

Zgodnie z zapowiedzią uczynioną w recenzji poprzedniego sezonu, popiłem w lesie, lecz żadnej smoczycy – jak na złość – nie spotkałem. Powróciłem w biegu maratońskim, gdy przytuliwszy się do swej jak mi się zdawało wybranki spostrzegłem, że jednak natrafiłem na dzika... Pozostaje mi więc jedynie „Miss Kobayashi's Dragon Maid". Jak tam miewa się zaś dalsza historia Kobayashi, której udało się znaleźć w takich okolicznościach swoją smoczycę?
Przypomnijmy: Tytułowa Kobayashi budzi się na ciężkim kacu i spóźniona do pracy. Ktoś jednak puka do drzwi – no cóż, słowo się rzekło, smok u progu. Tohru przypomina o wcześniejszej popijawie w lesie oraz o zaproszeniu, które dostała. Kobayashi nazbyt chętna do wywiązania się z umowy początkowo nie jest, ale kiedy lot na smoku ratuje ją przed spóźnieniem się do roboty, spogląda na nią przychylniej. Tak więc Tohru za dach nad głową zostaje pokojówką Kobayashi. To w sumie bardziej skomplikowane, bo tak właściwie, to obie są po prostu fetyszystkami tego klimatu...















