Igrzysko

Grzegorz "Grzegorz D." Dzięgelewski poniedziałek, 7 stycznia 2013

I

Idziemy niestrudzenie, bo ilekroć zatrzymywaliśmy się na postój, znajdywano kogoś z poderżniętym gardłem. Albo uduszonego – niekiedy z twarzą w kałuży własnej juchy. A przecież trzymaliśmy warty.

Problem ów zniknął, kiedy praktycznie zrezygnowaliśmy z odpoczynków. Słabi i niedołężni, niezdolni do forsownego wysiłku, zostali pozostawieni samym sobie. Nie znaleziono nawet ich szczątków.

A my – tam na przedzie – nadal wdychamy smród śmierci.

II

Gentleman z mieczem na kształt pioruna jest naszym nauczycielem nienawiści.

– Milenia ewolucji człowieka od prostego organicznego związku węgla, od żałosnego a zdolnego jedynie do odżywiania się i reprodukcji jednokomórkowca żyjącego w środowisku wodnym, który oddzieliwszy się od nich, zwycięża z organizmami podobnymi sobie na drodze doboru naturalnego, walki podówczas najcięższej z możliwych, bo o odwieczne "być albo nie być", której efekty widzimy także i dziś, po kolejnych mileniach – w istocie trudno dociec, ile dokładnie mógł trwać ów proces – wydobywa się na suchy ląd i wreszcie, zaliczywszy po drodze parę odważnych, ale nieudolnych prób, parę prehistorycznych wojen, zakłada cywilizację: milenia ewolucji tej cywilizacji, która w pewnym momencie musiała pójść w niewłaściwą stronę, inaczej zgoła, niż pragnąłby tego starotestamentowy Bóg, szczególny opiekun wybranych, i oto na czym stoimy – my, jednostki przecież wybitne, geniusze swojego społeczeństwa, niechciani kolonizatorzy, ojcowie założyciele, zrzuceni poza kasty, na czele których wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nadal winniśmy stać, brutalną masą większości zrzuceni poza margines... Oto sprowadzono nas na sam skraj poznania i kazano błądzić.

Peroruje, a my nie śmiemy protestować. Jednego – chojraka, a dawniej pierwszego ministra – coś podkusiło i spróbował, ale skończył z rozciętą tętnicą szyjną, roztrzaskaną żuchwą, wyrwanym okiem wraz z istotną częścią prawej półkuli mózgu. Zaprawdę, najskuteczniej jest uczyć się na cudzych błędach.

Król kosmicznych piratów mówi i mówi, kiedy opuszczamy tunel ogniowych pułapek, jamę spętanego mechanicznego wija (smutna alegoria naszego losu) i zagłębiamy się w daj-Bóg ostatni poziom. Ostatni dla wielu z nas, w rzeczywistości nie sposób przewidzieć, ile ich jeszcze będzie.

Król kosmicznych piratów pozwala mi nosić swój miecz, postępuję więc w ślad za nim. Następny idzie android. Android jest czujny i dzieli się spostrzeżeniami typu:

– Tamta kolumna może się zawalić, jeśli przejdziemy nazbyt blisko.

– Automatyczne działko plazmowe za węgłem.

Albo, tak jak teraz:

– Uwaga, te kwiaty wyglądają mi na niebezpieczne.

Gdyby tego nie powiedział, znaleźlibyśmy się pewnie w tarapatach. Kłącze chwyta panią nadkapitan i rozrywa jej żołądek, barwiąc nienaruszoną chyba nigdy boazerię tęczą różnobarwnych wnętrzności. Reptylionowi wyszarpuje rdzeń kręgowy spomiędzy obtłuszczonych łopatek. Kardynał traci świadomość, a prędko i życie od zabójczego natężenia pyłków. Elementalistę, furię i superżołnierza połyka w całości uzębiona paszcza.

Mam to przed oczyma. Tymczasem, obierając inny azymut, możemy dostać się dalej.

Możemy zejść niżej.

III

Nie wiązano z tą wyprawą zbyt wielu nadziei. Większość jej uczestników miała jedynie nadzieję wyjść z niej cało. Nie inaczej było z "Wampirem".

W ten niezbyt wymyślny sposób nazwano odnalezione tu rozumne stworzenie, z którym udało się nawiązać kontakt. "Wampir" zakopany był w ukrytej grocie parę stóp poniżej tutejszego poziomu morza, w czymś co – owszem – przypominało sarkofag, i oddawał się hibernacji.

To, że dał się poznać jako osobnik nadzwyczaj kruchego zdrowia (jak sam twierdził, jego układ odpornościowy był nadwątlony z powodu nagłego wytrącenia ze snu, który powinien był potrwać jeszcze dobre kilka ziemskich lat, aż planeta znalazłaby się w takim położeniu, że możliwa stałaby jego, "Wampira", dalsza podróż), okazało się jedną z największych katastrof w dziejach człowieka. Nie zdążył lub nie chciał powiedzieć – na przykład – że rozmnaża się w sposób wirusowy. Nie zdążył lub nie chciał przekazać – między innymi – w jak niewielkim stopniu ogranicza go własna cielesność.

