Wino Alwersbanu

11 minut czytania

Dwaj rycerze stali naprzeciw siebie gotowi do zwarcia. Znajdowali się w Sali Ofiarnej, najważniejszej komnacie w porzuconej i zapomnianej od wieków części świątyni. Dziś tajemna część sanktuarium miała odzyskać swoją dawną funkcję.

- Przemyśl to jeszcze raz!- krzyknął zdenerwowany Lothar.

- Zamknij pysk! Nie mogę uwierzyć, że okazałeś się takim skurwielem!- odparł z pogardą Johann.

- Spokojnie, skarbeńku – powiedział Johann, równocześnie klepiąc konia po karku. Sam od spokoju był daleki, wiedząc, że cesarz już za moment rozkaże konnicy przystąpić do szarży na zbuntowane chłopstwo i armię. Wszystko, co wydarzy się potem, zależy od woli bogów, w których istnienie Johann od dawna wątpił. Myśl, że jest zdany tylko na siebie i swoją wierną klacz napawała go niewytłumaczalnym poczuciem pustki i chłodu. Nie pierwszy raz stawał do boju i doskonale zdawał sobie sprawę, że w pieśniach bardów nie ma ani słowa prawdy. Przed walką, wbrew zapewnieniom poetów, armia nie śpiewa podniosłych pieśni, lecz klnie na czym świat stoi. Zamiast dumy i gotowości do poświęcenia za cesarza i ziemię przodków, w sercach żołnierzy gości zwierzęcy strach a po umierających nie schodzą powabne córki bogów, lecz w osamotnieniu zdychają we krwi, flakach i odchodach.

Choć Lothar nie przykładał się do walki, jego oponent nie dał się temu zwieść. Zbyt długo walczyli ramię w ramię i doskonale znali swoje umiejętności.

- Niewdzięcznik! – powiedział między jednym a drugim sparowanym przez przeciwnika cięciem Lothar. – Powinienem cię zostawić, abyś zdechł!

Runęli na wrogie zastępy. Następnym co pamiętał, było nadzianie jednego z tych zdradzieckich kundli na rohatynę. Kiedy pękła, odrzucił włócznię i chwycił za buzdygan. Niedługo potem ogarnęła go ciemność, przez którą z trudem przebijały się wrzaski i jęki. Nie wiedział, ile czasu był w tym stanie. W końcu odzyskał świadomość i znów mógł widzieć. Lecz cóż to był za żałosny widok! Z przerażeniem odkrył, iż leżał pośród sterty trupów. Bitwa wyraźnie miała się już ku końcowi. „Wygraliśmy?”, zadał sobie pytanie, gdy niespodziewanie spostrzegł, jak niedaleko przed nim chłop dobija czekanem powalonego rycerza. „Ledwie kilkanaście metrów... tak niewiele brakowało, żeby on tak mnie”. Krzyki z oddali informowały jednak, że także rojaliści triumfują. „To jak w końcu? Wygraliśmy? Przegraliśmy? Tyle pytań... Nie, nikt nie wygrał... Wszyscy przegraliśmy.”.

- To był sen? – Johann spytał po przebudzeniu przechodzącej obok jego posłania uzdrowicielki.

- Tylko sen – powiedziała łagodnie. – Wszyscy go śnicie – dodała.

Znów się obudził, rozejrzał się po sali wzrokiem zaszczutego zwierzęcia. Pomacał posłanie, poczuł słomę pod sobą. Uwijające się przy rannych uzdrowicielki...? Ta komnata... Wiedział już, gdzie jest. Wyżłobiona w skale świątynia niedaleko Alwersbanu, dzień drogi od miejsca, gdzie doszło do wielkiej bitwy. Johann był tu po raz pierwszy, jednak wiele słyszał o tym urokliwym miejscu. Mozaiki, wspaniałe arrasy... Jakże kontrastowali z nimi dogorywający żołnierze... i rebelianci? Prawie zapomniał, że uzdrowicielki udzielały pomocy medycznej każdemu w zamian za nietykalność świątyni. Nigdy jednak na posadzkach tego przybytku nie spoczywało aż tylu rannych. Posadzkach! Zazwyczaj dla każdego znajdowało się tutaj łóżko lub choćby siennik.

