Lacrimarium

Zaprzężona w cztery rasowe konie karoca mknęła ścieżką okalającą strzeliste wzniesienie, na szczycie którego jawił się skąpany w wieczornej mgle zamek.

Obaj podróżujący powozem dżentelmeni przeżywali górskie wojaże na swój własny sposób. Baltazar, nękany fatalistycznymi wizjami, w których wehikuł stacza się ze stromego zbocza i roztrzaskuje w najeżonej skalnymi zębiskami przepaści niby w paszczy kamiennego golema, uparcie wyglądał przez okno; Bazyli zaś jak zwykle plótł coś bez sensu.

- Odwaliliśmy kawał dobrej roboty, bracie! – trajkotał. – Nie mogę się doczekać miny Królowej, kiedy zobaczy to cudo, jakie dla niej przywieźliśmy!

Mówił tak za każdym razem. I za każdym razem się mylił.

Baltazar wyjrzał w noc. Na pojedynczym, wyrastającym ze skarpy drzewie, suchym i doszczętnie odartym z liści, stała górska koza – w dostojnej pozie, z wysoko uniesionym łbem.

To dobry znak, pomyślał, a potem odchrząknął i przemówił:

- Tak. Spisaliśmy się na medal.

Reszta podróży upłynęła im w milczeniu; w powietrzu rozbrzmiewał tylko miarowy tętent kopyt. Kareta wspięła się na szczyt wzgórza; woźnica trzasnął z bata i konie pogalopowały ku bramie. Siedzące na głowicach kolumn arkadowego krużganka gargulce łypnęły na nich złowrogo. Bazyli przywarł do szyby i pokazał im język.

Karoca zatrzymała się na dziedzińcu. Dookoła zaroiło się od czarnych elfów, gotowych pomóc w rozładunku.

W okazałym westybule czekała już na nich Zła Królowa. Jej oczy płonęły blaskiem chorobliwego pożądania.

- Postawcie je – wyszeptała. Głos jej się łamał; ekscytacja zapierała dech. – Chcę je zobaczyć.

Słudzy niezwłocznie wykonali rozkaz i poczęli zmagać się z całunem, w jaki omotana była przesyłka.

- Spokojnie, nie bój się – mamrotał bez przekonania Baltazar, czując drżenie pod cienką warstwą materiału.

Wreszcie je wyciągnęli. Lustro. Duże, w złoconej ramie, ze stópką u dołu.

Mów prawdę, błagał w myślach Baltazar. Jeśli skłamiesz, to będzie koniec nas wszystkich!

Służący wstrzymali oddech.

Myśl o karze, jaka na nich spadnie, jeśli i tym razem zawiodą oczekiwania swej Królowej, przyprawiała ich o mdłości.

Zła Królowa zbliżyła się do zwierciadła, a wówczas oczom wszystkich ukazała się piękna, młoda dziewczyna o rumianej twarzy, gęstych miedzianych włosach, pełnych, idealnie wykrojonych wargach oraz kształtnej figurze.

Baltazar pokręcił głową. Bazyli parsknął nerwowym śmiechem.

- Kłamca! – warknęła Królowa. Jej oblicze powlekło się nienawistnym grymasem. – Cholerny oszust!

Zacisnęła pięść i uderzyła w sam środek lustrzanej tafli. Szkło rozprysło się na milion połyskliwych kawałeczków. Część odłamków wplątała się jej we włosy. Słudzy rozpierzchli się jak spłoszone kury.

- Czy to naprawdę takie trudne? – wycedziła z wściekłością Królowa. – Znaleźć zwierciadło, które ukazuje ludzi takich, jakimi są w rzeczywistości?

- Myślę – pospieszył z wyjaśnieniem Bazyli – że wszystkie lustra są onieśmielone potęgą, jaka emanuje z Waszej Królewskiej Mości! Dlatego, by nie popaść w niełaskę, uciekają się do tak podstępnych sztuczek...!

Zła Królowa, wciąż ciężko dysząc, bez słowa wyminęła swych podwładnych i wyszła na podwórze.

U podnóża gór, niczym miraż, majaczyło się senne miasteczko.

Monarchini dopadła karety, otworzyła przeszklone drzwiczki i wgramoliła się do środka.

- Jedź do Yv! – nakazała woźnicy.

 

Zła Królowa omiotła spojrzeniem wnętrze sklepiku z antykami. Na przykrytych łachmanem pomroki regałach tkwiły opasłe księgi o pożółkłych stronicach, przeżarte rdzą szabelki, drewniane maski, gipsowe figurki, malowidła o wątpliwych walorach artystycznych, niemodne błyskotki i wiele, wiele więcej – z tym, że cała reszta tonęła w grzęzawisku cieni.

- Halo?! – rzuciła w przestrzeń Królowa. – Jest tam kto?

Odpowiedziała jej cisza.

