Dragon Age - Starcie z Arcydemonem

Norbert "Wolvertino" Rędzia wtorek, 17 grudnia 2013

Opowiadanie jest własną wersją zakończenia gry "Dragon Age: Początek".

Dragon Age - Starcie z Arcydemonem

Na słowo Spartan,
Niebo stało się czarne od strzał.
Przy Naszej Pani, dziesięć tysięcy mieczy
Wysunęło się z pochew,
Wielki hymn rozniósł się po Polach Valarian, radośnie głosząc:
Ci, którzy byli niewolnikami, są teraz wolni.

- Wynne, Wynne! Opuść ten cholerny glif! Wypuść mnie! Zabiję to bydlę! - Oghren krzyczał jak oszalały. Szarpał się i wymachiwał toporem na lewo i prawo.

- Opamiętaj się, krasnoludzie. Rozejrzyj się i pomyśl, co możesz poradzić - szepnęła wyczerpana uzdrowicielka.

- Mam się opamiętać?! Kapitan jest martwy, Sten leży skąpany we krwi pomiotów, to samo jest z tym zafajdanym skrytobójcą, a ty każesz mi się opanować?! - Krasnolud ciskał się, próbując sforsować "ściany" magicznej tarczy. Wynne prawdopodobnie nie usłyszała jego ostatnich słów. Do jej uszu docierał jedynie nieznośny dźwięk, spowodowany przeraźliwym rykiem Arcydemona. Wielki smok ryczał i zionął ogniem, mordując w jednej chwili setki elfów, krasnoludów, członków Kręgu Maginów. Z jego wielkiego cielska sterczało co najmniej kilkanaście wielkich włóczni, wystrzelonych z pobliskich balist. Zdawało się to jednak nie robić na nim najmniejszego wrażenia. Bydlę co i raz przegarniało łapą po swoim cielsku, łamiąc wystającą z niego broń, wylewając z siebie tym samym kolejne strumienie brunatno-czarnej juchy. Nagle w tle rozległa się donośna komenda jednego z żołnierzy i z balisty wystrzeliła kolejna wielka włócznia. Jej grot trafił prosto w oko rozszalałej bestii. Z rozwartej paszczy potwora dobył się przeraźliwy, pełen wściekłości ryk. Stanął na tylnych łapach, prostując się na całą swoją wysokość, jakby tylko samą postawą zamierzał zmiażdżyć przeciwników. Rozłożył z furkotem potężne skrzydła, zaryczał kolejny raz, by wreszcie wzbić się nad pole walki. Oghren spoglądał po twarzach otaczających go osób, nie wiedząc, co robić. Był pewien, że Wynne nie pozwoli mu opuścić kręgu. Kilka metrów przed nim leżał jego najlepszy przyjaciel. - Uwierzyłeś we mnie, we mnie i w moją zapijaczoną gębę. Ty jeden? - Po policzku krasnoluda spływały kolejne łzy, kiedy rozglądał się w poszukiwaniu - właściwie czego? Arcydemon wzlatywał coraz wyżej, aż w końcu zniknął z pola widzenia. Po prostu odleciał i zwyczajnie zniknął, uprzednio dziesiątkując całą armię. Obok Oghrena pojawiła się golemica. Była drugą, jeśli można tak rzec, osobą, która traktowała go poważnie. Nigdy nie usłyszał od niej: "Pijaczyna, do niczego nie dojdzie". Bo tylko tyle słyszał każdego dnia w Orzammarze. Wielka "kobieta" stanęła naprzeciwko niego, po czym swoim niskim głosem powiedziała:

- Nie martw się, krasnoludzie, pomścimy Kapitana, pomścimy wszystkich i każdego z osobna.

Reszta towarzyszy nie mogła wydusić ani słowa, wszyscy patrzyli na hordy pomiotów niszczących ostatnich niedobitków. Nagle glif strażniczy wyczarowany przez Wynne zadrżał i po chwili opadł, a ona sama gwałtownie zachwiała się, w ostatniej chwili złapana przez Alistaira. Oghren spojrzał po zaślinionych gębach pomiotów i zdążył tylko pomyśleć: "No to po nas". W tej samej chwili dookoła rozbłysło oślepiające światło. "Czy tak wygląda niebo?" - zastanawiał się krasnolud. Mrugnął jednak oczami kilka razy i dalej stał na skąpanym we krwi polu bitwy. Dookoła nie było już nikogo oprócz jego kompanów i kilkunastu zdezorientowanych elfów. Nie? Jednak był ktoś jeszcze. Stał przed nimi dobrze zbudowany starszy mężczyzna, odziany w białe szaty. Wyglądał na maga, ale nie miał przy sobie kostura ani żadnych innych rekwizytów, które zdaniem Oghrena wskazywałyby na "stan posiadania zdolności magicznych". Oghren spojrzał na Shale i wyczytał w oczach golemicy, że ona też niezbyt wie, kim jest tajemniczy jegomość. Nagle usłyszał cichy szept Wynne.

