Narodziny Czary Mary, czyli jakie są baśnie w XXI wieku?

Marta "Audrey" Nowak niedziela, 16 marca 2014

"Harry Potter" wywołał swego rodzaju czytelniczą i medialną burzę. Pojawiła się masa blogów, prezentujących różne wersje zakończenia sagi lub opisujących losy kolejnego pokolenia uczniów Hogwartu. Pani Rowling także trudno było porzucić swoich bohaterów i może właśnie dlatego napisała leksykony poświęcone historii Quidditcha czy opisujące magiczne zwierzęta. W tym samym roku, w którym opublikowana została ostatnia część cyklu przygód młodego czarodzieja, spod pióra pisarki wyszły "Baśnie barda Beedle'a". Jest to zbiór opowieści dla młodych czarodziejów. J.K. Rowling jest autorką zarówno tekstu, jak i zdobiących go ilustracji, a całość ma wiele wspólnego z powszechnie znanymi, mugolskimi baśniami. Jak zwykle w takich historiach, nagradzana jest miłość i cnota, a karana niegodziwość oraz podłość, lecz magia nie jest tym razem jedynie źródłem utrapień. Zła Królowa nie zatruwa jabłka, bo księżniczka sama potrafi się świetnie ową magią posługiwać, co jednak bynajmniej nie zapewnia jej zawsze szczęścia i spokojnego, bezproblemowego życia.

magia, czary, czarodziejka

Posługiwanie się czarami nie służy tutaj czynieniu dobra, lecz jest jedną z umiejętności osób występujących w książce, a nasze zdolności – co sprawdza się nie tylko w baśniach, ale także w realnym życiu – potrafią sprawić sporo problemów. Wystarczy przeczytać pierwszą opowieść z tego zbioru, aby przekonać się, że magia nie jest źródłem dobra, nie zastąpi rozsądku, ludzkiego podejścia do innych czy mierzenia się z własnymi uczuciami. Autorka próbuje pokazać, że czarodzieje nie są klasą uprzywilejowaną i nie różnią się aż tak bardzo od mugoli, jak sami chcieliby twierdzić. Z drugiej strony, osoby pozbawione uzdolnień magicznych traktuje się tutaj lekceważąco, jak kapryśne, rozbrykane dzieci, które nie są zbyt rozsądne, ale trzeba z nimi jakoś wytrzymywać. Nie można mówić o antymugolskim charakterze czy braku tolerancji, raczej o pobłażaniu dla istot słabszych, dobrych i w sumie całkiem przydatnych, ale nie najmądrzejszych. Podchodzi się do nich ojcowsko, z anielską niemal cierpliwością pomagając im rozwiązać kolejne, najczęściej zawinione przez nich, kłopoty. Nasze ludzkie przywary są jednak ponadczasowe, dlatego niezależnie od tego, kto i kiedy napisze baśń dla dzieci, będzie ona w jakiejś mierze podobna. Bohaterowie co prawda używają różdżek zamiast mieczy, a mieszają w kociołkach, nie zaś wywarach z truciznami wszelkiej maści, lecz ich pragnienia i słabości są takie same. I, niestety, tak samo się kończą. Bo do czego doprowadzić może chęć zdobycia władzy za wszelką cenę? Jak może skończyć ktoś, kto z własnej woli wyzbywa się człowieczeństwa? I czy kiedyś próżność i głupota zmieszane z władzą dały dobry rezultat? Nie sądzę.

j.k.rowling, harry potter, autorka, pisarka

J.K. Rowling wprowadza swoich młodych czytelników nie tyle w świat magii i czarów, co ludzkich charakterów, sprzecznych pragnień i gwałtownych namiętności. To nie są historie do opowiadania dla zabicia czasu, nikt nie jest mdły, papierowy i pozbawiony wyrazu. Bohaterowie, w przeciwieństwie do swych mugolskich odpowiedników, będących kartonowymi, jednowymiarowymi laleczkami potrzebnymi do przekazania wspaniałego morału, są ludźmi z krwi i kości, prawdziwymi w swym człowieczeństwie. Baśnie, które wyszły spod pióra autorki w 2007 roku, wychodzą naprzeciw swoim czytelnikom i swoim czasom. Nie mówię tu rzecz jasna o wprowadzaniu udogodnień technicznych, lecz raczej zmianie podejścia do postaci opowieści, ze szczególnym uwzględnieniem bohaterek kobiecych. Heroiny stworzone przez Rowling to nie delikatne księżniczki, które uwiera w pościeli ziarnko grochu, ani bierne, niezdolne do działania, zamknięte w wieży piękności, czekające bezradnie na księcia na białym koniu. Kobiety te wiedzą, że rumak ich księcia mógł uciec po drodze, więc dojście na piechotę zajmie mu dużo czasu. Zatem biorą różdżki w swoje ręce i same kształtują swój los.

