riese

Angels are falling

Michał "Rangramil" Smolarski czwartek, 8 lipca 2010

Dwie istoty wyłoniły się z niskiego pułapu chmur i z rosnącą prędkością pikowały w kierunku ziemi. Kiedy do poziomu gruntu pozostało im tylko kilkanaście metrów, rozłożyły wielkie skrzydła i kilkoma machnięciami wyhamowały do lądowania. Złożenie skrzydeł i schowanie ich za plecami zajęło przybyszom zaledwie sekundę.

Ruszyli przed siebie, dłonie trzymając na ozdobnych rękojeściach mieczy. Chwilę maszerowali bez słowa przez otaczające ich ruiny, czujnie rozglądając się na boki. Oprócz kilku karaluchów i opcjonalnie jednego, czy dwóch szczurów, szukających pośród gruzowisk czegoś do jedzenia, okolica wydawała się wymarła. Podniebni goście przystanęli, jeden z nich odwrócił się do towarzysza, zapewne próbując coś powiedzieć.

Jednak zamiast słów, z ust wylała się krew, gdy jego ciało spenetrowały przynajmniej dwa tuziny pocisków. W ułamku sekundy anioł dobył miecza i ustawił się w pozycji bojowej. Wtedy jednak targnęła nim seria małych eksplozji, gdy utkwione w ciele naboje wybuchły, zmieniając jego wewnętrzne narządy w krwawą miazgę. Zdziwiony opadł na kolano, podpierając się mieczem, a kiedy odkrył, że jego serce przestało bić, po prostu upadł na bok i umarł.

Jego towarzysz nawet nie musiał sprawdzać, by wiedzieć, iż jego partner nie żyje. Ponieważ wciąż nie mógł dostrzec, skąd nadeszła śmierć, podskoczył i z nagłym uderzeniem skrzydłami wniósł się w powietrze. Gdy dotarł na dwadzieścia metrów, uaktywnił łącze ze swoją bazą i zaczął nadawać prośbę o wsparcie, ale zanim dotarł do współrzędnych, przekonał się, jakim zasięgiem dysponowali jego przeciwnicy. Kilka kul przedarło się przez niego na wylot, dziurawiąc cienką, upierzoną skórę skrzydeł. Jedna eksplodowała w kontakcie z kością, łamiąc ją i ostatecznie strącając anioła z nieba. Krótki lot ku ziemi i potężny upadek, którego siła wybiła aniołowi powietrze z płuc, sprawił, że delikatny szkielet popękał w niezliczonej ilości miejsc, zmieniając się gęstą kaszę, z kilkoma większymi kawałkami.

Spomiędzy zwalonych budynków wynurzyło się kilka postaci, ubranych w przybrudzone kurzem kombinezony, z hełmami pozbawionymi otworów, czy wizjerów, uzbrojonych w dziwacznie wyglądające karabinki, zrobione z idealnie matowego materiału.

- Czysto! – Z przyczepionego do piersi radia wydobył się meldunek szpicy. Jak na komendę, wszyscy sięgnęli do kołnierzy i odpięli kaski, odsłaniając głowy. Zwykli ludzie. Jeden z nich podszedł do ciała pierwszego z aniołów i trącił go butem.

- Trup, zaczął już stygnąć. – Reszta dołączyła do niego, skupiając się wokół zwłok.

- Tak, trzeba przyznać, że się kujonki postarały. Jeszcze niedawno trzeba było władować takiemu z rusznicy przeciwczołgowej, żeby się choć zachwiał. A teraz wystarczy byle pukaweczka... – Drugi żołnierz spojrzał z niejakim rozbawieniem na swój karabinek. – Nawet mój synek bawi się większym.

- Co z tym drugim? – Mężczyzna z naszywką wskazującą na stopień majora wskazał ręką na drugiego anioła, który spadł nieopodal. Pierwszy z żołnierzy profilaktycznie założył hełm i poszedł w kierunku ciała, po czym, tak jak poprzednie, trącił je butem. Odpowiedział mu cichy jęk i spłycony oddech.

- Nie ma co, twarde są. – Mówił to beztroskim tonem, przy okazji odbezpieczając broń. – Spadł z ponad trzydziestu metrów i jeszcze dycha. No nic, to przejściowe. – Wymierzył i nacisnął spust. Nic się nie stało. Na kolbie broni zajaśniała czerwona kontrolka. Strzelec opuścił karabin i odwrócił się w kierunku dowódcy, jakby oczekiwał wyjaśnień.

- Wybaczcie szeregowy, ale dostałem rozkaz, by w miarę możliwości, brać żywcem. Jajogłowi potrzebują obiektów do badań. – Nie musiał dodawać tego drugiego zdania, wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, w jakim celu brani są jeńcy na tej wojnie.

- Rozkaz, to rozkaz. – Żołnierz wzruszył jedynie ramionami i zabezpieczył broń. – Ale to tutaj raczej długo nie pociągnie.

- To już mój problem. Dawać nosze i zestaw unieruchamiający. Wycofujemy się do bazy.

* * *

Spośród chmur wyłoniła się głowa w hełmie. Bystre, złote oczy szybko zlustrowały najbliższą przestrzeń i głowa zniknęła w obłoku. W skondensowanej parze czaił się cały oddział uzbrojonych po zęby aniołów. Wszyscy mieli przypasane miecze z pięknie wykończonymi rękojeściami i przewieszone przez plecy łuki. Kołczany poprzyczepiali paskami do ud. Poza tym, wszyscy nosili kolczugi o niewiarygodnie gęstym i cienkim splocie, osłaniające nawet skrzydła i wyciągnięte w górę hełmy, wyposażone w nosale i przyczepione na zawiasach blachy, służące do ochrony policzków. Zwiadowca wykonał kilka zawiłych ruchów dłonią, po czym wszyscy zwinęli skrzydła i ruszyli w dół.

"Wysyłam ciebie i twój oddział w miejsce, w którym pojawili się ludzie z przerażająco potężną bronią. Wiemy, że bez problemu można z niej zabić anioła, jeżeli nie chroni go żaden pancerz. Twoim zadaniem jest zabicie ich i przyniesienie nam tej broni, żebyśmy mogli ją poznać." Tak brzmiały rozkazy, wydane przez Archanioła Rafaela, obecnie głównodowodzącego wojsk anielskich.

