi głuche dudnienie ciężkich kroków. Zanim stwór znalazł się w zasięgu wzroku, dotarł do klapy na prowadzącej na powierzchnię.

Na nieszczęście, zaraz po wyjściu z ciasnego włazu Łowca znalazł się bardzo blisko drugiej z głównych bram bazy ludzi oraz bardzo blisko totalnej rozwałki. Kilka metrów przed nim ział wielki lej, z którego strumieniem wyciekała woda z pękniętej rury, zraszając wszystko w promieniu kilkunastu metrów. Krzątający się żołnierze, których liczby w krótkim czasie nie był w stanie ocenić, strzały w powietrzu, zaś niedaleko od fontanny miotający pociski Łowca, którego Kel'kahn rozpoznałby z każdej odległości... Mimo wszystko przerzucił włócznię do lewej dłoni i przygotował bicz. Tym razem nie było czasu na wymyślanie żartów o przynęcie i Yartaju.

Pocisk z granatnika, których chybił Yartaja, eksplodował nieopodal 'kahna, obsypując go grudkami ziemi, a raczej błota, w które się zmieniła pod wpływem tryskającej niczym fontanna wody z pękniętej rury. Jednocześnie klapa włazu wyleciała w powietrze jakby wyrzucona eksplozją, gdy Ya-Smok wyskoczył z kanału na dobre dwa metry nad ziemię, zmiatając ją siłą rozpędu. Łowca strzelił z bicza. Nie trafił w łeb, ale zdołał go zahaczyć.

Kilka kolejnych pociągnięć wybiło stworowi ze łba ewentualny plan szybkiego zmienienia Łowcy w strzęp szmat. Dodatkowo uchylanie się przed kolejnymi cięciami zmuszało go do wycofywania się bliżej w stronę "frontu".

Trudno stwierdzić, czy ludzie postanowili ukatrupić kolejną obok Yartaja poczwarę, czy też nie trafiając w niego stwarzają zagrożenie dla zwierzęcia. Nie jest niestety tak całkiem wesoło. Albo 'kahn również został uznany za kolejną – obok Yartaja oczywiście – godną eksterminacji poczwarę, albo po prostu trafił w złe miejsce w złym czasie, gdyż seria z karabinu przecięła ziemię tuż przed jego stopami.

Widząc, że razem ze swą zwierzyną mogą obaj paść ofiarą ostrzału, Kel'kahn zawinął biczem i rzucił się pędem w bok, pod ścianę najbliższego budynku. Tym razem miał dość szczęścia, by zyskać trochę dystansu nad Ya-Smokiem, który musiał unikać mierzonych w jego kierunku serii z karabinów. Zanim przeciwnik zorientował się gdzie jest Łowca, ten dobiegał już do budynku. Pędzący w jego stronę Predalien był tuż tuż. Kawałek dalej Yartaj zawył, otrzymując postrzał w ramię.

Będąc na tyle blisko ściany, by jeszcze zdążyć zmienić kierunek biegu przed wpadnięciem na nią, Kel'kahn odwrócił się przez prawe ramię, rzucając rozkładaną jednocześnie włócznią na wysokość gardła Smoka. Cisnął włócznią zabójczo mocno, lecz refleks przeciwnika był nadzwyczajny. Uchylił się, opadając na cztery łapy, jednocześnie wykorzystując to do wykonania rozszarpującego ataku skokiem. Gdyby 'kahn nie był przygotowany na natychmiastowy odskok po rzucie, niewiele by z niego zostało. Ale był. Ya-Smok natomiast nie był przygotowany na spotkanie ze ścianą, w którą wbił się całym swym impetem i ciężarem, niknąc w środku budynku z bolesnym wrzaskiem.

gameexe, sw: tor, ge, pbf, sesje

Star Wars

2

Fitz podążał za śladami parę metrów, ale te po kilkunastu krokach po prostu znikały. Najemnik pogrzebał dłonią w piachu, tam gdzie tropy niknęły, ale nie odnalazł żadnej klapy ani nic podobnego.

- Albo facet umie latać, albo... nie wiem co. – stwierdził odkrywczo, drapiąc się po głowie.

Mason przyjrzał się uważnie śladom z nadzieją, że zauważy coś odstającego od standardów – Trent, widziałeś kiedyś coś takiego?

Łowca nagród przykucnął przy śladach, przez chwilę milcząc z powagą.

- Przyznam ci stary, że facet mnie zagiął. – oznajmił po chwili – Widzisz? Tu nie ma żadnych śladów po jetpacku ani niczym takim. – wskazał zamaszyście dłonią ostatnie odciski stóp – A ślady są nadal świeże, wiatr nie zdążył ich zasypać... – rozejrzał się wokół, po horyzoncie Morza Wydm – Niemożliwe żeby był daleko i usiłował nas przycelować... Kurwa. – Trent wstał i podrapał krótko głowę dłonią w zbrojonej rękawicy.

Gdy najemnicy gremialnie deliberowali w milczeniu nad naturą tej przedziwnej anomalii, zebrani wokół miejsca, gdzie powinien być ich cel i grobowiec, ten pojawił się. Nie grobowiec, cel.

Sith, szyja po głowie, ramiona po szyi, tors po ramionach i dalej od pasa w dół wychynął, wypłynął, po prostu wyszedł spod piasku, jakby wchodził po schodach, których nie mogło tam być. Niczym niesamowity iluzjonista lub pustynna fatamorgana pojawił się po prostu tuż między nimi.

