riese

O takich dwóch...

Michał Babski czwartek, 4 października 2007

Jaskier sturlał się ostrożnie ze schodów karczmy niosąc dwie ociekające pianą sągwie. Przeciskał się przez grupę tłoczących się krasnoludów. Przeszedł skosem przez podwórze omijając krowie placki...

Prawie wszystkie.

Geralt ochoczo popędził do Jaskara, ślizgając się tylko nieznacznie dzięki długotrwałemu treningowi w wiedźmińskim siedliszczu. Uściskał barda i zaprosił do stołu. Zaczęli pić.

Obydwaj obudzili się rano nago. Bez pieniędzy.

Ubrali się w dwa lniane worki. Wiedźmin wciąż miał miecz i medalion. Z nieznanych przyczyn nikt nie chciał ukraść mu kawałka czystego srebra.
- Widzisz tą drogę, Jaskier? – spytał Geralt.
- Taak widzę.
- Wskakuj na barana. – rzekł ochoczo wiedźmin.
- Niee… znowuuu? – posmutniał jaskier.
- Niestety to nasz jedyny środek lokomocji, od kiedy przepiliśmy Płotkę.
- Ruszajmy więc. – Zgodził się jaskier.

Po jakimś czasie dogonił ich rolnik. I rzekł...
- Tyy wieźźiiińń słuchaj noo (hicc...)słyszałemm shu i ówdzie , że chędożysz się z kosmatymi potworami. Mymy tu takiego jednego, rogatego, niewyżytego (hic). Bleeeh . Mam pro… zycję . Panie wiedzźźwichn, albo pan zabierze się za to kosmate gówno, ablo znajdę takich dwóch, którzy się zajmą panem. I wtedy już nie będzie pan potrzebował zwieraczy do .... hmm wiadomo czego. Więc jak będzie?...

Wiedźmin zastanowił się chwile... Nieliczni dostrzegliby szybki ruch Geralta.

Po chwili rolnik leżał na ziemi z sinym śladem knykci na czole.
- Nie jestem sprzedajną dziwką, ale rogaczem i tak się zajmę – skomentował wiedźmin. – Jeśli sprawisz mi portki z najczystszej bawełny.

***

Jaskier z daleka zauważył rozciągające się ponad horyzont pola konopi indyjskiej. Po chwili obydwaj pędzili w stronę zielonego wybrzeża. Wiedźmin wyjął cechową fifkę i się upalili. Nagle w krzakach konopi coś się poruszyło.
- Jaskier… wiesz…
- Taa…?
- Widzę duchy.
- Ja też.

Krzaki poruszyły się bardziej znacząco.
- Spójrz, Jaskier.

Bard spojrzał.

Poszli sprawdzić co się dzieje.

W samym centrum polanki leżał duży kamień, a wokół niego leżały obrazki nagich dziewek. Sprzedawano je tanio w Wyzimie.
- Gówniarz urządził sobie miejsce do Dy.. dumania... – rzekł jaskier.

Nagle z nikąd wyskoczył diabeł.
- oooo kogóż to licho niesie w moje progi, toż to największa sprzedajna dziwka w kraju, Pan wiedźmin jak się nie myję, tfu, mylę. Chętnie bym cię przyjął to mojego haremu, ale wybacz, ładny to nie jesteś i śmierdzi ci z pyska niemiłosiernie.

Nim ktokolwiek zorientował się w sytuacji diabeł ubódł wiedźmina w tyłek.

***

- Uff , ledwo uciekliśmy – rzekł zdyszany Jaskier.
- Nooo ten rogaty zboczeniec prawie nas wychędożył.
- Ja się jutro zajmę jego pośladami... a tym czasem muszę wypocząć – rzekł wiedźmin chowając przezornie portki.

***

Wiedźmin przyodział swój różowy strój, założył czarne rajstopy z puszystym ogonkiem i królicze uszy. Wypił dwa eliksiry przypominające w działaniu wiagrę. Dla człowieka nieprzyzwyczajonego od urodzenia, ta dawka byłaby śmiertelną trucizną.

