Ostatni

Ekhtelion niedziela, 21 grudnia 2008

Czy odczuwaliście kiedyś absolutną i wszechogarniającą beznadziejność? Czy wiecie jak się czuje człowiek, który jest samotny, samotny ostatecznie? Nie wiecie i się nigdy nie dowiecie, bo nie istniejecie. Jestem tylko ja, jeden, ostatni. Czy zwariowałem? Chyba tak, ponieważ piszę te ostatnie słowa, mimo że wiem, że nikt ich nie odczyta. Na waszych cieniach i tak nie zrobią one wrażenia. Przecież wam się wydaje, że ciągle żyjecie… A zresztą… Ja już nie wiem czym jest życie. Moje ostatnie słowa będą próbą wyjaśnienia tego, co się stało. To jest moje wyznanie i mój testament.

Komputery. Cudowne urządzenia, które odciążyły człowieka od żmudnej pracy. Miliony obliczeń na sekundę sprawiły, że tempo rozwoju cywilizacyjnego stało się ogromne. Komputery pomogły stworzyć jeszcze lepsze komputery, a te pozwoliły stworzyć jeszcze jeszcze lepsze itd. itd. Marzenia człowieka zaczęły się spełniać.

Z czasem komputery, jak każda rzecz, zaczęły służyć rozrywce. Potrzebowaliśmy tylko kilkudziesięciu lat, by z trywialnych gier przejść do ultrarealistycznych światów tętniących życiem nas samych. Wszystko działo się podobnie jak w tym filmie z początku tysiąclecia. Ludzie podpięci do maszyn i błądzący w wirtualnych światach. Światach, które były bardziej kuszące niż prawdziwe życie. Woleliśmy siedzieć w VR niż robić cokolwiek innego. Ustały wojny i konflikty, nie było już narodów i państw, pozostały tylko marzenia, które w końcu można było realizować. W końcu mogliśmy być kimś - gwiazdorami, bohaterami, bogaczami... Nie krępowały nas ciała i ograniczenia przez nie narzucone. Wirtualne społeczności rozwijały się w zastraszającym tempie. Tutaj nawet smutek i cierpienie były przyjemne, bo zawsze je kontrolowaliśmy.

Przykuliśmy się do maszyn, które sami stworzyliśmy. Uzależnieni od ułudy, trwaliśmy w zakłamaniu. W VR spotykaliśmy przyjaciół zawsze pięknych i młodych, przeżywaliśmy z nimi niesamowite przygody. A sieć ciągle doskonaliła się, armie administratorów i projektantów nieustannie rozbudowywało wirtualne światy. Wszystko stawało się tak realne, że prawdziwy świat wydawał się być tylko jakąś kpiną z nas - półbogów. Serwerownie zaczęły pokrywać coraz większe połacie terenów, kilometry łącz o olbrzymiej przepustowości oplotły ziemię w morderczym uścisku, moc obliczeniowa komputerów wzrastała lawinowo, by podołać naszym ciągle wzrastającym oczekiwaniom.

Jak zawsze, człowiek okazał się być najsłabszym ogniwem własnego dzieła. Było coś, co przypominało nam w jakim świecie żyjemy naprawdę. Śmierć nie dała oszukać się światłowodom i bitom. Jej kosa przenikała przez krzemowe pancerze procesorów i raziła ludzi, którzy już pozapominali, że mają śmiertelne ciała. Nagle, kiedy najmniej się tego spodziewaliśmy, nasze cyfrowe wcielenia gasły na zawsze.

Tak nie mogło się dziać! Ułuda życia bez trosk musiała zostać zachowana. Coś tak banalnego jak śmierć nie mogło zakłócać idealnego świata, gdzie wszystko jest pod kontrolą. Znaleziono rozwiązanie. System symulacji adaptacyjnej pozwolił zachować ułudę nieśmiertelności. Specjalne programy obserwowały każdego uczestnika wirtualnego życia całymi latami. Zapisywały każdy jego ruch, każde słowo, każdy gest i zachowanie. Dane gromadzone przez dziesięciolecia rozrastały się do olbrzymich banków pamięci ulokowanych w niekończących się podziemnych schronach. W momencie kiedy przychodził kres życia danego człowieka, systemy symulacyjne się uaktywniały i przejmowały kontrolę nad jego wirtualnym wcieleniem. Iluzja idealna i ciągłość ostateczna osiągnięta. Po raz kolejny dzieło inżynierów okazało się być doskonalsze od tego, co mogli sobie wyobrazić. Samodoskonalące się algorytmy symulacyjne sprawiły, że nie można było odróżnić żyjących ludzi od ich symulowanych wcieleń. Same cienie, tak nazywam tych symulowanych, nie wiedziały, że ich pierwowzory już nie żyją.

Osiągnęliśmy w końcu swój cel. Tysiące idealnych światów, tysiące Edenów gdzie byliśmy równi nieśmiertelnym bogom. Miliardy uśpionych ludzi trwało przez dziesięciolecia w stagnacji. Wydawało im się, że kolonizują odległe planety, budują idealne miasta, krzyczą ze szczęścia po osiągnięciu szczytów gór. Wydawało im się… Dawno już nikt nie słyszał krzyku na Ziemi.

Czasem tylko niektórzy odkrywali prawdę. Próbowali liczyć ile mają lat i nagle wychodziły im wyniki 3 cyfrowe. Większość tych ze starszych pokoleń wariowała, systemy symulacyjne nie potrafiły odwzorować ich zachowania po… ich śmierci. Natomiast ci z młodszych pokoleń radzili sobie bez problemów. W końcu oni nigdy tak naprawdę nie żyli, ich całe życie to VR – światy bez śmierci.

Z moich badań i poszukiwań wynika, że aktualnie nie ma już żadnych żywych ludzi w VR, wirtualne światy wypełnione są już tylko symulowanymi cieniami. Próbowałem skontaktować się z kimś w prawdziwym świecie, ale nie udało mi się. Jak widać ostatni konstruktorzy i serwisanci odeszli wiele lat temu, a systemy VR stały się samowystarczalne.

Spisał: Francis O’Rell w wieku…………… 314 lat. Mój Boże….

Ocena użytkowników 7,91 Średnia z 11 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Daimonion · piątek, 4 października 2013, 14:39
0
Prawdę mówiąc, zarejestrowałem się właśnie w serwisie (po kilku latach regularnego odwiedzania go, ma się rozumieć...), żeby skomentować to opowiadanie. Jest naprawdę dobre. Krótkie? Co z tego! Ale dobre! Spodobał mi się już pierwszy akapit i zastanawiałem się, czy potem nie będzie gorzej. Ale nie było. Było konsekwentnie i solidnie. Porządna proza i nie ma się co czepiać. Dyplomowany polonista/literaturoznawca to mówi:-) Gratuluję pomysłu! Czy Autor gdzieś publikuje?
Medivh · piątek, 4 października 2013, 15:55
0
Autor od długiego czasu nie pojawia się na forum, aczkolwiek zostawił po sobie sporo innych ciekawych prac -> http://forum.gexe.pl/...czosc-spisana/

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...