Na tę jedną, trwającą ponad i poza czasem sekundę, wszechświat wokół zatrzymał się, unieruchomiony siłą zbiorowej konsternacji i zaskoczenia, malujących się na twarzach wszystkich obecnych – Masona, Hiksa, chłopaków, nawet samego Sitha, stojącego cztery kroki od nich.

Storm poczuł się jakby równocześnie cały senat Republiki złapał go ze spuszczonymi gaciami na środku szczerego pola. Przez kilka sekund, możliwe, że ostatnich pieprzonych sekund swojego życia, które trwały niczym wieczność, patrzył zdziwiony na przeklętego Sitha. Gdy ocknął się z szoku po prostu odruchowo wyciągnął swoje blastery, skierował je w stronę celu i – podobnie jak reszta ekipy – zaczął nasuwać ile fabryka dała.

Powiedzieć, że facet był szybki, to jak stwierdzić, że zwycięzca międzyplanetarnych wyścigów ma niezłą brykę. Powiedzieć, że facet był szybszy od światła, to jak mówić, że białe jest czarne a gówno to twaróg. Dość powiedzieć zatem, że Nogar nie żył zanim sięgnął po broń, Tar dostał rykoszetem pocisku z własnego blastera w ramię, a serie pozostałych poleciały szukać szczęścia między piaskami pustyni. Mniej więcej nanosekundę później Sith wrzasnął gardłowo i wbił ostrze swego miecza w piasek, a powietrze wokół niego eksplodowało. Najemników odrzuciło jak granatem na pięć metrów w tył po okręgu. Zanim Storm zdążył wstać i przypomnieć sobie jak się nazywa, Sith wsiadał już na swój, stojący nieopodal, pojazd... Który nie chciał ruszyć.

Storm, zszokowany, zdezorientowany, z ustami pełnymi piachu, patrzył na Sitha, który próbował odpalić swój ścigacz, który przezornie wcześniej unieruchomili. Bolały go żebra, bolały go plecy, napierdalał go tyłek. Miał już gościa powyżej uszu, więc zrobił tylko to co mógł z tej pozycji i w takim stanie. Rzucił granat odłamkowy najmocniej jak się da w stronę tego sukinsyna i jego grata, modląc się, że facet jest zbyt zajęty by go zauważyć i uniknąć. Kolejna seria seria z blasterów Tara i Lokara zmusiła Sitha do zeskoczenia z pojazdu i zajęcia się odbijaniem pocisków, podczas gdy Hiks stwierdził, że zdecydowanie nie ma czasu na pierdoły. Mason ponownie znalazł się na ziemi z twarzą w piasku, lecz tym razem rzucił się sam, wiedząc co nastąpi gdy jego granat, maszyna Sitha i termodetonator "Starfuckera" wybuchną w jednym momencie.

Eksplozja rozeszła się po pustyni niczym dźwiękowe tsunami, a podmuch żaru wycisnął ze Storma prawie całą zawartą w organizmie wodę. Refleksy dwóch słońc pozwalały mu zauważyć, że pod wpływem wybuchu część piasku zmieniła się w szkło od temperatury. Najgorsze jednak, że z kłębu piachu, pyłu, dymu i resztek ognia wychynął na wpół spalony, na wpół odarty do gołej kości ze skóry i mięśni oraz wkurwiony niczym mała supernowa Sith.

Lokar poszybował ku niemu w powietrzu z ogromną prędkością, niczym wystrzelony z niewidzialnej procy, by krzyknąć boleśnie gdy zakończył swój mimowolny lot na czerwonym ostrzu świetlnego miecza.

- Napierdalać mu w łeb, w łeb!!! – wrzasnął Storm przez komunikator. Granat nie wchodził w grę, zważywszy na to, że Lokar był póki co szaszłykiem dla Sitha. Dowódca najemników podniósł leżący obok blaster i zaczął strzelać nieprzerwanym ogniem, starając się trafić w poszarpaną łepetynę swojej przyszłej nagrody.

Sith strzepnął Lokara z miecza i zabrał się za resztę. Najbardziej niebezpieczny okazał się Hiks, plujący w niego strumieniem pocisków ze swojej mandaloriańskiej haubicy. Sith zbliżył się do niego, wyciągnął rękę, a Hiks uniósł się w powietrze i upuścił broń, chwytając się spazmatycznie za gardło. Wtedy trafił Storm. Przycelował w ten szpetny, zmasakrowany łeb kościotrupa. Sith zachwiał się i zatoczył, "Starfucker" opadł ciężko na piasek. Ale Sith podniósł się ponownie i spojrzał wprost na Masona. Ten doznał dziwnej sensacji w okolicy pleców, coś szarpnęło i z prędkością małej rakiety najemnik poleciał w jego stronę, zupełnie jak Lokar przed chwilą.

Sith trzymał go za gardło dobry metr nad ziemią. Storm czuł smród spalonego, ludzkiego mięsa, lewa połowa czaszki straszyła białą kością i odsłoniętymi zębami, a w błyszczących wściekłością oczach zobaczył swoją śmierć. Świetlny miecz uniósł się i opadł, a obok głowy Storma mignęła smuga czerwieni.

Upadł na piach, zaś naprzeciw niego leżało bezwładnie ciało Sitha z przestrzeloną na wylot czaszką. To Coldwell musiał trafić ze swojej snajperki. Nieruchome oczy Sitha nadal błyszczały gniewem i śmiercią.

Ocena użytkowników 1,5 Średnia z 1 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...