Neuro-soundtrack

W artykule o muzyce podczas sesji Ellesis bardzo rzeczowo poruszył temat niezwykle newralgiczny. Trudno wyobrazić sobie kilkugodzinną grę bez choćby szczątkowej oprawy muzycznej, tą zaś należy stworzyć uprzednio, przewidując preferencje graczy, kolejność planowanych wydarzeń oraz sposób na ich ilustrację wybranym utworem. Zadanie to okazuje się niekiedy karkołomne i czasochłonne, zwłaszcza, gdy próbujemy wyobrazić sobie do muzyki narrację.

Abyście nie musieli wyłącznie wyobrażać sobie jak to będzie, gdy zabraknie wam pomysłu na utwór i sesja przemieni się w irytujące YouTube Party, przedstawiamy własną propozycję krótkiej playlisty sesyjnej, wraz z krótkimi przykładami narracji, którą można zastosować w kolejnych odsłonach charakterystycznego klimatu Neuroshimy. Jeśli będziecie zainteresowani, z przyjemnością poszerzymy zarówno opisy, jak i samą playlistę, którą w całości możecie przesłuchać tutaj. A zatem uszy, oczy i wyobraźnia w dłoń! Znaczy... W ruch!

1.

(Chrom)

Zapieprzałeś na swoim Roadkingu przez sam środek nieskończenie wielkiego tumanu kurzu, który w zamierzchłych czasach nosił podobno miano Arizony. Ściskając kierownicę jakbyś był do niej przyspawany, cisnąłeś swojego potwora bez zważania na pojemność baku i rosnącą cenę jego ubywającej zawartości, zdeterminowany zdążyć do najbliższego miasta przed zachodem słońca. Muza z odtwarzacza, który po koszmarnych pieniądzach opchnął ci jeden traper w Hegemonii, waliła po uszach aż miło, pozwalając ci mknąć przez skwar, pot, kurz i bezdroża z lekkim uśmiechem na ustach. Wszystko, czego potrzebowałeś, miałeś ze sobą. Wszystko, co uznałeś za zbędne, z każdym kilometrem zostawiałeś coraz bardziej w tyle.

Przed tobą otwierała się bezgranicznie wielka przestrzeń, bez żadnych ograniczeń, punktów odniesienia lub, jak okiem sięgnąć, ludzi, mutantów albo innych potencjalnych sukinsynów. Totalne pustkowie, powiedzą jedni. Świat pełen możliwości, powie ktoś, kto tak jak ty spędził ostatnie 5 lat życia na arenie. Jak okiem sięgnąć... A jednak. Zwolniłeś odrobinę, przetarłeś opancerzone kurzem lusterko. Refleksy słońca na szybach i karoserii, błyskające jakieś 3-4 kilometry za tobą, nie pozostawiały złudzeń. Szef nie był szczery, gdy życzył ci udanej emerytury i widocznie nie zamierzał puścić cię bez walki. Uśmiechnąłeś się szeroko. No właśnie. Bez walki.

Poważny błąd, szefie...

2.

(Chrom)

Do miasteczka dojechałeś tuż przed zachodem słońca. Harley'a zostawiłeś przed wejściem do baru, żeby każdy dokładnie go widział. Wszedłeś na taras, pchnąłeś stanowiącego zamiennik drzwi nietoperza. Chyba zbyt długo pakowałeś w siłowni albo zbyt długo nikt nie widział tu śrubokrętu, bo jedno skrzydło odpadło i obwisło smętnie. Wszedłeś do środka.

Ciemne, pełne gryzącego dymu nędznej imitacji papierosów wnętrze pełne było także równie nędznych imitacji ludzi. Zęby jak płot po wiejskiej imprezie, gęby tak brzydkie i brudne, że od patrzenia na nie pękały oczy. Definitywnie miejscowi. Na twój widok atmosfera zgęstniała tak bardzo, że bez trudu pokroiłbyś ją którymś ze swoich czterech noży. Widocznie tutejsze rednecki dobrze znały takich jak ty i z srając w gacie czekały na twój pierwszy ruch, nerwowo poprawiając palce na spustach. I dobrze.

Popatrzyłeś na wszystkich z góry i leniwym ruchem rzuciłeś na blat złotą grudkę. Samorodek nie należał do największych, ale i tak był wart pewnie więcej, niż wszystkie gamble, jakie przewijały się przez tę budę w ostatnim półroczu. Zaczesany na spoconą pożyczkę stary barman chwycił go od razu, obejrzał i przygryzł resztką po zębach, po czym wydał z siebie radosny okrzyk.

