szczury_wroclawia_szpital

Sesje Forumowe cz. 2

alien, avp

AvP 2

1

W drodze na mostek Kel'kahn odkrył kolejne świadectwa wypadków, które zaszły na pokładzie. W pewnym momencie napotkał przytwierdzone do ściany charakterystycznym śluzem ludzkie zwłoki, z rozerwaną od środka klatką piersiową. Były już całkowicie blade, trochę nadjedzone i lekko rozłożone, więc na pewno miały już kilka dni. Na samym mostku odnalazł natomiast kilka rozerwanych na pół (w obu płaszczyznach) trupów, wiele zniszczonych (przestrzelonych, przepalonych, potłuczonych) komputerów, oblane krwią lub kwasem plany i dokumenty, siedzące w fotelu przed głównym komputerem, pozbawione połowy czaszki zwłoki, a także jednego człowieka leżącego w bezruchu obok martwego (zdechłego) Łapacza oraz... Jednego żywego człowieka, ciężko poranionego, który – nie mogąc się ruszać przez rozharatane nogi – wciska się w ścianę na widok Łowcy, krzycząc coś głośno.

Kel'kahn przełączył się na tryb wizyjny wyszukujący Żmije. Spojrzał na brzuch jednego, a potem drugiego człowieka dostrzegając, że noszą w sobie Larwy. Wracając do klasycznej wizji, obrzucił spojrzeniem dokumenty, po czym zbadał ubranie człowieka, poszukując jakichś oznaczeń. Zdało się że należą do innej kasty lub klanu, nie widać jednak żadnych znaków honoru czy wysokiej pozycji.

Jedyna broń, którą posiadają, to noże w pochwach przymocowanych do butów, ale jeden będąc nieprzytomnym raczej nie sięgnie po swój, a drugi, choć bardzo by chciał, nie jest w stanie ze względu na ogólne obrażenia dolnej połowy ciała. Ta niemożność podjęcia jakiejkolwiek próby obrony czy ataku, co do których bezcelowości i tak musi być przekonanym, doprowadza człowieka na skraj rozpaczy przywodząc do wściekłości i szlochu zarazem.

Rozerwane zwłoki to pewnie robota Ya-Smoka. Zwykłe Żmije nie są w stanie z taką łatwością rozszarpać mięsa.” – pomyślał Łowca i podszedł do nieprzytomnego.Wyjął z pochwy jego nóż, przełączając się na Żmijową wizję. Przewrócił go na plecy, przesunął rytualnie dłoń po jego czole. Następnie mocno wbił nóż w jego kark, przerywając kręgosłup i skracając jego życie do jakichś sześciu sekund. Szybkim ruchem rozciął jego brzuch i wyjął larwę, pokazując ją przytomnemu. Potem zabrał mu nóż, wskazując na larwę i na wnętrzności martwego. Na koniec rzucił mu ostrze tak, żeby mógł go dosięgnąć. Popatrzył na niego z pewnej odległości jeszcze kilka sekund, po czym wyszedł,kierując się bocznym korytarzem wprost do sali kriogenicznej.

Sala przypominała powierzchnią laboratorium, ale była od niego zdecydowanie dłuższa, wypełniona szafkami rozstawionymi wzdłuż ścian oraz komorami krio, stojącymi w dziewięciu rzędach po dziesięć w każdym.

Yartaj już tu dotarł, przechadza się po przeciwnej stronie sali kilka rzędów dalej. Tu też musiała mieć miejsce walka. Jednak ta sala jest najmniej zniszczona z tych, które Kel'kahn odwiedził na tym piętrze. Owszem, kilka przestrzelonych, kilka rozbitych komór, ale chyba nikt z załogi nie został w którejś na wieczny sen. Yartaj przechodzi wzdłuż rzędu, rozglądając się między komorami i wydając krótkie, ironiczno-zniecierpliwione prychnięcie na widok 'kahna. Jednak tym, czego w przeciwieństwie do niego nie zauważył, jest Łapacz, który właśnie wypadł z przerwanego szybu wentylacyjnego na szybę znajdującej się tuż za Yartajem komory.

