Fantastyczny ambaras

Dominik "D N" Nowak niedziela, 1 marca 2015

Świat był prostszy, gdy byłem dzieckiem, czasu miałem dużo, a gier do przejścia jeszcze więcej. To rodziło satysfakcję. Zimna wojna na podwórku, kto pierwszy pokona Sarevoka, kto zwerbuje Viconię, jak skończy Jaheira, kto zdobędzie dwuręczniaka +3 i pokona otchłań? Szkolna rywalizacja, podwórkowa logika, godziny rozmów o tytule, nieposkromiona radość, czerwone lica, plejada emocji – aż w głowie się kręci od tych wzniosłości.

smok

Pomimo upływu lat, sentyment do tych chwil został. Bo za dziecka mniej było tytułów do przejścia, nieograniczona fantazja, skończona liczba światów, to wszystko brało się z dwóch schematów: magia i miecz. Ile to nocy nieprzespanych, straconych lekcji, długich spacerów poświęconych w imię fantastycznej poezji i jej wirtualnej ekspozycji. Świat był inny, z perspektywy dziecka, pełen magii, pasji i kunsztownej fantastyki. Pamiętam, gdy z wypiekami na twarzy wyglądałem ekranizacji pierwszej części "Władcy Pierścieni". Na ostatnią nie czekałem, byłem już syty. Inne tytuły wypadły tylko gorzej.

Czyżby świat stanął na głowie? Nie, tylko przyspieszył, lecz zdecydowanie. Już kilka lat temu smoki opuściły dawne lochy i wleciały na komercyjne salony, sprzedając swe łuski, image, grozę, trwoniąc skarbiec, pijąc szampany – można powiedzieć śmiało, że bawią się klawo. Ambiwalentne to uczucie, bo dzięki połyskującym parkietom smoki stały się światowe, tylko gubią przez to coraz więcej łusek, upodobniając się do jaszczurek.

smok

Komercyjna fantastyka zbiera swoje żniwo, tęgie połcie dolarów, poklask nie tylko hobbystów. Superprodukcje wzmagają ten proces, ustawicznie, zachłannie, bez cienia skromności. Internet aż huczy od wiedźminów, czarownic, strzyg czy innych szachrajstw, bo bardzo to pożywna papka. Nawet Facebook stał się fantastyczny. W sklepach towaru bez liku, oczopląsu można dostać od tych dobrodziejstw.

smok, jaszczurka, legwan

Komercjalizacja fantastyki z całą pewnością jej służy, bo rozwija się dziś tak, jak dotychczas nigdy. Ciężkie zmartwienie czeka hobbystę, bo musi dołożyć starań, by oddzielić plewy od ziarna i w tym chaosie zdarzeń wyłuskać perłę, która zaprzeczy temu, co pisałem wcześniej. Idąc za tym przykładem, szukam naznaczonych powieści i gier, które znów mnie pochłoną, wywołają rumieńce na polikach, pozycji, o których mógłbym śmiało dyskutować przy obiedzie i towarzystwie, niekoniecznie fantastycznym.

Świat był prostszy, gdy byłem dzieckiem. Czytam te słowa i oczom nie wierzę. Piszę jak stary ramol, co w kałamarzu maczał gęsie pierze, a najlepsze czasy ma już za sobą. Trochę w tym drwiny z samego siebie, lecz jest i coś jeszcze. Dlaczego tak kiedyś cieszyły tytuły? Bo był to właściwy czas na ich zdobycie – i to w zasadzie tyle. Nic dodać nic ująć, tak wygląda fantastyczne życie.

Ocena użytkowników -- Średnia z 0 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Jezid · poniedziałek, 2 marca 2015, 22:06
0
Myślę, że właśnie teraz jest normalnie, czyli trzeba się samemu postarać żeby w zalewie fantastycznej chały wygrzebać nieliczne perły. Jest tak, jak w każdym innym gatunku. Wejście smoka, czyli wrażenie wyjątkowej jakości, zawdzięczała fantastyka skutecznemu, peerelowskiemu filtrowi. Przebijały się na rynek tylko pozycje wyselekcjonowane, miały dobrych tłumaczy i kompetentnych redaktorów. Jak już wrażą, burżuazyjną literaturę wydawano, to dobierano ją starannie. Niektóre pozycje, z tego samego powodu, nie miały szansy na ukazanie się, ale to insza inszość. Zagranicznego chłamu nie było, a rodzimi autorzy igrali przemyślnie z cenzurą, musząc się do tego przebić przez redakcyjne sita. Teraz każdy może sobie wydrukować co chce, byle za to zapłacił, stąd i okresowa frustracja recenzentów GE. Stąd wątpliwości i sugestie DN. A że wraz z wiekiem rosną wymagania? Słuszna konstatacja.

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...