Speluna eksplodowała życiem i entuzjazmem. Niczym z otwartej nagle puszki pojawił się gwar, śmiechy i rozmowy, zastygła na blacie dziwka wróciła do tańca, pokerzyści rzucili wreszcie na stół zatrzymane w powietrzu karty. Usiadłeś ciężko na wysokim stołku, ktoś podsunął ci kufel spienionego piwa, ktoś klepnął w przelocie po plecach. Kupiłeś co chciałeś. Teraz pozostało czekać na twój "pościg".

3.

(Chrom)

To było straszne. Zatrzymaliśmy się akurat gdzieś między Kansas a Nebraską, bo w wozie Jimmy'ego postanowiła ostatecznie zdechnąć skrzynia biegów. Siedzę więc ja pod tym cholernym, przedpotopowym Mustangiem, piach parzy mnie w plecy, kamienie kłują w dupę, pot ścieka ze smarem strumieniami po gębie, aż tu nagle słyszę. Zerwałem się od razu, pieprznąłem łbem w podwozie, zakląłem, chłopaki się zbiegli. Wyłażę spod wozu, stoimy, słuchamy. Patrzę na wschód.

- No żesz kurwa...

- Dokładnie. – zgodziłem się z Jimmym. Wszyscy trzej wiedzieliśmy dokładnie co to za zaśpiew, co to za muzyka i co to za pieprzony, szkolny autobus z pierdoloną, parafialną wycieczką.

- Mike, skocz po spluwaczki. – poleciłem krótko. Mike już grzebał w bagażniku. Wszyscy trzej nienawidziliśmy Salt Lake, religii i religijnych pojebów. Wypłowiały, żółty szkolny autobus zbliżał się w naszą stronę z nienawistną pieśnią przebijającą przez rzężenie prehistorycznego silnika.

Szczęknęły trzy bezpieczniki trzech M-16. Niech przyjdą.

Apokalipsa czy nie, jakieś zasady muszą być.

4.

(Chrom)

- Łap go! – wrzasnął Stephen na widok mechanicznego drona wielkości deski surfingowej, który właśnie wleciał do baru wraz z rozbitym oknem. Bez namysłu odskoczyłem od owsianki ku robotycznej mendzie, wciąż uzbrojony w trzymaną w dłoni łyżeczkę.

- Łap go, kurwa! – powtórzył, kiedy ustrojstwo zaczęło wirować pod sufitem, tłukąc moją głową o strop. Aha, łatwo się mówi, jak się jest sierżantem, Stephen. Dron przechylił się, odbił od niedziałającego wentylatora, zrzucając mnie na podłogę i z furkotem wyleciał na zewnątrz. Stephen wyprzedził mnie, pobiegłem za nim, zgarniając po drodze broń zostawioną przy kiblu.

- Zestrzelić to gówno!!! – darł się na całą ulicę do wszystkich chłopaków, których maszyna musiała nie zauważyć. No to zauważyła.

Ze wszystkich okien, wszystkich dachów, drzwi i wszystkich koszy na śmieci sypnęły pociski. Cały odcinek dawnej drogi na przedmieścia zalał się ogniem z 18 karabinów, które w niewytłumaczalny sposób chybiały celu. Robot był najwyraźniej tak dobrze (lub tak tragicznie) zaprogramowany, że jego logika ruchu praktycznie nie istniała, wydatnie utrudniając nam celowanie. Wpierw raptownie podwyższył, potem obniżył pułap, wlatując do budynków, zawracając, zamiast uciekać, kręcąc bezsensowne beczki i obijając się o latarnie.

Na Boga, ludzie, nie załamujcie mnie!!! – ryczał rozjuszony sierżant, sam nie osiągając więcej od pozostałych, choć nie mogłem odmówić mu racji. Gdy polowanie na wściekłą kaczkę przeciągnęło się na dobre pół minuty, w przerwach między kolejnymi strzałami dało się słyszeć śmiechy niedowierzania. Myśleliśmy już, że dron nam zwieje, ale tuż za winklem ostatniego budynku bez żadnej przyczyny zanurkował i z całą mocą wbił się pionowo między resztki płyt chodnikowych.

- Jenkins! Chodź tu! – zawołał mnie Stephen, który jak zwykle dobiegł na miejsce pierwszy. Przyszedłem. Oceniłem.

- Zjarany programator. Zjarana płyta główna. Zjarany RAM. Przegrzał się, sukinsyn.