Rycerz pomyślał o malowniczych górskich widokach, które podobno można podziwiać ze świątynnych balkonów. Pal licho to wszystko! Żył i teraz to było dla niego najważniejsze. Chciał wyjść do świata, do życia i jego piękna, zostawiając za sobą tę woniejącą ropą i ludzkimi wydzielinami umieralnię. Nie mógł się jednak podnieść, bezsilnie opadł na posłanie.

- Cesarz i jego przyboczna zgraja zdechli. Wtedy, w polu, my rozgromiliśmy ich, a oni nas – opowiadał Lothar. – Tylko, że u nich ludzi jak piasku, a u nas... ech, szkoda słów – Machnął ze zrezygnowaniem ręką.

- A pies ich wszystkich. – Johann uśmiechnął się. – Sam wiesz. Przy okazji, czy jak zabierałeś mnie z tego piekła... widziałeś moją czarnulkę?

- Twoja chabeta? – Lothar w zamyśleniu pogładził wąsa. Wiedział, jak bardzo przyjaciel kochał swojego wierzchowca. Koń ten, niezwykle cenny, wywoływał zazdrość wielu rycerzy, lecz Johann miał w poważaniu wartość materialną karej klaczy, uważając ją za przyjaciółkę.

W końcu odpowiedział:

- Myślisz, że w tym bajzlu przejmowałem się końmi? Mnóstwo luzaków pałętało się tam.

- Sądzisz, że ktoś ją przygarnął?

- A ty byś jej nie wziął? Skrzywdzić takiego konia mogłaby tylko ostatnia kanalia!

Kłamał. Klacz umierała obok swego pana, brocząc krwią z pyska. Dobił ją pchnięciem lancy. Nie chciał jednak sprawiać bólu przyjacielowi i to wtedy, gdy znajdował się w tak kiepskim stanie.

- Nie jesteś ranny, więc co ciebie tu trzyma?- spytał Johann.

- Siostrzyczkom pomagam... i po księgozbiorach myszkuję – odparł jego przyjaciel.

- Bardziej pasjonuje cię zielarstwo czy leczenie wrzodów?

Johann podniósł się, opierając o wystrugany przez Lothara kostur. Obrażenia goiły się powoli.

- Są ciekawsze woluminy. Poza tym, wiedziałeś, że tutejszych uzdrowicielek nie obowiązują śluby czystości? Niektóre są warte uwagi... i chętne.

- Od tego trzeba było zacząć!

- Toteż od tego zacząłem!

- Przez tę księgę... – Johann zablokował cios – zupełnie oszalałeś!

- Sądzisz, że postradałem rozum!? Ty, który chcesz, by zaraza dalej się rozprzestrzeniała?! – odpowiedział, odbijając klingę.

- Chodź ze mną – poprosił Johanna przyjaciel. – Gdybyś osłabł, mów, pomogę ci.

- Nie trzeba, tylko nie idź za szybko.

Minęli komnaty, wciąż pełne rannych, tuż za nimi znajdowało się zejście ku niewielkiej piwniczce.

- Już? – raczej stwierdziła, niż spytała oczekująca na nich uzdrowicielka. Zazgrzytał klucz w zamku, masywne drewniane drzwi stanęły otworem. Weszli.

- Stój tam spokojnie! – powiedział Lothar, mierząc mieczem w stronę znajdującej się w pomieszczeniu dziewczyny.

- Buntowniczka? – zapytał podpierający się kosturem rycerz.

Była odziana w poniszczoną przeszywanicę, wywnioskował więc, że służyła w wojsku. Armia Cesarstwa nie przewidywała jednak dla kobiety roli innej, niźli markietanki. Buntownikom zaś potrzebny był każdy, kto mógł unieść miecz.

Lothar potwierdził, po czym zamkniętej w celi dziewczynie wymierzył siarczysty cios w twarz.

- Niewierne ścierwo – mruknął pogardliwie, zabierając się do kolejnego uderzenia.

- Przestań! – Johann szarpnął nim, na ile pozwalały mu siły. – O co tu chodzi?

