szczury_wroclawia_szpital

Dziecię Smoka

W dzień najdłuższy, dzień przesilenia letniego,
W dzień święty, dzień wyboru władcy nowego,
Niemowlę zostanie poczęte, rodzaju elfiego.
Ocalcie je z łapczywych rąk tyrana obcego,
Bowiem w przyszłości dokona cudu wielkiego.

Rozdział 1
Smak porażki

- Witaj Elenesco, już wstałaś?
Młoda elfka, z brzuchem wyraźnie wskazującym na zaawansowaną ciążę przewróciła się na drugi bok i naciągnęła na siebie koc tak, że widać było tylko jej piękne, faliste, jasne włosy.
- Jeszcze chwilkę Cramorze, jestem taka zmęczona – powiedziała spod przykrycia.
- Ależ oczywiście moja droga. Nie chciałem cię budzić. Myślałem, że już nie śpisz. Poleż jeszcze sobie spokojnie, a ja zrobię coś do jedzenia.
- Mhhhm.
Cramor przeszedł do drugiego pomieszczenia, postawił wiklinowy koszyk z ziołami na drewnianym stole, zdjął pas, odłożył sakiewkę z pieniędzmi do bukowej pułki i usiadł na krześle. W całym budynku nie było ani odrobiny metalu, czy jakiegokolwiek nienaturalnego tworzywa. Domy elfów znad jeziora Emaros były niskie i skromne, w przeciwieństwie do posiadłości ich wyższych kuzynów z dalekich wysp Calimadu. Zazwyczaj budowane były z cyprysowego lub jaśminowego drewna, wokół dowolnego drzewa owocowego. Elfy bowiem wierzyły, że ich życie związane jest z jednym szczególnym drzewem, które rodzi właśnie dla nich jakieś specjalne dary. Wskazywane było ono przez lokalnego kapłana. Cramor uważał to oczywiście za bzdurę, jednak wolał nie sprzeciwiać się tradycji, wiedząc, jakie mogą być tego konsekwencje. Budynki były okrągłe, z lekko podniesionymi ku środkowi dachami. Okna stanowiły ogromną część elewacji frontowej, co powodowało nieustanne wrażanie, że przebywa się na świeżym powietrzu, a nie w budynku. Nie miały oczywiście szyb, które stosowali ludzie z kontynentu, zaś na noc zamykane były okiennicami, które powoli zaczęli przejmować właśnie ci ostatni. Całość prezentowała się niezwykle okazale, zwłaszcza, gdy oglądana była po raz pierwszy.

***

- Myślisz, że to któraś z tych zawszonych lepianek ukrywa to dziecię, które tak bardzo pożąda Nerrewa? – spytał chowający się za krzakami niziołek.
- Ona chyba wie najlepiej. Mówiła, że ono musi być tu lub na Wyspach Kalimadu – odpowiedziała zdecydowanie większa, jednakże nie mniej zamaskowana postać.
- W takim razie pewnie jest na wyspach – westchnął malec.
- Zamknij się. Będziesz mi teraz osądzał możliwość znalezienia właściwego dziecka po stanie majątkowym i tradycjach tego ludu? W ogóle zaczynasz działać mi na nerwy.
- Ja... ja tylko myślałem.
- Więc nie myśl więcej, bo robisz to za głośno i ktoś nas w końcu zobaczy. Mieliśmy się tylko zorientować jak zbudowana jest wioska, gdzie jest rynek główny i ile jest budynków. Gdybym był sam, może nawet odważyłbym się porozmawiać z tymi ludźmi i spróbować dowiedzieć się ile kobiet jest w ciąży i gdzie mieszkają.
- Na co więc czekasz? Spróbuj. Ja tu poczekam – wzrok niziołka spotkał się z przeszywającym spojrzeniem towarzysza. – Nigdzie nie będę się ruszał. Przyrzekam – dodał szybko.
- Nie pójdziesz obrobić świątynnego skarbca, tak jak to zrobiłeś ostatnio? – zapytał podejrzliwie człowiek.
- A maja tu świątynie?... Nie, nie, oczywiście, że nie.
- Tylko spróbujesz, a zaszczycisz samego Temastekiusa. Jako deser oczywiście.
Mężczyzna zdjął czarną chustę, po czym wyjął z torby kamizelkę, jaką noszą elfy znad Emaros i nałożył na siebie.
- Widzę, że jesteś dobrze przygotowany.
- W przeciwieństwie do ciebie – rzucił niedbale niziołkowi niewielki, zakrzywiony nóż. – Wiesz co masz robić, jak ktoś cię tu zauważy?
- Jasne.

***

- Elenesco, śniadanie!
- Już. Już wstaje kochanie. Och, miałam dzisiaj okropny sen – zaczęła elfka podnosząc się z łóżka.
- Doprawdy, co ci się śniło?
- Śniło... śniło mi się, że mamy już dziecko Cramorze. Chłopczyka. Był taki śliczny. Zupełnie podobny do ciebie. Bawił się jakąś wystruganą z drewna zabawką. I... i wtedy przyszło dwóch zamaskowanych mężczyzn. Och, to było okropne. Jeden mnie złapał i trzymał, tak, że nie mogłam się ruszyć, a drugi... drugi zabrał chłopca.
- A ja? Mnie tam nie było? – spytał elf nakrywając do stołu, z sąsiedniego pomieszczenia.
- Nie – twarz kobiety momentalnie pobladła. – Nie było tam ciebie.
- Spokojnie kochanie. To na pewno tylko zły sen. Pomyśl, po co komu nasz syn? Znaczy się dziecko. Będzie nasze, tylko nasze. A poza tym, przecież ja ciągle jestem w domu. Nic ci nie grozi.
Elenesca pościeliła łóżko i poszła do kuchni. Przywitała męża pocałunkiem, po czym zasiadła do stołu. Rozejrzała się dookoła i wciągnęła głęboko powietrze w płuca. Powietrze bowiem znad Emaros było niezwykle czyste i jak mówili znachorzy, zdrowe. W porównaniu ze stolicą księstwa Tadamoon, można było nawet powiedzieć, że lżej nim oddychać. W rzeczywistości jezioro Emaros emitowało z siebie dużą dawkę magii, która zwiększała w okolicy stężenie tlenu o jakieś dwa, trzy procent. Przyspieszało to oczywiście procesy metaboliczne mieszkańców wioski, co było przyczyną niskiej jak na elfów, bo zaledwie około 500 lat, średniej wieku.
- Nawet posprzątałeś po wczorajszych gościach – zdziwiła się Elenesca. – Musiałeś wcześnie wstać.
- Tak. Wstałem zaraz po świcie – odpowiedział elf, kładąc na stół ozdobne, porcelanowe talerze.
- A kupiłeś te zioła, o które cię wczoraj prosiłam?
- Tak, tam leżą – mężczyzna wskazał ręką pobliski blat.
- Och, Cramorze, jesteś dla mnie taki dobry.
- Znachor Mekles powiedział mi, że teraz muszę się tobą opiekować najlepiej jak tylko potrafię. Już na dniach masz urodzić dziecko, a ja bardzo chcę, żeby było zdrowe – na stole pojawiła się sałatka z ryby. – Smacznego.
- Ja też kochanie. Dziękuję ci. – elfka raz jeszcze pocałowała męża. – Już niedługo będziesz mógł jeździć na swoje polowania. Wrócisz też do pracy.
- Tak... Dobrze, że Kalus dał mi urlop... Nie wiem co byśmy bez niego zrobili... – elf jadł już posiłek i pomiędzy poszczególnymi słowami robił odstępy na przełykanie. – A ty dlaczego nie jesz?
- A jesteś pewny, że wolno mi to jeść?
- Nie – podrapał się po głowie elf. – Ale w końcu musisz coś zjeść. Nie wiem, co ci wolno, a co nie. Tego się nie dowiedziałem.
- Szkoda. Ale ta sałatka wygląda tak apetycznie... Chyba się skuszę.
Małżeństwo zajęło się posiłkiem. Rozmawiało jeszcze przez chwile o pogodzie, którą należało zaliczyć jak najbardziej do udanych, o chorej klaczy Tematos, o wczorajszej uczcie i odwiedzających ich dalekich krewnych i o śnie. Śnie, który wydawał się Elenesce przerażająco naturalny. Zapamiętała z niego każdy szczegół. Cramor jednak nie przykładał uwagi do żadnych snów, senników, wróżb i tego typu rzeczy. Wyśmiewał się z tych, którzy mówili o jakiejkolwiek magii, żywych trupach i potworach z piekła rodem. Był zwykłym rzemieślnikiem. Pracował w tutejszym cechu i zajmował się produkcją łuków, które były jego drugą miłością. Bronie Cramora należały do najlepszych w całym królestwie, choć on sam o tym nie wiedział. Dlatego nie musiał się tak naprawdę bać o urlop. Był on bowiem, rzec można, choć wydawać to się może dziwne, chlebodawcą Kalusa.
- I jak? Smakowało? – spytał elf.
- Oczywiście kochanie. Mówiłam ci już kiedyś, że jesteś wspaniałym kucharzem?
- Chyba nie.
- No to teraz ci mówię. Cóż ja bym bez ciebie zrobiła. Kocham cię – Elenesca wstała od stołu, podziękowała mężowi całując go w policzek i wyszła do ogrodu.
Cramor posiedział jeszcze chwilę, pomyślał o niczym, po czym stwierdził, że wstał chyba jednak zbyt wcześnie i poszedł położyć się spać. W rzeczywistości wcale nie był śpiący, a jedynie znudzony, o czym po chwili się przekonał.
- Co by tu porobić? – zastanawiał się elf. – Chyba pójdę odwiedzić Kalusa. Tak, pójdę zobaczyć jak idzie chłopakom beze mnie.