Nagle , źrenice mu się rozszerzyły, a członek napęczniał. Cicho jak kot, nie budząc Jaskra, Geralt ruszył na samotną wyprawę. Gdy dotarł na feralną polankę, przywitał go ochoczo diabeł.
- Wiec jednak się namyśliłeś wieśminie…

Geralt zrobił dwa obroty w powietrzu, złożył palce w znak jakości Q. Moc magii kodów z carrefoura ugodziła w rogacza.

Diabeł runął na ziemie jak osłupiały.

***

Wiedźmin przejął kontrole nad polanką i pobliskimi wioskami. Rozkręcił niezły biznes sprzedając wypchanego diabła. Porzucił wiedźmiński fach, od tej pory nosił szelki.

Ale wraz z upływem czasu, Geralt zaczął tęsknić do walki. Zdjął miecz znad kominka, poprawił spodnie i wyszedł w świat.

***

- Nie wyjdzie stamtąd, mówię wam – powiedział pryszczaty z gołymi pośladkami, kiwając głową. Minę miał niewyraźną. – Już godzina i ćwierć, jak tam grzebiesz. Już po nim.

Mieszczanie stłoczeni wśród ruin, milczeli wpatrzeni w gołe pośladki i wiedźmina w skórzanych rękawicach operującego biedaka.
- Nic a nic… – powiedział Geralt.

Grubas w żółtym kubraku, przystąpił z nogi na nogę i stanął na rękach, zrobił salto w powietrzu i usiadł...

Nikt nawet nie zwrócił uwagi. Wszyscy wpatrywali się w skupione oblicze wiedźmina. Poziom adrenaliny rósł i rósł.
- Odczekajmy jeszcze dwie godziny, mruknął wójt.
- Na co? – prychnął pryszczaty – Od wczoraj siedzę z krasnoludkiem w tyłku. – Kto tam wchodzi, ten już przepadł. Mało ludzi tam poginęło?
- Tam w dupie siedzi krasnoludek, zapomnieliście? – powiedział ktoś z tłumu. – Czyżby wójt nie znał tego uczucia?

Oczy wójta zaszły mgłą wspomnień…
- Nie. – odparł w końcu.
- Co noc zadaję sobie pytanie, czemu... czemu usiadłem na tym krześle? – użalał się pryszczaty.
- To nie twoja wina… – pocieszał go wójt. – …chociaż nie wiem czemu nie miałeś spodni.

Geralt trwał nieruchomo, pobladł okropnie.
- Wiedźmin już martwy, pewne to jak dziwa na dachu – stwierdził rzeźnik. Sprawdźmy jak co tam przywiózł nam wiedźmin w kieszonkach…

Słońce przygrzewało, ptaki radośnie poćwierkiwały... nagle , atmosferę spokoju przerwał dziwny grzechot.
- Co tam robicie rzeźniku?
- Jaa… tego, chciałem sprawdzić czy aby, sakiewka wiedźmina nie jest dziurawa.

Wolno wolniutko, jak w bullet time, głowa o białych lekko przybrudzonych dziwna brązową mazią włosach, odwróciła się w stronę złodzieja.

Tłum zaszemrał...

Rzeźnik uderzył w ścianę pchnięty mocą tarczy aktimela.
- Mam skubańca… – mruknął Geralt.

Wyrwał ręce z wnętrza pryszczatego, który jęknął cicho. Wiedźmin wybił się w powietrze i stanął na równych nogach. W lewej ręce trzymał krasnala (lekko brudnego) w prawej zaś zestaw łyżeczek, noży i widelców.

Białowłosy, garbiąc się, wytaszczył z dziury dziwaczny kształt, cudaczne cielsko, utytłane w pyle przesiąkniętym krwią. Dzierżąc stwora za genitalia, rzucił go bez słowa pod nogi grubego wójta.
- Krasnalka wyciągnąłem, ale za sprzęty domowe trzeba zapłacić dodatkowo....
- Zgodnie z umową 12 dinarów i 2 za widelce.

