Wywiad z Marcinem Rusnakiem

rusnak, marcin

Realia polskiego szkolnictwa na wszystkich poziomach uczą, że historia to jeden z najskuteczniej obrzydzanych tematów. Ty jednak rozmyślnie używasz jej jako tła i "rekwizytu". Dlaczego?

Wielu uczniów nie lubi historii, to fakt. Wynika to z kilku czynników, o których nie będę tu szerzej mówił, wspomnę tylko o tym najważniejszym. Mianowicie wydaje mi się, że spore grono nauczycieli wciąż wymaga na lekcjach historii wiedzy encyklopedycznej – dat, nazw i nazwisk – co dla uczniów, przy obecnym niezwykle łatwym dostępnie do takiego typu wiedzy, jest pozbawione sensu. Po co zaprzątać sobie głowę nazwiskami najważniejszych polityków okresu międzywojennego, skoro w razie potrzeby można to sprawdzić trzema kliknięciami?

Tymczasem historia jako rekwizyt i tło jest dla pisarza, a szczególnie pisarza fantasty, niebywale atrakcyjna. Uczy logiki, podsuwa nam zasady działania ciągów przyczynowo-skutkowych, pomaga budować wiarygodne realia wyimaginowanych światów. Ale to wciąż nie wszystko. Bo historią można się bawić, tak jak ja starałem się to zrobić w przypadku „Czasu Ognia, Czasu Krwi”. Nasza przeszłość to nie tylko skarbnica wiedzy na temat ludzkości, ale chyba przede wszystkim gigantyczne pole do zadawania pytań „co by było, gdyby...”. I przebierania pośród setek fascynujących odpowiedzi.

Historia wreszcie jest ekscytująca, egzotyczna i po prostu sexy, jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało. Obecnie Internet i inne media sprawiają, że wszystko wydaje nam się bliskie, znajome, a przez to jakby mniej atrakcyjne. A uciekając ku przeszłości, ku historii właśnie, łatwo możemy odnaleźć tę nutę egzotyki, frapującej obcości. Za sprawą Hollywood wszyscy wiemy, jak wygląda przeciętne amerykańskie więzienie – ale jak w XVII wieku egzystowali osadzeni w londyńskim Tower? Lot samolotem to obecnie rzecz codzienna – ale co powiecie na lot balonem albo sterowcem? Sylwetka Megan Fox może zachwycać niektórych mężczyzn, ale co musiała w sobie mieć Katharina Schratt, jeśli usidliła samego Franciszka Józefa?

czas ognia czas krwi, okładka

Skąd wybór akurat końcówki XIX wieku i Węgier czy Austrii do „Czasu Ognia, Czasu Krwi”? To dość nietypowy czas i miejsca akcji dla powieści, której głównym bohaterem jest, było nie było, mag.

Miejsca odwiedzane przez głównego bohatera „Czasu Ognia, Czasu Krwi” to w większości miasta, które sam odwiedziłem i które zapadły mi w pamięć. Stąd część akcji rozgrywa się w Wiedniu, część w węgierskim Gyor, w Krakowie, Pradze, Montserrat... to były miejsca, które znałem i które mogłem w miarę wiarygodnie przedstawić albo przetworzyć na potrzeby tekstu literackiego. A czemu XIX wiek? Marzył mi się od dawna klimat łączący steampunk i magię, a końcówka XIX wieku (alternatywnego XIX wieku, trzeba zaznaczyć) idealnie się do tego nadawała. Nie chciałem klasycznej powieści fantasy w quasi-średniowiecznym settingu – wolałem pobawić się przetworzonymi realiami historycznymi, steampunkowo-wiktoriańskimi rekwizytami, dorzucić do tego w ramach smaczku kilka postaci historycznych, urządzić sobie małe political fiction i podlać to wszystko magicznym sosem, a później zobaczyć, co z tego wyjdzie. Mnie, szczerze powiedziawszy, efekt końcowy bardzo się podoba.

Mało spektakularny, nieco karykaturalny olbrzym, w dodatku mierny czarownik – bohater powieści. Nie czułeś, że to ryzykowny zabieg?

Nie. Wśród bohaterów, których do tej pory powołałem do życia, Filip Saggo to jeden z moich zdecydowanych ulubieńców. Kocham konwencję fantasy, ale drażnią mnie bohaterowie, którzy nieraz pojawiają się w tych tekstach: piękni, waleczni, inteligentni, wszechwiedzący... Dlatego bardzo cenię sobie tych autorów, którzy potrafią stworzyć wiarygodne, wielowymiarowe postaci. Sapkowskiego – za Geralta, Grzędowicza – za Drakkainena, Gaimana – za Cienia czy Richarda Mayhew. Chciałem stworzyć bohatera, który będzie czymś więcej niż tylko kalką fantastycznego archetypu i chyba mi się to udało. Inna sprawa, czy takiej postaci oczekują czytelnicy – opinie są w tej sprawie podzielone: jedni pokochali tego mojego niewydarzonego maga, inni woleliby pewnie takiego bardziej klasycznego, w spiczastym kapeluszu i z ognistą kulą na podorędziu.