Czarodzieje nie stają się dzięki magii niepokonani, nie zdobywają władzy nad własnymi uczuciami, a nawet jeśli próbują, to ich działania są z góry skazane na porażkę. W końcu Czarna Różdżka sprowadza śmierć, ale na wszystkich, nie wyłączając jej właściciela, a Kamień Wskrzeszenia przywołuje jedynie iluzję zmarłej osoby, doprowadza do obłędu, przywracając to, co powinno odejść. Czasem trzeba zamknąć jakieś drzwi, żeby móc ruszyć w dalszą drogę. Nie ma mocy mogącej powstrzymać śmierć czy zapanować nad miłością i nawet tak zaawansowana magia, jak ta, o której czytamy, tego nie zmieni. Bohaterowie płacą za przesadną próżność, podłość czy egoizm, gdyż tak samo jak mugole są podatni na ludzkie słabości. Trzeba jednak przyznać, że czarodzieje, jeśli tylko nie przekraczają pewnych granic i nie starają się zyskać władzy absolutnej, która oznacza dla mnie całkowite panowanie nad uczuciami, a także swoim i cudzym życiem, mogą liczyć na dość łagodne traktowanie, podczas gdy głupota, próżność czy pragnienie zdobycia wiedzy magicznej przez mugoli są bezlitośnie wyśmiewane. Wydaje mi się, że najgorsza jest właśnie chęć zdobycia umiejętności posługiwania się czarami. Magia jest bowiem czymś niezwykłym i elitarnym, swoistym darem otrzymywanym samoistnie. Zazwyczaj jest to wynik pochodzenia, lecz nie tylko, gdyż czarodzieje pojawiali się także w rodzinach mugolskich i było to dość powszechne zjawisko. Magia symbolizuje jednak to, co jest wartością najwyższą (zaraz po życiu), coś czego nie można kupić za żadne pieniądze ani nauczyć się z książek czy mając u swego boku nauczyciela. Taka postawa przyciąga do nas jedynie oszustów i szarlatanów, pragnących zdobyć władzę i pieniądze kosztem cudzej głupoty, naiwności i próżności. W baśniach tych nie ma jednak skrajnych rozwiązań, więc po przebytym upokorzeniu, nawet król może liczyć na łaskę, jeśli przeprosi i naprawi swoje błędy. Bajka nie kończy się jedynie na zabraniu Kopciuszka od złych sióstr, złe siostry muszą tutaj zrozumieć swój błąd. Łopatologiczne wykładanie morałów i wkładanie do głowy odpowiednich wartości wyszło już dawno z mody, więc niczego takiego tutaj nie będzie. Tym razem czytelnik nie dostanie rozwiązania podstawionego pod nosek, bo jaka byłaby wtedy satysfakcja z czytania? Lepiej powiedzieć wszystko, bo jeszcze się nie domyśli, nie potępi właściwych bohaterów i co wtedy? J.K. Rowling postanawia dać się czytelnikowi wykazać i pomyśleć trochę samodzielnie. Zabezpiecza się jednak, dodając komentarze Albusa Dumbledore'a, które wyjaśniają pewne sporne, zastanawiające kwestie, ale nie dają jednoznacznych odpowiedzi. Autorka już wie, że czytelnik też chce mieć trochę frajdy z czytania i dochodzenia do pewnych wniosków, bo w końcu choćby nawet krytykowano naszą próżność na stu stronach, to na sto pierwszej trzeba nas pochwalić, pogłaskać po główce i wspomnieć, jacy jesteśmy wspaniali. Lubimy być chwaleni, a pisarka umie tę naszą słabość dobrze wykorzystać, bo poza zostawieniem nam pola do interpretacyjnego popisu, chwali nas także na koniec publikacji.