Gdy od pułapu chmur dzieliło ich już pół kilometra, a do ziemi mieli ponad trzy razy tyle, odezwał się pierwszy huk wystrzału. W powietrzu obok nich eksplodował ładunek odłamkowy. Male i średnie fragmenty metalu poszybowały we wszystkie strony, bezskutecznie odbijając się od opancerzonych ciał. Żaden stalowy odłamek nie miał szans, by przebić stworzoną w Niebie zbroję. Jednak amunicja ze zubożonego uranu nie podlegała tym ograniczeniom. Dowódca oddziału poczuł wyraźnie, jak jego zbroja zostaje przebita w pięciu miejscach, a pociski po przeleceniu przez całe jego ciało, wydostają się z tyłu.

- To pułapka, rozproszyć się i lądować! W pierwszej kolejności uciszyć baterię dział, żebyśmy w razie czego mogli się bezpiecznie wycofać!

Anioły rozpierzchły się na boki, próbując uniknąć morderczego ognia. Nie wszystkim się to udawało. Jeden z pocisków wybuchł zaledwie pół metra od jednego z nich. Sama fala uderzeniowa urwała mu pół skrzydła, a odłamek niemal dosłownie urwał mu twarz, a właściwie skórę i tkankę chrzęstną nosa. Nie była to rana śmiertelna, ale obficie krwawiła, i kiedy anioł próbował dłonią powstrzymać krwotok, poczuł, jak jedno z oczu przecieka mu między palcami. Nie miał nawet czasu krzyknąć, gdyż kolejny ładunek urwał mu resztę głowy.

Anioła trudno zabić, gdyż zstępując na ziemię przybiera tymczasową powłokę, która umożliwia mu wpływanie na świat materialny. Ta powłoka, chociaż w budowie podobna do ludzkiego ciała, odznacza się większą wytrzymałością na uszkodzenia i dopóki narządy wewnętrzne funkcjonują chociaż w minimalnym stopniu, dopóty anioł może stać i funkcjonować, o ile zniesie ból towarzyszący ranom. Po zniszczeniu bądź krytycznym uszkodzeniu powłoki, anioł opuszcza ją i bezpiecznie powraca do Nieba, gdzie powoli tymczasowa forma podlega odtworzeniu, aż anioł znów może zająć miejsce w szeregu i ponownie włączyć się do walki.

Jednak ból wywołany zadanymi obrażeniami i ewentualną "śmiercią", sprawiał, że nie każdy się na to decydował. Na nieszczęście zastępy anielskie wydawały się ludziom wprost nieograniczone i wciąż pojawiały się nowe istoty, gotowe oddać życie w czasie wojny.

Reszta przetrzebionego oddziału z trudem dosięgła ziemi, lądując pomiędzy ruinami dawno zniszczonego miasta. Od baterii dzieliło ich dobre pół kilometra, gdyż lądowanie bliżej równało się samobójstwu. To, że placówka znajdowała się pod silną ochroną, dla wszystkich atakujących wydawało się oczywiste. Dobyli mieczy – w przeciwieństwie do ludzi, nie mieli zamiaru strzelać w tak ciasnym miejscu.

- Dobra, na pewno wiedzą, gdzie wylądowaliśmy. Rozdzielamy się, dwóch ochotników zostanie tutaj i za jakieś pięć minut ruszy w kierunku celu. Reszta zajdzie śmiertelników od tyłu, czego najprawdopodobniej się spodziewają, po czym ściągnie na siebie ogień. Główny rozkaz brzmi: przeżyć. Kiedy uwaga wroga zostanie przykuta przez główne siły, ochotnicy wejdą cichcem od tyłu i ich usuną, co nie powinno sprawiać problemów. Potem sprawdzimy pobojowisko, w celu odszukania przedmiotu misji i wracamy do domu. Czy wszystko jest jasne? – Przeciągnął spojrzeniem po twarzach swoich żołnierzy, ale nie znalazł śladów zwątpienia, czy niezrozumienia. – Zatem ruszajmy.

Znalezienie ochotników okazało się trochę trudniejsze, niż przypuszczał. Nikt nie chciał wziąć na siebie łatwiejszego zadania. W końcu jednak zadecydowano, że zajmą się tym najbardziej ranni.

Oddział ruszył, szerokim łukiem omijając miejsca, w których z góry wypatrzyli ludzkie stanowiska. Z tego też powodu, chociaż od wroga dzieliło ich mniej niż pół kilometra, zanim dotarli na pozycje, przebiegli ponad dwa. Zajęło im to mniej niż dwie minuty i nie przyprawiło nawet o zadyszkę.

Z punktu, w którym się znajdowali, mieli doskonałą widoczność na działa, które jeszcze przed chwilą pluły śmiercionośnym ogniem w kierunku lekko zachmurzonego nieba. Gdzieniegdzie, pomiędzy stalowymi kolosami, przemieszczały się ludzkie sylwetki, zajęte przywracaniem baterii gotowości bojowej. Teren jednostki nie został w żaden sposób oddzielony od otaczających go ruin, gdyż i tak nie miało to sensu. Drut kolczasty, a nawet napalm, nie powstrzymałby mieszkańców Niebios przed wdarciem się do środka.

- Dwie minuty przerwy zanim zaatakujemy. Biegniemy parami, chowając się za zasłonami. Zabicie wroga ma znaczenie drugorzędne. Zwłaszcza, że nie wiemy, czy nie są uzbrojeni w nowy typ broni.

Nie potrzebował dodawać nic więcej. Znał swoich podwładnych, wiedział, że go rozumieją i może na nich polegać, niezależnie od okoliczności. Dwie minuty później ruszyli. Po zaledwie kilku metrach, jeden anioł zachwiał się i padł. W następnym ułamku sekundy doszedł do nich huk wystrzału. Leżący już się nie poruszał. Pocisk trafił pod idealnym kątem, dokładnie między żebra, rozrywając serce na drobne, krwawe strzępy.

Nie mieli jednak gdzie się schować, więc parli naprzód. Ostatnie sto metrów pokonali w mniej niż pięć sekund, dopadając do zapewniających osłonę dział. A potem zaczęło się piekło. Gdy pierwsze zaskoczenie opadło, intruzi zostali zasypani gradem kul. Zwykłych, stalowych i ołowianych, w większości odbijających się bezskutecznie od anielskich zbroi. Ludzie próbowali oślepić atakujących i wycofać się na bezpieczne pozycje.