Wójt drżącymi rękami oddał pieniądze wiedźminowi.

Geralt rozejrzał się, zatrzymał wzrok na pryszczatym podciągającym spodnie i grubasie jęczącym pod ścianą.
- Jak zwykle – powiedział wiedźmin – ja nadstawiam za was karku, te ręce już nigdy nie będą takie jak kiedyś, a wy dobieracie się do moich rzeczy…za to musicie dorzucić mi coś extra.
- Nie ruszony – powiedział chudy prezentując urodziwego chłopaczka.
- Wielcem rad – białowłosy uśmiechnął się. Na widok tego uśmiechu, kwitnącego na bladej twarzy jak pękająca rana, tłumek zaczął się szybko rozpraszać. – I dlatego, bratku, ty też nie będziesz ruszony. Odejdź w pokoju. Ale odejdź prędko.
- Do brudnej roboty zawsze wiedźmin! – podsumował wójt.
- Haha! – odparł tłum.

Wiedźmin nie usłyszał, pędził ochoczo do chłopaczka.

***

Po całym zajściu wiedźmin porzucił wiedźmiński fach i pracował w reklamach actimela... Poza tym codziennie kilkakrotnie mył ręce.

******

Syrenka wynurzyła się z wody, do połowy ciała . Podpłynęła do brzegu , uśmiechając się znacząco. Wiedźmin lekko drgnął... nikt nie zauważył jego ruchu.
- Psiakrew... ta syrena ma tylko jedną pierś. – stwierdził Geralt. – W dodatku z trzema brodawkami...
- Eee jakaś lipa... tej nie weźmiemy.
- Racja -zgodził się król. – A tłumaczyłeś, że ją kocham?
- Tłumaczyłem
- I co?
- Powiedziała, żebyś wsadził sobie głowę w dupę i wyciągnął nosem.

Król posmutniał.
- Dobra to zwijam interes.
- Było miło
- Mnie również, szczególnie wtedy...

Nikt nigdy się nie dowiedział kiedy i gdzie.

Nagle zza skały wybiegł postawny mężczyzna. Nosił gustowne spodnie, modną kurtkę i nie miał jednego oka, co nie przeszkadzało mu krzyczeć.
- Panie wieśminie chalohooo, chalhoo , czy ktosh mnie słyshy ?
- Oooo witaj, skądś cię znam ?- wymamrotał wiedźmin
- Panie wiśminie to phan przepędził diaboła z wishki.
- Przepraszam za oko – posmutniał wiedźmin
- Nic nie shodzi, jest phorblem.
- Diaboła jush nie ma, ale elfhy rozkrecaja bizhnes... – znowhu nam sherzą prostytucje
- O nie, mamy tylko 24h by wezwać pomena. – zazgrzytał Geralt.
- Nie mamy aż tyle czasu, kapitan planeta też nam nie pomoże.
- Musze sam przepędzić te elfy... Tak na marginesie widzę, że się nieźle dorobiłeś po wypędzeniu diabła
- Tak sphedalem jego zwłoki w Wyzimie i zarhobiłem na beczkę piwka. Dołożhyłem moją żhonę i mam dhwie! – powiedział zadowolony wieśniak
- Wpadnę tylko po Jaskra i ruszamy...

***

Geralt znalazł Jaskra... po dwóch godzinach.

Nagiego z ogolonymi wszystkimi włosami w schronisku dla psów, i z wytatuowanym napisem "fuckk me " – cokolwiek to znaczyło.
- Wstań.

Wstał, choć z ociąganiem.
- Klękaj…
- Klękam tylko przed bogami, a ich tutaj nie widzę.
- Jestem bogiem seksu…
- Geralt?

***

Po dwóch godzinach byli już na krańcu świata. Dojechali tam autobusem numer 77. Po drodze spotkali Jacka Sparrowa i kilku innych, ale to osobna historia.

