"Czarne chmury w moim sercu. FILM", czyli o przestraszonym chłopcu, który znalazł swoją dużą, piersiastą mamusię.

Kryzys zdrowia psychicznego w Japonii stabilnie szoruje po dnie, jak można by odnieść z tego utworu i mnogości podobnych, gdyby przyjąć, że wytwarzane treści kulturowe odzwierciedlają duszę narodu, która go wytworzyła. Gatunek: komedia romantyczna. Fabuła: historia gościa, który chciałby dokonać masowego mordu, z zabiciem pewnej dziewczyny jako creme de la creme tego aktu. Następuje jednak fabularny zwrot tych rozmyślań, mianowicie okazuje się, że ona go lubi. On ją tak w sumie też. Jeśli jednak ten utwór miałby świadczyć o kryzysie Kraju Kwitnącej Wiśni, to co może świadczyć również o nas, skoro w naszej cudnej Europie także jest popularny?
Główny protagonista, Ichikawa Kyoutarou, brzmi jak straszny zwyrol i potwór, jednak nim nie jest. Zilustrowanie go jako drobnego i słabego chłopca jest zabiegiem tyleż trafnym, że odzwierciedla również i to, kim właściwie jest. Postać to wystraszone chuchro, które tworzy sobie w głowie mroczne obrazy jako mechanizm obronny przed rzeczywistością, która go przerasta. Jego rojenia są wtórne wobec strachliwej, niepewnej i wycofanej osobowości, ale sprzeczne z jego rzeczywistą naturą i temperamentem, które są bardzo wrażliwe, wręcz nadwrażliwe, nie tylko w stosunku do siebie, ale także innych. Anna Yamada tymczasem, wysoka i piersiasta, też oddaje wyglądem swoją osobowość – staje się jego dużą, piersiastą mamusią, dzięki której protagoniście udaje się poznać świat i zaznać miłości. I wyjaśnię drogiemu czytelnikowi, że niekoniecznie chodzi o funkcję matki zastępczej, co raczej o pewien rodzaj przewodzenia połączony ze wspomnianą estetyką. Sama w gruncie rzeczy też okazuje się postacią niezwykle chaotyczną i pogubioną. W toku wydarzeń protagonista dojrzewa, a dynamika zachowań nieco się zmienia, by odnaleźć swój szczęśliwy finał. Opowieść o tym dwojgu wybrzmiewa słodko-gorzkim smakiem pośród oparów absurdu. Trafia to na podatny grunt zagubienia jednostki w otaczającym ją świecie, które staje się zjawiskiem coraz powszechniejszym i jakby masowym.
Żeby było ciekawiej, fabuła dzieje się w szkole, a bohaterowie mają po czternaście lat. Serio, nie rozgryzajcie tego, sednem jest bowiem ogólnoludzka historia tych dwojga, reszta zaś to tylko sztafaż, który dobrze wykonuje swoją robotę. Szkołę "zaliczył" każdy, mimo że ta jest akurat japońska, ale Polak nie zgubi się w różnicach – mamy więc uniwersalność umiejscowienia, którego nie dałoby tokijskie biuro lub warsztat samochodowy w polskim mieście powiatowym. Choć łatwo skierować się na tor "to opowieść o dojrzewaniu", pragnę się z tym nie zgodzić: to opowieść o dojrzewaniu w wymiarze psychicznym i emocjonalnym, a to nie to samo, co zanegowany przeze mnie trop interpretacji. Yamada, jako suma cech ją tworzących, jest uniwersalną anime-dziewczyną i waifu, mającą wątpliwą styczność z rzeczywistą psychiką i mentalnością ludzką, a wygląd dwudziestolatki. To ideał z naturalizującymi go przywarami, spadający na protagonistę jako deus ex machina aby odmienić jego życie. Tak, zdecydowanie należy wyodrębnić byt jakim jest anime-dziewczyna jako osobną kategorię interpretacyjną. Psychika głównego bohatera zaś wydaje mi się mieć odzwierciedlenie w życiu realnym, ogólny koncept nawet przypomina mi kogoś, kogo znam – przynajmniej w pewnych aspektach.
Kreska wpada w oko, a dźwięk w ucho. W gruncie rzeczy to nic, co można byłoby skrytykować, ale też i wyróżnić – ot, solidna robota. Piosenki, jak dobrze liczę, były trzy: na początku, gdzieś w środku i na końcu utworu. Każda z nich chwytliwa, a do tego jeszcze jako osobny byt czwarty utwór przy napisach końcowych, który zachęcał by pozostać do ich końca. Scen po napisach – uwaga, spoiler – nie ma.
Film zbudowany jest na bazie dwóch sezonów serialu i wzbogacony o sceny dodatkowe. Początek został znacząco przyśpieszony, a motyw skrzywień protagonisty bardzo uproszczony. Względem serialu, ta wersja utraciła mnóstwo okruchów życia, a wiele zostało uproszczone, lub przeniesione w sferę uogólnienia bądź domysłu. Okrojony został także, miejscami, humor – nie jako cenzura, ale z racji ograniczonego czasu. Do seansu nie trzeba znać pierwowzoru, ale polecam obejrzeć przynajmniej dwa pierwsze odcinki sezonu pierwszego, gdyż to one są tym zabiegiem najbardziej poszkodowane. Po filmie... zacząłem kontynuować serial. Najbardziej zaskakujący dla widza może być początek filmu, gdyż wybiega on wprzód, by potem cofnąć się do początków tej historii.
Konkludując tę recenzję, jest to porządna robota w warstwie fabuły, dźwięku i obrazu z nieskomplikowaną historią, zarazem jednak nigdzie w niej nie diagnozuję objawów głupoty. To jeden z tych utworów, który prostotą swojej opowieści oczyszczająco wpływa umysł. Nie diagnozuje on rzeczywistości, ani nie szuka pomysłu na jej zmianę, lecz rozumie ją i wypełnia tęsknoty odbiorcy.

Komentarze
Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!
Dodaj komentarz