Powiedział tylko to, co sam pragnął przekazać.

Największa zagadka. Monument spoza czasu. Megakonstrukcja. Autochtoni, z którymi z takim zapałem zmagali się ludzcy najeźdźcy, nie byli bynajmniej jej twórcami. Zastali ją już, sami kolonizując ten świat – przed tysiącleciami. Podobnież lud, który wyparli, również nie był pierwszym, który ewoluował w jej cieniu. Przybyli na pokładzie "Egzo23" ziemscy naukowcy próbowali określić wiek budowli. Badania kilkakrotnie powtarzano, lecz ich rezultaty za każdym razem były identyczne.

– Gdzie zatem mógł mieć swój początek Bóg, jeżeli nie tutaj: w epicentrum Wielkiego Wybuchu?

***

Niebo ma tu inną barwę niż na Ziemi – agresywnej czerwieni. Ktoś wyrokuje:

– Oto postawiliśmy stopę w biblijnym piekle.

– Bądź w raju – mówię, ale nikt nie słucha.

Kiedy zbadano nienaturalne uszkodzenia silników statku, mechanicy jednogłośnie orzekli, że nadziei na bezpieczny powrót nie ma lub są one bliskie zeru.

Następnie miał miejsce przewrót. Mała, pozaziemska rewolucja. Wybrano nowych przywódców, a dla starych zgotowano specjalne zadanie. Cóż bowiem było robić na planecie-pułapce bez wyjścia, jeśli nie oddać się jej bez reszty? Czyż nie jest słusznym podążać naprzód, kiedy nie sposób się cofnąć?

IV

Jeszcze nie tak dawno przechodziliśmy po lodowym moście, który w swojej uprzejmości wytworzył był dla nas elementalista, a teraz stoimy u jego wykrwawiającego się ciała, bezradnie oczekując, aż wyzionie ducha.

– Pamiętam jak mówił, że śluby wzbraniają mu fizycznego kontaktu z jakimkolwiek innym stworzeniem, żywym czy martwym. Nawet odżywiał się tylko światłem. Nie możemy mu pomóc – władczo stwierdza król piratów, głośno – by być słyszanym mimo upiornego rzężenia rannego, i okala go łukiem gargantuicznych ramion, żeby nikt nie mógł się zbliżyć.

Nieszczęsny czarnoksiężnik jest kolejnym, który naraził się naszemu Odynowi. Ktoś doniósł, że planował lokalny zamach stanu, kiedy tylko przekroczymy próg Komnaty Zwierciadeł – nigdy się nie dowiemy, czy to prawda, ale przynajmniej niebezpieczeństwo utraty natchnionego lidera zostało zażegnane.

Kiedy król piratów stwierdza zgon, możemy ruszać dalej.

Zmagamy się nie tylko z pułapkami, rozstawionymi tu nader licznie, ale i ze zmęczeniem. Z ograniczeniami własnych organizmów. Z ciemnością i dezorientacją.

Przed chwilą także z kolonią monstrualnych, podziemnych pająków.

Tymczasem krwawe żniwo zbiera trucizna, której nabawiliśmy się niemal u samego początku labiryntu od jakiejś syntetycznej purchawki. Mniejsze lub większe nieprzyjemności z jej powodu odczuwali niemal wszyscy oprócz naszego reptyliona – przedstawiciela rasy wyhodowanych w przestrzeni kosmicznej waranów-olbrzymów, które odznaczały się pewną inteligencją i zatrważającą siłą ognia. Zabrał był go ze sobą główny inżynier "Egzo23", który padł zarażony jako pierwszy.

I jakkolwiek najtwardsi wciąż trzymają się dzielnie, w sumie życie straciła dotąd niemal połowa z nas.

***

W przestronnej Komnacie Zwierciadeł rozdzielamy się, żeby poszukać kluczy, wskazówek, czegokolwiek. Zawsze jakieś są, w końcu istotne jest, żebyśmy przedostali się dalej.

O dziwo, to nie android, a rezolutna pani nadkapitan pierwsza wpada na trop. Zakamuflowany system przełączników.

– Zamelduj brodaczowi, co tu znalazłam – rzecze, pochylając się nad mechanizmem. – Niech lepiej nikt niczego nie dotyka, bo może być gorąco. Podejrzewam, że da się sterować tymi lustrami i coś wskórać przy pomocy wiązki światła.

Już mam ruszać spełniać jej polecenie, kiedy to zawsze uprzejmy android zjawia się na posterunku, i razem manipulują dźwigniami.

Zamykam oczy i widzę raz jeszcze, jak odwracano piramidę.

...

Nie było i najpewniej nie będzie już połączenia z Ziemią, obierano tedy nowych królów, prezydentów i ministrów. Rozmawiałem z mężczyzną, tłustym spelologiem-amatorem, którego następnego ziemskiego dnia mianowano papieżem.