Wtedy natknęli się na drugą grupę aniołów. Miecze zabłysły w pełnym słońcu, by zaledwie sekundę później pokryć się szkarłatem krwi. Niebiańskie ostrza z przerażającą lekkością poruszały się w anielskich rękach, szerząc śmierć wszędzie tam, gdzie dotarły. W powstałym chaosie ludzie nie mieli szans. Przestali strzelać, a uporządkowany odwrót przemienił się w bezładną ucieczkę. Ciała poległych piętrzyły się wszędzie dookoła, a otaczające je kałuże krwi powoli wsiąkały w spragnioną ziemię. W końcu nie został nawet jeden świadek masakry.

- Czterdziestu ludzi. – Dowódca szybko policzył poległych. – Dzięki kupie metalu, czterdziestu ludzi zabiło ponad tuzin Bożych wojowników. To hańba dla nas wszystkich, ale przede wszystkim odpowiedzialność spoczywa na mnie, to moje decyzje do tego doprowadziły. Będę musiał prosić archanioła o wyznaczenie mi stosownej pokuty. – Westchnął.- A teraz przeszukać to miejsce i przynieść wszystko, co wygląda na broń.

Napastnicy rozpierzchli się po obozie, wykonując rozkaz. W ciągu pięciu minut na centralnym placu zgromadzono całe podręczne uzbrojenie jednostki. Wszystko jednak wyglądało na standardowe wyposażenie, służące od dobrych kilku lat.

- Czy wy nigdy nie będziecie mieli dość? – Pytanie zadał twardy, męski głos, w niczym niepodobny do głosu anioła. Człowiek odbił się lekko od pozostałości ściany, o którą się podpierał, i spokojnym krokiem ruszył w kierunku skamieniałych ze zdziwienia niebian.

Obcy miał na sobie długi, czarny płaszcz, wystarczająco obszerny, by okrywać całkowicie jego porządnie zbudowaną sylwetkę i pozostawiać w swoim obrębie mnóstwo wolnego miejsca. Kapelusz o szerokim rondzie zacieniał mu oblicze oraz nadawał nieprzyjemny wygląd typa spod ciemnej gwiazdy.

Odległość między nimi zmniejszała się powoli, ale zaskoczeni aniołowie nie podejmowali żadnych działań.

- Zapytałem, czy wy nigdy nie będziecie mieli tego dość. – Twardy głos rozległ się ponownie. – Dość zabijania ludzi. – Akcent położony na ostatnie słowo sprawił, że kilka aniołów cofnęło się z przerażenia. – Zatem spróbujcie się ze mną.

Pierwszy anioł przyjął wyzwanie i dobywając miecza, momentalnie rzucił się na obcego. Pęd powietrza zmusił go do mrugnięcia. Gdy ponownie otworzył oczy, człowiek dzierżył już w dłoni pistolet. – Mrugnąłeś. – W twardym głosie czaiła się drwina. Zanim jednak niebianin zrozumiał, co się stało, obcy nacisnął spust. Anioł widział, jakby w zwolnionym tempie, jak kula wylatuje z lufy i po przebyciu zaledwie kilku metrów, uderzyła w jego napierśnik. Po gładkim metalu rozeszły się kręgi, jak po jeziorze, do którego ktoś wrzucił kamień. Następnie pocisk przebił się dalej i nieomylnie omijając żebra, zagłębił się w sercu. Krew z uszkodzonej komory momentalnie zalała worek osierdziowy, odbierając mięśniowi miejsce na pracę.

Z wyrazem nieopisanego cierpienia, trafiony padł na kolana, a potem na twarz i w tej pozycji pozostał. Znad lufy pistoletu nie zniknęły jeszcze resztki rozprężonych gazów prochowych.

- Brać go! – Pomimo, że to, co zobaczył, było niemożliwe, dowódca wciąż wierzył w wygraną. Nadal miał przy sobie ośmiu swoich żołnierzy. Wszyscy rzucili się na nieznajomego jednocześnie. Zanim do niego dopadli, zdążył wystrzelić jeszcze dwa razy, dwukrotnie zabijając na miejscu.

Ruchy aniołów spowolnił strach. Ani ich miecze, ani nawet oczy nie mogły nadążyć za celem, który co chwila uskakiwał i zmieniał pozycję. Nie udało im się nawet uszkodzić jego powiewającego przy biegu płaszcza. Za późno dostrzegli, że pistolet gdzieś zniknął, zaś kiedy znów ruszyli do ataku, obcy stanął jak wryty. Zadźwięczał metal uderzający o metal. Raz, drugi, trzeci, szósty. Tak samo jak wcześniej pistolet, teraz w dłoni człowieka błyszczał surowy, noszący ślady wieloletniego użytkowania rapier.

Obcy machnął nim niby od niechcenia i głowa pierwszego, z pozostałej już szóstki aniołów, spadła z ramion, tocząc się po ziemi. Cała piątka stanęła jak wryta, któryś z nich odwrócił się do dowódcy, jakby pytając, co mają robić. Sztych miecza momentalnie zanurzył się w jego nerce i wyszedł przodem. Obcy przyspieszył upadek dogorywającego ciała niedbałym kopnięciem. Pozostała czwórka, została zdjęta nieznaną im do tej pory formą pewnego uczucia – strachu. Zanim jednak mieli szansę się poddać, jeden dostał sztychem w oko, drugiemu dane było wykrwawić się z przeciętą tętnicą udową, a trzeciemu odrąbana została ręka w łokciu, pozostawiając obficie krwawiący kikut. Ostatniemu, który skulił się na ziemi i szczelnie okrył skrzydłami, najpierw je odciął, a potem czystym cieciem przerwał rdzeń kręgowy.

- Twoja kolej. – Czubkiem zakrwawionego ostrza wskazał na dowódcę oddziału. Jego głos był tym straszniejszy, iż nie brzmiał jak groźba, a jak stwierdzenie oczywistego faktu.

Dowódca, w przeciwieństwie do swoich żołnierzy, był uczestnikiem wielu bitew. Widział, jak ludzie po raz pierwszy użyli pocisków odłamkowych z uranową powłoką. Był świadkiem zastosowania napalmu i brał udział w walce, w której zginął archanioł Michał. Widział dość okrucieństw, by panować nad sobą w każdych warunkach. Czuł, jak fala emocji, strach, rozpacz, wstyd i mdłości, przebiega przez jego ciało, jak próbuje go złamać i zmusić do położenia się oraz przyjęcia przegranej bez walki. Z drugiej jednak strony zapłonął w nim płomień, płomień nie znającego sprzeciwu gniewu, gniewu sprawiedliwego.