Widać wyraźnie, że inspirujesz się Kingiem, Gaimanem, Lovecraftem. Czy uważasz, że dziś można jeszcze "namówić" czytelnika do prawdziwego strachu?

Nie wiem, czy kiedykolwiek można było. Nawet jak byłem jeszcze małym łebkiem, zaczytywałem się w Lovecrafcie czy Poem z pewną chorobliwą fascynacją... ale nie bałem się. Nie bałem się też po Kingu, Mastertonie, Castle'u... Nawet kiepski filmowy horror ma większe szanse autentycznie wystraszyć niż książka – taka jest po prostu siła przekazu wizualnego. Ale literatura może operować innymi narzędziami, inaczej oddziaływać na czytelnika, bo łatwiej jej korzystać z niedopowiedzeń, może być mniej dosłowna. Literaturze się też nie spieszy, nie ma presji wgniecenia widza w fotel. To, co w ekranizacji Lovecrafta wydałoby się śmieszne, w prozie pozostaje kosmiczne, mistyczne, nastrojowe. Atmosfery osaczenia czy zagrożenia, którą odczuwa się przez półtorej godziny kinowego seansu, nie da się porównać z klimatem bezradności sumiennie budowanym przez sześćset stron. Ja bym powiedział, że filmy mogą budzić strach, książki mogą budzić grozę. Ale podejrzewam, że dla każdego znaczy to coś zupełnie innego.

W „Opowieściach Niesamowitych” zamieściłeś dwa opowiadania grozy Cthulhu. Co było dla Ciebie najtrudniejsze podczas tworzenia takich opowieści?

cthulhu, lovecraft, age of madness

To dwa zupełnie różne teksty, więc trudno je wrzucać do jednego worka. „Koszmar z Yelland” to mieszanka prozy inspirowanej Lovecraftem, klimatami rodem z „Imienia Róży” Umberto Eco i chandlerowskiego kryminału. „Pudełku pełnemu cudów” bliżej do klasycznego Lovecrafta, choć przeniesionego we współczesne realia i z językiem, gdzie występuje znacznie mniej przymiotników (śmiech). Chyba najbardziej mi zależało na trzech rzeczach: żeby te teksty wyglądały jak hołd, a nie parodia; żeby były strawne dla czytelników, którzy za twórczością Samotnika z Providence nie przepadają; i żeby mimo wszystko czuć było w nich mój styl, moje pióro. Dotychczasowe recenzje sugerują, że wyszło nieźle.

Oddałeś czytelnikom cały zbiór bardzo dobrych opowiadań zupełnie za darmo. To jakiś podstęp czy mam do czynienia z "człowiekiem z misją"?

To czyste wyrachowanie (śmiech). Prawda jest taka, że część tych tekstów już się ukazała w różnych mediach. „Zabijając Ptaki” pojawiło się w jednym z ostatnich numerów SFFiH, dwa szorty wylądowały w antologii Szortal Fiction, „Ostatni Śnieg w Roku” opublikowałem swego czasu w Qfancie, „Zły Szeląg” i „Pielgrzymkę” w informatorach konwentowych. Chciałem je zebrać i udostępnić czytelnikom wraz z kilkoma utworami – jak na przykład wspomniany już „Koszmar z Yelland” czy „Farid Tkacz i Latający Dywan” – które ze względu na długość nie miały szans na publikację w periodykach czy antologiach. A czułbym się nie fair wobec czytelników, żądając pieniędzy za utwory, które już wcześniej można było przeczytać.

Poza tym jest to mój sposób na zaistnienie: przy obecnej sytuacji na rynku wydawniczym w Polsce bardzo ciężko jest wypłynąć, pokazać się szerszemu gronu czytelników, zwrócić na siebie uwagę. Mogłem udostępnić książkę za darmo albo przykładowo biegać na golasa po ulicach Wrocławia. Skandale mnie mierżą, więc zdecydowałem się na to pierwsze rozwiązanie. Czas pokaże, czy był to słuszny wybór, czy literacki odpowiednik strzału w kolano (śmiech).

Masz w planach jakąś epopeję na miarę „Mrocznej Wieży”?

Nie. Mam w głowie zalążki dwóch zupełnie od siebie niezależnych trylogii, ale nic dłuższego. A i do tych trylogii nie usiądę zbyt szybko: po pierwsze mam dużo krótszych pomysłów, które chciałbym wcześniej zrealizować; po drugie uważam, że w napisanie dobrego cyklu trzeba zainwestować bardzo dużo wysiłku i mieć dobry, równy, dojrzały warsztat. Nie czuję się jeszcze na siłach, żeby podołać takiemu wyzwaniu.