- Musiał przelecieć długą drogę bez postoju. – sierżant zamyślił się nad dymiącym wrakiem. – Co oznacza, że główne jednostki będą tu najwcześniej jutro... Scorch! – zawołał oddziałowego sapera-piromana. – Masz 24 godziny na zaminowanie terenu wokół i wewnątrz miasta.

- Dwa.... Dwadzieścia... cztery... panie sierżancie?

- Dokładnie. Baw się dobrze. – dodał Stephen, widząc jego minę. Dla Jasona "Scorcha" Kirklanda Gwiazdka przyszła wcześniej w tym roku.

5.

(Stal)

Świtało, gdy Kirkland, rechocąc jak wariat, skończył nadziewać wszystko wokół nas ostatnimi wytworami swojego chorego umysłu. Było już koło południa, gdy maszyny Molocha wreszcie pojawiły się w zasięgu naszego wzroku i strzału.

- Klaun na twojej trzeciej. – patrzący przez lornetkę Jenkins oznajmił mi to, co sam już widziałem gołym okiem.

- Widzę. – potwierdziłem, poprawiając RPG na ramieniu. – Wiatr?

- A co za różnica? Celuj w środek to jakoś trafisz.

Westchnąłem. Spece. Technicy. Pół-cywile. Koniec świata.

Przymierzyłem, strzeliłem. Trafiłem. Przeklęty klaun zamienił się w kupę złomu, porozrzucaną w promieniu kilkunastu metrów. Inni też widzieli. Trwała cisza. Za wcześnie na oklaski. Zza pobliskiego wzgórza nacierała na nas cała dywizja maszyn. Sieciarze. Gladiatorzy. Dziauka Gaussa. Klauny. Rzeźnicy. Wszystko to i masa Bóg wie jakiego cholerstwa, gotowego rozjechać nas jak stonki.

- Niech nikt nawet nie próbuje wyobrażać sobie, że nie wygramy. – zagroził mnie i wszystkim pozostałym przez krótkofalówkę sierżant Collins. – Jeśli usłyszę, że któryś z was choćby pomyślał słowo "porażka", osobiście urwę mu jaja. – Popatrzyłem na nadciągające maszyny, pomyślałem o swoich jajach. Coś we mnie urosło. Kocham cię, Stephen.

- Mamy dziś wyjątkową okazję skopać jedną z żelaznych dup Molocha, która rozwiera swe mechaniczne poślady, by oblać falą gówna kolejne połacie naszych ukochanych Stanów. Chcemy mu na to pozwolić?

- Nie! – pomyślałem, przykładając oko do lunety i biorąc kolejną puszkę na cel.

- Chcemy wziąć własne dupy w troki, żeby utonąć w gównie, w jakie zmienią nasze życie te pieprzone maszyny?!

- Nie!!! – odkrzyknąłem, nawet nie sięgając po krótkofalówkę, ale i tak słyszeliśmy się wszyscy.

- No ja, kurwa, myślę, że nie! Właśnie dlatego kładziemy ogień zaporowy na to, co podjedzie. Moloch jest cwany, połapie się w pułapce, jeśli nie nadgryziemy go na wstępie. Kiedy podjedzie wystarczająco blisko i licznie, Scorch naciśnie czerwony guziczek. To, co zdoła wcześniej wjechać do miasta, już z niego nie wyjedzie. Jasne?!

Jasne, że jasne. Jak nic nigdy wcześniej, ani później w moim zasranym życiu.

6.

(Rtęć)

To było długie, gorące, pełne stali, ołowiu, napalmu i krwi popołudnie, które zmieniło się w równie długą, ciężką, pełną walki noc.

To była noc. Największa, najciemniejsza, ostatnia noc w waszym życiu.

Gdy wybuchły wszystkie miny, gdy wszystko potoczyło się tak, jak planowaliście, okazało się, że czeka was jeszcze kilka długich godzin walki z kilkoma ciężko opancerzonymi machinami. Tych kilka godzin kosztowało was niemal cały zapas granatów, plastiku, a przede wszystkim pięciu świetnych ludzi. Zaś nadchodząca noc...

- Panie sierżancie...- rzucił ktoś nieśmiało w stronę Collinsa. Stephen nie słuchał. Stał na szczycie zawalonego wieżowca, razem z wami wpatrując się nieruchomo w upiornie ruchomy horyzont. Kości policzkowe na jego twarzy pokrytej twardym, golonym wojskowym nożem zarostem, drgały miarowo. Wolno. Niczym kolejne uderzenia zwalniającego serca.