starzec, bajarz, opowieści, mag, czarownik, czarodziej

Dochód ze sprzedaży "Baśni Barda Beedle'a" zasilił konto Children's High Level Group – organizacji działającej na rzecz setek tysięcy anonimowych dzieci żyjących w domach dziecka, która stara się umożliwić odnalezienie swoim podopiecznym nowych domów. Autorka wspomina o tym już we wstępie, ale powtarza tę informację także na koniec, dziękując za kupno książki i wsparcie akcji charytatywnej. Czujemy się dobrze, prawda? Zawsze czynienie dobra jest odrobinę egoistyczne. Nie widzę w tym w sumie nic złego, bo to jak upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu, a spełnianie dobrych uczynków uważam za najbardziej wartościową formę karmienia swojego ego. Jest jednak coś pociągającego w byciu dobrym, i nie dlatego że świat staje się lepszy, bo chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzy w to, że zbawi ludzkość, a pomysły na naprawienie naszej ułomnej społeczności są raczej wynikiem pisarskich inspiracji, niż społecznych zmian, ale to nam poprawia samopoczucie. Rośniemy, czujemy się lepsi, silniejsi i karmimy swoją próżność, a nie ma co się oszukiwać, trzeba ją karmić regularnie i to produktami niezłymi jakościowo, bo głodna może narobić masę problemów. Niezaspokojona miłość własna potrafi być wredną, złośliwą i kapryśną towarzyszką, która chce więcej i więcej. Przejmuje powoli kontrolę nad naszym umysłem, zaczyna władać naszymi planami, bo najważniejsze jest to, żeby mieć więcej i więcej... Więcej pieniędzy, władzy, ludzi będących na każde nasze zawołanie. Właściwie to my stajemy się czymś na zawołanie, maszynką do zdobywania, zaspokajania pragnień, usidlania emocji. Chcemy władzy, jakby była jedynym, co ma wartość. W efekcie, zaznaczając swoją pozycję gonimy za rzeczami, które dziś są pożądane, a jutro powiększą stertę odpadów, bo ich zdobycie było celem, jak punkt do odhaczenia na długiej liście...

Zrobiło się zbyt pesymistycznie, a baśnie są w końcu po to, żeby bawić i mogę zapewnić, że niezależnie od waszego wieku, czytanie historii spod pióra pani Rowling da wam dużo radości. A teraz muszę was przeprosić i nakarmić moje ostatnio wygłodzone ego, opowiadając wam o tym, jak przebiegały losy tłumaczenia. Poza tym, dzieje tłumaczenia baśni, a zwłaszcza ich tytułów, są moim zdaniem ciekawsze od nich samych. Czytelnicy ostatniego tomu serii pamiętają z pewnością, że wzmianka na temat "Baśni..." już pojawia się w sadze, lecz wówczas one same nie istnieją. Ponadto, ich powstanie nie było jeszcze nawet planowane. Powieść "Harry Potter and the Deathly Hallows", poza oficjalnym tłumaczeniem autorstwa Andrzeja Polkowskiego, doczekała się swojej wersji fanowskiej, wykonanej wcześniej przez Armię Świstaka. Tym samym, pojawiające się już wówczas tytuły baśni zyskały dwie, czasem bardzo odmienne, polskie wersje. Kiedy tłumacz współpracujący z wydawnictwem Media Rodzina przełożył później na język polski zbiór magicznych opowieści, zdecydował się na wprowadzenie zmian we wcześniejszych tytułach, a tym samym niekiedy istnieją trzy różne tłumaczenia tego samego tytułu.

