Droga

Matt "Matthias Circello" Kołodziejski niedziela, 7 grudnia 2008

Początek

Urodził się w Dolinie Lodowego Wichru, jako owoc burzliwego związku dwojga magów, Krishy Hegel, człowieka oraz elfa, Celicio Circello. Od najmłodszych lat przejawiał talenty magiczne, dużo czasu spędzał w miejscowej Świątyni Mystry, gdzie pobierał nauki teoretyczne od miejscowego Kapłana. Gdy wracał do domu, jego edukację, tym razem praktyczną, kontynuowali rodzice. Bardzo chciał dorównać ich umiejętnościom, jak się okazało, za bardzo i za szybko. Zniechęcony mozołem pracy, którą musiał wykonywać, by zostać wtajemniczonym w arkana magiczne, zaczął eksperymentować sam, jako źródła swych wybryków mając skrypty podkradane rodzicom. Przez długi czas nie działo się nic złego, jednak nadszedł dzień, gdy skumulowana negatywna energia musiała się ujawnić. Pewnego mroźnego wieczoru młody Matthias pokłócił się z rodzicami, żądając od nich pokładania w nim większego zaufania jeśli chodzi o przekazywanie wiedzy i nauki praktyczne. Zły na cały świat, postanowił odciąć się od wszystkich i poświęcić swoim codziennym praktykom. Zbieg okoliczności, może pech, a może los lub przeznaczenie sprawiły, że młody adept Sztuki zdołał przyzwać Biesa z czeluści piekieł. Pewien tego, że zdoła nad nim zapanować, nie bał się ani trochę. Jednak jak to bywało w setkach przypadków przed nim i w setkach przypadków po nim, młodzieńcza duma, pewność siebie i buta, zawiodły go na całej linii. Nie miał szans w konfrontacji z mocą, jaką posiadł ów Bies. Doprowadziło go to na skraj śmierci i co gorsza, kosztowało życie obojga jego rodziców. Próbując ratować swe jedyne dziecko, nie zważając na niebezpieczeństwo, poświęcili swe istnienia, aby ich `pociecha` uszła stamtąd cała. Moment ten na zawsze wyrył się zarówno w świadomości, jak i w podświadomości młodego Półelfa, zostawiając na wieki skazę na jego duszy... oraz na ciele. Bies zostawił mu po sobie pamiątkę w postaci okropnej blizny biegnącej wzdłuż klatki piersiowej, nigdy do końca nie zagojonej, rozpalającej się ogniem na nowo za każdym razem, gdy Matthias powracał w koszmarach do tego dnia, do tej chwili, gdy dwie istoty, które kochał ponad życie, umarły... przez niego. I dla niego.

Długo nie mógł dojść do siebie, zarówno psychicznie jak i fizycznie. Jednak, gdy w końcu odzyskał względną równowagę, nie zastanawiał się długo nad tym, co robić. Sprzedał wszystko, co miał, wszystko, co mogło kojarzyć mu się z Doliną Lodowego Wichru i wyruszył przed siebie z postanowieniem, że poświęcenie jego rodziców nie pójdzie na marne. Przez wiele lat tułał się po całym Faerunie, zbierając doświadczenie, pobierając nauki, wpadając w kolejne kłopoty. Trzeba mu przyznać, że wiele przeżył, również bardzo dojrzał. Mógł teraz stać się prawdziwym Magiem, odpowiedzialnym za swoje czyny. To, razem z jego charakterem, tworzyło i tworzyć będzie iście wybuchową mieszankę.

Po wielu latach tułaczki dotarł do kolejnego, jeszcze nie znanego sobie miejsca. Dotarł do Wrót Baldura. Zaczynał się kolejny etap w jego życiu...

Historia kapłaństwa

Nie śpię już od trzech dni. Boję się zamknąć oczy, boję się zasnąć. Nie chcę ciągle wracać do tamtych zdarzeń, ale wiem, że w końcu wspomnienia i tak mnie dopadną. Przyjdą, gdy tylko zanurzę się w krainie snów, a raczej koszmarów. Chyba powoli wariuję, czasami już nie wiem, co jest prawdziwe, a co jest wytworem mojej chorej wyobraźni. Przestaję się kontrolować... Boję się zasnąć...