Z okrzykiem na ustach, wykorzystując całą swoją anielską moc do przyspieszenia i wzmocnienia swojego ciała, skoczył na przeciwnika, na plugawego, bezbożnego człowieka, który wciąż tam stał, z ręką zwisającą luźno przy boku i wzrokiem ukrytym pod rondem kapelusza. Zamachnął się trzymanym oburącz mieczem, wyprowadzając prosty, ale morderczy cios z góry. Człowiek wyglądał, jakby dał się zaskoczyć, bo nie wykonał żadnego ruchu.

Znając szybkość swego wroga, dowódca nie odważył się mrugnąć, ale i tak ledwie uchwycił moment, w którym ręka z rapierem powędrowała nad głowę, składając się do ukośnego parowania. Zadźwięczała stal i sypnęły się skry. Anioł czuł, że jego nacisk zmusza przeciwnika do wykorzystania wszystkich sił. Czuł, jak mocno napięte są jego mięśnie, jak trzeszczą stawy, a ścięgna naciągają się do granic możliwości.

- Głupi. – Człowiek syknął przez zęby. Lewa dłoń obcego, zaciśnięta w pięść z wielką siłą uderzyła anioła w mostek, przerywając wdech. Przeciwnicy rozdzielili się. Wciąż czując ucisk w miejscu uderzenia, dowódca pozwolił sobie na przelotne spojrzenie w dół. Tak jak się spodziewał, blacha została wgięta do środka.

- Czym ty jesteś? – Rozsądek powoli odzyskiwał kontrolę nad z natury logicznym niebianinem. Żaden człowiek, a nawet anioł, nie mógł dokonać czegoś takiego gołą dłonią.

- Jestem twoim katem, morderco. – Rapier zatoczył błyskawiczny łuk. Anioł spróbował odskoczyć, jednak minimalnie się spóźnił i koniuszek ostrza wyrył mu na ramieniu podłużną, płytką bruzdę. Walka zmieniła się w jednostronną wymianę ciosów. Dowódca robił co mógł, by zablokować bądź uniknąć kierowanych w niego ataków, jednak każdy minimalnie go trafiał, pozostawiając po sobie małą i samą w sobie niegroźną ranę. Każda taka ranka zwiększało tempo upływu krwi, osłabiając i spowalniając anioła. Mimo to ostateczny cios nie nadchodził. Wyglądało to tak, jakby obcy się nim bawił, albo chciał wypróbować wszystkie ciosy z podręcznika szermierki. Kolejne pchnięcie przebiło mięśnie tuż pod barkiem, o milimetry omijając tętnicę. Ból jednak sprawił, że nogi ugięły się pod aniołem i ten padł na kolana.

Niebianin podniósł głowę, żeby błagać o szybką śmierć. Wtedy ich spojrzenia spotkały się. Pod kątem, jakim się patrzył na człowieka, wzroku anioła nie blokował kapelusz i w końcu dojrzał twarz swojego przeciwnika. Ten widok zmroził mu pozostałą w żyłach krew. Walczył z dzieckiem. Obcy na pewno nie żył dłużej niż dziewiętnaście, czy dwadzieścia lat, co nawet jak na ludzkie miary, nie kwalifikowało go jeszcze jako dorosłego.

Człowiek zamrugał i cofnął się. Z oczu anioła, nie ważne, jak mocno rannego, zawsze bił Boży blask. Kiedy śmiertelnik chociaż przez chwilę patrzył aniołowi w oczy, tracił nad sobą panowanie, przestawał walczyć, był gotowy przyjąć śmierć i oddać duszę pod osąd. Dlatego większość żołnierzy walczących na pierwszej linii nosiło zamknięte hełmy i polegało na elektronice. Tylko takie rozwiązanie pozwalało walczyć twarzą w twarz, na w miarę równych warunkach.

Anioł natychmiast wykorzystał chwilę wahania i korzystając z resztki swoich sił, złożył się do pchnięcia, zamierzając to zakończyć. W chwili, w której ostrze miało już zagłębić się w ciele, coś nagle przedarło mu się przez dłoń, wytrącając broń. Z narastającym zdziwieniem, dowódca odkrył, że z jego reki wystaje inny rapier, trzymany przez kolejną odzianą w czarny płaszcz postać. Drugi człowiek nie miał kapelusza i bezczelnie mierzył niebianina spojrzeniem. Anioł, pomimo nowej rany, zaśmiał się w duchu z głupoty kolejnego przeciwnika.

Obrócił lekko głowę i spojrzał w oczy drugiego obcego. Tymczasem drugą ręką, po omacku, szukał swojego miecza. Kopnięcie wyprowadzone odzianą w okuty stalą but stopą, okręciło aniołem i przewróciło na brzuch. Ze skroni zaczął mu pulsować tępy ból, w rytmie walącego ostatkiem sił serca. Powoli zaczął tracić kontakt z rzeczywistością, jednak rozpoczął procedurę porzucenia ciała. Zawiódł, ale obiecał sobie, że kiedyś wróci i pokona dwie czarne postaci.

- Głupi. – Głos drugiego, starszego mężczyzny pełen był nagany. – Dlaczego się cofnąłeś? Mogłeś go zabić.

- Mistrzu... – W głosie młodzieńca zabrzmiała skrucha. – Ja... Zwątpiłem, w jego oczach zobaczyłem...

- Kłamstwa. – Mistrz przerwał swojemu uczniowi w połowie zdania. – Jesteś jeszcze młody, ale myślałem, że jest w tobie więcej determinacji i zdecydowania. – trącił butem leżącego anioła. – Zabij go. To jedyna metoda, by uodpornić się na te kłamstwa. Zabij go, patrząc mu w oczy i zobacz, jak światło znika i umiera razem z tym czymś.

Dowódca słyszał rozmowę jakby przez mgłę, zajęty uwolnieniem duszy. Coś jednak mu w tym przeszkadzało. Jakieś niewidzialne nawet dla niego więzy, trzymały go w tym umierającym ciele. Poczuł, jak ktoś wbija mu but pod bok i szarpnięciem przewraca na plecy. Zobaczył twarz chłopca, już bez kapelusza na głowie, i wymierzony w serce rapier. Po policzku obcego spłynęła pojedyncza łza, spadając na pogięty napierśnik anioła. Z jakiegoś powodu poczuł tę kroplę, jakby ważyła tonę, a huk jej uderzenia nieomal pozbawił go słuchu. Potem nastąpił już tylko nowy, krótkotrwały ból i wszystko zniknęło, pozostawiając go w cichej, bezrozumnej ciemności nicości. Dusza anioła zabitego przez Ateistę była ostatecznie unicestwiana.