Monarchini, urzeczona kameralną atmosferą antykwariatu, z wolna zapuściła się w głąb labiryntu rupieci.

- Hop-hop?!

- Przepraszam! – dobiegł ją zza pleców miękki dziecięcy głos. – Właśnie zamykamy!

Królowa drgnęła, jakby przyłapano ją na kradzieży. Odwróciła się i stanęła twarzą w twarz z subiektem. Chłopiec miał góra czternaście lat, gęstą kasztanową czuprynę i błyszczące w ciemności, nieprzeniknione czarne oczy.

W tych oczach Królowa ujrzała samą siebie: swoją pergaminową cerę, popielate włosy, zapadnięte policzki, zmęczone oczy, pooraną zmarszczkami twarz.

To była ona. Prawdziwa ona.

I nagle zapragnęła je mieć. Te dwa ciemne zwierciadła. Tylko dla siebie.

- Wiesz, kim jestem? – spytała, oblizując spierzchnięte wargi.

Chłopiec przyjrzał jej się bacznie i nieco podejrzliwie. Jakby zastanawiał się, przemknęło jej przez myśl, czy nie jestem aby jakąś dawno nie widzianą ciotką, której wizerunek umknął mu z pamięci.

W końcu poddał się i pokręcił przecząco głową.

- Nie. Przykro mi.

Kobieta uśmiechnęła się słabo. Wzruszenie odebrało jej mowę. Odnalazła je, odnalazła! Swoje lustereczko! I to w jakże zaskakującej postaci!

- Jak ci na imię, chłopcze? – zapytała wreszcie.

- Selim – przedstawił się subiekt.

- Powiedz mi, Selimie – drążyła, ostrożnie dobierając słowa – kim chcesz zostać, gdy dorośniesz?

Chłopiec wzruszył ramionami.

- Pewnie przejmę sklep po tacie.

- Tak? A czy to ci wystarczy...?

- Umiem czytać i pisać. No i znam się na rachunkach. Jakoś dam sobie radę.

Królowa była pod wrażeniem. Sama wywodziła się z biednej dzielnicy Yv i wiedziała, jak trudno jest zapewnić dziecku należytą edukację.

- Nie pytam o twoje kompetencje, Selimie, bo w nie akurat ani przez chwilę nie wątpiłam. Zastanawia mnie raczej, czy tego właśnie pragniesz? Pracować w tym obskurnym sklepie do końca swych dni?

Selim otworzył usta, by udzielić odpowiedzi, lecz Królowa nie dała mu dojść do słowa, przekonana, że jeśli to zrobi, on odrzeknie coś w stylu: „Ja nie mam marzeń. Tutaj jest mi dobrze”, a wtedy ona utraci go już na zawsze.

- Bo ja uważam, że to nie jest miejsce dla ciebie. Marnujesz się tutaj. Zasługujesz na więcej. Na dużo, dużo więcej. Zasługujesz na dostęp do niezliczonych dóbr intelektualnych, na piękne stroje i zabawki, na dobrą strawę i wygodne łoże. A już na pewno zasługujesz na lepszą przyszłość. Ja mogę ci to wszystko zapewnić, Selimie.

Historia lubi się powtarzać, pomyślała, dumna ze swojego przemówienia. Dwadzieścia pięć lat temu złożono jej podobną ofertę.

- Proszę wyjść – wymamrotał bez przekonania chłopiec. Królowa spostrzegła, że drobne kropelki potu zrosiły mu czoło. – Zamykamy.

Ruszyła w stronę drzwi.

- Porozmawiaj z rodzicami, Selimie. Taka szansa może się już więcej nie powtórzyć. Moja kareta będzie na ciebie czekać. Masz czas do końca tygodnia.

Królowa raz jeszcze wspomniała ten dzień sprzed ćwierć wieku, kiedy świat płakał nad śmiercią Królowej Sarai. Teraz w głębi duszy, czyli tam, gdzie samolubne podszepty nie sięgają, miała nadzieję, że ten niezwykły chłopiec nie ulegnie; że oprze się kuszeniu, jakiemu przed laty ona sama nie potrafiła się oprzeć.

 

Następnego dnia Selim natknął się przed sklepem na królewską karetę. Wytworny, bogato zdobiony powóz pozostawał tam przez cały dzień, aż do zamknięcia antykwariatu.

Tego dnia Selim nie potrafił skupić się na pracy, z trudem przychodziło mu wystawianie rachunków, a język plątał mu się podczas rozmów z klientami.

Kątem oka śledził każdy ruch woźnicy, starego czarnego elfa o oklapniętych uszach, który nieustannie krzątał się przy koniach królewskiego powozu i z namaszczeniem gładził ich połyskliwą sierść.

„To była Zła Królowa – zaopiniowała rozjuszona mama, gdy Selim skończył relacjonować wydarzenia z ubiegłego wieczora. – Tak, to musiała być ona! Tylko ona miałaby czelność tak kogoś nagabywać! Myśli, że jak jest królową, to już jej wszystko wolno!”.