Dotarli do miejsca gdzie kiedyś diaboł urządził dom rozpusty.

Widok był oszałamiający – 20 elfów na jednym metrze kwadratowym.
- Ekhm, ekhm. – chrząknął geralt.

Cała piramida elfów się rozsypała...

Po chwili...

Długiej chwili…

Bardzo długiej chwili...

Bardzo, bardzo długiej, długiej, długiej, długiej chwili wstał jeden elf, nie zwrócił uwagi na Geralta i Jaskra.
- Jestem Geralt z dzivi, wiedźmin! – krzyknął białowłosy.
- Jaką mam pewność, że jesteś wiedźminem? – wymamrotał elf.

Nastała cisza... Szybkim, zwinnym jak skok niedźwiedzia gestem wiedźmin zdjął spodnie. Wszyscy zaniemówili. Na lewym pośladku widniały trzy logo: "biedronki", "polski produkt" i "znak jakosci Q".

Elf nie miał wyjścia… Dowód jakim legitymował się białowłosy był zbyt mocny aby go lekceważyć. Geralt był wiedźminem.
- No Jaskier, teraz twoja kolej . Porozmawiaj z tym elfem, iście dypolomatycko... Jaskier?

Cisza…
- Jaskier ?!! Wstawaj z tej ziemi...
- Tyy Gerlalt- wymamrotał bard
- No?
- Widzę zmarłych!!
- Tak ja też ich widzę... szczególnie irytują mnie w kiblu…
- Ale geraltt…!
- Jaskier ty jesteś pijany!
- Ty Geralt nie obraazaj mnie... podaj mi choć jeden argument przemawiający za tym, że jestem pijany! No proszę!
- Przez całą rozmowę próbujesz mnie rozebrać… nigdy nie byłeś tak ochoczy!

Buhh! Jaskier upadł po raz wtóry
- Dobra! Udajmy, że to się nie stało. – powiedział zażenowany Geralt.
- Dobra panie wiedźminie ze znakiem jakości Q, proszę się stad wynosić, chyba, że ma pan jakąś konkretną sprawę. – rzekł groźnie elf chwytając łuk i strzałę.
- Przyszedłem tutaj w pewnej sprawie. Dacie mi dwie wasze dziewy i się odczepie..
- Nie ma mowy – odpowiedział stanowczo elf

Powietrze zgęstniało. Oblepiło zebranych.
- Jaskier, psiakrew! Uprzedzaj! Już kolejny raz mi to robisz… – Wiedźmin próbował osłonić nos kaftanem/
- Pszeeepraszam.

Elfy leżały martwe…

Nagle znikąd wybiegł rolnik, zatrudniający wiedźmina.
- Geralt… To nazywasz mniejszym złem?

Wiedźmin milczał.
- Zasługiwali na lżejszy los… Jesteś ranny? To poważna rana?
- Nie.
- Więc odejdź.

Wiedźmin wziął barda pod pachę i odwrócił się od zleceniodawcy.
- Geralt?

Białowłosy odwrócił pytająco głowę.
- Nigdy nie wracaj… z tym śmierdzielem.

Jaskier uśmiechnął się głupkowato i zebrał za to kopy.

***

Ptak o pstrokatych piórkach, siedzący na ramieniu wiedźmina, zaskrzeczał, zatrzepotał skrzydełkami, z furkotem wzbił się i poszybował między zarośla. Za ciekawostkę ujdzie, iż był to struś. Geralt wstrzymał konia, nasłuchiwała chwilę, potem ostrożnie ruszył wzdłuż leśnej dróżki.