***

Wokół mnie panuje mrok. Jeszcze raz sprawdzam, czy wszystko jest przygotowane. Musi się udać, musi! Pokażę im, że naprawdę mam talent... że mylą się, nie chcąc mówić mi więcej! Głęboki oddech i do dzieła. Wypowiadam zaklęcie... całe półkole zaczyna lśnić, otacza mnie dziwna, blado-krwista poświata. Nagle cała ziemia zaczyna wibrować, tak! W końcu mi się uda! PORTAL! Pojawił się! Jeszcze chwile i go zobaczę... jeszcze tylko chwila. Wychodzi. Jest... piękny. Fascynujący. Jest... nie. Nie. Nie! To niemożliwe! Skąd ta moc... nie... NIE!! Ratunku! Niech mi ktoś pomoże... on... jest... za silny! Mamo! Tato! Nie, błagam! Nie róbcie tego! Niee, zostaw ich! Zostaw! ...mnie! Aghhrr!

Nastaje cisza. Niczym nie zmącona, ciężka, przytłaczająca, głucha cisza.

***

Już więcej nie wytrzymam. Jest coraz gorzej. Koszmar za każdym razem się zmienia. Ale koniec jest zawsze taki sam. Oni... nie żyją. Przeze mnie. To ja powinienem zginąć...

Ale dzisiejszej nocy pojawiło się coś jeszcze. Znak. Widziałem go wyraźnie. Znak... Symbol. Boga, który opuścił mych rodziców, gdy najbardziej potrzebowali jego opieki. Okrutnej Opiekunki, Bogini Magii, Mystry. Nie rozumiem. Jest już późno, ubieram się i wychodzę. Byle dalej od tego miejsca.

***

- Że co?! Ty już chyba naprawdę zwariowałeś!

Veldar odchylił się na krześle i głośno zarechotał. Jego skrzekliwy śmiech rozniósł się po całej Karczmie.

- Znak od Bogini! Dobre, przyjacielu, dobre! Uwierz, że od dawna wiem, że po Tobie można spodziewać się wszystkiego, ale teraz przeszedłeś samego siebie.

Wesołość człowieka zdawała się nie mieć granic.

- Daruj sobie. Nie przyszedłem tu, żeby słuchać Twojego głupiego śmiechu. Ja już naprawdę mam dość.

Przygnębienie wymalowane na twarzy Maga mówiło wiele. Podkrążone i spuchnięte oczy mówiły jeszcze więcej.

- Muszę spróbować, może to jest właśnie droga, moja droga, żebym w końcu uwolnił się od tego brzemienia...

Zrezygnowany oparł głowę o nadgarstki i zamknął na chwilę zmęczone oczy.

- Mów co chcesz, ale ja za cholerę nie widzę Cię w tej roli. W każdej innej, przyjacielu, ale nie w takiej. Nieokiełznany Matthias kapłanem bóstwa!

Veldar uśmiechnął się szeroko.

- Ty chyba sam nie wierzysz w to, co mówisz.

Pociągnął solidny łyk z kufla.

- Nic nie rozumiesz... Ja... A z resztą. Idź w cholerę! Nie potrzebuję Twojego pozwolenia. Muszę spróbować.

Nie czekając na reakcję człowieka, zgarnął swoją torbę i ruszył w stronę wyjścia.

- Bywaj.

Rzucił jeszcze i zniknął za drzwiami.

***...4 lata później...***

- Jest zdeterminowany. Jest śmiały. Ma otwarty i bystry umysł. Wie, czego chce i nie łatwo go zwieść.

Z dwóch postaci, stojących koło jednej z kolumn w budynku, od dłuższego czasu mówiła tylko jedna.