„Spokojnie, moja droga – Tata usiłował przemówić mamie do rozsądku. – Decyzja należy do Selima. My nie mamy tu nic do gadania. – A potem zwrócił się do syna ze słowami: – Na dworze Królowej otrzymasz wykształcenie, jakiego my nie zdołamy ci zapewnić. Masz jeszcze czas na zastanowienie, dlatego zastanów się dobrze. Nami się nie przejmuj, poradzimy sobie. Jesteśmy starzy, ale nie niedołężni.”.

Kiedy Selim pogasił światła, pojazd za oknem zniknął. Chłopiec odetchnął z ulgą. Ale następnego dnia kareta była tam znowu. Kolejnego również. I kolejnego.

Wreszcie, po czterech dniach wewnętrznej walki, Selim wsiadł do karocy i pozwolił, by ta zabrała go do Zameczku na Skale.

 

Po ponad półtoragodzinnej jeździe górskimi serpentynami, brama zatrzasnęła się za powozem, a podobne do włóczni sztachety odgrodziły Selima od jego dotychczasowego życia.

- Jakżeż to radośnież i słonecznież, że nas panicz zachwycił swą gościnnością! – zaszczebiotał ktoś nad jego uchem, gdy chłopiec otworzył drzwi karety.

Stała nad nim czarna elfka o maleńkich lazurowych oczach, przerzedzonych ciemnych włosach i zadartym nosie. Miała na sobie reprezentacyjną liberię z królewskim emblematem na piersi, a na jej głowie... na jej głowie tkwiło stworzenie o nieregularnym kształcie; żywa, podobna do ziemniaka narośl. Ten konkretny ziemniak odznaczał się jednak głębokim, rozumnym spojrzeniem paciorkowatych ślepiów oraz zaciśniętymi na znak bezgranicznej pogardy wąskimi ustami.

- Miło mi panicza poznać – trajkotała dalej elfia służka, wyciągając z wnętrza karety bagaż chłopca. – Jestem Persefona, ale proszę mówić na mnie Pepi.

- A ja jestem Sebastian – wtrąciła istota na jej głowie, wykrzywiając bezzębne dziąsła w czymś na kształt uśmiechu. – Ale proszę mówić na mnie Sebastian.

Służka spróbowała uderzyć potworka, ale ten wykonał unik, i w rezultacie pacnęła się w czoło.

- Potworo ty! – żachnęła się. – Nie onieśmielajżeż naszego gościa! – A potem zwróciła się na powrót do Selima: – Wracając do naszej jakże radosnej pogaduszki, będę dziś paniczowi przewodniczyć po zamku. Poproszę za mną! – Odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę zamkowych wierzei, taszcząc za sobą walizkę chłopca. – Królowa już panicza wyczekuje!

 

Wkroczyli do przestronnego przedsionka. Chłopiec bez słowa podążał za swoją przewodniczką. W milczeniu wspięli się na schody, odbili w lewo i ruszyli wąskim korytarzem.

Malutkie ślepia elfich służących zdawały się śledzić każdy icj krok. Wreszcie chłopiec nabrał powietrza w płuca i wyrzucił z siebie pytanie, jakie już od dłuższego czasu cisnęło mu się na usta:

- Czy wy jesteście tu niewolnikami?

- A gdzieżbyż! – zawołała wzburzona Pepi. – Zła Królowa w swej łaskawości udzieliła nam jedyno azylum politycznego! Bo widzi panicz, trzy dekady temu my, ciemnokrwiste elfy, porwałyśmy się na pucz, co by obalić panującego nam niemiłosiernie króla Aedana II. Król skończył z rozplecioną gardzielą, ale powstanie zostało brutalnie stumanione przez jego syna, księcia Dunstana. Mało elfowe imię, muszę przyznać, ale to dlatego, że jego rodzice zbytnio spuchwalili się z ludziami; no i stąd ten bunt zresztą. Po zwycięstwie Dunstana zaczęły się w kraju przeczystki etniczne, dlatego musieliśmy stamtąd nawiewać. Tak naprawdę – dodała Pepi konspiracyjnym szeptem – jestem księżniczką.

- Wcale nie jest księżniczką – sprostował Sebastian.

- Cicho, pasożytu śmierdzący! – warknęła Pepi. – Ja mam ciało chociażby, nie to, co ty!

Po krótkiej wędrówce dotarli do ostatnich drzwi w tej części skrzydła. Służka nacisnęła klamkę i gestem zachęciła chłopca, by wszedł do środka.

Wszystko w pokoju Selima było ogromne – ogromne łoże, ogromne zabawki, oraz ogromna biblioteczka, wypełniona po brzegi pięknymi woluminami o pozłacanych grzbietach. Na drzwiach stojącej w kącie szafy, ogromnej, rzecz jasna, wisiał elegancki czerwony surdut i sprasowane w kant spodnie tego samego koloru.