- Zaczynasz mnie irytować. Rozumiem, że mnie podziwiasz, ale to łażenie za mną krok w krok... – zaczął kolejny pełen uprzejmości wywód.

Kel'kahn bez słowa sięgnął po shuriken i rzucił go po łuku w Łapacza. Nie mógł być tego pewien ze względu na maskę, ale stawiłby lewą rękę, że na twarzy Yartaja zagościło bezbrzeżne zdumienie na widok nadlatującego w jego stronę shurikena. Zanurkował między kapsuły w – jak sądził – uniku przed bronią drugiego Łowcy, która przecięła na pół Łapacza, już wyskakującego w powietrze. Zaraz po "umiku" Yartaj wychylił się dwa metry dalej celując w 'kahna z pistoletu plazmowego, lecz gdy zauważył w co tak naprawdę trafiła jego broń, zamarł niczym posąg z głową obróconą w swoją lewą stronę i wyciągniętą bronią, z ramieniem pod kątem 90 stopni względem barku. Cała scena trwała może sekundę. Yartaj, nadal celując w 'kahna, ciągle patrzy na dwie połówki zwierzęcia.

star wars, sw: tor

Star Wars

2

- Chyba powinniśmy iść przed siebie. – stwierdził odkrywczo Rodianin. Sala niewątpliwie była obszerna. Stali teraz mniej więcej na wprost od ujścia korytarza przez który weszli, jakieś trzy metry od niego, a i tak nie byli w stanie dostrzec ani ścian bocznych, ani sufitu.

- No dobra. Stojąc nic nie odkryjemy. – Solusar ruszył śmiało przed siebie, unosząc wysoko miecz, by dawał więcej światła.

Szli tak przez dobrą minutę, krok za krokiem, wypatrując w mroku kolejnych zagrożeń. Zupełnie niespodziewanie tuż przed nimi pojawił się ogromny, przynajmniej trzydziestometrowy posąg, u stóp którego w snopie błękitnego światła leniwie lewitował miecz świetlny.

- Jak myślisz, co to za posąg? – zapytał człowiek podchodząc do miecza, starając się go zbadać bez dotykania.

- To pewnie kolejny "Wielki Lord Sithów." – zaśmiał się ironicznie Rodianin.

- Wiesz kto to może być? – człowiek przyglądał się wielkiemu posągowi, przedstawiającego mężczyznę, chyba rycerza Jedi...

- Kojarzy mi się z Revanem, choć nie wiem, jak wyglądał. Zwróciłbym za to uwagę na to co trzyma w dłoniach, bo przypomina mi te drzwi, przez które weszliśmy. No i na ten miecz.

- Może to grobowiec Revana albo jego mistrza? – rozważał Saram – No nie, ale zabezpieczenia to tu są takie, jakby tu były buty “Wielkiego Mistrza Jedi". – zażartował ponownie i dodał:

- Spróbujesz dotknąć miecza?

- Że co? Buty mistrzyni Satele? – podłapał dowcip Solusar – Czemu nie, raz kozie śmierć. – mrugnął porozumiewawczo do Rodianina i sięgnął po miecz.

W chwili, w której zacisnął palce na rękojeści, poczuł dojmujący chłód idący wzdłuż ręki i rozchodzący się na całe ciało. Zdawało mu się, że Saram szepcze coś bardzo cicho i szybko, ale zanim zdążył odwrócić się i zapytać o co mu chodzi, jego świadomość eksplodowała bólem.

Jedi upadł na kolana, targany okrutnymi drgawkami, a mięśnie wrzeszczały w panice na granicy zerwania, gdy pojawiające się znikąd wyładowania elektryczne zaczęły oplatać go jak stado wijących się węży. Dokładniej rzecz biorąc – upadłby gdyby nie fakt, że nie mógł oderwać dłoni od lewitującej klingi, w związku z czym zawisł na niej jak niedoszły samobójca, który w ostatniej chwili chwycił się parapetu okna.