- Ale przy tym może okazać się niebezpieczny, bo wciąż jest nieprzewidywalny. Sam nie wiem, czy możemy pozwolić sobie na takie ryzyko.

Drugi z rozmówców nie odzywał się wcale, kiwał tylko od czasu do czasu głową na znak, że przyjmuje do wiadomości to, co słyszy.

- No i znasz jego przeszłość... Wprawdzie sam nam się przyznał, ale jego skaza jest zbyt duża. A co, jeśli on traktuje to jako pokutę? Powinność, a nie powołanie? Co, jeśli liczy tylko na to, że służba pozwoli mu odciąć się od przeszłości?

Pytania zadawane przez mówiącego były trudne, a jeszcze trudniejsze były odpowiedzi.

- Sposób na zapomnienie? Na pogodzenie się ze swoją przeszłością? Z samym sobą? Drogi przyjacielu, już choćby z tych powodów nie zawahałbym się przed nadaniem mu kapłaństwa. Pamiętaj, że Bogini zawsze wspomagała tych, w których był talent. Nieważne, czy zbłądzili, czy szli dobrą drogą. Ale rozumiem Twoje obawy, dajmy mu jeszcze się wykazać. Poczekajmy. Czas pokaże...

***

Czuję, że jestem już taki blisko. Po tak długim czasie wiem, że moje poświęcenie nie pójdzie na marne. Wiem też, że muszę być cierpliwy. To jest nauka którą pamiętam od zawsze. Od tamtego momentu... cierpliwości.

- Matthiasie, nawet nie wiesz, jak bardzo cieszę się, że wtedy, cztery lata temu, pojawiłeś się w naszej świątyni. Początki były ciężkie, byłeś zagubiony, rozbity, nie wiedziałeś co robić. Ale potem pokazałeś, iż Twa wiara jest szczera i mocna, że zależy Ci na tym, aby osiągnąć cel. Jesteś jednym z najlepszych kandydatów z jakimi miałem kontakt.

Mówiący zrobił sobie małą przerwę.

- Dlatego też musisz sobie wyobrazić jak trudno jest mi powiedzieć Ci, że niestety nie mogę udzielić zgody na śluby.

By wyrazić swe ubolewanie mówiący rozłożył ręce w geście bezradności.

Krew uderza mi do głowy. Serce zaczyna pracować mi szybciej, tłocząc do żył krew pełną złości. Staram się opanować... Mystro, daj mi siłę... Proszę, daj siłę swemu wiernemu słudze. Pozwól mi pokonać złość. Daj mi szansę, abym mógł udowodnić, iż jestem godzien... Mystro, Bogini Magii, daj mi siłę, Ty, która odebrałaś mi wszystko co kochałem, pozwól mi uporać się z koszmarem, którym jest moje życie.

Matthias zamknął oczy i w myślach modlił się dalej. Poczuł, że do zaciśniętych oczu napływają mu łzy. Bardzo gorzkie łzy. Kapłan położył rękę na ramieniu Półelfa chcąc go pocieszyć. I w tym momencie poczuł przepływ mocy. Malutka cząstka boskiej łaski spłynęła na młodego, zagubionego Maga. Trwało to tylko przez kilka sekund, ale obaj byli pewni, że sami nigdy w życiu nawet nie zbliżą się do emanowania tak czystą, szlachetną i potężną energią.

Matt potrząsnął głową. Przez chwilę stracił kontakt z rzeczywistością, czuł, jak gdyby jego świadomość została zdominowana przez jakąś potężną moc. Nie mógł jej zidentyfikować, nie potrafił jej nazwać, po prostu czuł jej obecność. Po kilku sekundach wszystko wróciło do normy. Ze zdziwieniem popatrzył na szeroko otwarte oczy Kapłana. Wpatrywał się w niego bez słowa.

- C... Co się właśnie stało?

Półelfowi aż zaschło w gardle.

- Drogie dziecko... Nasza Bogini chyba właśnie dała nam znak, że zasługujesz na szansę. Widziałem już takie przypadki. Nie musi być to nawet świadome działanie naszej Pani, jednak coś w Tobie obudziło Moc, którą przed chwilą poczuliśmy.