- No, niech no panicz wskoczy w nowe ubierałki i zapiermandalamy na przyjęcie przywitalne!

- Nie – zaprotestował Selim. – Zaprowadź mnie do Królowej. Muszę z nią pomówić.

Pepi zamrugała, zdumiona.

- Przecież będziecież gadać na przyjęciu – zauważyła.

- Żeby odbyło się przyjęcie powitalne, najpierw muszę zaakceptować zaproszenie Królowej. A nie zrobię tego, dopóki ona nie przystanie na moje warunki.

Pepi westchnęła ciężko. W chwilę później wszyscy troje znaleźli się w obszernej królewskiej jadalni.

Po przeciwległej stronie pomieszczenia, za długim drewnianym stołem, tyłem do okna, siedziała Zła Królowa. Teraz, ubrana w zwiewną białą sukienkę i skąpana w promieniach wschodzącego słońca, wyglądała jak zjawa.

- Zapraszam, Selimie – rzekła, wstając od stołu. – Czekałam na ciebie.

- Właściwie – zaoponował chłopiec – jeszcze nie zadecydowałem, czy tu zostanę...

Królowa uniosła brew; grymas niezadowolenia przemknął jej po twarzy.

On wie, przemknęło jej przez myśl. W jakiś niepojęty sposób przeczuwa, że to ja potrzebuję jego bardziej niż on mnie. I potrafi skorzystać z tej przewagi. Teraz będziemy negocjować. On spróbuje wymusić na mnie przysięgę. A ja się zgodzę. Zgodziłabym się na wszystko. I on doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

- Co pomogłoby ci w podjęciu decyzji?

- Właściwie, mam dwa żądania.

- Zamieniam się w słuch.

- Chciałbym, żeby oddała mi pani do dyspozycji swoją karetę, abym mógł odwiedzać rodziców, kiedy tylko najdzie mnie na to ochota.

Królowa z wolna skinęła głową.

- To da się zrobić.

- Po drugie: chciałbym, żeby oddelegowała pani któregoś ze swoich służących do pomocy w sklepie rodziców.

Królowa roześmiała się serdecznie.

- Ofiaruję wam nawet dwóch pomocników! – Naturalnie, miała na myśli tych niekompetentnych półgłówków, Bazylego i Baltazara.

A potem przejrzała się w jego oczach. Przyjemny dreszcz wstrząsnął jej ciałem. Uniosła kieliszek z winem. Czerwona ciecz zakołysała się, obmywając brzegi szklanego naczynia.

- Twoje zdrowie, Selimie.

 

- Psst, Selim!

Selim niechętnie otworzył oczy. Najpierw jedno, potem drugie. I krzyknął.

Nad nim pochylało się jakieś odrażające monstrum.

Sebastian. Z Pepi przylepioną do tyłka.

Chłopiec niemrawo rozejrzał się po pokoju. Był w swojej komnacie.

Więc to jednak nie był sen, pomyślał. Zamek, Królowa, Pepi, Sebastian... to wszystko wydarzyło się naprawdę!

- Królowa pragnie się z paniczem widzieć – wyjaśniła Pepi.

- Natychmiast! – uściślił Sebastian.

Selim wskoczył w surdut i pokornie podążył za służką oraz jej naroślą.

 

Królowa niespiesznie wodziła palcem po powierzchni cieczy wypełniającej wielki kamienny puchar.

- Podejdź, Selimie – nakazała. Chłopiec posłusznie wypełnił polecenie. – Wiesz, co to jest? – spytała, wskazując na naczynie. Selim zaprzeczył ruchem głowy. – To łzawnica. Moja prywatna czara goryczy. Pokazuję ci ją w dowód zaufania, żebyś zrozumiał, że w gruncie rzeczy jesteśmy bardzo do siebie podobni. Oboje wywodzimy się z nizin społecznych. Musisz wiedzieć, że ja, zanim stałam się tym, kim jestem teraz, zarabiałam na życie jako płaczka.

Selim pochylił się nad kielichem. Tafla wody była tak mętna, że nie dało się w niej przejrzeć.

- To dość niewdzięczne zajęcie – ciągnęła Królowa; wspomnienia zamgliły jej oczy. – Gorsza jest już chyba tylko fucha kurtyzany, choć wbrew pozorom, oba te zawody wcale aż tak bardzo się od siebie nie różnią. Ja również byłam dziwką, tyle że dziwką emocjonalną, a do tego bardzo ekskluzywną. Płakałam na pogrzebach monarchów, arystokratów, władców ziemskich. Na jednej z takich imprez poznałam mojego przyszłego męża, Władcę Yv, Króla Rheona. Lata później, gdy przyszło mi go żegnać, nie uroniłam ani jednej łzy.

- Kochała go pani? – spytał głucho Selim.

