Początek

Demon_Angel piątek, 2 czerwca 2006

- Biegł w tą stronę! Musi gdzieś tu być!
I byłem, ale nie było mowy, żeby mnie dorwali. Wcisnąłem się jeszcze głębiej w skalną szczelinę i zamarzłem w bezruchu.
- Śmierć będzie dla niego zbyt łaskawą karą za to bluźnierstwo. – Usłyszałem znajomy poważny, dostojny i sprawiający wrażenie opanowanego głos. Głos mego ojca.
- Po wrzawie zgaduję, że go nie znaleźliście. Gdzie dowódca straży?
Starałem się skulić jeszcze bardziej, stać się tak małym, że aż nie istnieć. Głos ojca sprawiał wrażenie spokojnego, ale doskonale wiem, że tak nie jest. Jest wściekły. Ale doskonale wie jak to ukryć.
Z mojej kryjówki nic nie widziałem. Ciężko było się tutaj wcisnąć, a samą wnękę w ścianie znalazłem przez przypadek. Teraz mogłem tylko nasłuchiwać. Słyszałem przyśpieszone kroki i oddech jednego z ludzi mego ojca. Szczęk zbroi kiedy się zatrzymał i stanął na baczność.
- Ty dowodziłeś strażą?
- Tak panie, ja...
Nie dokończył. W wyobraźni widziałem ten szybki gest ojca, dłoń wyciągającą się w stronę szyi. Palce zagłębiające się w miękkie mięśnie szyi, przebijające je i wyrywające krtań. Chwila ciszy i charkot. Dźwięk, który wiedziałem, że usłyszę, a potem metaliczny oddźwięk, kiedy skryte w lekkiej zbroi ciało byłego już dowódcy straży osunęło się na ziemię.
- Nie stójcie tu tak, szukać go.
Nawet nie podniósł tonu, a wokół niego zrobiło się pusto. Usłyszałem kroki. Te ciężkie kroki, z lekkim metalicznym echem tworzonym przez metalowe podkucia. Zrobił trzy kroki i się zatrzymał.
- Powinienem Cię zabić w tej chwili.
Jego lodowaty głos zmroził mi krew w żyłach. On wiedział, cały czas wiedział, gdzie ja jestem. Serce napełniło mi się strachem.
- Jesteś moim synem. Nie.. Byłeś moim synem. Nie masz już prawa nosić nazwiska Gratztz. – zamilkł, a ja czułem jak me serce zaraz wyskoczy z piersi, słyszałem szum krwi płynącej przez moje żyły... Byłem przerażony –Obraziłeś boginię matkę. Obraziłeś jej najwyższą kapłankę. Obraziłeś nawet własną matkę i siostrę.
Do czego on zmierza? Przemknęło mi przez głowę.
- Jednak czyniąc to okazałeś swoją odwagę. Niewielu byłoby w stanie odważyć się na takie bluźnierstwo. Za pół minuty wskaże, tę wnękę strażnikom. Co się potem stanie już mnie nie obchodzi.
Usłyszałem kroki. Odchodził. Pułapka? Nie, przecież mógł mnie zabić tu i teraz. Dał mi szansę. Nie mam zamiaru jej zmarnować. Opanować myśli, opanować drżenie mięśni. Zacząłem przeciskać się z powrotem, z trudem wydostałem się z wąskiego przesmyku i ruszyłem biegiem, wzdłuż ściany w stronę granic terytorium rodziny Gratztz. Mój ojciec nie kłamał. Po pół minucie usłyszałem wrzaski i nawoływania, kolejna chwili ciszy i znów okrzyk. Zauważyli mnie.
Ruszyłem co sił w nogach, Miałem przewagę, nie wolno mi było jej tylko zmarnować. Niskie ogrodzenie. Pełniło jedynie funkcję ozdoby. Nikt nigdy nie myślał o tym by stawiać ogrodzenia, którego nie można byłoby przeskoczyć i tak znalazłoby się tysiąc sposobów by je sforsować. Rozpęd, wybicie i dalszy bieg. Nade mną przeleciała strzała. A wszystko przez kilka słów rzuconych w gniewie. Pamiętam oblicze matki, kiedy skończyłem mówić, pamiętam nienawiść w oczach siostry, ale najbardziej zapamiętałem absolutną powagę na twarzy ojca. Niemal jak kamienna maska.
Nie myśleć, zawsze jak za dużo myślę popełniam błędy. Muszę się tego oduczyć. Skupiam się tylko na biegu. Dobiec do jaskiń, tam ich zgubię. Kolejna strzała. Z ust wyleciało przekleństwo, kiedy przeleciała tuz obok mojej głowy. Zacząłem kluczyć. Straciłem trochę na szybkości, ale byłem blisko celu. Jeszcze kilka metrów. Jeszcze...
To tylko ból, ból można pokonać, do bólu można się przyzwyczaić. Grot wystawał mi z ramienia. Strzała przeszła na wylot i utknęła w barku. Szybkie spojrzenie na drzewiec, trzy nacięcia, trucizna paraliżująca. Zacznie działać na dobre za kilka minut. To niewiele czasu, ale powinno się udać.
W biegu uderzyłem zdrową ręką w wystająca część strzały i odłamałem grot. Lewo, prawo, lewo, znam drogę, jeszcze tylko dwa zakręty i znajdę się dokładnie tam gdzie chciałem. Lawiruję między kamieniami i stalagmitami. Słyszę z tyłu nawoływania, tropią po krwi. Jednak odnóg jest tyle, że czasami muszą się również rozdzielać. Zresztą im się nie śpieszy.
Kolejny okrzyk. Ktoś zdał sobie sprawę z tego gdzie biegnę. Za późno, już słyszę szum. Lanke d' roesor*. Podziemna rzeka. W samą porę, czuję, że moje ciało zaczyna drętwieć. Rzeka jest dość rwąca, a ja zaraz nie będę w stanie się ruszać. Mogę utonąć. Ale jeśli nie skoczę zginę w sposób znacznie gorszy, i na pewno dłuższy. Nie musiałem się w ogóle namyślać. Widzę już skarpę, ostatni krok i rzuciłem się w nurt rzeki. Niech bogowie mają nade mną pieczę.