***

- Jesteś wreszcie Geraminie. Co tak długo? Udało się? – spytał starszy mężczyzna, widocznie czymś zdenerwowany i jednocześnie podniecony.
Geramin był zaufanym sługą barona Maliusa. Oboje znajdowali się teraz w dużym, bogato przyozdobionym pokoju. Z sufitu zwisały zielone bluszcze i kryształowy żyrandol, na wprost wejścia wisiał ogromny obraz jakiejś równie wielkiej bitwy, zaś na podłodze leżała niedźwiedzia skóra. Mężczyzna siedział na ozdobnym krześle, za biurkiem, nad stertą jakichś dokumentów. Geramin przyklęknął na jedno kolano, poczym powstał, uśmiechnął się i triumfalnie powiedział:
- Udało się. Wszystko zrobiłem tak jak mi kazałeś panie.
- Doskonale. Doskonale! Wiedziałem, że ci się uda. Jesteś najsprytniejszym z moich zaufanych ludzi i umiesz przemówić niektórym do rozsądku. – Malius pogładził wąsy. – Powiedz mi, jak tego dokonałeś?
- Z tłumem nie było problemów panie. Poszedłem na plac główny, wziąłem skrzynkę, stanąłem na niej i krzyknąłem z całych sił w płucach „Szanowni obywatele Tadamoon!” – człowiek zamilkł na dłuższą chwilę.
- I... – pospieszał zirytowany mężczyzna.
- Przecież musiałem chwilę poczekać, aż do mnie podejdą, panie – zdziwił się Geramin.
- Oszczędź szczegółów – westchnął baron.
- Tak panie. A więc, gdy już większość zebrała się wokół mnie powiedziałem im o dzisiejszych wyborach i koronacji. Dałem im również jasno do zrozumienia, żeby podczas obrad przyszli pod senat i skandowali twoje imię panie.
- Jak to zrobiłeś?
- Sypnąłem trochę złota, i powiedziałem, że za twoich rządów panie, będą mieli go w bród.
- Tak. Naiwni ludzie. Dobrze, bardzo dobrze – mężczyzna w dalszym ciągu gładził wąsy. – Czyli możemy mieć pewność, że oni nie zawiodą. W stanie mieszczańskim złota oferta nigdy nie zawodzi. A co z senatorem Madamem?
- Senator Madam... był drogi – pochylił lekko głowę Geramin i raptownie ściszył glos. – Zażądał dwudziestu tysięcy sztuk złota.
- Co? Dwudziestu tysięcy? Czy on szalał? Chyba mu ich nie dałeś, prawda?
- Oczywiście, że nie, panie. Ale dobiłem z nim targu. Obiecałem piętnaście tysięcy za głos na ciebie, panie.
- Czyś ty zwariował? – mężczyzna podniósł się z krzesła, oparł ręce o biurko i znacznie podniósł ton. – Skąd ja wezmę tyle pieniędzy?
- Nie weźmiesz panie, to proste.
- Jak to nie wezmę? Ile razy mam ci mówić Geraminie, że nikt nie może się dowiedzieć o korupcji! Przecież ten człowiek wszystko powie, jeśli nie dam mu tych pieniędzy. Wszystko, rozumiesz?! A wtedy... wtedy mogę się pożegnać z moimi marzeniami o tronie.
- Nie powie, panie. Ja już się tym zajmę.
Mężczyzna usiadł i zwolnił oddech. Jego oczy utkwiły w jednym punkcie. Wyraźnie nad czymś myślał lub opanowywał złość.
- Geraminie. Mówiłem ci, że nie chcę być złym władcą. Nie chcę żadnych morderstw, a zwłaszcza morderstw senatorów. Jeśli zginie jeszcze dziś, rozpęta się piekło. Zaraz uruchomione zostanie dochodzenie. Znajdą nas wtedy, zobaczysz.
- Ciebie, panie nie znajdą. Mnie również nie znajdą. Trucizna rozwiąże sprawę. Sam mówiłeś przecież, że cel uświęca środki.
- Czyś ty oszalał człowieku?! Jeśli umrze od trucizny od razu się zorientują, że maczał w tym palce, ktoś z wyższej półki. Że ktoś chciał, żeby zginął – głos Maliusa stopniowo się ściszał, po czym mężczyzna ukrył twarz w dłoniach. – Coś ty najlepszego zrobił?
- Spokojnie, panie. W takim razie wynajmiemy skrytobójców. Oni się tym zajmą.
- Skrytobójców?! Zaczynam powątpiewać w twoje zdolności Geraminie. Gdzie ty masz rozum? Kogo oprócz mnie i władcy stać w tym mieście na skrytobójców?
- Wielu, panie. Przecież to stolica. Zostaw mi tą sprawę. Przyrzekam, że nikt nie piśnie o niczym ani słówka.
Starszy mężczyzna zamknął oczy i uronił łzę. Nie była to jednak łza żalu nad senatorem Madamem. Zapłakał nad tym, że już na początku spotkał takie trudności. Jeszcze nie został królem, a już w duchu żegnał się z tym stanowiskiem. Jednak jego silniejsza, a zarazem ciemniejsza strona mówiła: „Nie załamuj się... Tak ma być... Wszystko pójdzie zgodnie z twoim planem...”. A planował baron dużo.
- Co wypisujesz panie, jeśli wolno spytać. – przerwał dłuższą chwilę ciszy Geramin.
- Co? Co wypisuję? To... to są zaproszenia na mój ślub.
- Twój ślub, panie? Z kim?
- Właśnie w tej sprawie również chciałem z tobą pomówić. Znajdź mi jakąś ładną, ciężarną kobietę. Najlepiej wyższego stanu.
- Dobrze, panie. Ale... ale co z jej mężem?
- Hmm. Najlepiej, jeśli by go nie miała. Ale jeśli już będzie, to... – znowu zapadła chwila ciszy. Oczy Maliusa biegały po ścianach pokoju. Walczył sam z sobą. – ...zlikwiduj go – powiedział mężczyzna, który przed chwilą mówił, że nie chce być złym władcą.
- Tak jest, panie. Tylko... po co od razu te zaproszenia?
- Później nie będę miał na nie czasu – uśmiechnął się podle baron.

