"Grimm" – świat żywych baśni i legend

Noire Panthere niedziela, 13 kwietnia 2014

Tekst zawiera spoilery.

Od dawna natykam się na koncepcje istnienia innych światów. Dalekich, lecz w jakiś sposób równoległych do naszego. Jakoś z nim sprzężone, lecz zgoła inne. Światy niebieskie, światy podziemne, lustrzane odbicia... długo można by wymieniać. Co jednak, jeśli istnieje... świat w świecie? Jeśli nasi najbliżsi znajomi wcale nie są blondwłosymi, zwyczajnymi ludźmi, lecz kimś zgoła innym? Jeśli setki starych podań o wilkołakach i wszelkich odmieńcach, jeśli starożytne wierzenia Egipcjan nie są pozbawione podstaw? Jeśli baśnie dla dzieci opisują prawdę?

grimm

Na wszystkie te pytania odpowiada "Grimm". Serial emitowany przez NBC od października 2011 roku, bliski memu sercu, z wiadomych raczej względów. Jeśli zaś nie są wiadome – starczy spojrzeć na mój nick i trochę pomyśleć. Trzeci sezon wprawdzie powoli zmierza ku końcowi, ale na jesieni zostaniemy uraczeni kolejną jego odsłoną. Do tego – podobnie jak inne produkcje, "Once Upon a Time" i jego spin-off – wykorzystuje wciąż żywe w naszej kulturze podania. Niemniej, podstawowe pytanie: kim – a może czym – jest tytułowy Grimm?

Pierwsze nasuwające się skojarzenie, czyli związane ze słynnymi braćmi Grimm, jest jak najbardziej słuszne. Mieli oni dzieci, które miały dzieci i tak dalej. I były Grimmami, niezależnie od nazwiska i pozycji społecznej. Były łowcami, polującymi na Wesenów (bądź biontów – w zależności od tłumaczenia; osobiście korzystam z tego od Grupy Hatak). Kim jednak są wspomniani Wesenowie? Zaraz do tego dojdziemy.

By wszystko zrozumieć i dostrzec niuanse, należy najpierw rozwinąć temat Grimmów. W serialu owi bracia nie napisali po prostu baśni na dobranoc. Ba, nie byli nawet bajkopisarzami, ale protoplastami rodu łowców. Przemycili w nich prawdę, z którą zwykłe, ludzkie umysły nie potrafią sobie ot tak poradzić. Opisali w nich potwory, mówiące ludzkim głosem. Potwory żyjące wśród nas, które – według nich przynajmniej – należy zabijać. Tylko moment. Skoro zwykły człowiek nie potrafi odróżnić Wesena (zmiennokształtnego) od sobie podobnego, to jakim cudem Grimm potrafi to dostrzec? Cóż, odpowiedź jest prosta – jest Grimmem. Przekazywane w genach dziedzictwo pozwala mu (bądź jej – tak, kobiety też wyprawiają się na łowy!) na rozpoznanie potencjalnej ofiary podczas przeinafczenia – czyli po prostu przemiany. Ma ona dwa stopnie – pierwszy jest nieświadomy, pod wpływem emocji; widzą go jedynie Grimmowie oraz pozostali zmiennokształtni. Drugi – w pełni świadomy, mogą go ujrzeć ludzie, co jest ściśle zakazane. Działa to również w drugą stronę. W trakcie przeinafczenia biont może odkryć grimmową naturę swego – ujmę to eufemistycznie – rozmówcy.

Reasumując – mamy tu dobrych i złych. Łowcy, rzecz jasna, są tymi dobrymi i namiętnie polują na wszystko, co się rusza (i jest Wesenem!), używając do tego najprzeróżniejszych narzędzi (specjalne kusze, strzelby z kulami zawierającymi specyfiki lepsze od chloroformu, ostrza skryte w karwaszach itp.) oraz opisując swe chwalebne działania w księgach, będących spuścizną dla kolejnych pokoleń Grimmów i alternatywnymi podręcznikami do nauki wiedzy o świecie. Zmiennokształtni z kolei są tymi złymi. Bestie i potwory, które należy tępić, bo SĄ inne. Mające swoją własną kulturę i – zależnie od rasy – obyczaje, które swego czasu niestety dały się zwykłym ludziom we znaki. I wciąż dają, jeśli są bardziej niż niereformowalne. Kiedyś bogowie, dziś istoty maskujące się i żyjące wśród ludzi – a jednocześnie obok nich – i trzęsące się ze strachu na sam dźwięk słowa "Grimm". Warto wspomnieć, że mają swoją Radę, pilnującą, by ich społeczność wciąż trwała w ukryciu. Do tego dochodzi Verrat – organ podległy Radzie, bezlitośni egzekutorzy. No i – a jakżeby inaczej – rodzina królewska. A nawet siedem, bo przecież we wszystkich kulturach to taka szczęśliwa liczba...

