Sapkowski najpierwszym Dżenderem RP?

Jerzy "Jezid" Kubok niedziela, 4 stycznia 2015

Dżender! Złowrogi potwór wypełzł znienacka na ulice naszych miast i straszy z ideologiczną zajadłością, deprawując niewinną, nieuświadomioną dziatwę. Prawe (lub lewe) dziewice są jego żelaznymi racjami. Podobnie u jego antagonistów. Trudno dociec, kto je konsumuje z większą lubością. Stwór przegląda się w mijanych witrynach, podziwiając swe wykrzywione odbicia. To nie bazyliszek jednak i w ten sposób uśmiercić go nie można! Lustro, choćby i najbardziej krzywe, z lunaparku wykradzione, na nic. Wiedźmin by się przydał. Tylko po której opowie się stronie?

wiedźma

Wątpliwości są całkiem uzasadnione. Może i gender narodził się w podejrzanym mroku uniwersyteckich murów, ale nawet najbardziej śmiali myśliciele deliberujący w zaciszu swych gabinetów i gardłujący w gwarze sal wykładowych nad kulturowymi uwarunkowaniami płciowych ról, nie byliby w stanie tchnąć w Dżendera wystarczających sił życiowych. To przez Mistrza wszystko! Gdzie tam do niego tabunowi etatowych, natchnionych, feministycznych felietonistek, profesorek i architektek genderowej RP. To jego bohater trafił pod strzechy – przysłowiowe, bo nie o skansen tu chodzi – w książkach, grach i filmach, w niezliczonej liczbie wydań i kopii. Już całe pokolenie się na nim wychowało.

Sapkowski nie tylko stworzył charakterystycznego i charyzmatycznego bohatera, ale też i słowo go określające. Pytanie o zależność pomiędzy nazwą i bohaterem ma mniej więcej taki status, jak to najsłynniejsze – co było pierwsze: jajko czy kura? Czy od początku wiedział, co robi? Śmiem wątpić. Nazwałbym to twórczą intuicją. Nazwa nie ulegała zmianom, ale nie od początku było jasne, kogo ona oznacza. Potencjał ujawniał się w trakcie. Bohater dopiero się kształtował w opowiadaniach, by w sadze, albo cyklu – jak woli sam autor – ukazać się w pełnej krasie.

Biały Wilk jest wielopłaszczyznową hybrydą. Sprzeczności i paradoksy są jego istotą. Mutant, potwór, którego kanonicznym zadaniem jest eliminacja innych potworów. Potrzebny, wręcz niezbędny, a jednocześnie pogardzany i niepożądany. Im bardziej skuteczny, tym mniej potrzebny. Relikt przeszłości z dawnych czasów, wyprzedzający mentalnie czas, w którym przyszło mu żyć. Super męski, bo i przyłożyć i wychędożyć przykładnie potrafi, a jednak z definicji męskości pozbawiony, bo bezpłodny. Istna maszyna do zabijania, z rzeźni rodem, wypełniona wątpliwościami i skrupułami. Wybryk wbrew naturze uczyniony, broniący jej jeśli tylko się da. Szkolony do beznamiętności, a zdolny nie tylko do przyjaźni, ale i do miłości. Pozbawiony złudzeń do granic cynizmu, ale lojalny. Zawieszony pomiędzy, nigdzie nie przynależący z natury i z wyboru. Do czasu jednak.

wiedźmin, sukienka

Sapkowski potrzebował dla profesji swego bohatera odpowiedniej nazwy, podkreślającej dwuznaczność jego sytuacji i konstrukcji. Wszak obowiązkiem artysty jest odpowiednie dać rzeczy słowo. Skoro słowa brakło, to trzeba było je stworzyć. Stąd i wiedźmin, od wiedźmy ukuty, z całym bagażem towarzyszących jej skojarzeń w wianie.

Wiedza, mądrość była – a w słowniku jest nadal – domeną męską. Nie darmo słowo mędrzec nie ma żeńskiej formy. Kobieta, która uzurpuje sobie prawo do posiadania wiedzy, jest wiedźmą. To zła kobieta jest, a termin – w przeciwieństwie do poprzedniego – wyraźnie pejoratywny, nacechowany negacją i potępieniem. Całkiem inaczej niż niewiasta, która nie wie, i bardzo słusznie, bo wbrew naturze nie powinna postępować.

Język zachowuje słownikowe skamieliny, ślady dawnej – tworzonej i kontrolowanej przez celibatariuszy – z gruntu mizoginicznej kultury. Kultury kobietom niechętnej, najdelikatniej mówiąc. To widać, słychać i czuć w powyższym wywodzie. I każdy użytkownik języka gdzieś to w głowie ma. Autor wstrząsnął, nie mieszając (albo odwrotnie), i uzyskał miksturę rzadkiej mocy i przejrzystości. Receptury zdaje się zapomniał, bo następnymi razy już takiego efektu nie udało mu się uzyskać. W każdym razie wyszło rewelacyjnie.

Gwynnbleid też była kobietą? Tego nie wiem, ale na szczęście nie o to tu chodzi. Nie mam podstaw, by podejrzewać Sapkowskiego o feminizm, a tym bardziej o genderowe intencje. Wręcz przeciwnie, ale skutek nie musi z intencji wynikać. Nadając swemu bohaterowi miano wiedźmina i czyniąc go – dzięki talentowi – ogromnie popularnym, dorzucił wiedźmie nowe skojarzenie. Pozbawił ją bezwarunkowego odium. Skoro mężczyzna może być wiedźmą, to kobieta może mędrcem. Może skromniej: wiedźma, która jest mężczyzną, może być dobra. Ale w tej sytuacji – symetria w ideowej strukturze obowiązuje – mędrzec może być kobietą i nie musi być zły. Czy to mało? Takie symboliczne pomieszanie ról, stereotypów i skojarzeń? Towarzyszyła temu odpowiednia ironiczna transformacja i wywrócenie na nice klasycznych motywów fabularnych. Istny gender. Quod erat demonstrandum.

jeż, pomyłka
Ocena użytkowników 4,75 Średnia z 2 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...