fontanna, magia, woda, czary, ryby

Ciekawym przypadkiem jest tytuł "The Fountain of Fair Fortune", który w wersji Armii Świstaka brzmi "Fontanna Fantastycznej Fortuny", a w wersji Andrzeja Polkowskiego – "Fontanna Godziwego Losu". Tłumacz podczas przekładu baśni, mając do dyspozycji tekst opowieści, a nie tylko jej tytuł, zmienił go na "Fontannę Szczęśliwego Losu". Większość zmian nie wprowadza szczególnych rozbieżności znaczeniowych, lecz mogą się pojawić pewne wątpliwości przy słowie "fair", dla którego stosowniejszym polskim odpowiednikiem wydaje się przymiotnik "godziwy", na który zdecydował się Andrzej Polkowski. Określenie "fantastyczny" sprawia wrażenie przesadnego i nieodpowiedniego. Historia opowiada o zaklętej fontannie, która raz w roku wpuszcza jednego śmiałka, a ten, kto się w niej wykąpie, zyska szczęście i powodzenie w życiu. Można zatem uznać, że w związku z treścią baśni bardziej stosowny jest tytuł Armii Świstaka i nie dziwi późniejsza zmiana dokonana przez Andrzeja Polkowskiego. Trudno jednak na tej podstawie oceniać kompetencje czy umiejętności tłumacza, choć zdecydowanie należy docenić trafny wybór grupy internautów.

Rzucającą się w oczy różnicą jest tytuł najbardziej interesującej baśni w tym zbiorze, gdyż opowieść o trzech braciach odegrała istotną rolę w całej historii poświęconej społeczności czarodziejów. Stworzone przez pisarkę "Deathly Hallows" stały się u Andrzeja Polkowskiego "Insygniami Śmierci", zaś Armia Świstaka zdecydowała się na "Dary Śmierci". "Deathly" to "grobowy, trupi" lub "należący do śmierci" i tutaj żaden tłumacz nie miał większych wątpliwości, ale problematyczne okazało się znalezienie polskiego ekwiwalentu dla słowa "Hallows". Jak wyjaśnia tłumacz, "hallow" to stare, nieużywane słowo, oznaczające "kogoś lub coś świętego: świętych, miejsca święte, relikwie świętych". Jednakże zgodnie z treścią książki owe "Deathly Hallows" to z jednej strony przedmioty podarowane przez Śmierć trzem braciom, a z drugiej – przedmioty o wielkiej mocy, których posiadanie uczyni ich właściciela władcą śmierci. Polkowski decyduje się na "Insygnia Śmierci", gdyż są to przedmioty oznaczające władzę nad śmiercią, a insygnia władzy królewskiej, czyli berło, jabłko i płaszcz bardzo silnie korespondują z różdżką, kamieniem i peleryną niewidką. Translator szczególnie mocno zaznacza cel, który poszukiwacze "Deathly Hallows" pragnęli osiągnąć. W tłumaczeniu Armii Świstaka położony został nacisk na kwestię podarowania przedmiotów trzem braciom, a zatem informacja o ich potędze jest podana w tekście i nie łączy się automatycznie z nazwą. Nazwa "Insygnia" podkreśla ogrom władzy, jaką te przedmioty dają ich właścicielowi i można uznać, że w kontekście treści całego dzieła jest to bardziej istotne, niż to, jakie jest pochodzenie owych przedmiotów. Trzeba jednak przyznać, że "Insygnia Śmierci", to – poza swoją funkcją – nazwa bardziej dostojna, co może odgrywać istotną rolę, jeśli weźmie się pod uwagę cześć, jaką otoczone były legendarne symbole.

biblioteka, książki, woluminy

Największe różnice widoczne są jednak w tłumaczeniu tytułu "Babbitty Rabbitty and her Cackling Stump", gdyż w przekładzie Andrzeja Polkowskiego nazwa ta w "Harrym Potterze" została przetłumaczona jako "Czara Mara i jej rechoczący kikut", ale już w "Baśniach barda Beedle'a" brzmi ona "Czara Mara i jej gdaczący pieniek". Armia Świstaka tę samą baśń zatytułowała "Dzieciaczek Kicaczek i jego gdaczący pniak". Tak duże rozbieżności wynikają przede wszystkim z braku tekstu baśni, gdyż sama Rowling w jednym z wywiadów przyznała, że wymyślając tytuł, nie miała pomysłu na żadną historię i nawet nie miała wtedy zamiaru jej pisać.

"Babbity Rabbity and her Cackling Stump" is the stupidest title ever written by man or beast and of course when I wrote it, I never- I had not, at the point, when I gave Ron that title, I didn't imagine for a second that I was actually going to write the story.