- Zdezerterowała dzień przed bitwą – spokojnym głosem odezwała się kapłanka. – Gdy przyszła, była poważnie ranna po starciu z wartownikiem który chciał ją powstrzymać. Zajęłyśmy się nią. Niedługo potem wyznała nam, że uciekła, bowiem jej obóz wycięła w pień zaraza. Zaskoczyła nas ta wieść, gdyż zbyt długo była pośród chorych, by zachować zdrowie. Chyba że jej organizm jest odporny.

Ta historia nie podobała się Johannowi. Brzmiała jak ustalona zawczasu formułka, a pewne jej elementy budziły wątpliwości.

- Sądzą, że wspomagając się magią jej krew uczynią lekiem na zarazę – wyjaśnił Lothar.

- Trwałeś do końca przy swojej umierającej żonie, a jednak wciąż żyjesz. Również jesteś odporny?

- Niestety... – westchnął w odpowiedzi Lothar.

- On jest... Jest nieodpowiedni! – powiedziała kapłanka podniesionym głosem, krzyżując ręce na piersi.

- A ona? – Johann wskazał na rebeliantkę. – Dlaczego milczy, gdy o niej dyskutujemy? Nie ma nic do powiedzenia w tej sprawie?

- Jest niemową – odparł Lothar, po czym wykorzystując chwilę nieuwagi Johanna, szturchnął go w bok.

- A ty prostakiem i idiotą... – oburzył się Johann, zbyt słaby na bardziej stanowczą reakcję.

- Zwyczajnie nie mogę zdzierżyć, że bogowie zesłali taki dar na nie potrafiącą wydusić z siebie choćby słowa debilkę! I jakim prawem baba bierze się za wojaczkę?!

- Swoją żonę też tak traktowałeś? Bo zaczynam mieć wątpliwości, czy zmarła na zarazę... – Odwrócił się w stronę kapłanki – A ty, siostro miłosierdzia? – Powiedział z kpiną, patrząc w zimne oczy kobiety. – Czyżbyś udawała, że nic się nie stało? A może to aprobujesz? – Sam nie pojmował, dlaczego broni tej niemowy. Z niepojętych dla niego przyczyn, współczuł jej.

- Przyda się smarkuli nauka pokory, tym bardziej że przystępuje do naszej wspólnoty – odburknęła urażona kapłanka.

- Pytałem, czy ona zadeklarowała taką chęć?

- Ona do nas przystępuje! – powtórzyła nieznoszącym sprzeciwu tonem.

„Zakonna miłość bliźniego i opieka nad słabszym, lekcja praktyczna”, pomyślał rycerz.

Noc miał wyjątkowo niespokojną. We śnie, który wydawał się wspomnieniem, ujrzał klęcząca obok jego posłania kapłankę, która przystawiała mu do ust złocisty pucharek. Nie przypominał sobie tego, musiały to być pierwsze dni jego leczenia. Napój z pewnością nie był ani wodą ani żadną ze zwyczajowych mikstur, bowiem nie podawano ich w tak kosztownych naczyniach. Identyczne kielichy zazwyczaj napełniano... Nie, to niemożliwe... Czyżby to było Wino Alwersbanu? Czymże zasłużył na takie wyróżnienie? Nie wiedział.

Świątynia słynna była z podawanej tu tajemniczej substancji, cudownego specyfiku znakomicie leczącego choroby i przyśpieszającego gojenie ran. Przez wzgląd na krwistoczerwoną barwę i cierpki posmak, nazywany był właśnie Winem Alwersbanu. Nikt nie wiedział, czym to „wino” było, a kapłanki nie kwapiły się do udzielania wyjaśnień. „Tajemnica zakonu”, tym hasłem zbywały wszystkich ciekawskich. Wiadomo było tylko, że posiadały go w niewystarczających dla wszystkich ilościach. Szersze zastosowanie specyfiku, czego pragnęło wielu uzdrowicieli z całego imperium, było wykluczone.

W jednej chwili wszystko wokół niego rozpłynęło się, rycerz znalazł się w przepełnionej czernią próżni.

- Jest tu kto?! Gdzie jestem? – zaczął wołać.