***

Cramor wyszedł z domu frontowymi drzwiami, które prowadziły do ogrodu, gdzie odpoczywała Elenesca.
- Kochanie, idę się przespacerować. Będę z powrotem przed południem.
- A gdzie konkretnie idziesz, jeśli wolno wiedzieć?
- Przecież mówię. Idę sobie pochodzić po wiosce, porozmawiać z ludźmi, zobaczę też co słychać w cechu. Chyba mogę, prawda? – spytał dość dobitnie elf, choć prawdopodobnie, gdy odpowiedź żony byłaby przecząca, zostałby.
Przez ostatnie 2 miesiące Cramor stał się potulny niczym baranek. Koledzy z pracy śmiali się nawet, że Elenesca trzyma go w domu na łańcuchu. Oczywiście nie była to prawda. Elf był po prostu gotów do największych poświęceń, po to aby dziecko urodziło się zdrowe.
- Ależ oczywiście, że możesz. Mam tylko małą prośbę. Najpierw przejdź się na targ, kup jakąś dobrą dziczyznę i przynieś mi ją. Później możesz sobie iść gdzie tylko chcesz. Ważne, żebyś wrócił na obiad – elfka uśmiechnęła się, a mąż pochylił się nad nią i pocałował w policzek. Bez słowa odwrócił się w stronę domu, z którego wziął koszyk i udał się na targ.
Gdy tylko dotarł do jednej z główniejszych ulic zobaczył ogromny tłum. Nie zdziwiło go to jednak, ponieważ dziś był dzień targowy i do Emaros zjeżdżali ludzie z obrębu kilku galopów (Galop był w całym Dragnadzie jednostką używaną do określania odległości na powierzchni ziemi. Jeden galop równał się jednej godzinie konnego galopu [około 60 km/h]. Jednostka oczywiście była umowna i miała raczej znaczenie orientacyjne, gdyż godziny odmierzane były jedynie na zegarach słonecznych, co sprawiało czasami dość istotne błędy czasowe, zaś brak słońca przez co najmniej 3 dni wprowadzał całkowity chaos w całej krainie). Emaros z cichego zazwyczaj miejsca zmieniało się w dwa dni w tygodniu w głośne miasto. I w te właśnie dni Cramor dziękował bogom, że mieszka na obrzeżach wioski. Z drugiej jednak strony takowy spacer po zakupy zajmował mu bagatela pół godziny. Dziś jednak nie żałował poświęconego czasu. W domu zaczynała dokuczać mu nuda, zaś po drodze zawsze mógł porozmawiać ze znajomymi, co czasami, zaraz po polowaniu, było jego jedyną możliwą rozrywką. Nie umiał on bowiem ani pisać, ani czytać i prawdę mówiąc, nie miał się zamiaru tego uczyć. Uważał te umiejętności za zbędne w jego życiu. W przekonaniu Cramora, czytać i pisać powinni jedynie wyżsi stanem od niego. W rzeczywistości jednak książki i biuletyny informacyjne (które wychodziły, co prawda często, ale z nawet tygodniowym poślizgiem), były tak rozpowszechnione w całym Dragnadzie, że grupa analfabetów nie była już tak wielka jak jeszcze 10 lat temu. Nawet wśród chłopstwa. Nie zmieniało to faktu, iż w przekonaniu elfa nie jest to mu w ogóle potrzebne. „Po co pisać jakieś obrazki, skoro zawsze można użyć języka” – bronił się zawsze, gdy ktoś go pytał o te sprawy. „W dodatku możesz zrobić groźną minę, a tego już nie napiszesz.” Po drodze nie spotkał jednak znajomych, co nie popsuło mu w ogóle humoru. A wszystko za sprawą znakomitego elfiego wina zakosztowanego w karczmie „Pod wściekłym chrząszczem”. Wracał teraz z dużym kawałkiem mięsa w koszyku, pogwizdując wesoło. W tym właśnie momencie zaczepił go obcy mężczyzna. Elf przyjrzał się od razu jego uszom i stwierdził, że to człowiek.
- Dzień dobry – zagadnął obcy.
- Dzień dobry! Piękny dziś dzień mamy, prawda?
- Jak dobrze, że jest pod lekkim wpływem zapewne jakiegoś tutejszego trunku. Chyba jest... Zaraz się zresztą przekonam – myślał szybko mężczyzna. – Tak, tak. Choć przyznam, że nie przywykłem do takiej ilości światła. Wolę cień. Ups, to był błąd. Zaczepiłem pana, bo chciałem się dowiedzieć, gdzie można się napić czegoś dobrego.
- Ho, ho. W takim razie dobrą osobę zaczepił pan...? – elf wyakcentował tak ostatnie wyrazy, żeby przybysz zorientował się i przestawił swoje imię.
- Tomas – szybko wymyślił coś człowiek. – Tak więc powie mi pan, gdzie...
- Tak, tak. Oczywiście Tomasie. Jestem Cramor – elf wyciągnął dłoń, po czym na prawym przedramieniu mężczyzny, który zrobił to samo, ujrzał dziwny tatuaż w kształcie czaszki jakiegoś jaszczura. – Jeśli zaś chodzi o napoje, to nie znajdzie pan w Emaros lepszego wina niż „Pod wściekłym chrząszczem”. Naprawdę niezłe. I mocno w głowę grzeje. Sam wiem, bo przed chwilą próbowałem – beknął elf.
- Chyba za dużo. Nie przewidziałeś kochaniutki podwojonego przez słońce efektu – postać spojrzała w górę. – Tak, dziękuję. Na pewno tam się udam. Mam jednak jeszcze jedno pytanie...
- Słucham. Z chęcią pomogę, jeśli potrafię.
- Szukam pewnej kobiety w zaawansowanej ciąży.
Na słowo ciąża wszystkie zmysły Caramora nagle się wyostrzyły, a upojenie alkoholowe znikło, jak po jakimś magicznym zaklęciu. Jego powieki skurczyły się, przymykając oczy, tak, że mężczyzna nie mógł wytrzymać spojrzenia i odwrócił na chwilę głowę.
- A jakiej kobiety szukasz? I po co? – elf zachowywał spokój i miły głos.
- Szukam... mojej znajomej... miałem jej przywieźć tkaniny na suknie.
- Mógłbym je zobaczyć?
- Yyy, zostawiłem na powozie przed wioską... Pilnuje ich mój osobisty strażnik. Rozumie pan, są bardzo kosztowne, a w tym tłumie szybko mogłyby znaleźć nowego właściciela.
- Rozumiem – odpowiedział spokojnie Cramor. – To może podałby mi pan przynajmniej jej imię, skoro to pana znajoma. Wtedy mógłbym pomóc.
- Cholera – przygryzł wargę człowiek. – Przed chwilą był przecież pijany. Skąd teraz taka bystrość i dociekliwość? Nic się od niego nie dowiem.
- Zistan?! – zawołał ktoś z oddali.
- O, przepraszam. Ktoś mnie woła. Do widzenia – powiedział mężczyzna, udając się przyspieszonym krokiem do miejsca, z którego dobiegało wołanie.
- Do widzenia – odpowiedział nieco zdziwiony obrotem spraw elf.
W drodze powrotnej wszedł jeszcze do zielarza po listek mięty, zioła, które zabijało wszelki zapach. Cramor nie chciał, by Elenesca dowiedziała się o winie, więc od razu włożył liść w usta i zaczął żuć. Mięta miała podobny smak do liści narkotyku, który nazywano dla niepoznaki Czarną Jeżyną, jednak o wiele szybciej smak ten znikał. Cramor próbował raz nawet tego specyfiku pod namową kolegów, jednak obiecał później żonie, że więcej tego nie zrobi. Czarna Jeżyna powodowała nagły przypływ energii i siły (w rzeczywistości podwyższała adrenalinę, lecz nikt w Emaros czy nawet w całym Dragnadzie nie mógł tego wiedzieć). Działała dość krótko, bo zaledwie pół godziny, jednak pozostający później w ustach, przez o wiele dłuższy czas, okropny smak zniechęcał wielu do jej żucia. Cramor zastanawiał się właśnie nad prawdziwym celem i pochodzeniem mężczyzny, który go zaczepił jakiś czas temu na ulicy.
- Przecież mówił, że ma na imię Tomas – uświadomił sobie dopiero teraz elf i szybo przyspieszył kroku.