Królowa zwlekała chwilę z odpowiedzią.

- Tak – odrzekła w końcu. – Kochałam go. Za to, że zapewnił mi godny byt. Za to, że uchronił mnie od nędzy. Ale...

- Ale był ktoś jeszcze – domyślił się Selim.

- Tak. Był ktoś jeszcze. Jesteś bardzo bystrym chłopcem, Selimie, nie pomyliłam się co do ciebie.

- Czy tego drugiego mężczyznę kochała pani bardziej?

Zamiast odpowiedzieć, Królowa ujęła w palce klapę jego surduta.

- Jaki to kolor? – zapytała.

- Czerwony – odparł z wahaniem Selim.

- A ja bym powiedziała, że karminowy. – Zacisnęła powieki. – Nie. Nie kochałam go bardziej. Kochałam go... inaczej.

Selim, pod czujnym okiem Królowej, zagłębiał tajniki dworskiej etykiety, uczył się gry na fortepianie, studiował elementarze; nabierał towarzyskiej ogłady.

I nagle okazało się, że dni w Zameczku na Skale trwają zdecydowanie za krótko, a noce, często bezsenne, wloką się ślimaczym tempem.

W domu bywał rzadko, a nawet jeśli bywał, wizyty te traktował jako przykry obowiązek. Yv działało na niego przygnębiająco, czuł się tam obco, ociężale; odżywał dopiero w drodze powrotnej na Królewską Skałę.

Szybko zaprzyjaźnił się ze służbą na zamku. Elfy nie szczędziły mu słów uznania, utrzymując, iż wniósł światło w życie ich ukochanej Królowej.

Sielanka nie trwała jednak długo. Wraz z nadejściem wiosny, nad zamkiem zawisło widmo tragedii.

 

Selim i Zła Królowa spędzali ten dzień w ogrodzie, z nosami utkwionymi w książkach. Chłopiec wodził wzrokiem po tekście, ale znaczenie słów gdzieś mu umykało; nie potrafił się skupić.

Nagle coś zaszeleściło i oboje – Selim i Królowa – ujrzeli tajemniczego jegomościa lądującego w cieniu rozłożystej lipy.

- Spokojnie – mruknęła Władczyni Yv. – To tylko chłopiec na posyłki Króla Elfów, Dunstana.

Selim przyjrzał się nieznajomemu. Przybysz ubrany był w cytrynowożółty frak, spod którego wyzierał czarny żabot zwieńczony medalionem z konterfektem. Włosy miał ciemne, krótko ścięte, oczy – bursztynowe. Do boku przypasał miecz o długiej, wąskiej klindze.

- Witaj, Malachi – powitała posłańca Zła Królowa. – Co cię do mnie sprowadza?

Latający człowiek skłonił się. Selimowi przemknęło przez myśl, że wygląda teraz jak złamana tyczka.

- Mój pan, Władca Eos, pragnie zaprosić panią, Królowo, oraz pani Jedynego Sukcesora, na uroczy podwieczorek, który odbędzie się w ostatni piątek miesiąca, o godzinie trzeciej po południu, w jego letniej rezydencji.

Królowa zmrużyła oczy. Selim pomyślał, że właśnie rzucono jej wyzwanie, a ona podniosła rękawicę.

- Przekaż swojemu panu, że przybędziemy – powiedziała ostro.

Posłaniec wzbił się w powietrze i po chwili zniknął za horyzontem.

Królowa zacisnęła dłoń na ramieniu Selima, a chłopca ogarnęło nagle dziwne przeczucie, że szczęśliwe dni zmierzają niechybnie ku końcowi.

 

Woźnica ściągnął lejce; rżenie koni wytrąciło Selima z rozmyślań. Obrócił się w stronę okna i oniemiał. Letnia rezydencja Władcy Eos była na oko do czterech razy większa od Zameczku na Skale; przypominała raczej kompleks budynków, z których każdy ukoronowano złocistą kopułą. Środkową, najwyższą konstrukcję, zwieńczono dodatkowo iglicą, stanowiącą niejako oś symetrii całego zamku.

- Witam w moich skromnych progach! – Mężczyzna, który wyszedł im na spotkanie, ani trochę nie odpowiadał wyobrażeniom, jakie powstały w głowie Selima po wysłuchaniu mrożących krew w żyłach opowieści na jego temat. Przede wszystkim: był piękny. Miał amarantowe oczy oraz długie, opadające na ramiona słomiane włosy. Ubrany był w powłóczystą białą szatę, tu i ówdzie przyozdobioną złotymi haftami.

Dunstan pomógł Królowej wysiąść z powozu, a następnie ucałował jej dłoń.

- Moja Królowa... I pomyśleć, że kiedyś oddałbym wszystko, by zasmakować tych ust... – Uśmiechnął się. – Ale, jak już wspomniałem, to było kiedyś.

- Dziękuję ci za słowa prawdy, Królu Elfów.