Miejsce, w którym się znalazł, wywoływało w nim niepokój. Choć było pozbawione jakiegokolwiek źródła światła, zarazem nie panowała w nim ciemność. Inaczej nie ujrzałby przytroczonej do pasa broni. Miał wrażenie niezwykłej rześkości oraz lekkości panującej w tym świecie. Nagle wyczuł instynktownie czyjąś obecność. Gwałtownie obejrzał się za siebie. Ujrzał około szesnastoletnią, rudowłosą dziewczynę w przeszywanicy. Tę, nad którą za dnia pastwił się Lothar. Miała na imię... Ilsa? „Skąd znam jej imię, do diaska?!”- zdziwił się. Nie została mu wtedy przedstawiona, nie było nawet ku temu powodu, gdyż nie znaczyła więcej, niż przedmiot czy zwierzątko w klatce. Ona sama, rzecz jasna, również nie była w stanie zdradzić swojego imienia.

Zdecydowanym ruchem wyszarpnął miecz, z przerażeniem uświadamiając sobie, że już od dawna nie śnił.

Kimkolwiek bądź czymkolwiek była, to ona musiała przenieść go w to dziwne miejsce.

Prędko opuścił ledwo co wyjętą broń. Nie czuł ze strony dziewczyny żadnego zagrożenia. Emanował od niej tylko strach, bała się nie mniej, niż on. Sprawiała wrażenie, jakby trawił ją bezbrzeżny, dziecięcy, żal do świata. Dlaczego? „Żyła w chlewie, i w nim sczeźnie – myślał. – Życie jej nie rozpieszczało, i zdaje się że przymusowy nowicjat tego nie poprawi... Eksperymenty z jej krwią również. Za tym spotkaniem jednak musi się kryć coś jeszcze... Czym lub kim ona jest? Co chce przekazać?”.

Zbliżyła się wolnym krokiem, stanęli naprzeciw siebie. Zapadła zupełna ciemność, z której wyłaniać zaczęły się obrazy z przeszłości.

Najpierw ujrzał smoka, wielkiego i czarnego jak smoła. Stwór wył i zionął ogniem. Był majestatyczny i dumny, lecz czas jego chwały już przeminął, albowiem konał, trafiony w serce. Smok legł bez życia na ziemi, a czas sprawił, że przykryły go góry. „Góry Alwersbanu, znane również jako Góry Smoczego Czarta” – usłyszał. Ktoś mówił do niego. Czuł, jakby ten ktoś sączył myśli do jego głowy. Smoczy Czart? Król smoków? Słyszał o nim legendy, podania o straszliwym bóstwie barbarzyńców. Uważał to wszystko za bzdurę, smoki istniały, owszem, lecz nie potrafił sobie nawet wyobrazić tak wielkiego bydlęcia! Gdzie takie stworzenie miałoby żyć? Czym się żywić? Taki potwór nie miał prawa istnieć! A jednak, na przekór wszystkiemu, istniał?

Następnie objawiły się mu kolejne obrazy, okruchy minionych wieków, ukazujące szamanów podczas krwawych obrzędów nad pokrytym rytualnymi inskrypcjami ołtarzem. Mozaiki na ścianach... Przecież podobne widział jeszcze dzisiaj! Zawarte w nich symbole i metafory odzyskały dawną, wynaturzoną i diaboliczną wymowę. Obrazy okropieństw z prawieków rozpadły się, a z nich wyłoniły się dalsze dzieje gór Alwersbanu. Zrozpaczona kobieta klęczała w opuszczonej komnacie u stóp ołtarza, tego samego, który lata wcześniej regularnie spływał krwią. Jak na fresku namalowanym w holu u wejścia budowli. Jednak to, co widział i czuł od niej teraz, nie miało porównania z odczuciami człowieka oglądającego martwą i statyczną wizję. Bijący od niej ból i strach był wręcz porażający. Jakie piekło musiała przejść, nim znalazła kryjówkę? Dawna świątynia barbarzyńców, niegdyś regularnie spływająca krwią ofiar, stała się dla niej schronieniem przed ich hordą, gdy najechali ziemie Imperium. Kobieta, którą widział, była założycielką zakonu uzdrowicielek. Wizja rozpłynęła się. Ciemność, nicość, lecz oto prędko przywołana została jeszcze jedna, najbardziej przerażająca karta przeszłości. Widział w niej barbarzyńców plądrujących komnaty i mordujących kapłanki. Był to czas Wielkiego Najazdu. Jeden spośród grabieżców wyrwał stronicę z pradawnej księgi, której okładka była obita czarną skórą, zdartą z potomstwa Smoczego Czarta. Barbarzyńcy, wciąż otaczający świątynię nabożną czcią, nie ograbiali jej ze skarbów. Wizja wojownika niszczącego wolumin nie była z całą pewnością przypadkowa. Skąd to wiedział? Ten głos... to on wszystko wyjaśniał, tłumaczył... lub tylko go próbował zwodzić. Cokolwiek czynił, rycerz nie chciał, i nie potrafił z nim walczyć. Był w stanie tylko biernie go słuchać...