***

- Tak. To może być mój wielki dzień –rozmyślał baron Malius siedząc w tej samej pozycji co przed chwilą, tyle, że już sam. – Miejmy nadzieję, że Geramin i tym razem nie zawiedzie. Nie mam zbyt wiele czasu. Obrady senatu już za kilka godzin, a tu jeszcze tyle spraw do zrobienia. Najlepiej jakbym wziął ślub jeszcze przed wyborami. Trzeba będzie to załatwić bardzo szybko. Tak... dwieście sztuk złota kapłanom zdecydowanie wystarczy... A wesele zrobimy za tydzień, gdy wszyscy już trochę ochłoną. Ha ha ha – zaśmiał się na głos mężczyzna, po czym zaklaskał w dłonie. Po chwili zjawił się w pokoju sługa.
- Wołałeś, panie?
- Tak. Mam dla ciebie polecenie. Pobiegniesz teraz jak najszybciej potrafisz do najbliższej kaplicy. Tam powiesz, że baron Malius pragnie wziąć ślub. U siebie w domu, naturalnie. Jak kapłani będą się opierać, dasz im sto sztuk złota na ofiarę. Gdy to nie pomoże, powiedz, że dostaną ode mnie drugie tyle, gdy tylko zechce im się tu przyjść i wybełkotać kilka formułek. Zrozumiałeś? – spytał baron, kładąc na ręku mężczyzny skórzany mieszek.
- Tak jest, panie – powiedział sługa i powoli, nie odwracając się wyszedł z pokoju. Później dał już się tylko słyszeć odgłos stóp uderzających o drewnianą podłogę.
Można by się zastanawiać, dlaczego nigdy nikt nic się nie dowiedział o posunięciach Maliusa. Odpowiedź jednak była nadzwyczaj prosta. Baron miał swoich zaufanych ludzi, z którymi walczył jeszcze pod Ksanos. Dodatkowo płacił im sporo. Może nie były to dla niego jakieś szczególne sumy, ale sługom miesięczna pensja starczała na cały rok życia. Innymi słowy, nigdzie indziej nie dostaliby takiego wynagrodzenia, a praca była nader prosta, można wręcz rzec, że dziecinna. Wystarczyło czasami gdzieś pojechać, przekazać coś komuś, coś przynieść i tarzać się przed swoim panem, a co najważniejsze, trzymać język za zębami. I słudzy doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Nawet podejrzewali co by się stało, gdyby powiedzieli komuś chociaż słówko.
- Doskonale – znów zaczął rozmyślać baron, gładząc przy tym wąsy. – Sprawa ślubu, można już rzec, jest załatwiona. Ale to nic. Najważniejsze są wybory. Po co mi to wszystko, skoro nie zdobędę władzy. A chcę ją przecież zdobyć sprawiedliwie, bez żadnej wojny domowej czy morderstw nowego króla, zaraz po jego wyborze. A późnej... od razu po koronacji muszę udać się do Emaros i znaleźć tam tego bękarta, o którym mówi przepowiednia. Są tam trzy elfki w ciąży. Na Wyspach Kalimadu jest jeszcze jedna, ale dopiero w piątym miesiącu – tłumaczył sam sobie baron, jakby nie wierząc prostocie zadania i swoim informatorom. – Trzeba będzie mi znaleźć je szybko. Ale z tym też nie będzie problemu. Kto w takiej małej wiosce nie wie o narodzinach dziecka. To już dzisiaj. Przeklęty dzień. Jakby ta koronacja nie mogła być z tydzień wcześniej. Ale jak tylko dostanę w swoje ręce to dziecko... Tak, zapewni sławę mojemu rodowi. Mojemu, bo będzie nosić moje nazwisko! I nikt nie docieknie prawdy. Pozostaje jednak problem uszu i długowieczności. Przecież jest elfem. Wszyscy od razu się zorientują, że nie jest moje. Trzeba będzie znów udać się do starego znajomego, doktora Pawleta. Pamiętam jak dziś, gdy przyszył staremu Timiemu palec, najzwyczajniej w życiu, tak jak przyszywa się guzik, a ten, po kilku dniach zrósł się. Wszyscy myśleli, że to jakaś magia. Bzura! A o długowieczności jeszcze się pomyśli. Mam przecież czas. Hahaha.
Nagle do pokoju wszedł Geramin. Uklęknął jak poprzednio na jedno kolano i powiedział:
- Panie, znalazłem chyba odpowiednią kobietę. Wprowadzić?
- Tak szybko? Świetnie, oczywiście, że tak. Jeśli się nada, dostaniesz ode mnie premię – sługa popatrzył łapczywie na mieszek złota uniesiony w powietrze przez barona.
Mężczyzna wyszedł z pomieszczenia i po chwili wrócił z kobietą średniego wzrostu, z kasztanowymi włosami opadającymi do ramion i niesamowicie pięknymi rysami twarzy. Ubrana była dość kunsztownie, w niebieską suknię, haftowaną białą nicią, która swobodnie załamywała się na wysokości brzucha. I brzuch właśnie był jedną z pierwszych rzeczy, na które zwrócił uwagę baron. Był on pokaźnych rozmiarów, co wskazywało na bardzo zaawansowaną ciążę. Kobieta uśmiechała się lekko, wiedząc przed kim stoi.
- Taaak. Idealna. Powiedz no mi Geraminie gdzie ją znalazłeś. – odezwał się Malius nie odrywając wzroku od kobiety.
- To córka Helasa, jednego z bogatszych kupców w mieście.
- Ech, kupiec – zaczął marudzić mężczyzna przenosząc już wzrok na sługę. – Nie znalazłeś innych?
- Nie panie, ale mogę jeszcze spróbować, jeśli sobie tego życzysz.
- Nie. Czas nagli. Niech zostanie. – uśmiech zniknął z twarzy kobiety, nie wiedzącej po co w ogóle tu się znalazła. – Ale ty już możesz wyjść – spojrzał znacząco na Geramina, który uklęknął tylko i wyszedł z pokoju.
- Jak ci na imię?
- Terasa, panie – odezwał się delikatny głos, przypominający dźwięk wydawany przez przepiękne, maleńkie, elfickie dzwoneczki, używane do celebrowania ich świąt.
- Teresa, Teresa, przecież to takie pospolite. Nie mogli cię lepiej nazwać?
Kobieta spuściła głowę, nie wiedząc co odpowiedzieć.
- No dobrze. Nieważne. Ważne jest to, że za chwilę zostaniesz moją żoną.
- Co? Ale...
- Nie ma żadnego ale. Chociaż... Zapomniałem się spytać o to Geramina – pomyślał baron. – Masz męża?
- Nie.
- Doskonale! – ucieszył się mężczyzna. – Doskonale. Idź do pokoju na górze i powiedz tam, co się stało. Moje służące przygotują ci kąpiel i odpowiednio cię ubiorą. No idź już, nie patrz tak na mnie.
Teresa nie wiedząc czy ma się cieszyć, że zostanie zaraz żoną jednego z najbogatszych ludzi w królestwie, czy ma płakać, że zostanie żoną człowieka, którego w ogóle nie zna, ruszyła bez chwili namysłu we wskazane miejsce. Malius odprowadził ją jedynie wzrokiem. Na korytarzu zaś, o mało co na kobietę nie wpadł pędzący sługa. Wbiegł do pokoju barona, niedbale przyklęknął, złapał oddech i szybko powiedział.
- Panie, żądają jeszcze stu sztuk złota.
- Niech to szlag – zaklął pod nosem mężczyzna. – Czy oni nigdy się nie opamiętają?! Ile jeszcze tak będą ssać z mojej kieszeni? Przeklęta pijawki. – nastała chwila ciszy, podczas której słychać było tylko głębokie wdechy posłańca. – Dobrze. Powiedz im, że dostaną tego o co... proszą – skrzywił usta Malius. – Ale ani grosza więcej!
- Tak jest, panie.
- Idź po nich. Ale nie musisz już się tak spieszyć. Sprawy się nieco... ustatkowały.
Mężczyzna wyszedł z pomieszczenia, a baron wrócił do wypisywania zaproszeń. Po jakiejś godzinie zjawili się kapłani, a po dwóch Teresa. Piękna, pachnąca lawendą i rumiankiem, jednak w tej samej sukni. Do pomieszczenia zeszli też wszyscy służący, tak, że teraz ledwo co mogli się w nim pomieścić.
- Nie mogliście jej dać jakiejś ładniejszej sukni? – spytał szorstko baron.
- Nie mamy panie – odpowiedziała cicho jedna z gospodyń. Niedoszły władca przemierzył jej ubranie wzrokiem i stwierdził, że mówi prawdę.
- Spokojnie, panie. Przecież to miała być tylko formalność – szepnął na ucho Maliusowi, Geramin.
- No dobrze. A więc możemy zacząć? – zwrócił się do zakonników mężczyzna.
Kapłanów było dwóch i żaden nic nie odpowiedział. Jeden wyciągnął tylko przed siebie otwartą dłoń.
- Ach, tak. Zapomniałbym – powiedział baron, zbliżając się do człowieka, odwracając go i dając mieszek złota, tak aby nikt nie widział. Malius bowiem, mimo iż ufał swoim poddanym, zawsze powtarzał sobie, że im mniej osób wie to, czego nie powinny, tym lepiej dla niego.
- Tak więc, możemy zacząć – powiedział drugi kapłan. – Proszę wziąć małżonkę za rękę i podejść bliżej.
W tym momencie zaczęła się standardowa ceremonia ślubna, wraz z przyrzeczeniami i obrączkami, jaką odprawiano podczas pobrania się osób, wyznających któregokolwiek z cywilizowanych bogów Dragnadu. Osoby bowiem te, składały przede wszystkim przysięgi sobie, a kapłani, według tradycji byli tylko boskimi świadkami, mającymi zapewnić trwałość i szczęśliwość związku.
- ... i niech szczęście ich nie opuszcza. Tak im dopomóż Menosie. Możecie się pocałować – oderwał wzrok od kartki z formułką kapłan.
Malius podniósł dłoń, obrócił twarz Teresy ku sobie i delikatnie, acz krótko ja pocałował.
- Jesteście mężem i żoną – oznajmił uśmiechający się z udanej transakcji zakonnik.