Jeszcze nigdy nie doznał tak potwornego bólu. Zamknął oczy drąc się w niebogłosy, a jego krzyki odbijały się echem od ścian, które zdawały się drwić z jego cierpienia. Wrzeszczały w jego głowie setkami okrzyków, zaklęć, śmiechów i głosów, których nie był w stanie rozpoznać. Czuł, że umiera.

- Pomóż! – krzyczał do Ar-Sarama, starając się nie udławić bólem, próbując jednocześnie oderwać dłoń od rękojeści.

Widział jak Rodianin wybija się w powietrze, zamierzając zapewne zniszczyć miecz, lecz gdy tylko jego ostrze zetknęło się ze snopem światła został odrzucony kilkanaście metrów w tył.

Kyle pomyślał, że nie może być gorzej, ale mylił się. Tego, co teraz czuł nie dało się wyrazić żadnym językiem galaktyki. Powinien umrzeć. Ale nie umierał. Jak na złość, można by rzec...

Gdy ból rozdarł resztki jego świadomości odbierając dostęp do innych zmysłów, doznał czegoś w rodzaju wizji. Ciemnofioletowa pustka wypełniająca jego wzrok pulsowała cierpieniem, ale w jej środku znajdowała się jedna postać. Postać mężczyzny w długich zakonnych szatach. Duch człowieka przedstawionego na posągu. Człowieka, którego w ostatnich chwilach życia Solusar poznał bez kłopotu.

- Umrzesz, Solusarze – oznajmił spokojnie patrzący na rycerza Exar Kun – Wiele jest technik i ścieżek Mocy, wiele jest także rodzajów bólu. Ale, jak właśnie się przekonujesz, są techniki Mocy i rodzaje bólu, przed którymi nie ma obrony.

- Pieprz... się... Ku... un... – wysapał Solusar, w akcie desperacji postanawiając odciąć sobie dłoń. Podnosił rękę z mieczem do cięcia z absolutnie nadludzkim wysiłkiem. Zdawało się, że trwa to całe lata w trakcie których Jedi zwątpił, czy zdołatego dokonać zanim umrze. Na całe szczęście Ar-Saram wpadł na ten sam pomysł w tej samej chwili.

Ból, który czuł do tej pory był tak niewyobrażalny, że nawet nie poczuł cięcia, które pozbawiło go dłoni tuż przy nadgarstku. Na skraju śmierci i dalej, niż na skraju nieprzytomności padł bezwładnie na posadzkę. Wokół znów zapanowała grobowa cisza.

Pogrążył się w otchłani niebytu. Nie wiedział gdzie jest, kim jest, czym jest. Nie wiedziałeś gdzie jest jego ciało ani czy w ogóle takie posiada choć całą przestrzeń jego niebytu wypełniał pulsujący ból.

Umarł.

Tak, na pewno umarł.

To przecież jedyne sensowne rozwiązanie. Zdecydowanie nie było w tej chwili lepszej opcji.

A jednak, wbrew pustce i próżni, wbrew zdrowemu rozsądkowi i jakiejkolwiek przyzwoitości, przez ramy jego niebytu przebijał się dudniący, odległy o miliony parseków głos.

- Człowieku żyjesz?! – rozległo się w bolesnej ciemności rozszarpanego umysłu Solusara.

Ktoś dotykał jego ciała, którego nie miał. Ktoś opatrywał ranę, która nie miała żadnego znaczenia.

Jedyną realną rzeczą w bezdennej pustce był ból.

A więc chyba jednak żył...

Niech to szlag...

3

Ciemność w tej części statku była już całkowicie nieprzenikniona, gdyż zarówno z normalnym jak i awaryjnym oświetleniem stało się najwyraźniej to, co z resztą załogi. "Ex" bardzo starał się zapewnić maksimum bezpieczeństwa i widoczności swoją latarką, co i tak nie uchroniło Zhaffa od potknięcia się o kolejnego z trupów. Po kilkudziesięciu metrach spaceru w ciemności obaj stanęli przed potrójnym rozgałęzieniem.