- Panie sierżancie. – bez odpowiedzi. Sierżant wpatrywał się w horyzont, jakby chciał siłą woli zepchnąć z niego nieprzerwaną linię zbliżających się maszyn. Nieprzeliczone mrowie piekielnych wynalazków nieludzkiej inteligencji, z którą wiele lat temu cała ludzkość walczyła i przegrała, ciągnęła właśnie w waszą stronę. Widocznie mieliście pecha. Widocznie akurat dzisiaj Moloch postanowił zrobić kolejny, pancerny krok poza granicę swej domeny. Akurat wy mieliście być pyłem na podeszwie jego buta.

- Widocznie nasz wywiad się pomylił. – odparł wreszcie Stephen bezbarwnym głosem, równie pustym, jak jego oczy. Nie tylko jego, bo wzrok was wszystkich mimowolnie błądził w tym samym kierunku. Ku forpocztom gargantuicznej machiny zagłady, której moglibyście dać odpór i uciec, gdybyście tylko mieli odwagę. A nie mieliście.

Przez lata Moloch doskonalił się w swojej sztuce. Różne jej dziedziny opanował w różnych stopniach. Wczorajszy dron i dzisiejsza bitwa były tylko jednym z przykładów. W niczym jednak Moloch nie udoskonalił się tak bardzo, jak w łamaniu ducha swoich przeciwników.

- Panie sierż... O słodki Jezu przenajświętszy...

- Wiem, Sanchez. Wiem. – skwitował sierżant, patrząc na najbliższe maszyny. Smith od pasa w dół zamieniony w transporter opancerzony, z działkiem kaliber 88 milimetrów wychodzącym z ust. Malcolm, a raczej jego wytatuowany korpus, trzymający w rękach miotacz płomieni, którym ział bez sensu na lewo i prawo z przyczepionego do pleców kanistra. Jenkins, poruszający się na czterech własnych i czterech dodatkowych kończynach, obłożony elektroniką w diabli wiedzą jakim celu. Wreszcie Kirkland, do połowy zespawany ze stelażem klauna, żonglujący granatami ze śmiechem emitowanym z dwóch wielkich głośników.

- Panowie. Umrzeć razem z wami stanowi dla mnie zaszczyt. – powiedział kapral Collins i sięgnąwszy po karabin zaczął schodzić na dół.

7.

(Rdza)

Sterta trupów zaścielała podłogę, stoły i werandę baru. Wiatr gwizdał kpiąco przez przestrzelone okna, potrząsając samotnym, podziurawionym skrzydłem nietoperza. Szafa grająca nadal wygrywała jakąś kowbojską melodię, choć jedyny żywy człowiek w tym barze nie miał w sobie zbyt wiele z kowboja. Owszem, bawił się bezwiednie szklanką pełną whiskey, lecz robił to bez przekonania, by po chwili wylać jej zawartość na leżącego pod nim trupa. Z jego ramienia krew ciekła strumieniem, ale potężny, długowłosy mężczyzna nie zważał na to. Wiedział, że nie umrze, nie miał dzisiaj szczęścia. Tak jak cała zgraja tych nieszczęsnych sukinsynów, których śmierć kupił razem z butelką cholernej whiskey.

I po co to było? Po co to komu, szefie? – pytał sam siebie, patrząc w martwe twarze swych dawnych kumpli z gangu. O wiele bardziej, niż kowboja, przypominał wielkiego, zmęczonego zabójcę, którym był całe życie i którym najwyraźniej miał już pozostać. Nie tak to sobie planował. Nie tak to sobie wyobrażał.

Z praktycznie pustej szklanki wychylił ostatnią kroplę. Zupełnie pusta szklanka zakończyła żywot na ścianie. Z butonierki martwego barmana zabójca wyciągnął wciąż biała chusteczkę, na której krwią z przestrzelonego ramienia skreślił krótką, treściwą wiadomość. Zakrwawioną już chustkę przyczepił do czoła wciąż martwego, byłego kolegi, przybijając ją wyjętym wcześniej z klatki piersiowej nożem. Może to wystarczy. Może teraz zrozumieją.

Zostawił na blacie parę gambli na zapłatę, wyszedł, omijając trupy, odpalił silnik swojego Roadkinga.

Może teraz pozwolą mi zdechnąć w spokoju, pomyślał, odjeżdżając w noc.

Ocena użytkowników
9,25 Średnia z 2 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...