***

Tymczasem człowiek, który niedawno przedstawiał się jako Tomas biegł w górę targowej ulicy. Z ledwością mijał ludzi, których dziś była, rzec można, liczba nie zliczona. Gwar i tłok jaki panował na jarmarku pozwolił mu się zatrzymać. Odwrócił się jeszcze, by zobaczyć czy elf nie zorientował się w jego oszustwie i czy go nie goni.
- Cholera – przeklął w myślach. – A szło przecież tak dobrze. Dlaczego... dlaczego ten chłop tak nagle wytrzeźwiał? Może... Tak! On musi być jej bratem albo mężem. Właściwie, to może nie koniecznie jej. Może po prostu jakiejś kobiety w ciąży. Ale warto spróbować... – człowiek stanął na palcach patrząc w dół ulicy targowej którą przed chwilą biegł. Nie widział już jednak Cramora. Właściwie, nawet gdyby ten się nie ruszał z miejsca, rozpoznanie go teraz z takiej odległości w tym tłumie graniczyło z cudem.
- Psia krew. Trzeba będzie spróbować czegoś innego. Kupcy nic nie chcą gadać. Spoglądają tylko podejrzliwie spode łba. Czyżby tu wszyscy się znali? Podobno w dni targowe przyjeżdżają tu ludzie z obrzeży kilkudziesięciu galopów. – mężczyzna myślał gorączkowo, mając świadomość tego, że każda uciekająca sekunda jest bardzo cenna. Przepowiednia nie mówiła dokładnie tego, o jakiej porze dziecko się urodzi. Wiedział jedynie, że to stanie się dzisiaj.
- Jednak alkohol rozwiązuje język... – przypomniał sobie rozmowę odbytą przed chwilą i zapach elfa. – Tak. Najłatwiej znajdę te informacje w karczmie. Gdzie on to mówił? Pod wściekłym czym?
Mężczyzna rozejrzał się w około. Wzdłuż całej ulicy stały kolorowe stragany przypominające często małe cyrki. Wokół nich gromadziła się zawsze grupka ludzi gwarząca między sobą i oglądająca towary. W Emaros można było kupić wszystko. Od bielizny, przez czarodziejskie (jak niektórzy twierdzili) afrodyzjaki, ozdoby stołowe, zabawki dla dzieci, przyprawy z odległych krain, psy, konie i inne zwierzęta na artykułach gospodarstwa domowego kończąc (czyli młotkach, siekierkach, nożach itp.). Były stragany większe i mniejsze, byli także kupcy, których nie stać było na płótno i rusztowanie, więc swoje towary rozkładali na wozach, którymi przyjeżdżali. Ludzie nie tylko kupowali, ale także się zamieniali. Gdy przyjeżdżał kupiec z bardzo rzadkimi towarami, nieraz się zdarzało, że otrzymywał za nie na przykład wspaniałego rumaka. Wymiana ta jednak z punktu widzenia byłego już posiadacza konia nie była bezsensowna, gdyż wiedział on, że ponownie takie dobra przybyć mogą najbliżej za miesiąc, tak więc przez ten czas zdoła on zazwyczaj wszystko sprzedać, a zysk z tego będzie dwukrotnie większy niż wartość wierzchowca. I trzeba tu przyznać rację, że elfy z Emaros były jedną z najbardziej przedsiębiorczych ras w całym Dragnadzie. Dziś szczególne poruszenie można było zauważyć koło jednego stoiska. I nie był to bynajmniej elficki stragan czy wóz. Na bruku postawiona była długa lada, na której znajdowały się najpiękniejsze jubilerskie wyroby, a zza lady lewo co można było zobaczyć brodatego krasnoluda. Obok stało trzech krępych ludzi najwyraźniej pilnujących, by nikogo nie zaswędziały ręce. Krasnoludy przybywały do Emaros bardzo rzadko, ale regularnie. Popyt na ich wyroby jubilerskie był tak ogromny, że kupiec (zazwyczaj, acz nie zawsze krasnolud) brał ze sobą tyle towaru ile tylko zdołał, do tego wynajmował kilku ochroniarzy i zwykle po tygodniu wracał do domu zadowolony z górą pieniędzy.
To jednak nie przykuło uwagi Tomasa, który kierował się już w boczną uliczkę. Zobaczył bowiem na drzewie szyld z kuflem piwa. Nie interesowało go, czy to jest właśnie ta gospoda, o której mówił elf. Ważne było to, że to JEST gospoda. Zbliżając się do niej usłyszał śpiewy i granie orkiestry. Wewnątrz było gwarno i mimo dość wysokiej dzisiaj temperatury mężczyźnie wydało się, że w karczmie jest jeszcze cieplej, a na pewno bardziej duszno. Budynek w przeciwieństwie do zwykłych elfickich domów był wybudowany w stylu typowo ludzkim. Małe okna powodowały, że wewnątrz było ciemno. Sytuację tą polepszały świece wiszące nad każdym stolikiem i przy ladzie, co niewątpliwie budowało niepowtarzalną atmosferę. Nie dość wspomnieć, że gospoda nosiła nazwę „Pod ciemnym dzbanem”.
Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła się Tomasowi w oczy był elf siedzący samotnie przy ladzie z kuflem i próbujący nawiązać rozmowę z barmanem.
- Idealnie. Cóż za zrządzenie losu – pomyślał i udał się w jego kierunku. Po chwili siedział już obok. – Pan też na targ przyjechał? – zagadnął.
- Nie panie. Ja tutejszy. Przyszedłem do karczmy bom się w domu nudził.
- No tak... Mogę powiedzieć, że znam ten ból... Może piwa?
- Nie panie. Pieniędzy już nie mam. Żona i tak mnie zabije, że wszystko wydałem.
- Na mój kosz oczywiście – uśmiechnął się chytrze, zadowolony z obrotu spraw człowiek.
- A chyba, że tak...
Tomas gwizdnął na palcach tak głośno, że przerwało to nawet dźwięki muzyki i co poniektórzy spojrzeli w kierunku lady. Gdy jednak okazało się, że woła barmana i po chwili dostaje piwo, wszyscy wrócili do rozmów i picia.
- To dlaczego pan z żoną nie siedzi w domu, tylko po karczmach się włóczy?
- Daj pan spokój. Od żony też trzeba odpocząć – odpowiedział elf zbierając ustami pianę.
- To fakt. Zwłaszcza jeśli masz pan już z nią więcej niż dwa lata na karku.
- O tak... Siedem lat już ze sobą jesteśmy. A pan samotny?
- Ja... W zasadzie tak. Dużo podróżuję z towarami, także nigdzie nie mogę zagrzać miejsca. W ogóle zdaje mi się, że taki tryb życia nie jest dla mnie.
- Tak... Pieniądze, smoki, muzyka i dziwki, co?
- Powiedzmy – mężczyzna rozejrzał się po sali, żeby sprawdzić czy nie są podsłuchiwani. Wszyscy jednak byli zajęci swoimi sprawami, a barman wycierał kufle. – Mam jednak pewien interes przyjeżdżając tutaj.
- Zaprawdę? A cóż to takiego?
- Szukam kobiet w ciąży. Przywiozłem ja bowiem ze sobą, panie, suknie, szyte specjalnie dla puszystych pań. Ale widzę, że elfki wszystkie szczuplutkie jak liście na drzewach, a towar sprzedać trzeba.
- No tak, rozumiem pana – pokiwał głową elf łykając kolejną porcję trunku. – Faktycznie nasze kobiety nie mają skłonności do tycia. My zresztą również, ale był kiedyś stary Fares. Ten to był tak gruby, że...
- Do rzeczy panie. Muszę jeszcze dziś wracać, a towar sprzedać trzeba.
- A tak, tak. Ciężarne pytasz pan?
Tomas pokiwał energicznie głową.
- Mamy tu takie. Trzy bodajże. Żona Jelasa, Unescelego i Cramora, ale na tą ostatnią pan nie licz, bo gadają, że lada dzień ma rodzić, więc ciuch taki już jej nie będzie potrzebny.
- A gdzie ona mieszka? – spytał człowiek już się ciesząc z odniesionego sukcesu.
- Która?
- Ta ostatnia.
- Ona panie, to mieszka na obrzeżach wioski. Jak pan będziesz już na targowej ulicy, to idź pan cały czas w dół, aż przejdziesz pan przez mostek na rzeczce i później po prawo zobaczysz pan taki ładny dom postawiony wokół drzewa.
- Tu wszystkie domy stoją wokół drzew – zwrócił ironicznie uwagę mężczyzna.
- Bez obaw panie. Poznasz go po tym, że obok jest ogromny ogród. Najpiękniejszy chyba w Emaros. Pani Elenesca bowiem kocha kwiaty i zawsze, jak jeszcze mogła, kupowała od kupców nawet najdroższe sadzonki.
- Dziękuję panu ślicznie. W takim razie ja już sobie pójdę.
- A nie chcesz pan wiedzieć, gdzie mieszkają pozostałe?
- Dowiem się od niej – powiedział Tomas udając już się ku wyjściu. – Jeszcze raz dziękuję i miłego dnia życzę!
Pierwszą rzeczą jaką zrobił mężczyzna po wyjściu z karczmy było spojrzenie na słońce.
- Pora obiadowa – pomyślał. – Trzeba się udać do Zgerga.
Nienaturalnie wysoka jak na elfa postać w kamizelce takiej, jaka noszą wszyscy miejscowi szła teraz żwawym krokiem w dół ulicy.
- To chyba musi być niedaleko tego miejsca, gdzie obserwowaliśmy okolicę – przypomniał sobie. – Przecież też przechodziłem przez kładkę... Miejmy nadzieje, że Zgerg nie narobił niepotrzebnego rozgłosu.
Jak się okazało po pewnym czasie niziołek zachowywał się tak cicho, że można by pomyśleć, iż umarł. W rzeczywistości spał w krzakach przy których jakieś trzy godziny temu się rozstali.
- Wstawaj! – człowiek potrząsnął malcem. – Wiesz co by się stało, gdyby ktoś tu cię zobaczył?
- Co? – spytał Zgerg. Było to jednak pytanie o to, co przed chwilą jego kompan mówił, a nie o to, co by się stało.
- Echhh. Ty nigdy nie myślisz. Masz szczęście, że mam dobry humor. Widzisz ten dom? – mężczyzna wskazał palcem budynek z wielkim ogrodem w pobliżu.
- Ehe – powiedział niziołek i ziewnął ospale.
- Tam znajdziemy tego bękarta...

