Dzienniki podróży – Obcy

Maciej "Ellesis" Jendryczka czwartek, 5 listopada 2009

4 Marpenoth 1360 RD

Rok minął od wyruszenia w podróż „ku oczyszczeniu duszy”, jak to rzekł mi arcykapłan Reegus. Nadal od uczucia dziwnego na wspomnienie wyrazu twarzy Reegusa odpędzić się nie umiałem. Lasy dawno już widok gór wierzchołkami drzew przykryły. Wielką poczułem tęsknotę do chłodu śniegu i majestatycznych, nieruchomych w swym wiecznym czuwaniu skał, targanych wiatrami mroźnymi. Zbliżałem się do murów, godnych fortecy, do miasta Sundabar. Strażnicy przy bramie przepuścili mnie, jedynie wzrokiem krytycznym omiótłszy. Dotąd nie zwracano uwagi na mój ubiór, w którym dominowały zwierzęce skóry, ciężkie i praktycznie, choć niedbale, pozszywane. Jeno miecz na plecach czasem zdziwienie nakazywał. Ale to nie były już góry, ni ich okolice. Przekroczyłem ciężką, kutą w żelazie bramę miasta, zajęty myślami własnymi.

***

Karczma widocznie miejscem przychylnym nie była. Tym bardziej, że nikogo o choćby domieszce elfiej krwi w niej nie było. Szyld, który przykuł moją uwagę przed wejściem, nazywał budynek „Pod Pijanego Młota Torem”. W środku tłoczyły się głównie krasnoludy, o piwo wciąż wołające. Paru ludzi, do tego jakiś samotny gnom. Oto cała klientela. Wkroczyłem, buciorów ciężkich odgłosem przykuwając uwagę. Czułem na sobie spojrzenia lśniących żuków w oczach krasnoludów. Ludzkie obserwacje mniej się nieprzyjemne zdawały. Sundabar to mieścina rzemiosłem krasnoludzkim się sławiąca, co za tym idzie i populacja ich tutaj była duża. Ale żeby każdy półelf czy elf, sensację wzbudzał? Dotarłem do szynkwasu, kroplę potu na karku nieposłuszną czując, która uwolniła się z porów skóry, mimo że zdenerwowanie ukryć próbowałem. Tchórzem nie jestem, ale nienawidzę sytuacji, gdy ktoś denerwując mnie, jawnie nie prowokuje i po miecz nie karze sięgać. Jednak po chwili krasnoludy znów do spienionych kufli powróciły z nieznacznymi pomrukami. Karczmarz, łysy, gruby i brak zębów w uśmiechu ujawniający, o dziwo nie rzekł nic na mój widok. Spytał tylko, czego pragnę. Rzekłem, że napiję się Ale i kilka miedziaków na ladę wyrzuciłem. Zgarnął je szybko, piwa nalał i postawił przede mną, rozlawszy trochę, jak to uchodziło w szanujących się karczmach. Na twardą gwarę także uwagi nie zwrócił. Zauważył nagle kogoś za mną i mina mu zrzedła.

– Mejastel... – rzekł, zaskakując mnie tą samą gwarą mówiąc. Brak tak powszechnego wśród mieszkańców zdziwienia stał się jasny. – ...nie sprzedam ci nawet kropli wody, dopóki długów nie uregulujesz! Tylko na porządnego kopniaka zasługujesz! – skończył z gniewem.

Odwróciłem głowę, by jakiegoś grubo, lecz elegancko ubranego mężczyznę zoczyć. Pociągłą twarz jegomościa porastała zawadiacka bródka czarna jak węgiel. Włosy kryła czapka z pożółkłym piórem. W brązowych oczach błyskał spryt i rozbawienie. U boku wisiała mu mandolina. Typowy, można powiedzieć, bard. Uśmiechnął się do karczmarza, kątem oka na mnie spoglądając.

– Daj spokój Frinn... polej do gardła gorzały strudzonemu bardowi. W zamian sprawię, że do karczmy więcej gości ściągnie, powodowanych Baryłką i mym głosem – wskazał na niezwykłą mandolinę, która pudłem rezonansowym rzeczywiście trochę baryłkę przypominała.

– Wczoraj raczej ich wypłoszyłeś swoim pijackim śpiewem...

- Sztywna arystokracja i paniczyki... wszak ogień alkoholu czule podniebienie łechta, gorętszym je czyniąc, czyż nie?

- Gadaj jak chcesz. Trunku nie dostaniesz – Mejastelem zwany skrzywił się w stronę karczmarza i na mnie, niczym na ostoję nadziei spojrzał. Spodobało mi się jego usposobienie i wyjąłem srebrną monetę, kładąc ją na stole – Dla tego pana także piwo proszę...

- No nie... kolejny na złą stronę nawrócony. Jeszcze tego pożałujesz panie – rzekł karczmarz, ale udobruchany jakby, uśmiechnął się lekko, zanim nie odwrócił się, by piwa nalać. Postawił je przed Mejastelem, celowo chyba więcej wylewając – Ostrożnie! – Podniósł głos urażony bard – To nie woda, lecz płynne złoto! – upił łyk od razu, oblizując się z piany. Komplement celnie wymierzony wywołał uśmiech i pokaz braku uzębienia karczmarza.