Skąd zatem Czara Mara i Dzieciaczek Kicaczek? Podczas tłumaczenia nazw będących wytworem wyobraźni autora istnieje także ryzyko, że określenie nie pojawi się w słowniku i tak właśnie jest w tym przypadku. "Babbitty Rabbitty" nie występuje w słowniku, jest stworzone w oderwaniu od jakiejkolwiek (nawet magicznej) rzeczywistości, a co za tym idzie – właściwie nieprzetłumaczalne. Andrzej Polkowski postanowił tę część tytułu potraktować jako imię bohaterki i w polskiej wersji językowej także stworzyć imię wiedźmy. Trzeba przyznać, po lekturze powstałego później tekstu, że udało mu się w pewien sposób przekazać, przynajmniej częściowo, rzeczywiste znaczenie nazwy, z którą nie poradzili sobie członkowie Armii Świstaka.

"Dzieciaczek Kicaczek" bierze swoje źródło najprawdopodobniej w powieści Sinclara Lewisa – "Babbitt", gdyż od jej tytułu, czyli od imienia głównego bohatera, wywodzi się archetyp infantylnego, bezmyślnego konformisty, którego podejście do życia można uznać za dziecinne. "Babbitty" oznacza właśnie taką postawę i stąd "Dzieciaczek". "Rabbitty" to natomiast zdrobnienie od królika i stąd "Kicaczek". Żadna z polskich nazw nie oddała niestety prawdziwego znaczenia słów "Babbitty Rabbitty and Her Cackling Stump", o czym świadczą chociażby dość daleko idące zmiany wprowadzone w późniejszym tłumaczeniu baśni.

"Babbitty" jest imieniem czarownicy, a "Rabbitty" nawiązuje do jej przemiany w królika. Czara Mara jest także antroponimem, lecz – niestety – w takim kształcie nie ma żadnego związku z wydarzeniami kluczowymi dla baśni. "Cackling" powinno zostać przetłumaczone jako "rechoczący", gdyż czarownica śmiała się z króla, będąc w ludzkiej jak i zwierzęcej postaci, choć według naiwnych ludzi zamieniła się właśnie w drzewo i śmiał się pozostały po jego ścięciu pniak. Tym samym, najwłaściwszym tłumaczeniem rzeczownika "stump" jest właśnie "pniak", nie zaś "kikut". Żadne z przekładów – nawet to po zmianach wprowadzonych przez Andrzeja Polkowskiego – nie oddaje wszystkich sensów tytułu i nie jest do końca poprawne. Ostatnie z nich zostało jednak zmienione na tyle, na ile było to konieczne, by nie przekłamywać treści, a Czara Mara została zapewne w pierwotnym kształcie ze względu na chęć zachowania, choć w części, pierwotnej wersji tytułu, którą czytelnik sięgający po baśnie zapewne znał z wcześniejszej lektury sagi.

Pisząc ten tekst, chciałam przede wszystkim pokazać, że dzieło pani Rowling jest tak samo ponadczasowe jak twórczość Andersena. A może nawet bardziej, bo dzięki współczesnemu spojrzeniu, zyskało na aktualności. Przywary ludzkie i cechy usposobienia krytykowane w baśniach nie zmieniają się z biegiem czasu, są częścią naszej natury. Zmienia się jedynie sposób ich opisu i przedstawienia, a co za tym idzie konstrukcja historii. "Baśnie Barda Beedle'a" są jednak dziełem autorki zagranicznej i tak jak wcześniej utwory Andersena, Grimmów, czy Charlesa Perraulta doczekały się polskiego przekładu. Warto o tym pamiętać, kiedy kiedyś wejdą na stałe do kanonu dziecięcej literatury, czego im szczerze życzę.

Ocena użytkowników 9 Średnia z 2 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Lionel · sobota, 29 marca 2014, 15:56
0
Bardzo dobry tekst. Sam nie czytałem twórczości autorki, więc nie mam pojęcia, czy saga jest na tyle głęboka i wielowymiarowa. Skupiając się jednak na pracy tłumacza, to z pewnego doświadczenia wiem, że jest to trudne zdanie. Zwłaszcza tłumaczenie nazw własnych, nie tylko z powodu braku pojęcia, co autor miał na myśli, tworząc nazwę, ale także fakt, że w języku polskim dosłowne tłumaczenie nie będzie oddawało treści pierwowzoru. Dlatego też często bawi mnie, dlaczego ludzie narzekają na tłumaczenie tytułów filmów. Czasami tłumacz wręcz musi pokusić się o własną inwencję, by wszystko miało ręce i nogi.

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...