Na planecie w zasadzie nie ma surowców naturalnych. Znaleziona żywność jest praktycznie nieprzyswajalna dla człowieka – przynajmniej nie dla człowieka bez odpowiednio zniekształconego układu pokarmowego.

Nie pozostało nic, tylko karnawał.

I kara, i kara, i kara. Czy tak działa każde społeczeństwo?

...

Otwieram oczy i widzę tylko ogień.

***

Coś rozjuszyło reptyliona. Nie udało się uratować nadkapitan, biedaczka usmażyła się żywcem; kardynał zwija się z bólu, za to ja doznałem tylko niewielkich oparzeń. Superżołnierz odstrzelił łeb jaszczurce. Ktoś biegnie w moją stronę, niosąc pomoc.

Później o tym rozmawiamy.

To android nalegał, żeby nie uśmiercać bestii – wtedy, gdy zginął jej opiekun, inżynier z "Egzo" – bestii, co do której argumentował, że w obliczu nadchodzących niebezpieczeństw zachowywała się bodaj najspokojniej i w obliczu kolejnego zderzenia z tutejszą fauną mogła okazać się najbardziej przydatna. On też pożałował swojej decyzji najsrożej – wyłączając nieodżałowaną panią nadkapitan – kiedy kolektywnie, choć jak można by także sądzić, wbrew rozsądkowi, uznano, że zasłużył na karę za swą lekkomyślność.

Mimo, że większość z nas domyślała się, że bez zwiadowcy jesteśmy zgubieni. W końcu pozostanie nas tylko piątka. Musieli ustąpić.

Rozmontowaliśmy go.

V

A teraz widzę na poły biblijną scenę strącenia. Kroczą jeden za drugim, nędznie pochyleni wszyscy za wyjątkiem zamykającego pochód brodatego kolosa, wysokiego na co najmniej siedem stóp. On także idzie, ale jak niedźwiedź, jak wiking, na swój ostatni i najważniejszy zarazem bój. Naraz odwraca się, dobywa piorunowego brzeszczotu, którego nikt chyba nie poważył mu się odebrać, i wyciąga w moim kierunku. To oczywiście nie był przypadek.

Robi się ciszej.

Jest zupełnie cicho.

Trwa to krócej niż jedno uderzenie serca, a przecież wiem, że oto pasował mnie na giermka.

– Nie wiesz, kim jestem – prawie mówię.

– Nie wiesz, co robisz – niemalże słyszę własny głos.

I tak było w istocie.

Tłum rozstępuje się, przepuszczając mnie do środka, po czym bramy zostają zawarte od zewnątrz.

Przypominam sobie tamten moment, kiedy widzę po raz ostatni jego oczy – szkliste i zimne, i martwe.

***

Podobnie jak potwornie okaleczony superżołnierz, podobnie jak kardynał brodzę we krwi.

– Stary powiódł nas na śmierć – mówi ten pierwszy.

– Wybrał niewłaściwy kierunek – mówi ten drugi.

– Wybrał swoim zdaniem najwłaściwszy kierunek – mówię.

Piły tarczowe.

– Zanim rozkręciliśmy robota, zdążył nas poinstruować, żebyśmy trzymali się wschodniej ściany. Miał jeszcze trochę danych, wszystko zarejestrowały sondy – mówi ten pierwszy.

– Stary musiał o tym wiedzieć – mówi ten drugi.

– Nie zapominajcie, że android chciał nas spalić. Nie należało mu ufać – mówię.

Zmasakrowały najpierw furię – wrzeszczała, kiedy odrzynały się jej kolejne kończyny – następnie króla piratów – jego blade jak makaron narządy wciąż wiją się wokół nas.

– To był gruby błąd, wyłączenie go.

– Zmanipulowano nas.

– Stary nie wiedział, co robi.

– On też był kontrolowany.

Nie mówię nic.

Piorunowy miecz leży wśród kupy wnętrzności i to jest właściwy moment, bym po niego sięgnął. Superżołnierz nie ma rąk, żeby do mnie strzelić. Kardynał nie ma odwagi.

– Dlaczego? – pytają, gdy pada na nich powyginany cień.

– Byłem tu dużo wcześniej.

– To zemsta?

– Nie. To ciężka praca, ale dobrze się w niej odnajduję.

Nie zdążyłem, a może nie chciałem zdradzić im wszystkiego. Tego, że ich wyprawa mogła być żartem z mojej strony – ale jeśli rzeczywiście wierzą w Zbawienie, nie powinienem im odbierać tej ostatniej nadziei, kiedy tak patrzę, jak umierają. Niech odchodzą ze świadomością, że byli naprawdę blisko. Cokolwiek spodziewali się odnaleźć.

Teraz, kiedy trochę rozruszałem tę planetę, to i owo wymieniłem, mogę odpoczywać aż do następnego karnawału.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...