– Ty parszywy pomiocie chędożonych demonów... kiedyś za swe wygadanie zapłacisz – pogroził palcem i jakiegoś krasnoluda począł obsługiwać. Bard zwrócił się do mnie, wyciągając rękę – Mejastelem mnie zwą, a ciebie? Serdecznie za trunek dziękuję.

- Nazywam się... Ellesis. Nie ma za co. – uśmiechnąłem się. Bard spojrzał po mnie – Nie jesteś chyba typem miejscowego, co nie? Daj mi zgadnąć – zza gór mroźnych przywędrowałeś, gdzie jeno panny i alkohol gorące?

- Hmmm... dokładnie – zaśmiałem się i upiłem łyk złotego trunku. Ktoś nagle pociągnął mnie za ramię, co spowodowało, że brodę i ubiór umoczyłem sobie w alkoholu. Odwróciłem głowę od razu, by zobaczyć paskudną mordę jakiegoś człowieka. Wysuszona, żółta i poorana bruzdami twarz nosiła w sobie wszelkie parszywości. Łypnął na mnie świńskimi oczkami – Nie chcemy tu takich jak ty, barbarzyńco. Kończ kufelek i znikaj stąd.

- Mam go teraz na sobie – Warknąłem. Za tamtym pojawiło się kilkoro innych, wśród nich łysy, lecz nadrabiający bujną brodą i brwiami krasnolud.

Spojrzałem na niego i to był mój cholerny błąd. Dostałem w skroń i uderzyłem głową w blat. Parszywy atak z zaskoczenia, o tchórzostwie świadczący. Usłyszałem tylko protesty karczmarza i barwny głos barda „chędożonymi [kwiatek]ami” nazywającego napastników.

5 Marpenoth 1361 RD

Obudziłem się z tępym bólem z boku czaszki. Jakieś pomieszczenie mieszkalne w domu, zawalone głównie instrumentami i brudnymi, bezpańskimi naczyniami. Do pokoju akurat Mejastel wszedł.

– No zbudziłeś się... Banda karczemnych moczymord, znana z czepiania się każdego. Dobrze, że ten łysy krasnal się do bitki nie włączył... podobno psi syn z Zakonu Długiej Śmierci wykopany został. Parszywy typ. Posłuchaj przyjacielu... Nie miej mi za złe, ale gusta twego ubioru w głąb Krainy respektowane nie będą.

- Zauważyłem – Uśmiechnąłem się słabo.

- Jaki jest w ogóle cel twoich podróży?

- Nie mam go... Chcę tułać się, poznawać, zwiedzać i zarabiać na wojażach.

- Ach cudnie... Co do tego ostatniego liczyć możesz na mnie dopiero, gdy zdrowo popiję, ale... towarzysza nie potrzebujesz aby? Razem majątek możemy zbić i dwa razy więcej kobiet w ramiona porwać. – Zaśmiałem się. Tak, towarzystwo bardzo mnie by ucieszyło. Szczególnie tego człowieka. Uzupełniał mnie jakby swoją pogodą ducha. Pokazał spojrzeniem w nogi łóżka, na którym leżałem. Znajdowały się tam jakieś rzeczy poskładane. Wyróżniał się wśród nich niebieski materiał. Na nich nowe, czarne buty ze skóry stały. Zaskoczyło mnie to.

– Kupiłem to dla ciebie, byś w tłum się wmieszał, a i wygody nie stracił. Potem będziemy się martwić o rzeczy zapasowe. Posłuchaj mych rad, bo niczym obcy ptak w chmarze na niebie jesteś. Parszywy świat ma to do siebie, że tolerancji za grosz nie znajdziesz.

- Ja... dziękuję Mejastelu – podniósł rękę w geście zaprzeczenia.

– Nie dziękuj... Z twojej sakiewki kupione. Widzisz, za skromnym, by pieniądz własny szanować.

- Tak... i w tej wierze trunek na kredyt bierzesz? Mimo wszystko dzięki za troskę i odratowanie z karczmy – odpowiedziałem.

– Mam nadzieję, że i ty mi kiedyś mój tyłek uratujesz. Po przyjacielsku powiem ci, że obecnie na jeżu siedzę – mrugnął do mnie i dodał po chwili – Jak już czerep przestanie ci trzeszczeć ubierz się i zejdź na dół. Helryna czeka ze strawą. Na razie odpoczywaj. Mam nadzieję, że chyżo wyjdziemy w podróż. Mam dość tej krasnoludzkiej warowni. Mam w sąsiedztwie dwóch kowali. Rozumiesz? Dwóch! Nie dość, że hałas robią, to jeszcze za sześciu, bo ich kuźnie konkurują zawzięcie. – klepnął mnie w ramię i wyszedł z pomieszczenia.

Patrzyłem się chwilę w drewniany sufit, po czym do sakw przy łóżku sięgnąłem. Odetchnąłem z ulgą. Maska tam była nadal, skryta pod płótnem. Położyłem zimny, czarny marmur na twarzy i zamknąłem oczy.

Cienie znów w swe objęcia mnie wzięły. Zasnąłem.

Ocena użytkowników 6,5 Średnia z 1 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...