riese

Ostatnia Przygoda...

Dany poniedziałek, 5 marca 2007

I – Bójka

Był zimny wieczór i lał rzęsisty deszcz. Do drewnianej bramy ledwo widocznej w półmroku, podeszły okutane w zielone płaszcze i zakapturzone dwie postacie. Wiatr wył w drzewach, rosnących niedaleko palisady miasteczka, a błyskawice co i raz rozświetlały niebo białym światłem. U jednej z osób można było, wysilając wzrok, dojrzeć miecz przewieszony przez plecy, z rękojeścią wystającą ponad prawy bark. Przybysze zadudnili w bramę, próbując zagłuszyć grzmoty i wycia. Po dłuższej chwili zdało im się słyszeć kroki. W bramie było małe okienko otwierane od wewnątrz, którego nie zauważyli wcześniej. Uchyliło się ono troszeczkę i do ich oczu dotarło nikłe światło latarni trzymanej przez człowieka. Podróżnicy mogli by dać mu najwyżej pięćdziesiąt lat, ale był on starszy. Mieszkał w tym mieście już sześćdziesiąt cztery lata i pracował jako dozorca.

Kto tam, u licha? – rzekł strażnik.

Jesteśmy zmęczonymi i zgłodniałymi podróżnymi, szukającymi noclegu. Wpuścisz nas, czy mamy tu sterczeć całą noc? – odezwała się jedna z zakapturzonych postaci.

Przepraszam, ale nie usłyszałem waszych imion.

Ja jestem Volriker, a ten szacowny towarzysz – to Blade.

Dozorcę przeszedł dreszcz na dźwięk głosu i błysku dziwnych oczu tegoż jegomościa. Coś go przytrzymywało, żeby otworzyć, ale po chwili zamknął okienko, a podróżnicy usłyszeli głuchy zgrzyt otwieranej bramy. Światło lampy na chwilę oślepiło przybyszów, a później zniknęło za ich plecami, ponieważ wartownik zamykał bramę. Później wszedł do swojej budki, stojącej nieopodal, a na ostatku rzekł:

Gospoda jest na rynku i łatwo ją rozpoznać.

Dziękujemy panu. – odrzekł drugi podróżny. W jego głosie można było usłyszeć lekko elficki akcent, chociaż, że mówił językiem wspólnym.

Miasteczko było małe i nie mogło mieć więcej niż 200 mieszkańców. Domy były pobudowane w większości z drewna, ale były także elementy z kamienia. Nie mogli się dokładnie przyjrzeć, gdyż było ciemno i padał deszcz, który przesiąkł już naszym bohaterom przez płaszcze i nie pozostawił na nich suchej nitki.

Co za felerna pogoda. – rzekł Volriker.

Co nie? Będzie jeszcze lało pewnie przez całą noc, a to błoto na drodze już mnie doprowadza do rozstrojenia nerwowego. – powiedział Blade, po czym wysmarkał się w palce i dodał: – Chodźmy jak najszybciej do tej karczmy. Kiszki mi marsza grają.

Już ją chyba widzę. – Volriker popatrzył na dwupiętrowy budynek z wielkim szyldem nad drzwiami: „Pod Zbitym Kuflem”.

Podeszli pod drzwi, z których sączyło się leniwie światło, a do ich nosów dotarł przeraźliwy smród piwa, dymu i potu, swojski zresztą. Po wejściu do środka ujrzeli drewnianą izbę ze schodami prowadzącymi na piętro po prawej stronie, z czterema stolikami po cztery krzesła, kilka okien i ladę, za którą stał barman czyszczący kufel, spoglądający na jeden ze stołów. Siedziało przy nim sześciu facetów, przy czym pięciu było pijanych tak, że Volriker nie miał pojęcia jakim cudem utrzymują pion.

Blade zauważył wiszący na ścianie kawałek papieru, cały zapisany drukiem.

Jak myślisz, co to jest? – rzekł.

Volriker podszedł, przyjrzał się uważnie i po chwili zaczął czytać na głos:

„Poszukuje się pięciu rzezimieszków grasujących w okolicy. Okradli już kilka domów i są niebezpieczni. Nagroda za żywych osiemdziesiąt koron, martwych – trzydzieści koron.”

Na spodzie widniały zdjęcia pięciu ledwo rozpoznawalnych, ubrudzonych twarzy, ponieważ kartka była już stara i zużyta.

Blade podszedł do Volrikera i szepnął mu cicho do ucha:

Jak myślisz? To mogą być oni?

Wiedźmin nie zwrócił na niego uwagi i usiadł przy wolnym stoliku. Za to elf stał jeszcze chwilę, do czasu, gdy do stolika nie podszedł barman. Miał on około pięćdziesiąt lat, był gruby i nosił swój stary znoszony ubiór, który bardzo lubił. Spytał się nowych gości:

Co podać?
Blade przysiadł się do wiedźmina i prawie natychmiast odrzekł:

Coś dobrego do jedzenia, byle szybko, bo zaraz umrę z głodu!