- Magazyny i zbrojownia główna – oznajmił krótko "Ex" wskazując ręką prawą odnogę korytarza – Centrum dowodzenia – wyciągnął rękę przed siebie – Serwerownia i panel sterowania elektroniką, nazwijmy to tak – kiwnął głową w lewo. Latarka zamrugała gwałtownie, przygasając na moment. "Ex" potraktował ją kilkoma szybkimi uderzeniami w bok.

- Noż kurwa, działaj mendo... – poprosił grzecznie, czym wywarł najwyraźniej dobry wpływ na swój sprzęt, bo latarka znowu zaświeciła jasno.

- Rozejrzyjmy się w centrum dowodzenia i wracajmy – odparł Zhaff, po czym ostrożnie ruszył w wybranym kierunku.

Kolejne metry ciemnego korytarza, kolejne minuty w lodowatej ciszy, przez którą przebijało się jedynie ciche echo ich kroków. Za kolejnymi drzwiami kolejnego pomieszczenia znaleźli kolejne ślady walki. Kolejne trupy, tym razem leżące bardzo blisko siebie, niekiedy jedne na drugich, kolejna upuszczona lub trzymana jeszcze kurczowo w martwej dłoni broń (tym razem pojawiły się także noże). Poprzewracane krzesła, rozbite komputery. Tylko pośrodku bardzo obszernego pomieszczenia, pełnego przezroczystych szyb z mapami, planami taktycznymi, na przeciw dużego monitora siedział na krześle kolejny z martwych żołnierzy, plecami do nich.

- Dobra, rozejrzeliśmy się, wiemy jak wygląda sytuacja. Teraz wracajmy do statku bo jeszcze uciekną bez nas. – nieco pogardliwie rzucił Zhaff. Zanim jednak odwrócił się do wyjścia, zobaczył karty pamięci – ogromna pojemność, wielkość zwykłej karty kredytowej, niezwykle wysoka cena na czarnym rynku, zwłaszcza za model wojskowy, zwłaszcza imperialny. Takich kart było tu kilkadziesiąt, niektóre skatalogowane porządnie wraz z opisami zawartości, inne porozrzucane tu i tam, po stołach, krzesłach, podłodze, tak jak i inne sprzęty, które wpadły w wir mającej tu miejsce walki.

- Zobacz, karty pamięci. – powiedział do towarzysza i polecił – Powiedz temu tam srającemu że jeśli chce się obłowić to niech tutaj przyśle kogo trzeba.

- Omon, tu "Ex" – najemnik jedną ręką przyciskał guzik komunikatora, a drugą zgarniał karty – Jesteśmy w centrum dowodzenia, straszny bajzel. Większość sprzętu rozpieprzona, kilka jednostek działa. Wszędzie pełno imperialnych kart pamięci, każda zejdzie po trzy do pięciu kawałków. Przyślecie tu kogoś, czy mamy upchnąć sobie pięć kilo w gacie? – pytał, wkładając kartę w tylną kieszeń spodni, a po chwili ciszy bez odpowiedzi, dodał – Sprawdzić, czy w działających są jakieś zapisy tutejszej rzeźni, czy olewamy sprawę?

Cisza...

Nawet szumienia na kanale...

- Heh, może rozwolnienie? – zakpił Zhaff, jednocześnie przyglądając się trupowi siedzącemu na krześle – Próbuj dalej i powiedz mu, że trzeba było się załatwić przed wyjazdem.

- Omon, kurwa mać, podetrzyj dupę i chodź tutaj! – najemnik wkurwił się już nie na żarty, jednak jego nawoływania nie przyniosły efektu.

Trup na krześle miał elegancką dziurę w czaszce na wysokości płata czołowego. Zaschnięta krew oblepiała ciemnymi strugami cały hełm, spływając w dół. Ranę zadano ewidentnie z przyłożenia.

- Słyszy mnie ktoś? Hej, Wookie, słyszysz mnie?

Cisza...

- Dobra, olać zasrańca, bierzmy jeszcze kilka kart i wracamy. – oznajmił Zhaff, ale spoważniał – Jak się z naszym pracodawcą spotkamy, to mu powiemy co sądzimy o tym profesjonalizmie. – kończąc zdanie załadował jeszcze cztery karty do kieszeni.