Mężczyzna leżał na boku. Dziwnie się trząsł.
- Witaj, młodzieńcze – odezwał się, wypluwając długie źdźbło trawy. – Co tam?
- Nie wiem, bo tam nie byłem. – odrzekł Geralt. Zastanowił się chwilkę. – Jaskier, kiedy cię tu wyrzuciłem jadąc do miasta…
- Wtedy, kiedy krzyknąłeś „zdychaj sobie sam”? – domyślił się bard.
- Tak… Nie miałem na myśli dosłownie. Myślałem, że jakoś dojdziesz i przyłączysz się do mnie w karczmie…
- Sam się dziwię, to tylko siedemset mil stąd… Geralt… Minęło wiele lat…
- Ale ja czekałem! Co dzień w karczmie czekałem przy stole zamawiając po dwa kufle… Co wieczór w pokoju czekałem twojego pukania… Co noc w łóżku…
- Pewnie dotarłbym… – przerwał delikatnie Jaskier. – Ale potem wróciłeś, kopnąłeś mnie w twarz i przejechałeś koniem po plecach…
- Wybacz, trochę mnie poniosło. – wyznał przekornie Geralt. – Twoja rana krwawi.
- Większość ran ma taką dziwną właściwość – uśmiechnął się ranny. Miał ładnego zęba.
- To znaczy, że nie jesteś zombie… Pozwól, że obejrzę tego zęba. Z dwadzieścia karatów na oko, nie?
- Ząb mnie nie boli. Tyle, że jest jeden.
- Opchnę go za ładną sumkę.
- Czyżbyście chcieli zaszczycić mnie swoją pomocą?

Geralt zeskoczył z konia, drążąc obcasem miękką ziemię.
- Jestem wiedźminem. – powiedział. – Nie zwykłem robić nikomu zaszczytów. Poza tym nie cierpię, kiedy ktoś zwraca się do mnie w liczbie mnogiej. Odciążę ci gębę.
- Geralt – powiedział mężczyzna, unosząc się z lekka, by ułatwić Geraltowi dostęp do ust. – Ładne imię. Mówił ci już ktoś, Geralt, że masz piękne włosy? Ten kolor nazywa się sinokoperkowy, prawda?
- Nie. Biały.

Ciężki but trafił w szczękę barda.
- Ała! Jak skończysz, ofiaruję ci bukiet z pokrzyw, o, tych, co rośną w rowie…
- Widzę, że ciągnie cię do rowu…

Bard jęknął z cicha, kiedy poczuł pięści zatrzymujące się to tu, to tam, na całym jego ciele.

Ciężko poturbowanego Jaskra znaleziono w pamiętnym rowie.

***

Ten dzień był szczególnie piękny. Pierwszego trupa znalazł około południa.

Widok zabitych rzadko kiedy wstrząsał wiedźminem, często zdarzało mu się patrzeć na zwłoki zupełnie obojętnie . Tym razem nie był obojętny. Chłopiec miał 12 lat. Leżał na wznak z szeroko rozrzuconymi nogami. Na ustach zastygło mu coś jakby kawałek cheesburgera z mcdonalda. Mimo tego wiedźmin wiedział, że chłopiec zginął od razu, nie cierpiał długo, prawdopodobnie nie wiedział, ze jedząc cheeseburgera powoduje rozpuszczenie się całego układu pokarmowego. Geralt rozejrzał się, szybko i bez trudu odnalazł to, czego szukał. Big mac leżał opodal drzewa. Wiedział co zaszło. Chłopiec nie zrozumiał ostrzeżenia, zjadł cheesburgera.

Dawniej sprzedawcy z mcdolalda ostrzegali 2 lub 3 razy, pomyślał Geralt, dawniej... cóż za postęp…

Las mcdonalda nie zasługiwał na złą sławę... działał tu tylko jeden dom publiczny i dwa bary ze striptizem. Prawda była przerażająco dzika.

Mcdonald wołał wiedźmina...

Ale Geralt nie dawał się zwieść. Wiedział gdzie jest. Pamiętał o chłopcu i o bigmacu pod drzewem. Pamiętał wszystko. Nawet ostatnie wybory burmistrza , nawet jak Jaskier... ech… to pamiętał dokładnie, zapomniał po tym spodni… To były stare, spokojne czasy.