* * *

Oddział powoli przesuwał się przez ruiny. Ze względu na nosze, niesione przez dwóch żołnierzy, nie mogli wykorzystać znanych sobie skrótów i wąskich przejść, zatem zmuszeni byli do trzymania się resztek zagruzowanych ulic i zaułków. Byli całkowicie odkryci z najgroźniejszego ze wszystkich kierunków. Nic nie odgradzało ich od nieba i ewentualnych wścibskich anielskich oczu. Z tego też powodu co i rusz ktoś spoglądał w górę, ledwie się powstrzymując przed posłaniem tam serii z karabinka. Najgorsze było to, że wystawiali się na zagrożenie tylko i wyłącznie z powodu jeńca. Połamana anielica wciąż, na szczęście, nie odzyskała przytomności i przynajmniej z jej strony nic im nie groziło. Do obozu wciąż mieli szmat drogi, zwłaszcza, gdy musieli kluczyć i omijać podejrzane gruzowiska.

Jedynie dowódca oddziału, ten sam, który podjął decyzje o pojmaniu wroga żywcem, wydawał się być niewzruszony. Nie po raz pierwszy dźwigał skrzydlatego najeźdźcę i nic nie wskazywało na to, że będzie to ostatni raz. Według wyliczeń jajogłowych, kobieta nie mogła zdążyć wezwać wsparcia, a odgłosy wystrzałów z wysokokalibrowych dział utwierdzała go w przekonaniu, że okoliczni przeciwnicy mają coś lepszego do roboty. Jedyne, co go martwiło, to los obsługi baterii. W innych okolicznościach już by tam był ze swoimi ludźmi, ale eskortowanie więźnia miało wyższy priorytet i nie mógł tego rzucić w cholerę. Kilku jego żołnierzy zdawało się tego nie rozumieć. Dwóch wciąż co jakiś czas spoglądało na niego spod łba, z niemym wyrzutem w oczach. Po powrocie do bazy utnie sobie z nimi ojcowską pogawędkę o posłuszeństwie, łańcuchu dowodzenia i priorytetach na tej wojnie. W tej chwili nie miał na to ani czasu, ani chęci.

By odwrócić myśli od tego tematu, postanowił przyjrzeć się lepiej szykowi swoich podwładnych. W centrum szli niosący nosze, obaj mieli na głowach hełmy, na wypadek, gdyby jeniec się obudził. Na piersi anielicy spoczywał przygotowany do natychmiastowego użycia środek usypiający, w dawce, który powaliłby nawet konia, gdyby jakiś jeszcze żył. Lek był tak silny, że używano go tylko w ostateczności, gdyż istniała duża szansa, że obiekt po prostu tego nie przeżyje, zwłaszcza w swoim obecnym stanie. Nosze otaczało następnych czterech żołnierzy. Ich hełmy spoczywały na plecach, na specjalnej szynie, która pozwalała je założyć jednym, płynnym ruchem, angażując do tego tylko jedną rękę. Wszyscy trzymali gotową do strzału broń, na co wskazywała zielona kontrolka. Szpicy nie widział, co oznaczało, że są tam, gdzie być powinni, czyli około pięćdziesięciu metrów przed nimi. Razem z dowódcą, oddział liczył dziewięciu ludzi.

Jeszcze rok temu, ta liczba nie znaczyła nic. Walki z aniołami, bez użycia ciężkiego sprzętu, nie miały sensu, więc skrzydlaci przyzwyczaili się do wielkich bitew, huku dział i eksplodujących rakiet. Teraz każdy pojedynczy żołnierz mógł unieść broń, dzięki której na polu bitwy był równy przeciwnikom. Zasady walki się zmieniły, ale niebianie jeszcze tego nie rozumieli. Oddziały, które słali na ziemię, były w tej chwili po prostu niewystarczające. Jeszcze rok temu, major i jego ludzie nie mieliby szans w spotkaniu z dwoma aniołami. Dziś poradziliby sobie i z tuzinem, gdyby tylko dali radę ich zaskoczyć. Pole bitwy ewoluowało – im później anioły to sobie uświadomią, tym lepiej dla rodzaju ludzkiego.

- Piekło 1, zgłoś się! – Odbiornik średniego zasięgu uaktywnił się, co oznaczało, że są bliżej bazy, niż sądził. Major natychmiast włączył nadajnik i odpowiedział.

- Tu Piekło 1, zgłaszam się.

- Piekło 1, tu Hades, pozycja i cel misji. – Te wszystkie piekielne kryptonimy były przejawem najzwyklejszego czarnego humoru. W końcu kim więcej moglibyśmy być, walcząc z Niebem, jak nie piekielnym pomiotem? Na niektórych to działało pocieszająco, jakby czuli się lepiej, mając za sobą drugą prawie boską potęgę tego świata. Majora zwyczajnie to wkurzało, bo osobiście miał Szatana i jego piekielną armię gdzieś.

- Jesteśmy jakiś krąg od was. – Co prawda anioły nie podsłuchiwały ich przekazów radiowych, bo po prostu nie miały do tego sprzętu, więc szyfrowanie kanału było zbędne, jednak wciąż mogły podsłuchiwać ich, z tego też powodu opracowano "piekielny szyfr", którego używali podczas wymiany informacji w niepewnych warunkach. – Prowadzimy do was zbłąkanego wędrowca. – Cała informacja oznaczała, że są nie dalej, jak dwa kilometry od bazy i niosą jeńca. - Piekło 1, ponowny kontakt przy pół kręgu, wypatrujcie pentagramu. – Czyli za mniej więcej kilometr spotkają się z patrolem z bazy, w celu identyfikacji. - Hades, przyjąłem. Bez odbioru.

Jeniec jęknął i poruszył się. Major pokiwał z uznaniem głową, widząc, jak szybko ręką tylnego z tragarzy spoczęła na dozowniku ze środkiem uspokajającym. Jeszcze jeden jęk i anielica znieruchomiała. Tragarz ostrożnie dotknął nabrzmiałej szyi w poszukiwaniu pulsu. Po chwili skinął dowódcy głową na znak, że jeszcze żyje. Ciężko było powiedzieć, czy to dobrze, czy źle. Sekundę później podjęli marsz, nie wypowiadając żadnej myśli na głos.

Mieli szczęście, widać w całym sektorze nie było żadnego anioła, co zdarzało się niezwykle rzadko. Z drugiej strony mogła to być zasadzka, próba odkrycia położenia ich bazy. Na szczęście procedury zakładały taką możliwość.