- Stwórca.

Wtedy wszystko zrozumiał. Mimo że nie był zbyt religijnym krasnoludem, a tym bardziej związanym w żaden sposób z Zakonem, znał to słowo. Chyba każdy na świecie je znał.

Oghren zaczął cicho cytować.

- Teraz Stwórca opuścił świat, lecz... lecz... ? Na krew Mabari! Zaklął uświadamiając sobie, że słowa nagle uleciały z pamięci. Jak to szło? - powróci, powróci i? ostatecznie powróci i zamieni świat w raj - dokończył z ulgą.

- BOGOWIE NIE MOGĄ POZWOLIĆ NA ZNISZCZENIE! NIE TERAZ! ARCYDEMON NIE MOŻE ZWYCIĘŻYĆ! - wypowiadane przez starca słowa słyszalne były chyba na całym świecie.

Wynne czytała księgi, znała więc kolejne słowa. Nie myślała, po prostu recytowała.

I tak Złote Miasto zostało oczernione
Z każdym krokiem, który stawiasz w moim Holu.
Cudny w perfekcji, ulatnia się.
Sprowadziłeś Grzech do Nieba
I zgubę na cały świat.

W tym momencie pojawił się kolejny oślepiający błysk. Krasnolud przymknął oczy, a gdy otworzył je ponownie, dojrzał stojącą obok Stwórcy kobietę. Również i ona odziana była w białe szaty. Zawieszony na szyi łańcuszek z wisiorem o kształcie Ognistego Miecza połyskiwał lekko. Kobieta zaczęła natychmiast recytować kolejne wersy.

I wtedy zobaczyłam Czarne Miasto,
Jego na zawsze splamione wieże,
Na zawsze zamknięte bramy.
Niebo wypełnione było ciszą
Wiedziałam już
I przepełniłam swe serce smutkiem.

Oghren rozejrzał się i nie mógł uwierzyć w to, co nagle zobaczył. Martwi jeszcze przed chwilą ludzie, elfy, krasnoludy, wszyscy podnosili się z ziemi, zdezorientowani, zagubieni, ale ŻYWI! Krasnolud rozglądał się, wiedział kogo szuka. Shale także to wiedziała, znała go na tyle dobrze. Nawet dotychczas roztrzęsiona Leliana teraz stała i wyglądała tego, którego najbardziej obawiała się stracić.

Wszyscy kompani Szarego Strażnika stali obok siebie, zapominając o wszelkich kłótniach, nieporozumieniach. Przed nimi zaś sama Andrasta i Stwórca. Kolejni wojownicy i magowie podnosili się z ziemi i ruszali przed siebie. Wyglądali tak, jakby jeszcze leżąc bez ruchu, we własnej krwi, obrali sobie cel. Czy może to Bogowie nimi kierowali?

Z tłumu wyłonił się Kapitan, Szary Strażnik, przyjaciel? Jednak tym razem nie wypowiadał słów do Oghrena, nie mówił do Leliany ani nie żartował z Alistaira. Zwracał się do wszystkich.

Nie zostanę opuszczony, by błąkać się po drogach Pustki;
Ponieważ nie ma ciemności i nie ma śmierci w Świetle Stwórcy.
I nic, co stworzył, nie będzie stracone.

Starszy mężczyzna pokiwał głową, a w jego dłoniach pojawiły się płomienie.

"Jednak to Mag" - pomyślał Oghren. Kobieta przy boku Stwórcy wyciągnęła z pochwy wielki miecz, przypominający ten zawieszony na szyi. On również mienił się pomarańczowymi językami ognia. Starzec rozejrzał się po wszystkich dookoła. Oghren nawet nie zauważył, kiedy reszta uczestników bitwy stanęła w kręgu wokół niego i jego kompanów.

Starzec wraz z kobietą u jego boku kiwnęli porozumiewawczo głowami. Nagle znów pojawił się ten głos, tak jakby słyszał go każdy, gdziekolwiek jest.

- ROZPOCZĘLIŚMY WOJNĘ! ARCYDEMON NISZCZY DZIEŁO STWORZENIA. NIECH STANIE WIĘC PRZED STWORZYCIELEM!

Oghren zdążył tylko na chwilę zamknąć oczy, Starca i Kobiety z płonącym mieczem już nie było. Teraz wiedział jednak, że wyruszyli, by znaleźć Arcydemona i był przekonany o ich powodzeniu. Gdziekolwiek bestia się ukrywa i jak by nie była potężna. Świat przetrwa, musi przetrwać. Spojrzał na Kapitana, ten stał dzierżąc w dłoniach miecz i Oghren już teraz wiedział, że nie tylko Bogowie nie spoczną.

- Jesteście ze mną? - słowa powoli wydobywały się z ust kapitana. Krasnolud wiedział, co usłyszy od każdego z kompanów. W końcu nawet śmierć nie była w stanie zniszczyć więzów Kompanii Szarego Strażnika.

Ocena użytkowników 8,78 Średnia z 9 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...