***

Malius siedział w małym, osobistym gabinecie w budynku, gdzie miały za chwilę zacząć się obrady i wybory. Pokój taki posiadał każdy z dziesięciu senatorów, którzy reprezentowali daną część królestwa (przy czym przedstawicieli stolicy Tadamoon było dwóch). Był w śród nich jeden krasnolud i jeden elf, nie było zaś niziołka. Rasa to bowiem nigdy nie przejmowała się nadto sprawami Dragnadu. Bardziej interesowały ich sposoby bogacenia własnych kieszeni, dlatego też jeszcze na pierwszych spotkaniach senatu, po obaleniu monarchii Deodora V, postanowiono rasę niziołków z przywileju senatorskich wykluczyć, gdyż jak już wspomniano, nie znali się absolutnie na polityce, a ich ważne głosy można by było kupić za marne sto sztuk złota. Oczywiście korupcja nie była powszechna. Była za to surowo karana przez dożywotnie zwolnienie z możliwości udziału w jakimkolwiek szczeblu administracji, czy to państwem czy wsią, a także grzywną pieniężną na rzecz państwa dziesięciokrotnie przekraczającą oferowaną łapówkę. Nie znaczy to jednak, że nie była stosowana w praktyce w ogóle, bowiem około dwustu lat temu pewien baron był tak bogaty, że mógł kupić głosy wszystkich, włącznie z marszałkiem. I o tym, że ktoś sprzedał swoją decyzję oczywiście nikt, przed śmiercią króla, który swoją drogą był dobrym władcą, się nie do wiedział.

Nie było jeszcze w historii królestwa Dragnadu króla, który nie byłby człowiekiem. I wszystko wskazywało na to, że tak będzie i tym razem, bowiem w rzeczywistości w wyścigu o władzę walczyło ze sobą tylko dwóch rywali – baron Malius z Tadamoon i Arfelas z północnych krain. Właściwie należało by powiedzieć reprezentant północnych krain, gdyż wszyscy senatorowie od czasu, kiedy zostali wybrani na to stanowisko, mieszkali w stolicy i tylko tu obradowali (trzeba zresztą przyznać, że dość często). Król nie pełnił jedynie roli reprezentacyjnej. Do niego to bowiem zawsze należała ostateczna decyzja w każdej niemalże sprawie. Senat jednak nie był od króla uzależniony, gdyż posiadał prawo odwołania władcy w każdej chwili i zarządzenia nowych wyborów. I taka sytuacja również miała już miejsce, gdy król Jean nazbyt przyjaźnił się z władcą Tomstadu i odwoływał wszelkie decyzje, które były inne niż tego chciał jego przyjaciel. Taki obrót spraw prowadził do paranoicznej sytuacji, w której Dragnadem rządził władca Tomstadu.

Malius zakładał na siebie puszysty senatorski płaszcz, imitowany na skórę zwierzęcia. Czerwona, biała i czarna sierść odbijała promienie słoneczne wpadające przez okno. Baron w zniecierpliwieniu czekał na posłańca, który wezwie go już na główną salę. Przejrzał się w lustrze, poprawił wąs i brodę i usiadł jeszcze za biurkiem. Nie mając co począć z dłońmi, zaczął nimi gładzić przyjemne w dotyku futro. Sam zaś zagłębił się w rozmyślaniach.