Najeźdźcy swoich rannych napoili Winem Alwersbanu, cudownym panaceum na wszystkie schorzenia... poza zarazą. „Dlaczego jest ona jedyną przypadłością, wobec której jest bezsilny?” – rozległ się histeryczny ryk w jego głowie.

Widział triumfujących wojowników, powracających zwycięsko z wyprawy, radośnie witanych w rodzimych osadach. Sioła te niedługo wyludniła epidemia. Jedne wymarły po pięciu latach, inne po dziesięciu. Jednakowoż żadna z wsi, do których powrócili uleczeni cudownym lekiem nie uniknęła zagłady. Czasem choroba kryła się latami, ujawniając się dopiero u synów lub wnuków. Nigdzie jednak, gdzie dotarli ozdrowieńcy, nie udało się uniknąć zagłady. Johannowi zajaśniała nagle w głowie myśl, tym razem miał jednak pewność, że pochodziła od niego. Proroctwo o Zemście Czarnego Czarta, czyżby o tym mówiło? Zapisane zostało na ukrywanym od wieków pergaminie, który stał się źródłem wielu niesnasek między uzdrowicielkami a imperialnymi urzędnikami, domagającymi się bezskutecznie, by udostępnić im jego treść. Tej nocy głos, taki, jaki miałaby Ilsa gdyby potrafiła mówić, zdradził mu jeszcze wiele innych tajemnic, które przez długi czas uznawał za nocny majak...

Od wojny domowej i rozpadu Imperium minęło pięć lat, zaś od czterech pogrążone w chaosie ziemie trawiła zaraza. Dwaj rycerze, walczący obecnie dla tego, kto zapłaci im więcej, kończyli suto zakrapiany posiłek w przydrożnej gospodzie „Pod Wilczym Pyskiem”.

- Na mnie już pora! – oznajmił Lothar, dopijając resztkę trunku.

Lothar miał udać się do świątyni w Alwersbanie z ważnym pergaminem, który odkupił od antykwariusza tydzień wcześniej. Johann wiedział, czym on jest, choć jego kompan nawet mu go nie pokazał...

Johann miał wiele wątpliwości co do celu podróży swego towarzysza. Niepokoiło go, że od tygodnia prześladowało go wspomnienie nocnych wizji sprzed lat. Godzinę po tym, jak jego przyjaciel odjechał, on udał się w podróż za nim, na wyprawę do Gór Smoczego Czarta...

Rycerze odpoczywali po wyczerpującym pojedynku. Lothar natychmiast zajął miejsce przy wyjściu, by nie pozwolić Johannowi i Ilsie na opuszczenie komnaty.

- Tak ci zależy na życiu tego tłumoka?! – dopytywał się.

Johann niezdarnie pogładził po głowie tulącą się do niego, płaczącą dziewczynę. Lothar odwrócił z pogardą wzrok, kątem oka jednak dostrzegł, jak Johann wykonuje szybko ruch przy pasie i coś szepcze do towarzyszki. Nie był jednak w stanie odgadnąć, co to może znaczyć. Splunął, wypluwając z krwią zęba. Dzieło opancerzonej pięści jego druha.

- Okłamały cię! – krzyknął Johann. – Naprawdę wierzysz, że z tej misy wypłynie lek? Z jej krwi, zmieszanej z krwią Smocze...

- Żadnego smoka, bredzisz!- wrzasnął Lothar.

- Smoczego Czarta! Z mieszanki krwi ich obojga nastąpi uzdrowienie, a nawet ktoś zostanie przywrócony do życia! Pradawny demon!

- Pogańskie bzdury! – sapał Lothar.

Rycerz z przeciętym w czasie walki tabardem starał się zachować spokojny ton i przemówić dawnemu przyjacielowi do rozsądku.