Wokół mcdonalda walały się wyblakłe kości, po których chodziły czerwone mrówki. Wiedźmin szedł dalej ostrożnie. Liczył na to, że zdąży, że zdoła zatrzymać i zawrócić idącą przed nim gromadkę dzieci. Łudził się, że nie jest za późno.

Było.

Drugiego trupa znalazł przed samym wejściem. Nie zauważyłby, gdyby nie percepcja, którą wyćwiczył sprzedając jabłka w Novigradzie i podczas obrony przed podrywającym go Jaskrem. Mimo to lubił barda. Nawet bardzo...

Drugi trup, był postawnym mężczyzną. Miał jędrne pośladki i przystojną twarz, a Geralt dobrze znał się na mężczyznach.

Wyglądałby jak żywy, gdyby nie wypalone ketchupem usta.

No i poza tym, że jego głowa leżała kilka stóp od ciała…

Kawałki kurczaka w ostrej panierce, domyślił się natychmiast wiedźmin.

Rozejrzał się i zobaczył trzeciego trupa.

I czwartego.

I piątego...

i... nie.

Te trzy kolejne były wywołane halucynacją, będącą skutkiem ubocznym mikstur wiedźmina.
- Kiedyś mogłem połknąć nawet 10 tabletek wiagry i nic nie czułem, a teraz? – rzekł ponuro do siebie Geralt. – Ehh starzeje się – posmutniał.

Wiedział, że musi wyjaśnić zagadkę tajemniczego lasu.

Czuł na sobie dotyk przeznaczenia... dotyk... przechodził go dreszczem aż do… pośladków?!
- Jaskier! To znowu ty! – krzyknął Geralt zwijając się w miejscu i dobywając broni. – Skąd ty się tu wziąłeś, gnido?
- Nie wzbraniaj się. – rzekł ochoczo Jaskier. Tonem jakim mówi się „lubię takie ostre!”
- Uciekłeś od Kistrina? Z zamku Nastrog?
- Wystaw sobie, znaleziono mnie w rowie i uznano za zmarłego… a król Kistrin ma dziwne upodobania seksualne…
- Wiem… Uciekłeś przed czy po ślubie?
- Skąd wiesz? – smarknął przejęty bard.
- Jestem niesamowicie mądry. Dlaczego uciekałeś akurat do mcdonalda? Nie było
bezpieczniejszych kierunków?
- Nie… Chociaż przypominasz mi o pewnym drogowskazie napisałem o nim…
- Milcz – burknął Geralt słysząc, że zanosi się na opowieść, albo, co gorsza, na pieśń. – Chodź za mną napiszesz balladę „Jak to wiedźmin Geralt rozbroił szajkę sprzedawców z mcdonalda”...

Jaskier zgodził się drżąc z podniecenia.

Nagle odezwał się głos...

JEŻELI CHCECIE SPOTKAĆ SIĘ Z SZEFEM MCDONALDA MUSICIE ZJESC 10 CHEESBURGERÓW I WYPIĆ DWIE COLE, WTEDY RONALD MCDONALD WAS PRZYJMIE....

Wiedźmin najbardziej bał się tej coli, prawdopodobnie pochodziła z biedronki…

I nie była rozcieńczona.

Żołądki wiedźminów były nadzwyczaj odporne...

Geralt pochłonął wszystko w pięć minut i poprosił o dokładkę... Taka dawka mogłaby zabić człowieka, ale wiedźmin był przyzwyczajony od dziecka.

Spytacie pewnie: „czemu chodzi na własnych nogach?”. Odpowiedź jest prosta. Kiedy Geralt miał czternaście lat, przez fastfood ważył ponad dwieście kilo i woziło go dwóch mężczyzn na taczce. Vesimir w porę zorientował się w sytuacji i zalecił dwuletnią głodówkę w lochach. Efekt był bajeczny.