- Piekło 1, tu Smolna jama. – Komunikator znów się odezwał, tym razem wiadomość pochodziła od patrolu z Hadesu. – Pentagram wyrysowany. – Oznaczało to, że grupa dwukrotnie liczniejsza od oddziału majora jest już otoczona kordonem ochrony. – Ścieżka potępionych czeka.

- Smolna jama, tu Piekło 1, przyjąłem.

W końcu mogli odetchnąć. Gdzieś w promieniu stu metrów otwarte było jedno z wejść do bazy. Tam w końcu będzie można odpocząć. Sekundę później szpica podała namiary włazu.

Pomimo wielu lat uzależnienia od elektroniki i komputerów, ludzie szybko odzyskali przynależną sobie pomysłowość i zaradność. Budując bazę wykorzystali każdy możliwy element, który mógł wzmocnić konstrukcję, lub poprawić jej kamuflaż. Dlatego ludzie wciąż mieszkali tam, gdzie przedtem, w miastach, a właściwie pod nimi. Baza Hades w zalążku składała się z kilku tuneli metra i głębszych piwnic, do których naprędce doprowadzono kanalizację i energię w postaci własnego reaktora. W tej chwili była schronieniem dla prawie ćwierci miliona ludzi i posiadała zaawansowaną infrastrukturę gospodarki odpadami.

Wejście wskazane przez szpicę wyglądało jak zwykłe, na wpół zawalone zejście do piwnicy w kolejnym zrujnowanym domu. To tylko utwierdzało majora w przekonaniu, że jeniec jest naprawdę ważny. Ryzyko ujawnienia wejścia na tyle szerokiego, by anioł, ze swoimi wielkimi skrzydłami, dał radę się przez nie przedostać, było naprawdę spore. Kiedy on i jego ludzie opuszczali Hades, na powierzchnię wydostali się wąskim, idealnie pionowym szybem z drabinką i możliwością momentalnego zalania go szybkoschnącym betonem.

Nie było czasu na rozmyślania. Im szybciej znajdą się w bazie, tym większa szansa, że anielica przeżyje i mniejsze ryzyko odkrycia. Pierwsza weszła szpica, za nimi nosze, potem pozostali czterej żołnierze. Major zamykał pochód, do końca odpowiedzialny za bezpieczeństwo swoich podwładnych. Zanim jednak zniknął w otchłani tunelu, odwrócił się i pogroził niebu zaciśniętą pięścią. Zejście zaprowadziło ich do małej, obskurnej piwnicy, zamieszkałej przez rodzinę szczurów. Niewiele zwierząt związanych z człowiekiem radziło sobie teraz tak dobrze, jak one. Z drugiej strony, powiązania tych gryzoni sprowadzały się głównie do grzebania w odpadkach i przenoszenia chorób, od których czasem wymierały całe miasta.

- Piekło 1 na pozycji. Hades, czekamy na zaproszenie.

Jak na komendę, fragment ściany odsunął się z cichym zgrzytem, ukazując dość szeroki, mocno pochyły tunel, wylany porowatą i ułatwiającą zachowanie równowagi substancją. Kiedy tylko ostatni człowiek znalazł się wewnątrz, ściana wróciła na swoje pierwotne miejsce. Drogi nie oświetlała żadna stacjonarna lampa, ale latarki i zaawansowana optyka hełmu spokojnie kompensowała ten brak. Co jakiś odcinek w podłodze umieszczono otwory przykryte metalowymi klapkami, zapewne elementami pułapek i innych systemów obronnych.

Dwadzieścia metrów niżej zaczynał się inny świat. Za kolejną, tym razem stalową ścianą, znajdował się jasno oświetlony hol dawnej stacji metra, znajdującej się przynajmniej trzydzieści metrów pod ziemią. Był to jeden z węzłów komunikacji z powierzchnią, jednak żaden z tuneli nie prowadził bezpośrednio do bazy. Na całe szczęście, na zmęczonych przedłużającym się marszem żołnierzy czekał transport, w postaci prostych wózków szynowych, powstałych z części dawnej kolejki. Nie prezentowały się najokazalej, ale skoro miały wyręczyć nogi w przemieszczaniu, major i jego ludzie nie potrzebowali nic więcej.

W końcu mogli trochę się odprężyć. Stłoczyli się w pojazdach i czekali, aż automat dowiezie ich na miejsce. System komunikacji pomiędzy odległymi modułami bazy w całości opierał się na dawnych tunelach metra. Nic dziwnego, że przetrwały wojnę w lepszym stanie, niż miasta nad nimi, ale niektóre były wręcz nienaruszone, a w reszcie trzeba było wymienić jedynie poszczególne segmenty torów i trakcji. Wózki, z oszczędności szczepione razem i wyposażone w jednego autopilota, toczyły się po szynach z niezbyt powalającą prędkością około piętnastu kilometrów na godzinę. Oczywiście nie wyczerpywało to możliwości kolejki, ale do użytku codziennego zdecydowanie wystarczało.

Niecały kwadrans później, wagoniki zatrzymały się przy jednej z nowych stacji, zbudowanych od podstaw na potrzeby ośrodka badawczego Hadesu. Przemyślność tej konstrukcji polegała na tym, że w razie ataku wystarczyło wykręcić kilka śrub i popchnąć, by cały podest przemienił się w nieciekawą kupkę śmiecia. Dodatkowo nie była w żaden sposób oznakowana i bez danych z komputera nikt raczej nie da rady jej znaleźć. Tym razem jednak wrota stały otworem, a na peronie czekała uzbrojona eskorta, która miała odebrać od oddziału majora kłopotliwego gościa.

W sumie to nie mógł on wyjść z podziwu dla wytrzymałości drobnej postaci. Została kilkakrotnie postrzelona i spadła ze sporej wysokości, a mimo to wytrzymała prawie całodzienną podróż po wybojach z niezbyt delikatnym traktowaniem. A na dodatek, jak każdy anioł, była nieziemsko wręcz piękna, chociaż przez te wszystkie obrażenia, ten ostatni efekt mocno się zacierał. Bez wymieniania zbędnych uprzejmości, kazał przekazać jeńca nowej ochronie i potoczyli się dalej, do koszar, na zasłużony odpoczynek.