Ból. Czuję ból. Zaskakujące, ale cieszę się. Bo to znaczy, że żyję. Słabo mi. Spoglądam na ramię i widzę, że również z tyłu strzała się ułamała, teraz jedynie kawałek drewna wystaje z obu stron zakrwawionej koszuli. Będę musiał się jakoś tego pozbyć, zanim się zapaskudzi. Długo musiałem być nieprzytomny. Trucizna przestała już działać. Pozostało jedynie zmęczenie i ból. Muszę pomyśleć co dalej...
Chrzęst piasku. Próbuje się zakraść, ale nie jest dość cichy. Przykucam, dając do zrozumienia, że jestem zmęczony i nasłuchuję. Piętnaście stóp. Zwolnił, podejdzie jeszcze chwile i wtedy ruszy do ataku. Dziesięć stóp zatrzymał się, a ja prowokuję go udając impuls bólu w ramieniu. Zrobił krok. A ja wykonuję jak najszybszy obrót sunąc lewą nogą po ziemi.
Jestem osłabiony, mój atak jest wolniejszy niż bym tego chciał, ale wystarcza. Stopa napotyka opór, a ja unoszę lekko nogę i napieram ciałem. Przeciwnik traci równowagę i pada, jednak w chwili, kiedy chcę do niego doskoczyć, widzę w jak beznadziejnej sytuacji się znajduję.
Napastnik leży, jednak w odległości trzydziestu stóp ode mnie stoją cztery Drowy. Odskakuję w tył i czuje wodę wokół stóp. Jestem uwięziony. Nie mam żadnych szans. Powalony przeze mnie mężczyzna wstaje klnąc. Zaraz na mnie ruszy.
Przykląkłem napinając mięśnie nóg, w gotowości do skoku. ręce opadają na ziemię rozluźnione, gotowe do tego by wystrzelić do przodu jak bicze, a całe ciało pochylam w przód, gotowy do skoku.
Może i zginę, ale on wcześniej dowie się jakie to uczucie mieć skręcony kark. Już miał ruszyć, już napiąłem wszystkie mięśnie do granic możliwości, kiedy rozległ się krzyk, a oponent zamarł.
- Nie radzę Zair. W następnym natarciu zginiesz.
Zapewne ich przywódca. Takie rzeczy się zauważa. Poza tym na pewno jest kimś ważnym. Rozpoznał mój atak. Stojący przy mnie Drow z nożem w ręku, przenosił spojrzenie to na mnie to na niego. Jakby zastanawiając się czy jestem w stanie spełnić groźbę. Daj mi okazję. Pokażę ci że tak. Ale wycofuje się.
Mimo tego nie zmieniam pozycji. Pozwalam mięśniom na rozluźnienie, ale nadal pozostaję w mojej nieruchomej pozycji.
-Cahlind tril*– Ich przywódca uśmiechnął się idąc w moją stronę. – Od razu zaznaczam że na mnie to nie zadziała.
Tak. Na niego to nie zadziała, bo wie czego się spodziewać. Czyli zginę sam. Zabity przez.... Coś jest nie tak. Nie mają żadnych emblematów, żadnych oznakowań oddziału. Albo byli tajną jednostką, albo...
– Phlith*
Mężczyzna się uśmiechnął się szerzej. Zgadłem byli banitami wyklętymi ze społeczności, są zdrajcami. W chwili gdy ta myśl pojawiła się w mej głowie, zrozumiałem coś jeszcze. Teraz jestem dokładnie tym samym. Zdrajcą.
- Zgaduję, że to na ciebie polowały oddziały, które wyszły z jaskiń. Miałeś szczęście, gdyby przeszli jeszcze pół kilometra wzdłuż rzeki, byłbyś martwy.