Cheeseburgery miał za sobą. Cola była gorsza…

Oczy wyszły mu z orbit kiedy z wysiłkiem zasysał zawartość kubka przez słomkę.
- Geralt? GERALT?! Nic ci nie jest?
- Nie. – Geralt wrócił do pierwotnego kształtu. – Próbowałem wessać kostkę lodu.

Z mcdonalda wyszła hostessa nosząca balony, i nic nie mówiąc skinęła głową, aby przyjaciele podążali za nią...

Po dwóch latach wędrówki pomiędzy wysokimi górami, gęstymi lasami i wyschłymi oceanami dotarli do siedziby Ronalda Mc Dolalda...

Gdy zobaczyli go w peruce i z czerwonym nosem wszyscy uklęknęli i oddali mu pokłon...
- O! Jak tu pięknie! – powiedział Jaskier. -Wszędzie mięso bułki...
- Tu jest mcdonald!
- Co? – spytał wiedźmin
- Mcdsonald… ostatnie miejsce.
- Nie rozmumiem...
- Nikt nie zrozumie... nikt nie chce rozumieć...

Wiedźminowi założono opaskę na oczy... po godzinie zdjęto...

Cel pozostał tajemnicą, ale Jaskier dopinał rozporek.
- To masarnia, serce mcdonalda. Tu chodujemy psy i poźniej przerabiamy na kotlety – powiedział dumnie Ronald.

Hostessa podeszła do Ronalda i powiedział coś w startym mcdonaldowym języku...

Ronald uśmiechnął się.

Nagle Jaskier zniknął...
- Zapomnij o nim. Będzie z niego sprzedawca. Za dwa trzy tygodnie wpakuje cheesburgera do gęby swojego brata i i tak będzie chciał za to kasę.
- O kim mam zapomnieć – zdziwił się Geralt. – Ktoś tu z nami był w ogóle?
- To sprawę Jaskra mamy już za sobą – ucieszył się Ronald. – Z czym przybywasz Geralcie z Dzivi?
- Zaprzestancie produkcji cheesburgerow i bigmaców – rzekł. – Wszystko ma swój koniec.
- Mówisz , że coś się kończy ...- ciągnął wolno przez słomkę szejka Ronald. – Nieprawda. Są rzeczy, które się nigdy nie kończą. Ja walczę o przetrwanie. Bo mcdonald żyje dzięki psom. Skąd wiesz komu jest przeznaczona zagłada, a komu wieczność? Będę produkował hamburgery póki będzie żył ostani sprzedawca i ostatni pies! Nie zaprzestanę tego, a wiesz czemu?!
- Nie...?
- Ja tez nie? To ma coś wspólnego z kwantami… Ale ważne jest, że nie zaptrzestanę! Każda bułka ma dwie warstwy.

Ronald się uśmiechnął

Geralt złożył palce w znak jakości Q – ale nie udało mu się odeprzeć uśmiechu sprzedawcy z mcdonalda.
- Dzień dobry panu, w czym mogę służyć? – Ronald dostał tradycyjnego szczękościsku charakteryzującego doświadczonych sprzedawców w mcdonaldzie.
- D…w…a… cheesy… – szepnął Geralt jak w transie.
- Hmmm… a może osiem?
- Mo…że… być…
- Może coś do picia?

Czemu to robię… pomyślał wiedźmin…
- Nie? – spróbował.

Ale Ronald sięgnął po tajną broń.
- A co pan powie na nasz nowy hit? Kanapka za dziesięć polskich złotych? Mała, ale super luksusowa! Nooo? Jedna mała dyszka?
- Nooooo… niech będzie…

Wiedźmin zatracił się w swojej bezmyślności. Nikt nigdy go już nie zobaczył, ale ponoć w każdym mcdonaldzie ludzie słyszą wiedźmina stękającego w toalecie.

Każda bułka ma dwie strony… Jedną jesteś ty, a drugą… mcdonald? Ważne jest to żeby nigdy nie smarować tej bułki masłem. Bo musztardowy sos smakuje z nim źle w bigmacu.

Ocena użytkowników 7,09 Średnia z 17 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...