Miło było zrzucić z siebie ciężki kombinezon, cisnąć w kąt garnkowaty hełm i odłożyć broń na półkę. A w końcu sprzęt wyższych oficerów wykonywano z lżejszych materiałów, więc o ile gorzej musieli się czuć jego ludzie w tej chwili? Zwiad miał trwać dwie doby. W tym czasie nie zakładano przerw na sen czy odpoczynek, tabletki energetyzujące musiały wystarczyć. Przez cholerną skrzydlatą poruszali się wolniej, co zaowocowało ponad sześciogodzinnym opóźnieniem. Tabletki tabletkami, ale ludzki organizm po prostu nie jest przystosowany do takich obciążeń. Jego ludzie mieli już fajrant, pewnie jak jeden mąż leżeli w wyrach, zgodnie z zaleceniem lekarza. Major z namysłem spojrzał na trzymaną w dłoni tabletkę. Sam też leciał już z nóg, a na dodatek czekało go jeszcze zdanie raportu. Po kilku sekundach wahania odłożył ją do kieszeni. Jeszcze trochę wytrzyma, wolał uniknąć efektów ubocznych, które mogły się pojawić po kolejnej pigułce. Wstał ciężko, wygładził na sobie lekki, "wewnętrzny" mundur i udał się do dowódcy garnizonu. Im szybciej to załatwi, tym lepiej dla niego.

Gabinet pułkownika urządzono według spartańskich reguł. Oprócz fotela i biurka, przy którym pracował, w pomieszczeniu znajdowała się tylko szafka na akta. Nie miał komputera, ścian nie obwiesił dyplomami z akademii, plakatami ulubionej gwiazdy filmowej, czy egzotycznymi ozdobami. Jedyną zbędna rzeczą w tym pomieszczeniu mógł być oprawiony w ramkę i stojący w kącie biurka ostatni obrazek namalowany przez jego syna, z dumnym, koślawym podpisem "Tata broni mię i mame". Ktoś zapukał od zewnątrz w drzwi.

- Wejść. – Pułkownik miał może sześćdziesiąt lat, pamiętał czasy, gdy ludzkość znajdowała się na granicy wymarcia. To on był pomysłodawcą połowy popularnych dzisiaj systemów bezpieczeństwa i protokołów postępowania w razie zagrożenia. Mimo to nie awansowano go do rangi generała, albo też on tego nie chciał. Pomimo zaawansowanego wieku, wciąż trzymał się dziarsko, chociaż pewnie już nigdy nie będzie wyglądał na człowieka szczęśliwego. Od wielu lat zawsze miał podkrążone oczy, często zarywając noc za nocą i wielokrotnie przedawkowując tabletki energetyzujące. Żył tylko po to, by oszczędzić innym swojego losu. Uczynił z bazy Hades najbezpieczniejsze miejsce na ziemi – podwójnie ukryte i potrójnie chronione.

Do gabinetu wkroczył chwiejnym krokiem major. Chociaż wyraźnie leciał z nóg, stanął na baczność i zasalutował. Dwa palce zagięte, dwa proste. Pomimo tego, że od ponad dwóch pokoleń nie istniało pojęcie narodu, żołnierze polskiego pochodzenia uparcie salutowali inaczej niż pozostali. Oficer dzielnie starał się utrzymać właściwą postawę, ale ciało powoli odmawiało mu posłuszeństwa, więc kiedy w końcu pułkownik dał komendę spocznij, ten przyjął ją z wdzięcznością.

- Sektor północny A14 czysty, sir. Oprócz dwuosobowego zwiadu, nie natknęliśmy się na inne jednostki wroga, ale słyszeliśmy walkę w sektorze A13. Jednak ze względu na pojmanego jeńca, nie mogliśmy udzielić im pomocy. – Major wyrzucił te trzy zdanie jednym tchem, nie chcąc zdradzić emocji, jakie wiązał z cała akcją.

- Zaatakowano tamtejsza baterię lekkiego wsparcia. Kilkanaście aniołów, nasi nie mieli szans. Ateiści byli w pobliżu, ale nie dali rady nikogo uratować, więc po prostu zmasakrowali wroga. – Pułkownik z kolei mówił powoli i dobitnie. To nie on ustalał priorytety zadań, możliwe zatem, że nie pochwalał tego, iż major się ich trzymał, chociaż nie mógł powiedzieć tego głośno. – Jak rozumiem, jeniec wylądował już w ośrodku badawczym? – Za odpowiedź starczyło mu skinienie głowy. – Poza tym nie ma strat w ludziach ani zniszczonego sprzętu? – Kolejne kiwnięcie. – Dobrze, możecie odejść, żołnierzu.

Major tylko na to czekał. Zasalutował ponownie, a następnie bez słowa obrócił się na pięcie. Po chwili już go nie było, zapewne ruszył śladem swoich podwładnych i poszedł się położyć.

* * *

Ból, dużo bólu. Ból w każdej części ciała, w każdej kości, mięśniu, narządzie. Leżała na czymś. Spróbowała poruszyć ręką. Nie osiągnęła niczego oprócz nowych spazmów bólu. Chciała krzyknąć, ale głos uwiązł gdzieś w spuchniętym gardle. Nabrzmiałe powieki nie pozwalały otworzyć jej oczu, ale czuła, że coś jest nie tak. Wokół niej było za ciepło. W miejscu, gdzie została zaatakowana, podłoże zdecydowanie było zimniejsze. Z drugiej strony, w Niebie nie odczuwałaby bólu. Jak przez watę zaczęły do niej dochodzić pobliskie odgłosy, ciche pikanie, skrzypienie, jakieś głosy.

Skupiła się na tych ostatnich, ale nie mogła zrozumieć słów. Chyba się kłóciły.

- Po co podawać jej środek nasenny? Nawet z tą pieprzoną anielską regeneracją minie tydzień, zanim będzie mogła ruszyć ręką! Widziałeś prześwietlenie, w niej nie ma jednej całej kości, nie ma nawet połowy!

- Znowu zaczynasz? Ostatnio też miał być tydzień, a on już drugiego dnia rozerwał blokady i o mało co nas nie pozabijał! Nie wiem jak ty, ale nie zamierzam ryzykować!

- Jak jej jebniesz taką dawkę, to na bank wyciągnie kopyta! – Tu nastąpiła przerwa, podczas której oba głosy jednomyślnie się śmiały, zapewne z jakiegoś przedniego żartu. Jednak ona nie zrozumiała nawet słowa. Mogła tylko podejrzewać, że chodzi o nią.

Znów ogarnęła ją ciemność. Gdy zaczęły do niej wracać strzępki świadomości, okazało się, że ból zelżał, wciąż jednak nie mogła ruszyć ręką. Jakby coś ją przytrzymywało. Otworzyła oczy i zdała sobie sprawę, że czymś je zasłonięto, tak, że nic nie widziała. Jej aktywność musiała ściągnąć uwagę tajemniczych obserwatorów.