Podchodzi do mnie, jest w zasięgu skoku, ale i tak nic by mi to nie dało. Kucam cały czas w tym samym miejscu, nie zmieniwszy nawet pozycji, jedynie obserwuję.
- Trzy nacięcia. Nie dziwię się, jeśli uznali cię za martwego, skoro sparaliżowany skoczyłeś do rzeki. Masz więcej szczęścia niż rozumu. Ale ranę trzeba opatrzyć. Po tym co przeżyłeś nie chciałbyś zginąć z tak błahego powodu?
Jest w nim coś dziwnego. Ton głosu, sposób poruszania, pewność siebie.. kim on jest?
- Chyba nie jesteś niemową?
Spoglądam na niego. Żyję. Ale wciąż jestem zagrożony, chociaż... Gdyby chciał już by mnie zabił. I tak nie mam nic do stracenia.
- nie – mówię, pozwalając sobie na głębszy oddech, i powoli wstaję.
- To dobrze. Będzie prościej. Skoro gonili cię gwardziści, znaczy się, że jesteś wygnańcem. Z kolei to, sposób w jaki chciałeś zabić Zaira, świadczy, że sporo potrafisz. Sądzę, że mógłbyś się nam przydać.
- To jeszcze dzieciak. – odburknął ten do którego zwracali się Zair.
- Dzieciak który, nie dość że cię zaskoczył, to jeszcze wedle słów Xi’atha zabiłby cię. – powiedziała z ironią w głosie kobieta opierająca się o łuk.
Wszyscy oprócz mojego adwersarza się roześmiali. On jedynie spojrzał na mnie z nienawiścią w oczach. Będę miał kiedyś przez niego kłopoty. Czuję to.
- Każde dodatkowe ramię w walce się nam przyda.- stwierdził Xi’ath. Co Ty na to chłopcze? Chcesz się do nas przyłączyć?
- Przyłącz się lub zgiń? – zapytałem z jadem w głosie.
- Nawet odgryźć się potrafi. – zaśmiał się rosły mężczyzna. Posturą przypominał sowoniedźwiedzia.
Prowadzący mnie Drow tylko się zaśmiał.
- Zabicie ciebie nic nam by nie dało. Nie masz ani kosztowności, ani nie jesteś naszym wrogiem. A dodatkowe ramię do pomocy zawsze się przyda. Jeśli nie chcesz, pożegnamy się i każdy ruszy w swoją stronę.
Przyjrzałem się całej grupie. Co mam do stracenia? Dla rodziny i tak już jestem martwy.
- Zgoda.
- Więc witaj w naszej drużynie. Jak już wiesz, ja jestem Xi’ath Velruz a ten którego chciałeś zabić to Zair Deraven. Drow przypominający skałę, to Elvar Daer. Ten, który się jeszcze nie odezwał, i który się rzadko kiedy w ogóle odzywa, to Zanw V’argos. Urocza dama wie się Calea Sy’rutz. A Ciebie jak zwą?
- Radien...
- Tylko Radien?
Nie masz już prawa nosić nazwiska Gratztz, przypominam sobie słowa ojca. Zgodnie z prawem nie mogę już używać tego nazwiska. Ale z chwilą kiedy mnie wyklęli przestały mnie obowiązywać ich prawa. I nic gorszego już mi zrobić nie mogą.
- Gratztz... Nazywam się Radien Grattz.

*Tłumaczenie z języka Drowów:

Lanke d' roesor – Rzeka rozpaczy
Cahlind tril – Ukąszenie węża
Phlith – Pogarda, pogardzeni

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...