- Wiem, jak cenisz sobie szczerość, Królowo Ludzi. – Dunstan jakby nagle stracił nią zainteresowanie. – A ty pewnie jesteś... – zwrócił się do Selima.

- To Selim – ucięła Królowa. – Mój protegowany.

- I wszystko jasne. – Dunstan przejrzał się w jego oczach. – Jest... doskonały – zaopiniował. Selim nie potrafił jednak rozszyfrować, czy Władca Eos komplementuje jego, czy tylko swoje odbicie. – Proszę za mną. Podwieczorek czeka.

 

Po podwieczorku Dunstan przywołał Malachiego i kazał oprowadzić Selima po zamku. Chłopiec uznał, że dorośli pragną porozmawiać w cztery oczy, dlatego posłusznie poczłapał za sługą.

- Spodobałeś mu się – orzekł Malachi, gdy tylko skręcili za róg. – Pewnie będzie chciał cię wykupić. On zawsze kupuje to, co mu się spodoba. Ale to nie tak, że jest chciwy. Jest po prostu samotny. Tak naprawdę ma tylko mnie.

Selim w milczeniu chłonął słowa Malachiego. Było mu żal Władcy Eos. Wiedział, że rebelianci stracili jego ojca, oraz że jego matka popełniła samobójstwo. Słyszał też pogłoski o śmierci jego młodszej siostry, która zmarła na jakąś nieznaną chorobę. A wkrótce po tym Zła Królowa wzgardziła uczuciem Króla Elfów i wyszła za Króla Rheona.

- To zamkowa książnica – opowiadał tymczasem Malachi. – A to królewska bawialnia. Za tymi drzwiami znajduje się samotnia Króla. A to – powiedział, stając u wlotu schodów – zejście do rodzinnego grobowca.

Selim przełknął ślinę. Skąpane w mroku katakumby przywodziły na myśl pieczarę krwiożerczej bestii. Wejścia strzegły pochodnie. Malachi wziął jedną z nich i skinął Selimowi, by szedł za nim. Ich kroki odbiły się echem od surowych ścian wykutego w skale korytarza. Plecy Malachiego przysłaniały widok na rozpościerającą się u dołu nekropolię.

Wtem dał się słyszeć metaliczny pobrzęk. Coś zimnego musnęło kostkę Selima. Chłopiec spojrzał w dół i ujrzał owijający się wokół jego łydki łańcuch; gruby łańcuch o pordzewiałych ogniwach.

- Wybacz mi, Selimie – rzucił przez ramię Malachi.

I wtedy Selim zrozumiał. To wcale nie był grobowiec. To były lochy.

Nie pomylił się; naprawdę dał się zapędzić w paszczę potwora.

Zamachnął się, by uderzyć Malachiego, ale łańcuch pochwycił jego rękę w trakcie lotu. Krzyknął, wściekły, że tak łatwo dał się wykiwać.

Malachi przyglądał się tej scenie z ponurym wyrazem twarzy.

- Drań! – wrzasnął Selim. – Wypuść mnie stąd! Ratunku!

- Krzyki w niczym ci nie pomogą – mruknął Malachi. – Tutaj nikt cię nie usłyszy.

Selim miał ochotę splunąć królewskiemu posłańcowi w twarz, lecz całkowicie zaschło mu w gardle. Wciąż szarpał się i walczył, ale stalowy uścisk ani o trochę nie zelżał. Wreszcie nie pozostało mu nic innego, jak tylko poddać się woli łańcuchów. Pęta naprężyły się i chłopiec zawisł w powietrzu, rozpięty jak na krzyżu.

Malachi zniknął mu z oczu. Światło pochodni przetańczyło po powierzchni zawieszonego na przeciwległej ścianie lustra. Selim ujrzał tam swoje odbicie.

Jego zwierciadlany odpowiednik z łatwością wyswobodził się z objęć metalowych macek, podczas gdy on sam wciąż tkwił w pułapce, niby owad schwytany w pajęczynę.

Wreszcie jego odbicie zbliżyło się do lustrzanej tafli, natarło na nią i... przedostało się na zewnątrz!

Chce mnie podmienić – pomyślał ze zgrozą Selim. – Zastąpić prawdziwego mnie moim odbiciem! – Łzy napłynęły mu do oczu.

- Nigdy ci się to nie uda! – zawył. – Prędzej czy później prawda wyjdzie na jaw, a wtedy...

- Jeszcze nie załapałeś? – wyszeptał mu do ucha Malachi. W jego głosie nie było drwiny. Ani złośliwości. Tylko smutek. – To nie ja to zaplanowałem, lecz mój pan. Ja tylko wypełniam rozkazy. Proszę, nie miej mi tego za złe.

Selim zamilkł. Światło cofnęło się. Głęboka cisza wypełniła cały jego świat.