- Ciekawe czy tłum zrobi na nich jakieś wrażenie... Mam nadzieję, że Madam pamięta o obietnicy. Wszakże jego głos, jestem pewny, poszedłby na osobę Arfelasa, a tak, przechodzi na mnie. Można więc rzecz, że mam dwa dodatkowe głosy, bo mój rywal traci jeden – uśmiechnął się mężczyzna. – Dalej jednak ma za sobą trzech ludzi: Fawora, Olneffa i Unakrana. Ja jestem pewny również trzech: Madama, który został kupiony, Swersa, któremu obiecałem głos w zamian i Quigra – mojego przyjaciela z czasów wojen o Ksanos. Nie wiadomo na kogo zagłosuje elf i krasnolud. No i oczywiście my dwaj, którzy na pewno na siebie nawzajem głosu nie oddamy. Najgorsze jednak jest to, że Olneff jest zarazem marszałkiem i to do niego należy wybór ostateczny w przypadku remisu. Elf lub krasnolud muszą na mnie oddać głos!
Rozmyślania przerwało skrzypienie otwieranych drzwi.
- Panie senatorze – powiedział basem niewysoki mężczyzna. – obrady się zaczynają.
Malius kiwnął głową i podniósłszy się z krzesła wyszedł z pokoju. Po chwili marszu korytarzem czekał już przed zamkniętymi drzwiami, za którymi znajdowała się główna sala i które wszystkie były otwierane w tym samym momencie przez osoby stojące po drugiej stronie. Jednoczesne wyjście senatorów z odosobnionych pomieszczeń miało symbolizować to, że nie są oni sobie w ogóle znani i że wszyscy mają jednakowe predyspozycje do bycia władcą. W sali obradowej przebywał teraz jedynie marszałek Olneff. Pomieszczenie było wysokie i wystrojone bardzo wytwornie. Podłoga wyłożona była na kształt dragnadzkiego godła z drogich kamieni, okna, bardziej wysokie niż szerokie, zakończone łukami, znajdujące się na frontowej ścianie przypominały do złudzenia te z kaplic poświęconych bogom. Z sufitu zwisał jeden ogromny żyrandol mający na sobie podobno sto pięćdziesiąt cztery świecie, które dawały doskonałą jasność pomieszczeniu, a sam sufit ozdobiony był freskami przedstawiającą moment obalenia monarchii. Sala była duża, nawet za duża, jak na pomieszczenie, które służyło do obrad 10 osób. Była również dość chłodna z powodu otaczającego ją zewsząd kamienia i braku jakiegokolwiek ogrzewania, co powodowało, że trochę dziwnie wyglądający płaszcz senatorski zakładali wszyscy, bez żadnych sprzeciwów. Miała ona jednak także jedną cechę charakterystyczną. Pomieszczenie bowiem przy otwartych zewnętrznych drzwiach, a raczej wrotach, niosło głos na zewnątrz, umożliwiając tym samym zebranym przed budynkiem usłyszenie całości obrad. Z początku fakt ten był uznawany za wielką wadę, później jednak na skutek upowszechniającej się miejscami demokracji drzwi otwierano, chcąc dać obywatelom możliwość poczucia, że biorą udział w wyborach.
- Proszę senatorów o wejście na salę – usłyszał Malius głos odbijający się echem po sąsiednim pomieszczeniu.
Baron przełknął ślinę i przekroczył otwarte przed chwilą drzwi. Zasiadł do półokrągłego stołu pomiędzy Faworem i Swersem. Pośrodku, przy odrębnej części stołu siedział marszałek, skupiając na sobie uwagę senatorów. Nie on teraz jednak wzbudzał zainteresowanie, a puste miejsce.
- Ehkem... – odchrząknął Olneff, przerywając tym samym rozmowy. – Zebraliśmy się tutaj dzisiaj by, jak wiemy, wybrać nowego władcę Dragnadu. Jak wiedzę nie uciekła waszej uwadze nieobecność senatora Unakrana... Zmarł on bowiem dzisiaj z rana – ściszył głos i spuścił głowę marszałek.
Zapadła chwila ciszy. Wiadomość ta zaskoczyła tak wszystkich, że nie byli w stanie przez dłuższy czas nic powiedzieć.
- Cóż za zrządzenie losu! – cieszył się w myślach Malius. – Będę musiał rzucić sporo na ofiarę w kaplicy.
Po chwili umysłowego zaskoczenia i otępienia zaczęły się znowu swawolne rozmowy i to o wiele głośniejsze niż poprzednio.
- To niesłychane, jeszcze wczoraj widziałem go spacerującego po parku – dało się słyszeć z ust Quigara.
- Tak, ja też go wczoraj widziałem i wyglądał całkiem zdrowo – dodał Fawor. – Coś mi tu śmierdzi ta sprawa...
- Śmie pan coś sugerować?! – oburzył się Malius.
- Tak! Wszyscy wiemy, że głosy rozłożą się miedzy pana, senatorze i senatora Arfelasa. Ktoś musiał w tym mieć interes.
- Wypraszam sobie! – krzyknął rozłoszczony baron, który rzeczywiście mógł się czuć pokrzywdzony, gdyż on również był tak samo zaskoczony wieścią o śmierci, jak reszta.
- Ja również – powiedział dla niepoznaki Arfelas, chcąc pokazać, że Fawor wcale nie trzyma jego strony.
- Przecież on tego panu, panie senatorze wcale nie zarzuca. Słowa te ewidentnie skierowane były przeciwko senatorowi Maliusowi – zauważył słusznie elf Arsdelas’ulig.
Arfelas zmieszał się lekko i nic nie odpowiedział.
- Spokojnie panowie – odezwał się Olneff. – Wszyscy przecież wiemy, że Unakran chorował na serce. Dzisiejsze badania doświadczonych w tych sprawach znachorów i kapłanów potwierdziły, że senator umarł śmiercią naturalną.
- Uff – odetchnął z ulgą Malius. – Teraz już wiem, dlaczego został wybrany na marszałka. Mimo, iż oficjalnie trzyma stronnictwo Arfelasa, to jest sprawiedliwy i mówi o wszystkim w obiektywnym świetle – myślał baron.
- Na miejsce niego powinniśmy wybrać przed wyborami nowego senatora z okręgu Tegiess. W konstytucji widnieje jednak zapis o tym, że w przypadkach nagłych i pilnych można ten ustęp zignorować. Uznałem, że sprawa jest pilna i nagła i nie będziemy już po raz drugi przekładać wyborów. Przeprowadzimy je dzisiaj w dziewięciu.
Po sali znów dało się słyszeć szepty zarówno sprzeciwu, jak i poparcia.
- Słuszna decyzja.
- To absurd.
- Też bym tak postąpił.
- Nigdy jeszcze senat nie obradował w dziewiątkę – szeptali senatorzy.
- Czy ktoś chce się w tej sprawie wypowiedzieć? – spytał donośnym głosem Olneff. Zapadła znowu cisza. – Tak też myślałem.
- Ja chcę się wypowiedzieć – po chwili wahania zdecydował się Arfelas. – Dlaczego sytuację tą mamy nazwać nagłą? Przecież możemy zebrać się ponownie za tydzień, dajmy na to.
- Obywatele nie będą zachwyceni. Wszyscy czekają z niecierpliwością na jutrzejsze biuletyny. Chcą wiedzieć. Poza tym królestwo funkcjonuje już wystarczająco długo bez króla. Nie możemy podejmować żadnych nowych uchwał – zawarł głos Arsdelas’ulig, który mówił zazwyczaj mało, ale jeśli już mówił, to zwykle coś rozsądnego.
- I tak przemknęła nam już ugoda z Guanamem w sprawie regularnej wymiany handlowej – powiedział Swers.
- Słuszna uwaga senatorze – potwierdził Olneff. – Mam nadzieję, że przyszły król podejmie ponowne próby negocjacji.
- Ale... – zaczął Arfelas, któremu zdecydowanie nie na rękę była utrata głosu.
- Możemy wszakże zrobić głosowanie. Proszę niech podniosą rękę ci, którzy są za przeprowadzeniem dzisiaj wyborów.
Wszystkie dłonie z wyjątkiem Arfelasa i Fawora znalazły się w górze.
- Pierwsza bitwa wygrana – pomyślał Malius.
- Tak więc przegłosowane. Wybory odbędą się dzisiaj – powiedział z zadowoleniem marszałek.
Na zewnątrz instruowany przez Geramina tłum zaczął bić brawa. Senatorowie popatrzyli tylko na siebie ze zdziwieniem i uśmiechem zarazem.
- Nie będę już przedstawiał zasług dla królestwa każdego z senatorów. Wszyscy przecież je znamy i słyszeliśmy je zresztą już na poprzednim posiedzeniu. Nie przedłużając przypomnę jeszcze, że głosujemy tylko raz, w sposób jawny, poprzez podniesienie dłoni. Oczywiście nie można głosować na siebie.
Arfelas był najwyraźniej rozgorączkowany. Wszystkie jego plany o pewnym zwycięstwie runęły teraz niczym domek z kart po lekkim dmuchnięciu. Szybko w myślach kalkulował głosy.
- Mam jeszcze szansę – myślał. – Wystarczy, że krasnolud lub elf zagłosuje na mnie, podczas gdy drugi nie odda głosu na Maliusa.
Senator nie wiedział jednak o sprawie Madama, bo teraz mógłby już płakać i tylko przypadek mógłby spowodować jego wygraną.
- Zaczynam czytać alfabetycznie – oznajmił marszałek Olneff. – Senator Arfelas.
- Buuu! – ryknął tłum na zewnątrz. W górę wystrzeliły energicznie jedynie dwie ręce – senatora Fawora i Olneffa. Arfelas był wściekły. Patrzył teraz wzrokiem zabójcy na Madama. Ten jednak, dzięki pieniądzom Maliusa był nieugięty. Uśmiechnął się jedynie podle w stronę patrzącego na niego mężczyzny.
- Zatem dwa głosy. – kontynuował marszałek. – Teraz senator Arsdelas’ulig.
Żadna dłoń nie pojawiła się w górze. Elf wcale nie był rozczarowany. Patrząc na niego, można by powiedzieć, że odetchnął sobie z ulgą.
- Zero głosów. Dalej, senator Fawor.
Arfelas podpierając jedną ręką czoło i mamrocząc coś pod nosem do siebie od niechcenia podniósł rękę. Senator rozejrzał się jeszcze raz by się upewnić.
- Jeden głos. Senator Madam.
Powtórzyła się sytuacja z głosowania na elfa, jednakże Madam się trochę zawstydził i odwrócił głowę w bok, udając, że ogląda obraz.
- Zero głosów – zabrzmiał znowu głos marszałka. – Teraz senator Malius.
- Malius! Malius! – zaczęli krzyczeć ludzie na zewnątrz budynku.
- Społeczeństwo cię lubi – słusznie zauważył Olneff.
Swers i Quigr podnieśli w górę dłonie. Madam wahał się. Baron nie patrzył na niego w ogóle nie chcąc wywrzeć na nim złego wrażenia, tak jak to znakomicie przed momentem uczynił Arfelas.
- Dwa... trzy głosy! – krzyknął marszałek.
Senator Malius zamknął oczy i uśmiechnął się. Teraz był już prawie pewny osiągniętego sukcesu. W razie wygranej, obiecał nawet sobie, że zapłaci Madamowi obiecane piętnaście tysięcy sztuk złota.
- Dalej jest senator... ja jestem – uśmiechnął się marszałek.
Elf i krasnolud jakby jednomyślnie zagłosowali na Olneffa. I był to wybór jak najbardziej uzasadniony, ponieważ marszałek był niewątpliwie najbardziej uzdolnioną i doświadczoną politycznie jednostką ze wszystkich dziś tutaj się znajdujących, jednakże nie zawierał on układów. Był człowiekiem bardzo honorowym i to, rzec można, dziś go zgubiło. Sam chyba jednak wiedział, że inni działali prężniej i wynik nie zszokował go w ogóle. Uśmiechnął się jedynie i kiwnął w podzięce w stronę siedzących obok sienie elfa i krasnoluda.
- Dwa głosy. Został już tylko jeden głos, więc mamy zwycięzcę! Dla formalności jednak skończmy głosowanie, a później przystąpimy do koronacji. Senator Quigr – zapadła chwila ciszy. Zero głosów. I jak zapewne się domyślam na senatora Swersa zagłosuje senator... tfu, przepraszam król Malius.
Niedoszły jeszcze król kiwnął głową i nie ukrywał już szczęścia. Wszyscy zgromadzeni na sali mogli chyba przyznać, że nigdy nie widzieli Maliusa tak rozradowanego. Jego usta i oczy śmiały się najszczerszą radością. Siedzący obok Swers i Fawor już składali mu gratulacje.
- Mamy zatem oficjalnie wybranego władcę. Od dnia dzisiejszego to jest siódmego maja 476 roku nowej ery na tronie Dragnadu zasiądzie Malius!
Tłum na zewnątrz zaczął wiwatować głośniej niż poprzednio. Senatorowie wstali i bili brawa. Sam zainteresowany ukrył twarz w dłoniach i zaczął płakać. Jakże jednak to był inny płacz od tego sprzed kilku godzin, gdy wszystko było jeszcze niepewne i pełne wątpliwości.
- Proszę wejść do pokoju i przebrać się w szaty królewskie – wskazał dłonią drzwi marszałek, po czym razem z Maliusem wszedł do pomieszczenia.
Było ono niewielkich rozmiarów, a głównym meblem był stojak na zbroję i szafa. Ściany miały surowy kolor kamienia, podłoga zaś była przykryta czerwonym dywanem. W Dragnadzie, król zaraz po wyborze udawał się do tego pomieszczenia i zakładał kolczugę, na którą nakładano złoty napierśnik ze smokiem w godle, który przechodził z pokolenia na pokolenie królewskich rodzin, kiedy jeszcze tron był dziedziczony, a następnie do kolejnych królów elekcyjnych. W dłoń brał nowy władca miecz dwuręczny ze złotą rękojeścią i wyrytym na klindze wersem jakiegoś patriotycznego wiersza. Na koniec doczepiany był królewski płaszcz wielce podobny do senatorskiego, różniący się jedynie symboliką i jakością wykonania. Gdy Malius został już ubrany w królewskie szaty wyprowadzono go z powrotem do sali obrad, a następnie przed budynek, by społeczeństwo ujrzało nowego władcę. Gdy tylko wrota się otworzyły i król Malius wyszedł na zewnątrz ponownie wzmogły się okrzyki i oklaski. Nie zabrakło jednak również głosów niezadowolenia, ponieważ byli i tacy, którzy za namową Geramina skandowali wcześniej imię Maliusa, ale w rzeczywistości nie wiedzieli kim on jest. Teraz, gdy zobaczyli jego twarz, skojarzyli, że to ten dumny baron, który nigdy nie miał chwili czasu dla warstw niższych, co więcej, który nimi gardził. Tych głosów jednak było znacznie mniej.
- Wiwat! Wiwat król Malius!
Władca stąpał teraz majestatycznie w kierunku, w którym czekał już na niego marszałek wraz z innymi senatorami i z koroną. Koronacja bowiem odbywała się zawsze w obecności społeczeństwa. Każda cząsteczka ciała i duszy Maliusa cieszyła się teraz osobno. Spełniło się jego marzenie. Będzie osobą ważną, sławną, poważaną. Będzie mógł decydować o losach swojego królestwa, a patriotyzmu, zawziętości i odwagi nie mogli mu odmówić nawet jego najwięksi przeciwnicy. W końcu, będzie mógł zapisać swoje imię na kartach historii, której był zagorzałym miłośnikiem.
- Zanim odbędzie się koronacja, nowy władca musi złożyć przysięgę. Proszę prawą dłoń położyć na sercu, a lewą unieść do góry w geście przyrzeczenia i powtarzać po mnie – zaintonował marszałek, po czym Malius złożył standardową przysięgę na wzór wszystkich poprzednich królów.
- ... tak mi dopomóżcie bogowie – zakończył Malius.
Po chwili ukląkł na jedno kolano, a Olneff w sposób jak najbardziej widowiskowy włożył na głowę mężczyzny dragnadzką, złotą koronę wysadzaną czerwonymi rubinami. Ponownie rozległy się oklaski. Malius wstał i uniósł dłoń, chcąc poprosić o ciszę.
- Drodzy obywatele Dragnadu! Nadszedł dla mnie najpiękniejszy dzień mojego życia. Dziękuję wam za to, że byliście dziś z nami i że sprawa wyboru nowego władcy nie pozostała wam obojętna. Jednocześnie obiecuję, że za moich rządów zniknie niedostatek i biedota, wszystkie dzieci będą miały jednakowe prawa i perspektywy poprzez darmową edukację na podstawowym poziomie, a dorośli pracę. Obiecuję również rozszerzyć granicę naszego królestwa na nowe tereny, a także zawiązać korzystne dla nas sojusze polityczne i ekonomiczne. Tym samym proszę was o wsparcie i wyrozumiałość w pierwszych tygodniach mojego panowania. Dziękuję wam raz jeszcze. – W tej chwili Malius był tak pijany radością, że przyszedł mu do głowy jeszcze jeden pomysł. – I zapraszam wszystkich na moje wesele w przyszłym tygodniu!
- Wiwat król Malius! Wiwat! – krzyczał tłum oczarowany prostotą i szczerością przemówienia. Malius bowiem nie ukrywał swoich emocji i wszyscy widzieli na jego twarzy łzy szczęścia.
- Teraz jednak muszę was moi drodzy przeprosić, gdyż już dziś muszę udać się w poselstwie w jednej niecierpiącej zwłoki sprawie. Geramin przygotował w moim imieniu dla was ucztę! Bawcie się dobrze.
- Wiwat! Niech żyje król Malius!
Król w tym samym momencie, gdy skończył przemówienie zdjął z głowy koronę, oddał miecz i poprosił marszałka o przechowanie ich do powrotu. Na zmianę ubrania nie miał już jednak czasu i zbiegł po schodach w kierunku, w którym czekał na niego już koń wraz z czterema innymi jeźdźcami i sługą Geraminem.
- A więc udało się – powiedział do sługi zadowolony Malius. – Widzę, że wszystko przygotowałeś. Cieszę się – powiedział patrząc na swojego wierzchowca. Wskazując na jeźdźców spytał: – Wiedzą gdzie i po co jedziemy?
- Wiedzą gdzie panie. Po co, to już ich nie interesuje – dodał szybko.
- Genialnie. Należy ci się nagroda Geraminie. A teraz bywaj. Będziemy się widzieć zapewne jutro, albo pojutrze. A, i jeszcze jedno – powiedział władca siedząc już na koniu i zawołał sługę gestem dłoni po czym schylił się i powiedział mu na ucho. – Zapłać Madamowi te piętnaście tysięcy. Tutaj masz kluczyk do skrzyni w mojej sypialni. Tylko pamiętaj, ja wiem ile tam jest i jeśli coś z niej zginie, to pewnie domyślasz się, co się z tobą stanie.
Geramin szybko pokiwał głową, chcąc powiedzieć, że wszystko doskonale wie i rozumie.
- Panie a co z tą ucztą? – spytał jeszcze.
- Z czym? Aaa, z ucztą?! Nie wiem, postaw wszystkim piwo i ciepłe flaki – uśmiechnął się Malius. – Bywaj Geraminie!
Po tych słowach ruszył wraz z towarzyszami. Powolnym, dostojnym stępem udali się w kierunku południowej bramy. Gdy tylko ją przekroczyli król krzyknął „Do Emaros, panowie!” i stęp zmienił się stopniowo w kłus, a potem galop...