- Patrz na EEG, wybudza się!

- Walnąć jej kolejną szprycę? – Znów te same głosy, co poprzednio. Tym razem wyczuła w nich panikę. czyżby było z nią aż tak źle?

- Nie pytaj, wal!

Poczuła lekkie ukłucie i znów wpadła w objęcia czerni.

Tym razem świadomość wróciła nagle, zapewne w związku z bólem, który nagle pojawił się na prawym policzku.

- Musiałeś ją bić?

- A co, miałem pocałować w czółko i powiedzieć, "Wstawaj, Śpiąca Królewno"? – Trzeci raz słyszała te głosy, znowu się kłóciły.

- To, że jest aniołem, nie znaczy, że możesz traktować ją gorzej niż psa!

- A im to wolno mordować nasze dzieci i żony?

- Nie w tym rzecz, do cholery! A teraz wracaj już do roboty.

Znów lekkie ukłucie, jednak tym razem, poczuła gorąco. Ciepło rozchodziło się wzdłuż żył, z każdym uderzeniem serca sięgając coraz dalej. Zrozumiała już, że nie jest pośród przyjaciół, a rozmów wokół niej nie rozumie, bo to ludzki język. Szarpnęła się, ale blokady trzymały mocno. Do jej myśli wkradła się mieszanka gniewu i strachu, tętno wzrosło, a dziwne uczucie gorąca przyspieszyło swoją ekspansję. Po chwili czuła je wszędzie, nawet w skrzydłach! Po raz pierwszy w życiu zaczęła się pocić. Z początku jej skóra tylko lekko zwilgotniała, potem jednak ilość potu wzrosła, serce przyspieszało, chociaż starała się uspokoić, temperatura ciała rosła, komory weszły w migotanie...

- Szybko, daj jej surowicę, bo zejdzie!

Nawet nie poczuła, kiedy zaczęła stygnąć. Powoli jej serce odzyskiwało rytm i mogła brać głębsze oddechy. Ubranie przykleiło się jej do ciała.

- Wypuśćcie mnie. – Ledwie dała radę wyszeptać te słowa. Wątpliwe, by ludzie mogli ją zrozumieć, w końcu skąd mieliby znać jej język?

- Wypuścić cię? – To był ten mniej spokojny. W jego ustach anielska mowa brzmiała jak najbardziej plugawy z języków. Kobietę aż zatkało ze zdziwienia. – Nie, nie wypuścimy cię. Ale skoro już mamy okazję pogadać, to zaproponuję ci układ. – W jego głosie pełno było teraz wyższości i samozadowolenia. Coś powodowało, że napawał anielicę bezkresnym wstrętem. – Współpracuj z nami, a w zamian za to w końcu cię zabijemy. – Tym razem aż ją zmroziło. Anioł zabijał ludzi, bo taki miał obowiązek. Mieli oczyścić świat z antychrystów. Ten głos... On po prostu chciał ja zabić. Miał na to ochotę, cieszyła go ta myśl. Nie wiedziała, co mu odpowiedzieć, więc milczała.

- Przemyśl to. – Do rozmowy włączył się drugi głos. – Twoja współpraca przyspieszy nasze badania, więc krócej będziesz cierpieć. Postaw się nam, a możliwe, że takie eksperymenty, jak ten dzisiejszy, nie skończą się nigdy.

- Nigdy. – Wyszeptała. – Nie pomogę wam, ani teraz, ani nigdy. – Wręcz z ulgą powitała na powrót ogarniającą ją czerń.

- To, moja droga, jeszcze się okaże. – Zakończył pierwszy głos, bardzo niemiłym tonem.

Gdyby kobieta mogła widzieć, zobaczyłaby, że w pomieszczeniu znajdowała się jeszcze jeden człowiek. Od dwóch tygodni właściwie nie opuszczał on tego pomieszczenia, ani nie odezwał się słowem. Ciągle tylko gapił się na skrzydlatą, co jakiś czas gładząc rękojeść rapiera. Marzył o tym, by dała mu powód, by mógł ją zabić. Nie wiedział, czy jej ręka splamiła się już krwią. Dla niego była po prostu kolejnym wynaturzeniem.

Ale mistrz kazał mu jej pilnować. On na pewno to rozumiał i możliwe, że kiedyś się tą wiedzą podzieli. Możliwe też, że sam zrozumie, jeżeli posiedzi tu dość długo. Stan jeńca w końcu był na tyle dobry, by prowadzić na nim eksperymenty. Dobrze więc, może na dodatek nauczy się czegoś, co sprawi, że będzie niósł niebianom śmierć jeszcze szybciej? Po głowie młodzieńca rozbijały się różne myśli, często bardzo chaotycznie, bez ładu i porządku.

Zastanawiał się między innymi, czym są te istoty. Na pewno nie aniołami, jak twierdzili wszyscy wokół. To jedyna informacja, którą mistrz dał mu wprost. Skoro Bóg nie istnieje, to aniołowie też nie. Nikt jednak nie dał mu sensownego wyjaśnienia. Może po prostu takiego nie było?

Młody nie mógł tego wiedzieć, ale siła Ateistów brała się z przekonania, że Boga nie ma, a ci, z którymi walczą, nie mają żadnych nadprzyrodzonych mocy. W czasach, gdy codziennie widywało się emanacje boskiej mocy, utrzymanie tego przekonania było wręcz niemożliwe. Jego moc dopiero się rozwijała, a już był w stanie pokonać ponad pół anielskiego oddziału. To jednak nic w porównaniu z jego mistrzem, który niecały rok temu, podczas ostatniej wielkiej bitwy, zabił bezpowrotnie Archanioła Michała, pozbawiając niebiańskie zastępy dowódcy. Prawdziwych ateistów zawsze było niewielu. Kiedyś utarło się wręcz, że każdy, kto nie daje się zamknąć w ramach dowolnej religii, jest ateistą. Teraz jednak prawdziwie nie wierzyła zaledwie garstka, może pół tuzina na całym świecie. Nie byli żołnierzami, nie podlegali niczym rozkazom. Podróżowali, gdzie chcieli, zawsze jednak witano ich z otwartymi ramionami, a wielu widziało w nich jedyną nadzieję na przetrwanie ludzkości.

Prawda jest jednak taka, że jedyne co byli w stanie osiągnąć, to zguba własnej duszy.

Ocena użytkowników 7,17 Średnia z 3 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Rangramil · piątek, 9 lipca 2010, 01:24
0
Matko, doczekałem się! Leżało w korekcie chyba z pół roku ;p.

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...