nick burkhardt, david giuntoli

Mając taki obraz, możemy w końcu przenieść się na pole bitwy. Jest nim Portland w stanie Oregon, gdzie żyje i pracuje – jako policyjny detektyw – Nick Burkhardt (David Giuntoli). Mężczyzna ten, wychowywany przez ciotkę Marie, był całkiem nieświadomy prawdziwej historii swojej rodziny. Ba, nie miał również zielonego pojęcia o tym, że nie wszystko jest takim, jakim się wydaje. Do czasu jednak – w końcu budzi się w nim dar Grimma i zaczyna widzieć to, co wcześniej było niewidzialne. Na szczęście, chora na raka ciotka przybywa wraz ze swą przyczepą, by uświadomić siostrzeńcowi jego dziedzictwo i przekazać mu wiedzę oraz wyposażenie, zamknięte we wspomnianej przyczepie. Nie mam zamiaru dokładnie opisywać fabuły, bo to mija się z celem. Wystarczy rzec, że świeżo upieczony Grimm został rzucony na głęboką wodę, ale radzi sobie – jak na nowego w tym biznesie – znakomicie. Ba, znajduje nawet – o zgrozo! – sprzymierzeńców i przyjaciół wśród tych, którzy teoretycznie powinni trafiać na jego "talerz".

O ile późniejsze odcinki często nawiązują do zgoła innych legend, to pierwszy – otwarcie serialu – ma wyraźne powiązania z "Czerwonym Kapturkiem". Najpierw zostaną znalezione zmasakrowane szczątki studentki, potem zaś znika dziewczynka. Obie ofiary łączy jedno: czerwona bluza. Nie ma tu wprawdzie babci i koszyka z wiktuałami, ale jest wilk. Blutbad. Wilkor. A nawet dwa. Pierwszy – niesłusznie posądzony o dokonane zbrodnie – to Monroe (Silas Weir Mitchell). Zreformowany tak, że w niczym nie przypomina krwiożerczej bestii. Nie dość, że jest zegarmistrzem, że ćwiczy pilates i grę na skrzypkach, to... rzecz niesłychana, jest wegetarianinem! I choć został wychowany w strachu przed Grimmami, nie tylko przekonuje się do Nicka (no bo czego tu się bać? Młode to to, głupie, nieopierzone!), ale ostatecznie staje się jego przyjacielem oraz przewodnikiem po nowym, nieznanym świecie. I tak, byłabym zapomniała – pomocnikiem w prowadzeniu spraw, bowiem Hank Griffin (partner Burkhardta, grany przez Russela Hornby) jest zwykłym człowiekiem, niemającym o niczym zielonego pojęcia. Owszem, mając Grimma za towarzysza, musiał w końcu stać się kontrastem (człowiekiem, który zna prawdę o Wesenach), jednakże zajęło mu to ciut ponad sezon. Drugi wilkor zaś, najwyraźniej hołduje starym zwyczajom swojej rasy, czyli traktuje ludzi jako przekąskę. Muszę wspominać, że absolutnie wszystkie Blutbady żywią afekt do koloru czerwonego? I do tego nie lubią się z Bauerschwein (czyli świnioczłekami tudzież wieprzowiesiami). Tak, tutaj kłaniają się "Trzy świnki".

W serialu tym zetkniemy się również z niedźwiedziozwierzami. Dwójka napalonych nastolatków włamała się do domu misiowej rodziny, czego o mały włos nie przypłaciła życiem. W przeciwieństwie do postaci z powszechnie znanej (i przyjaznej) wersji baśni "Złotowłosa i trzy misie", nie mamy tu do czynienia z życzliwymi stworzeniami, lecz istotami, które kultywują krwawe tradycje (Roh – Hatz, "bar micwa dla niedźwiedzi"). Niby można to określić jako "Weźmy kilka piw, pogrillujmy i poudawajmy idiotów", ale w praktyce oznacza to ni mniej, ni więcej, pogoń za bezbronną, ludzką ofiarą. Ba, żeby tylko pogoń... zaganianie jej do pułapki-dołu, naszpikowanej drewnianymi kolcami!

sean renard, sasha roiz
Sean Renard, w trakcie przygotowań do pocałowania Śpiącej Królewny (Juliette Silverton). Ups, rzeczywistość chyba nie jest tak piękna, jak w bajce...