 

W ciemności czas płynął inaczej. Początkowo określał mijające dni na podstawie posiłków, ale z czasem zupełnie stracił rachubę. W rezultacie nie wiedział już, czy sługa niesie mu śniadanie, obiad, czy kolację, a dania same w sobie były na tyle ekstrawaganckie, że trudno mu było je rozróżnić. W pierwszych dniach w ogóle odmówił przyjmowania pokarmu, ale nie minął tydzień, a dał za wygraną i pozwolił Malachiemu się karmić. Nie zamienił z nim ani słowa, lecz w głębi duszy cenił sobie jego towarzystwo. Malachi jawił mu się jako anioł niosący światło. Szkoda tylko, że był to anioł, który odwrócił się od Boga, by służyć Chaosowi.

Tak, Dunstan był ucieleśnieniem chaosu. Szaleńcem.

Myśli o zemście trawiły duszę chłopca.

Jeśli tylko nadarzy się okazja, muszę go oszpecić, żeby już nie był taki piękny!

Selim, jeśli akurat nie służył Królowi Elfów za lustro, sam w lustro spoglądał, a to jeszcze bardziej pogłębiało narastające w nim poczucie beznadziei. Był duchem; pozbawionym odbicia upiorem. Często zastanawiał się, co też porabia jego sobowtór. Czy jego najbliżsi domyślili się prawdy? Czy mama i tata zdemaskowali oszusta? Nie, pewnie nie. Inaczej Królowa już dawno wysłałaby całą armię, by ściągnąć go z powrotem do domu.

A więc mój los jest przesądzony, myślał. Zostanę tu na zawsze, zdany na łaskę obłąkanego tyrana...!

Pewnego razu, gdy tak rozmyślał, kątem oka dostrzegł jakiś ruch. Z trudem uniósł ociężałą głowę i... Ujrzał dziewczynkę. Małą, góra dziesięcioletnią dziewczynkę o okrągłej buzi i jasnych włosach. Milczący byt zaklęty po drugiej stronie lustra. Gdzieś już ją widział. Ale gdzie?

- Kim jesteś? – wychrypiał.

Dziewczynka zbliżyła twarz do zwierciadlanej tafli. Chuchnęła. A potem we wprasowanym w szkło obłoczku zapisała swoje imię.

W oczach Selima – oczach niewinnego dziecka – odbiła się prawda.

 

Światło pochodni padło na ścianę. Pogłos znajomych kroków wypełnił powietrze. Pora karmienia. Nadchodził Malachi.

Malachi. Medalik z portretem.

- Kim jest Christa? – spytał z nagła Selim.

Sługa zamarł.

- Christa? – powtórzył słabo.

- Tak, Malachi. Kim jest dziewczynka, którą nosisz na sercu?

 

Christa umierała. Choroba stopniowo wysysała z niej życie. Początkowo wszyscy sądzili, że popadła w melancholię, co byłoby całkiem zrozumiałe, zważywszy na fakt, iż w przeciągu krótkiego okresu straciła oboje rodziców. Wkrótce jednak do złego samopoczucia i częstych bólów głowy dołączyły: kaszel, wysokie temperatury oraz ucisk w klatce piersiowej. Choroba, której nikt nie potrafił zwalczyć, pustoszyła ciało dziewczynki, a samotność – jej duszę.

Brat Christy podróżował w tym czasie po kraju, dowodząc wojskami podczas anihilacji miast ciemnokrwistych. Wracając z jednej z wypraw, przywiózł swej siostrze podarek – kanarka w metalowej klatce.

- Jaki kochany! – zachwyciła się dziewczynka. Otworzyła drzwiczki, a ptaszek ufnie wskoczył jej na dłoń.

- Ma na imię Malachi – wyjaśnił Władca Eos. – W języku ludzi oznacza to „mój anioł”. Będzie się tobą opiekował, kiedy mnie nie będzie w pobliżu.

Od tej pory stali się nierozłączni. Dziewczynka i jej anioł. Zdawało się, że to maleńkie ptasie serce pracuje w zastępstwie za wadliwe serce dziewczynki, że pompuje energię do jej kruchego ciała.

A gdy Król Elfów powrócił na front, pewnej nocy służba ze zdumieniem odkryła, że panienka Christa ukrywa w swym pokoju chłopca o bursztynowych oczach.

- To Malachi – wyjaśniła stropionym podwładnym. – Dałam mu to ciało, żeby mógł żyć długo po tym, jak mnie już nie będzie.

I rzeczywiście – nie minął tydzień, a panienka Christa zmarła.

 

Malachi zamilkł. Christa jeszcze przez chwilę wpatrywała się w niego z rozrzewnieniem, po czym przeniosła swe spojrzenie na Selima, zacisnęła zęby i pokręciła głową.

I naraz wszystko stało się jasne; każdy element układanki wskoczył na swoje miejsce.

Kiedyś oddałbym wszystko, by zasmakować tych ust...