Ocena użytkowników
9,95 Średnia z 11 ocen
Twoja ocena

Komentarze

0
·
Hmmm. Wpadłeś Rincewindzie, co to ma być? Wetrsja demo? shareware?. Czekam na ciąg dalszy.
0
·
Rince, ja wiedziałam, że masz talent. Ja po prostu to wiedziałam!

I dzięki komu zabrałeś się dziś za pisanie? No dzięki komu? No dzięki mnie. Chyba.....

Czekam na dalsze części.
0
·

Użytkownik Ekhtelion napisał

Hmmm. Wpadłeś Rincewindzie, co to ma być? Wetrsja demo? shareware?. Czekam na ciąg dalszy.
Nie za bardzo rozumiem to "wpadłeś", ale wersja demo, owszem. Jeszcze raz Was za to przepraszam .

Użytkownik Joana napisał

Rince, ja wiedziałam, że masz talent. Ja po prostu to wiedziałam!
No wiesz... :. Jak zwykle przesadasz ;p.

Użytkownik Joana napisał

I dzięki komu zabrałeś się dziś za pisanie? No dzięki komu? No dzięki mnie. Chyba.....
Racja, po części dzięki Tobie. Dzięki .

Ciąg dalszy będzie na pewno.

Ps. Już jest kolejny kawałeczek.
0
·
Mam wielką ochotę powiedzieć:
"A nie mówiłem"

Jak już powiedziała Atis - masz talent. Nawet napisałeś rymowany wierszyk ;p z którego możemy odczytać zarys ogólny opowiadania Bardzo fajne opisy i ładnie kształtuje się fabuła. Na razie nic więcej nie powiem, tylko poczekam na dalszą część
0
·
Te, Rince, bierz się za pisanie dalszych części, bo mi się nudzić zaczyna...

A tak w ogóle, masz do tego talent
0
·
No właśnie Rince, masz pisać dalej, bo umrzemy z nudów.

A jak narazie dla mnie opo ma 9/10, dlaczego? Bo to początek, to nie ma akcji.
0
·
Czekam na cześć dalszą O.o
------------------edit--------------------
ach..... snif,snif (węszy dramat )
0
·
Żadnych oryginalnych pochwał nie wymyślę więc musisz się zadowolić tylko stwierdzeniem, ze fabuła rozwija się świetnie ;p

Cytat

Z tłumem nie było problemów panie. Poszedłem na plac główny, wziąłem skrzynkę, stanąłem na niej i krzyknąłem z całych sił w płucach „Szanowni obywatele Tadamoon!” – człowiek zamilkł na dłuższą chwilę.
- I... – pospieszał zirytowany mężczyzna.
- Przecież musiałem chwilę poczekać, aż do mnie podejdą, panie – zdziwił się Geramin.


I nie brakuje humoru
0
·
Odgrzałem starego tosta... tfu, posta . Znaczy się dodałem kolejny kawałeczek. Jako, że ostatnio była długa przerwa i jakos do pisania nie mogłem się zebrać, także całość musiałem przeczytać raz jeszcze. I Was pewnie to czeka, jeśli w ogóle chcecie to czytać. Jeśli jednak macie super pamięc, to na czerwono odnaczony jest nowy fragment. Miłej lektury .
0
·
W KOŃCU! Czekałem, czekałem, i się opłaciło... Masz szczęście ;p

Całkiem niezłe. Tylko żeby sie skończyło przed upływem kolejnych 2 lat...
0
·
Spokojnie. Mam teraz ferie i mam też zamiar doprowadzić to do końca pierwszego rodziału, który najprawdopodobniej będzie końcem na dłuższy czas. Miałem ogólny zarys na więcej, ale muszę przyznać, że takie pisanie bardzo czasochłonne jest, a i słowo ogólny też warte jest podkreślenia . I jeszcze jedno... Dzięki!

edit

Kolejny kawałek. Zapraszam do czytania . Wszystkie komentarze mile widziane.
0
·
No to trochę czasu mi zeszło, bo musialem czytać od początku, ale... nie żałuję Ach... ta korupcja, te niezbyt zakamuflowane aluzje... jakbym widział nasz rząd Mam tylko jedno pytanie. Co to jest "dragnadzkąk"? :mrgreen: Nazwa chyba od nazwy królestwa, ale co to jest? ;p Jestem ciekawy co będzie dalej. Jakieś zabójstwo czy tylko porwanie...

Jasne, że dragnadzką
0
·
Według mnie super opowieść czy mógłbyś stworzyć jeszcze jakąś o Lady Aribeth?
0
·
@ Bard Card zwróć szczególną uwagę na datę tego tematu Tego użytkownika już dawno nie ma, ale uważam że to opowiadanie jest bardzo dobre
0
·
Prawda, nie ma ale może wróci. Czy ja zawsze muszę się na wszystko spóźnić?







PS.: Czy moge wiedzieć kiedy zrobicie konkurs wiedzy z Sagi Neverwinter?

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...