Nawiązań do baśni braci jest naprawdę wiele. Pojawia się słynne rodzeństwo – Jaś i Małgosia, które ma nieszczęście trafić na Babę Jagę w wielu postaciach (sępije – miłośniczki ludzkich organów), spotkać można także Redchit Kata – DJa, panującego nad rzeszą szczurów ("Flecista z Hameln"), będącego szczurołakiem. Nick ma nieszczęście zmagać się także z przekleństwem Śpiącej Królewny – podstępna Adalind Schade (Claire Coffee), Hexenbiest (sprowadziła na jego dziewczynę – Juliette Silverton, której twarzy użycza Bitsie Tulloch – oczywistą klątwę). W sukurs przychodzi książę (Sean Renard, grany przez Sashę Roiz), potomek z królewskiego rodu, będący jednak wyrzutkiem. Jakby tego było mało – jest przełożonym Nicka, usiłującym wykorzystać Grimma do własnych celów. Mogłabym tak długo wyliczać. Mogłabym podawać, co wspólnego ma "Kuma śmierć" z baronem Samedi i kim on tak naprawdę jest. Mogłabym, ale... musiałabym się pochylić nad każdym odcinkiem z osobna. Zresztą, czyż nie lepiej samemu po serial sięgnąć, by poczuć się jak Sherlock, odnajdując coraz to kolejne powiązania?

Jednakże twórcy serialu hołdują nie tylko twórczości braci Grimm. Znalazło się w nim miejsce chociażby dla "Sinobrodego", opisanego przez Charlesa Perraulta. Wprawdzie serialowy kozłak nie występuje w tej baśni, to jednak ma z tytułowym Sinobrodym wiele wspólnego – mami i uwodzi kobiety (dzięki feromonom, które wydziela po zjedzeniu konkretnego gatunku żaby), a następnie je więzi i używa do celów rozpłodowych. Wspomnieć wypada także o Kościeju – postaci z rosyjskich legend, będącym uosobieniem samej Śmierci. Słynna "Mała Syrenka" Andersena również się przewija – pod postacią głuchoniemej najady, zakochanej w człowieku. A legenda o Dzikim Gonie? Też jest! Wojowilki tudzież berserkerzy, bezlitośni łowcy, skalpujący swe ofiary (dodatkowy smaczek: ich siła oraz życie – podobnie jak u biblijnego Samsona – zależy od całości ich skalpu), których pojawienie się wieści jakieś wydarzenie, niekoniecznie z gatunku tych dobrych. Niemniej, serial to nie tylko najsłynniejsze mity, baśnie i podania. Znalazło się także miejsce na filipińskiego Aswanga (istotę lubującą się w nienarodzonych pierworodnych swych latorośli) tudzież innych, mniej znanych, ale jednak czerpiących z mitologii postaci.

rosalee, fuchsbau, liser
Rosalee, jedna z głównych postaci serialu. Przedstawicielka gatunku Fuchsbau, czyli liser.

Wilkory, lisery, wieprzowiesie, łowdogi, najady, taranogry, bobrzaki... – lista Wesenów, którzy w ten czy inny sposób zaznaczyli swe istnienie w serialu, jest długa. I będzie jeszcze dłuższa. W każdym bądź razie, wypada się pochylić nad pytaniem: skąd tak naprawdę się wzięli? Owszem, cały czas mówię o podstawowych elementach naszej kultury, jakimi są wszelkie podania i historie na dobranoc. Ale co było przed nimi? Przecież jajko samo się nie zniesie.

Genezy mogę upatrywać w totemizmie, jednej z pierwotnych religii, gdzie totem określał zjawiska związane z relacjami człowieka ze zwierzęcym przodkiem. Wiąże się to niejako z animalizmem (zwanym także zoolatrią), czyli w kultem związanym z wiarą, iż bogowie wcielają się w zwierzęta. Konsekwencją wyboru nieludzkiego ciała jest zoomorfizm, czyli przedstawianie bogów z cechami zwierzęcymi bądź po prostu jako zwierzęta. Brzmi znajomo? No właśnie. Pierwsze skojarzenie, jakie mi się nasuwa, to wierzenia starożytnego Egiptu. Szakalogłowy Anubis (który zresztą pojawia się w jednym z odcinków jako rodzaj Wesenów, chowanych razem z faraonami. Starożytni władcy wierzyli, że "towarzystwo" przedstawiciela tego gatunku sprawi, iż sami staną się bogami), kocia Bastet, sokoli Horus – to dokładnie ten sam model, który widzimy w "Grimm". Ciało człowieka, głowa zwierzęcia. Więcej animalistycznych elementów? Proszę bardzo, hinduscy bogowie. Słoniogłowy Ganeśa, Daksza z głową kozła, Prythiwi pod postacią krowy (bogowie chyba lubią tę postać; starczy przypomnieć Zeusa, który przybrał kształt byka, jego żona zaś – Hera – przemieniła Io w nadobną jałówkę). Z samym szefem Olimpu to jednak ciekawa sprawa, bowiem przywdziewał skórę nie tylko rogacza. Zdarzyło mu się przemienić w łabędzia, w efekcie czego na świat wykluli się – i to dosłownie – słynne bliźnięta, Kastor i Polideukes, upiększający swymi osobami nocne niebo, oraz Helena Trojańska i Klitajmestra. Ostatnią znaną mi formą zwierzęcą tego boga jest osioł, w którego postaci zapłodnił jedną z Pytii. Właściwie uważam to za zabawne, że główny bóg Greków – pan i władca Olimpu – musiał uciekać się do zwierzęcych (i nie tylko – złoty deszcz się kłania, tak samo jak postać małżonka jednej z kochanek), by ukryć swe romanse przed Herą. Z postacią ludzko-zwierzęcą wiele wspólnego miały również fauny i sam Pan – brodaty mężczyzna z koźlimi rogami i kopytami.