- Czy to znaczy, że jednak dostanę szansę? Mogę zostać Kapłanem?

Całe przygnębienie jakby wyparowało w jednej chwili.

- Dziękuję, Mystro!

Rzucił gdzieś w powietrze.

- Dziękuję. Nie zawiodę Cię!

***

Chce mi się spać. Jestem zmęczony, nie mam siły. Jednak od dawna nie czułem się tak dobrze. Jestem spokojny, przestałem bać się nocy. Koszmary już mnie nie nawiedzają. Zostały wspomnienia. Dobre, złe, jednak już umiem sobie z nimi radzić. Czuję, że to jest to, czego szukałem przez całe życie. Każda komórka mojego ciała wręcz krzyczy, że nie mogę zawieść. Nie tym razem. Nie ma już dla mnie innej drogi, nie będzie już następnej szansy. Kładę się, w modlitwie po raz nie wiem który dziękuję Bogini. Nie mam siły, jestem zmęczony. Idę spać...

Małżeństwo

W środku zimy zawsze trafiają się takie dni, gdy znów chce się żyć, zawieszone nisko słońce próbuje ogrzać zziębnięte ciało, jest jasno, przyjemnie. W taki właśnie dzień w komnatach Księżniczki Wrót Baldura wyczulone ucho mogło usłyszeć rozmowę, prowadzoną w dość zaskakującym stylu.

- Chyba zwariowałeś, Kapłanie.

Warknęła Des, strącając dłonią na ziemię stojący na szafce wazon. Ten rozbił się na dziesiątki kawałków, które usłały posadzkę komnaty. Gdyby wzrok mógł zabijać, jej rozmówca pewnie byłby już martwy. Zamiast tego siedział spokojnie na krześle, uśmiechając się lekko, krzyżując ramiona na piersi.

- Nikt, powtarzam, NIKT nie może się o nas dowiedzieć. Ja i podrzędny Kapłan!

Niemal krzyczała, a furia w jej głosie przerazić by mogła nie jednego śmiałka. Postać jednak nadal nie okazywała większych emocji. Może jedynie zmrużone lekko oczy sygnalizowały, że Księżniczka zaczyna zbliżać się do granicy jego cierpliwości.

- Daruj sobie, Des. Twoje uszczypliwości już dawno przestały na mnie działać.

Bardzo chciał sam siebie do tego przekonać. Czuł jednak, że gdzieś w środku powoli narasta gniew.

- I tak się kiedyś dowiedzą, kwestia tylko, jak bardzo odbije się to na Tobie.

Przerwał na chwilę, oczekując kolejnej salwy przekleństw. Tym razem jednak na Elfkę przyszła kolej, by milczeć. W jej wzroku wciąż czaiła się obietnica, która z pewnością nie miała nic wspólnego z przyjemnością.

- Daję Ci wybór, doceń to.

Wstał i zrobił dwa kroki w jej stronę.

- Zależy mi na Tobie.

`I na Twoich wpływach` – dodał w myślach, jednak nie odważył by się powiedzieć jej tego w twarz. I tak wiele ryzykował. Wyglądało, jakby Księżniczka opanowała się – to zatarło jego czujność. Parę sekund później leżał na ziemi, próbując złapać oddech. Cios kolanem był wyjątkowo wredny. Elfka stała nad nim, wyraźnie z siebie zadowolona.

- Czy to... oznacza... tak?

Wycharczał Półelf, próbując przywołać na usta uśmiech świadczący o tym, że wcale nie było z nim tak źle. Nie udało się. Bolało bardzo.

- Masz szczęście, że możesz mi się jeszcze przydać.

Mruknęła Des, dając mu tym samym odpowiedź na jego pytanie. Po chwili ruszyła w stronę drzwi i nie oglądając się na Kapłana opuściła komnatę.

C.D.N.

Ocena użytkowników 7,56 Średnia z 9 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...