- Tylko tyle powiesz? Na nic więcej cię nie stać? Lothar! Dotychczas tak naprawdę nic się nie stało! Zabite kapłanki? Stało się to z ich woli. Po prostu odpuść!

- Oddawaj to wynaturzenie, muszę dokończyć rytuał! Nie wiem, co one w tym czymś widziały, ale trzeba to dokończyć!

- Nie chodzi o żadną odporność! Kapłanki odkryły, że jest Wybraną. Zesłała na ciebie swoje wizje?

- Wizje? I kto tu oszalał?

Pomimo protestów Johanna, Ilsa wstała i podeszła do Lothara. Przysiadła obok niego, spoglądając głęboko w błękit jego oczu. Przez moment wyglądał na zupełnie otumanionego. Nagle wyrwał się z transu. To co ujrzał wprawiło go to we wściekłość. Uderzył ją czołem w twarz, zadał kilka razów pięściami i szamoczącą się, zaczął ciągnąć w kierunku ołtarza ofiarnego.

Johann, zerwał się na równe nogi. Lothar puścił dziewczynę, rycerze znów zwarli się w walce. Dotychczas traktowali się do pewnego stopnia łagodnie, choć żaden z nich nie zamierzał ustąpić. Sądzili jednak, że unikną zbędnego rozlewu krwi. Teraz granica została przekroczona.

Walczyli zawzięcie, do końca. Byli jednak równie zaprawieni w boju, żaden nie potrafił zdobyć przewagi w walce.

Lothar wyprowadził potężne pchnięcie, przed którym Johann cudem zdążył odskoczyć, niestety, potknął się o kamień i upadł na plecy. Jego rywal znalazł się nad nim, z mieczem wzniesionym do kończącego pojedynek pchnięcia. Lata przyjaźni poszły w niepamięć. Nim jednak zdążył dobić dawnego kamrata, poczuł ból pomiędzy łopatkami. Wypuścił miecz, z kącików ust popłynęła krew. Opadł na kolana, a potem padł bez życia na ziemię. Ilsa stała nad nim i patrzyła nieruchomym wzrokiem w sterczącą z pleców trupa rękojeść sztyletu.

Johann wiedział że to, co uczynią, jest sprzeczne z honorem. Lecz rycerski etos to jedynie wymysł trubadurów, niech więc oni się tym zamartwiają! Lothar nie doceniał Ilsy, uznając, że jako niemowa jest również niespełna rozumu. W przerwie między pojedynkami, Johann przedstawił jej swój plan. Nie wiedział, jak potoczy się walka, miał świadomość, że to jego może dosięgnąć śmierć. Nakazał Ilsie przez cały czas zachowywać się nieporadnie i płaczliwie – zgodnie z oczekiwaniami Lothara.

Johann spojrzał na jej posiniaczoną twarz.

- Wygląda kiepsko, ale lada dzień nie będzie śladu. Zresztą, lico to nie kufel z piwem, nie stłucze się! – Spróbował zażartować wojownik. Trochę obawiał się jej reakcji, nie wiedział czy powiedział dobrze. Ona jednak uśmiechnęła się.

- Teraz... od teraz jesteś wolna. Możesz mi towarzyszyć, lub odejść. Jego dobytkiem. – Spojrzał na martwego woja. – Jego dobytkiem podzielimy się.

Zobaczył, że dziewczyna stara się mu coś przekazać, postanowił jej pomóc.

- Rozumiem więc, że jedziesz ze mną?

Energicznie kiwnęła głową.

Odjechali. Najpierw postanowili udać się do gospody „Pod Wilczym Pyskiem”, doskonałego miejsca dla dwojga poszukujących pracy najemników. W tych niespokojnych czasach, nietrudno było mieczem zarobić na utrzymanie.

Odjechali, skazani na siebie nawzajem, zupełnie sobie obcy.

Ona, ciężko doświadczona przez życie kaleka, pogrążona w znanych tylko sobie myślach, których treści nawet nie potrafiłaby przekazać.

I rycerz, którego nie opuszczały wątpliwości, wciąż pytający sam siebie, czy stanął po właściwej stronie.

Ocena użytkowników
7,5 Średnia z 1 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

Wczytywanie...