bastet
Bastet

Uśmiać się można także z historii nordyckiego Lokiego. Sprytny olbrzym przemienił się w klacz, by odciągnąć ogiera – pomocnika budowniczego asgardzkich murów – i tym samym uwolnić boską gromadkę od konieczności zapłaty za usługę. Pewnie nie byłoby w tym nic zabawnego, gdyby nie to, iż Loki... stał się brzemienny i wydał na świat ośmionogiego Sleipnira.

Na deser, jeśli chodzi o stare wierzenia, pozostawiłam sobie mitologię słowiańską. Jest ona słabo znana, nad czym szczerze ubolewam. Niemniej, można znaleźć bogów (bądź demony), których wygląd ma wiele wspólnego ze zwierzętami. Nie da się nie wspomnieć o takim bycie, jak Simargł, funkcjonujący w rosyjskiej kulturze jako demon Paskudź. Przedstawia się go jako ptaka z psią głową bądź skrzydlatego psa. Dalej przywołać należy Trojana (odpowiednik Tryglawa), trójgłowego, skrzydlatego demona o koźlich uszach. Leśny demon Leszy potrafił przybrać postać wilka, niedźwiedzia bądź puchacza. Z ciekawszych demonów wymienię dworowego – zmieniał się w węża z kogucią głową, gumiennika (mały dziadek przeobrażający się w kota), raroga – prawdopodobnie będącego wcieleniem Swaroga – objawiającego się pod postacią drapieżnego ptaka. Jednoznacznie kojarzący się rokitnik (ach te wszystkie określenia na chrześcijańskiego diabła...) miał nietoperze skrzydła, a raczej dość dobrze znany Skarbnik dysponował formą kozy, konia, psa, żaby, myszy, muchy i pająka. Na koniec tej parady wypada przedstawić wilkołaka (funkcjonującego także w mitologii germańskiej i innych), czyli po prostu człowieka, który potrafił przeistoczyć się w wilka (nawiasem mówiąc – Wy też możecie wskoczyć w to futro. Wystarczy, że zapiszecie się do "Wilkołaka" i do tego będziecie mieć szczęście).

Podróż po wierzeniach zakończę na względnie współczesnym, wiccańskim Rogatym Bogu, męskiej części dwoistego systemu teologicznego. Niezależnie od różnic w sposobie przedstawiania jego postaci, zawsze dysponuje rogami bądź porożem.

Jak widać, tradycja łączenia człowieka ze zwierzęciem jest naprawdę długa. Różne kultury, różne wierzenia, a w końcu różne baśnie, podania i legendy, mające jednak wspólny mianownik i do tego wciąż żywe w naszej świadomości. "Grimm" śmiało korzysta z tego dziedzictwa, nierzadko okraszając je iście komicznymi sytuacjami i komentarzami.

Mam pełną świadomość tego, iż nie wyczerpałam całego tematu. Że przykładów wszelkich powiązań, niuansów i smaczków najróżniejszych można mnożyć i mnożyć. Że mogłabym się rozpisywać i rozpisywać, zdzierając z coraz to kolejnych baśni ugrzecznioną otoczkę, pokazując, jak na ulicach Portland stają się o wiele bliższe oryginałowi. Że mogłabym wciąż kopać w dalekiej przeszłości, doszukując się powiązań między względnie współczesnymi tworami a tymi pierwotnymi. Myślę jednak, że wydobyłam rzeczy najistotniejsze, pozostawiając ciekawskim różne smaczki do odnalezienia.

I pamiętajcie – kiedyś byliśmy bogami.

Ocena użytkowników 9,6 Średnia z 5 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Jezid · sobota, 4 lipca 2015, 22:01
0
Leci od początku na TVP2. Za chwilę odc. 1/2 pierwszej serii.

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...