- Spadajmy, to miejsce egzekucji jakoś na mnie źle wpływa – mówiąc to Zhaff trzymał broń w pogotowiu i ostrożnie kierował się do wyjścia.

Nie zdołał zrobić kroku, gdy przestrzeń wokół niego eksplodowała Mocą. Jej ciemna, brudna, martwa emanacja wylewała się zewsząd, sprawiając, że ściany, podłoga i sufit zdawały się lekko drżeć w jego oczach, choć jednocześnie był pewny, że dreszcz wstrząsający całym jego ciałem był jedynie efektem odebrania tak nieprawdopodobnie wielkiego zaburzenia Mocy. Sith jeszcze nigdy nie czuł czegoś tak silnego. Wybuch Ciemnej Strony, który spłynął na cały statek, był czymś odrażającym i przerażającym nawet dla niego.

"Ex", choć nie wydawał się być w jakikolwiek sposób szkolony w Mocy, także musiał podświadomie poczuć coś paskudnego, bo też zatrzymał się w pół kroku, rozejrzał się nerwowo wokół i spojrzał na Zhaffa, marszcząc brwi w niemym zapytaniu.

Zachłysnąwszy się tą obrzydliwością, automatycznie, jakby wiedząc że w mroku statku czai się coś okropnego, Zhaff schował pistolety. Ręce, jakby kierowane własnym rozumem, najpierw powoli odpięły klamrę płaszcza, pozwalając mu się zsunąć, a potem, jedna za drugą, skrzyżowały się sięgając po miecze świetlne.

Ułamek sekundy później jego twarz oświetlał krwistoczerwony blask.

Brwi "Exa" powędrowały wysoko w górę, gdy jego kompan dobył swojej świetlnej broni. Wyglądał zarówno na przestrasznego jak i zaskoczonego.

Sith otworzył drzwi na korytarz. Tuż za nimi, twarzą w twarz (a dokładniej hełmem w twarz)z nim, stał jeden z żołnierzy "Defilera". Pomiędzy jednym a drugim tonem mięśnia sercowego, żołnierz gwałtownie chwycił Zhaffa ręką za gardło, zaciskając palce na jego tchawicy z siłą równie wielką, co niespodziewaną. Oczy momentalnie wyszły mu z orbit, a jabłko Adama zatrzeszczało niebezpiecznie.

Mimo to Zhaff, napędzany wyszkoleniem nabytym na drodze brutalnych treningów, lewą ręką kurczowo chwycił rękę przeciwnika, a prawą zdołał skumulować całą Moc na jego gardle.

Użył technik tak dobrze, że nawet jego mistrz nie zrobiłby tego lepiej. Na gardle żołnierza zacisnęły się niewidzialne palce, skóra ugiełą się pod siłą Mocy, miażdżąc jego tchawicę tak samo, jak on próbował zrobić to z Zhaffem.

Problem w tym, że żołnierz nawet nie drgnął, nie zakrztusił się dychawicznie wyciśniętym z gardła powietrzem, w żaden sposób nie okazał, że Sith wyrządził mu jakąkolwiek krzywdę. Zhaffowi natomiast zaczęło ciemnieć w oczach i powoli przestawał czuć mięśnie nóg.

Z głośnym okrzykiem "Ex" wychynął zza jego pleców i uderzył kolbą karabinu w zgięcie łokcia żołnierza, zrywając tym samym śmiertelny chwyt z gardła towarzysza.

Zhaff upadł na plecy odrętwiały, zaś "Ex", praktycznie z przyłożenia, wpakował serię w brzuch żołnierza. Ten podskoczył, targnięty siłą odrzutu pocisków przelatujących na wylot przez jego plecy, zgiął się, a następnie wyprostował i chwycił "Exa" za gardło, tak jak Zhaffa przed chwilą.

Z tą różnicą, że uniósł go metr nad podłogę.

Ocena użytkowników
9,5 Średnia z 1 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...