Ma pan kurczęta? – spytał Volriker.

Tylko na zimno. Nie mam opału do pieca, by podgrzać. – odrzekł barman i spojrzał wesołym wzrokiem na elfa. – Nie mam już niestety nic innego, ponieważ tamte łotry zjadły mi wszystko. – spojrzał teraz na ludzi siedzących przy stoliku niedaleko, intensywnie patrzących się na naszych bohaterów swoimi zamglonymi oczami. Po chwili ciszy, dodał:

Pomóżcie mi mości panowie, bo mi zjedzą całą gospodę i mnie ograbią przy tym.

W tym momencie jeden z pijaków krzyknął:

Nie chcemy tu nieludziów. Wynocha stąd, ale już!

Barman poszedł za ladę, ale nasi bohaterowie nie drgnęli nawet. Oboje mieli nadal kaptury założone na głowy, a Volriker swój medalion trzymał pod koszulą, więc nikt nie mógł wiedzieć kim jest. Pięciu bandytów podniosło się, wyjmując broń. Szósty z nich wstał i próbował zatrzymać swoich towarzyszy, krzycząc:

Zostawcie ich. Przecież nic nie zrobili.

Zamknij gębę chuderlaku i siedź cicho. – jeden z nich chwycił go za kark i rzucił nim o ścianę. Rozległo się głuche walnięcie i poleciała z niej farba. Mężczyzna zemdlał i osunął się pokryta pyłem podłogę. Barman już dawno schował się za ladę i nie można było zgadnąć, czy nie umarł już ze strachu.

Dwóch zbójów wyciągnęło noże, a reszta krótkie drewniane pałki. Wszyscy byli w stanie dużo ponad nietrzeźwym. Powoli, zataczając się, jakby z umiarem, ruszyli na elfa i wiedźmina. Za to oni nic z tego sobie nie robili. Volriker zdążył już porządnie zgłodnieć, a Blade dostawał dzikiej pasji i pałał rządzą mordu, byle tylko coś zjeść. Wstał szybko, a jeden z pijaków, z nerwów chyba, potknął się i nadział na własny nóż. Jego towarzysze jakby tego nie zauważyli. Poszli dalej, a byli już dwa metry od stolika, gdy wiedźmin powoli wstał, zdjął kaptur i wszyscy zobaczyli gładką, lśniącą łysinę. Elf także zdjął kaptur, z pod którego wyszły uszy i włosy blond. Bandytom było to obojętne, ponieważ wszyscy byli w takim stanie, że im to nie robiło żadnej różnicy. Volriker wyjął z cichym brzękiem miecz z pochwy zawieszonej na plecach i popatrzył się na rzezimieszków. Na chwilę przystanęli zdjęci strachem, patrząc się na oczy wiedźmina, nie mogąc nic zrobić. On to wykorzystał. Doskoczył do nich, jednego rozsiekając pchnięciem. Krew siknęła mu na plecy, po tym jak zrobił piruet unikając jednej z pałek. Szef bandy nadział się na nóż swojego kolegi i wydał cichy jęk, przerwany wrzaskiem trzeciego bandyty, którego szyja została rozcięta tuż pod brodą. To była finta dexter. Czwarty dostał z lewego prostego Blade’a, a piąty jego prawego sierpowego.

Na ziemi było pełno krwi, a trzech z pięciu nie żyło. Pozostali zemdleli, po celnych ciosach elfa. Nastąpiła cisza przerwana brzękiem miecza chowanego z powrotem do pochwy i przesuwaniem krzesła. Volriker usiadł przy stoliku i krzyknął:
Już po wszystkim mości barmanie. Będziecie mieli odtąd spokój.

Ocena użytkowników 7,83 Średnia z 3 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Gość_Dopler* · poniedziałek, 21 lutego 2011, 19:45
0
No stary... brak tu komentarzy bo w sumie nie ma czego komentować... Nic w tym mi się nie podobało... Mogło by coś z tego być gdyby nie tekst . Popracuj nad słownictwem, które umiejętnie psuje całość.
Matthias Circello · poniedziałek, 21 lutego 2011, 19:57
0
No stary... to jest tekst z 2005 roku, weź pomyśl zanim coś napiszesz. ;p
Dany · wtorek, 22 lutego 2011, 08:40
0
Lol, nawet zapomniałem że to tutaj jest Ja to pisałem, jak byłem w gimnazjum, ten tekst ma z 10 lat
D N · środa, 23 lutego 2011, 20:03
0
Jak na gimnazjum to ciekawy tekst. Dobór słownictwa godny uznania, jak na gimnazjalistę.

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...