- Malachi – podjął ostrożnie Selim – on cię okłamał. Nie, on oszukał nas wszystkich. To on ją zabił; zabił je obie. Najpierw upozorował samobójstwo swojej matki, a potem otruł Christę. On... jemu zawsze chodziło tylko o nią...! – Chłopiec parsknął nerwowym śmiechem. – To takie proste, Malachi, takie proste... On się w niej zakochał, zakochał się w mojej Królowej! Poznał ją na pogrzebie swojego ojca. Był gotów poświęcić wszystko, by ją posiąść, chociaż była tylko zwykłą płaczką! I potrzebował dwóch kolejnych pogrzebów, żeby się do niej zbliżyć!

Talerz wypadł Malachiemu z rąk. Brzęk tłuczonej porcelany zgrał się w czasie z echem oklasków.

- Pięknie wydedukowane, Selimie! – U szczytu schodów stał Dunstan. – Kiedy na to wpadłeś?

- To prawda? – spytał kategorycznym tonem posłaniec.

- Daj spokój, Malachi. Chyba nie podniesiesz ręki na swojego pana, hm?

- Nie jesteś moim panem – wycedził Malachi, po czym dobył miecza. Pokryte runami ostrze zapłonęło jaskrawym światłem.

Twarz Władcy Eos zastygła w wyrazie bezgranicznego zdumienia. Malachi w mgnieniu oka znalazł się przy nim. Król zasłonił się ręką, ale roziskrzony rapier ciął elfie ciało z łatwością, z jaką rozgrzany nóż kroi masło.

Dunstan zawył z bólu. Krępujące Selima łańcuchy cofnęły się, wessane w cień. Chłopiec upadł. Jego prawa noga wygięła się pod nienaturalnym kątem. Z ust wyrwał mu się zduszony jęk. Malachi obejrzał się. I to był błąd.

Król Elfów przystawił krwawiący kikut do klatki piersiowej swojego sługi. Odcięte ramię zregenerowało się w przeciągu jednej sekundy.

- MALACHI! – wrzasnął Selim.

Ale było już za późno.

Władca Eos wyszarpnął swoją rękę z wnętrza posłańca. Malachi zatoczył się. Bezrozumnym spojrzeniem omiótł dziurę, jaka powstała w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą biło jego serce, a potem runął jak długi, wprost na lustro.

Deszcz odłamków posypał się na Selima.

Król Elfów, ciężko dysząc, ruszył w stronę chłopca. A gdy pochylił się, by przejrzeć się w jego oczach, Selim zacisnął palce na długim, ostrym kawałku szkła i, nie zważając na krew, poderżnął gardło Władcy Eos.

Tego dnia Selim raz na zawsze przekreślił swoje dzieciństwo.

 

Nowy Władca Eos, krewny Dunstana i Christy od strony matki, zaraz po objęciu tronu wydał dekret, na mocy którego czarne elfy mogły bezpiecznie powrócić do kraju. Część służby na dworze Złej Królowej wolała jednak zatrzymać swe posady (byli wśród nich także Bazyli, Baltazar, Pepi i – siłą rzeczy – Sebastian) i teraz towarzyszyła swojej Pani na uroczystym pogrzebie swego oprawcy.

Na ceremonię zatrudniono płaczki z byłego cechu Królowej. Wytworne żałobnice wylewały łzy nad dawnym kochankiem swojej siostry, jako że ona sama nie potrafiła już płakać. Królowa miała przy sobie jednak swoją starą konchę – na znak solidarności.

W międzyczasie tuż obok odbywał się skromny, ludzki pogrzeb Malachiego.

Królowa uniosła wzrok na stojącego u jej boku chłopca i spojrzała w jego oczy. Nie odnalazła już w nich tej rozkosznej dziecięcej naiwności. Dostrzegła w nich upór oraz gorycz. Zmienił się, ale to wciąż był on – jej Selim, nie ten podstawiony przez Dunstana fantom.

Ostatnie doświadczenia sprawiły, że Selim stał się mężczyzną. Królowa zrozumiała, że niesie on teraz na swych barkach ciężkie brzemię – pamięć o tych, którzy odeszli. Wspomnienie o pewnej dziewczynce i jej aniele stróżu, który nie potrafił jej uratować.

Nagle poczuła się winna, że skazała go na taki los.

- Wszystko w porządku? – zapytał Selim. Na jego twarzy odmalowywało się zatroskanie.

To paradoks – przemknęło Królowej przez myśl. – Paradoks luster. Ja przeglądam się w jego oczach, on przegląda się w moich. I oboje wyglądamy, jakbyśmy spadali w przepaść.

Ujęła jego dłoń i ścisnęła ją najmocniej, jak potrafiła.

- W jak najlepszym. – Zatrzasnęła konchę i schowała ją do torebki. – Wracajmy do domu.

We wnętrzu puzderka zakołysała się pojedyncza łza.

- Tak. Wracajmy.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...