Wiemy już nieco o Twych ulubionych autorach. Jak rzecz ma się na rodzimym podwórku? Masz jakichś idoli, nauczycieli? Serie, na których kontynuacje czekasz?

O Sapkowskim już wspominałem – w książkach o Wiedźminie zakochałem się bez pamięci i ta miłość trwa do dzisiaj. Grzędowicz i jego „Pan Lodowego Ogrodu” to moim zdaniem najlepsza rzecz, jaka pojawiła się w polskiej fantastyce po roku 2000. Bardzo lubię też teksty Anny Kańtoch, jej warsztat robi niesłychane wrażenie, podobnie jak warsztat Łukasza Orbitowskiego, choć na zupełnie innej płaszczyźnie, w zupełnie inny sposób. Co do serii, na których kontynuacje czekam: pierwszy na myśl przychodzi mi Rafał W. Orkan – straszna szkoda, że ostatnimi czasy nic nie pisze, bo to facet z oszałamiającą wyobraźnią i świetnym stylem, mam nadzieję, że kiedyś pociągnie dalej wątki rozpoczęte w „Głową w Mur” i „Dzikim Mesjaszu”.

Jacek Piekara, pytany przez nas o radę dla tych, którzy chcą, ale z jakichś względów nie potrafią zostać pełnoprawnymi pisarzami, stwierdził, że jeśli nie możesz pokonać tej niemocy, to nie nadajesz się do tego. Zgodziłbyś się z tym poglądem?

A kim jest pełnoprawny pisarz? Kimś, kto żyje z pisania? Jeśli tak, to stwierdzenie jest bzdurne – mnóstwo rewelacyjnych autorów nie może znaleźć sobie wystarczającej niszy, by wpływów z książek starczyło im na rachunki, o marchewce do zupy nie wspominając. Przykłady na to, jak wiele zależy od szczęścia i innych czynników niemających związku z samym autorem, można mnożyć: niech wystarczy głośna jakiś czas temu sprawa kryminału spłodzonego przez J.K. Rowling czy wyniki sprzedaży książek, które Stephen King publikował jako Richard Bachman.

Pytanie obowiązkowe – jak tam Twoje doświadczenia z RPG? Posiadasz takowe? Pomagały Ci jakoś przy tworzeniu powieści?

Mam, pewnie. Dorastałem w latach 90-tych, gdy w Polsce był prawdziwy szał na gry fabularne. Wieczorów spędzonych na sesjach Warhammera nawet nie będę próbował zliczyć, bo było tego od groma. Poza tym bawiłem się w różne inne systemy: Zew Cthulhu, Wiedźmina, Shadowruna, Cyberpunka 2020... jako gracz i mistrz gry. To była świetna zabawa. Później, gdy trudniej było się regularnie spotykać w większym gronie, przerzuciłem się na komputerowe RPG i one też sprawiły mi niemałą frajdę – szczególnie seria Fallout, ale też pierwsza część Baldur's Gate, Arcanum, TES IV: Oblivion... Gdyby nie przerażający brak wolnego czasu, wciąż chętnie bym sięgał po nowe tytuły. Jednak przy pisaniu doświadczenia wyniesione z sesji częściej mi przeszkadzały niż pomagały. Minęło ładnych kilka lat, nim zrozumiałem, że dobry tekst literacki i dobra sesja RPG diametralnie się różnią, spełniają inne zadania, innym oczekiwaniom mają sprostać i innymi prawami się rządzą.

Wróćmy jeszcze na chwilę do horroru. Neil Gaiman, komentując popularność książek Stephanie Meyer, stwierdził, że największą krzywdą wyrządzoną przez nią gatunkowi, jest uczynienie jego sztandarowych postaci – wampirów – nieprzerażającymi. Sądzisz, że wobec natłoku miernych historii z pogranicza Harlequinów, można jeszcze odwrócić te szkody?

zmierzch, bohaterowie

Uwielbiam Gaimana, ale w tym przypadku się z nim nie zgodzę. Gdyby nie Meyer, takie wampiry zaserwowałby czytelnikom ktoś inny, najwyżej dwa, trzy lata później. Społeczeństwo oczekiwało pewnego rodzaju produktu, autorka to zapotrzebowanie po prostu umiejętnie dostrzegła i wyszła mu naprzeciw. Nie mówiłbym tu też o żadnej szkodzie dla wampirów. Przeczytałem pierwszy tom Zmierzchu, obejrzałem z mniejszym lub większym bólem wszystkie filmy z tej serii, a jak otwieram Draculę Stokera w oryginale, to dalej czuję ten specyficzny dreszczyk... Nie, wampiry mają się dobrze, dawno już były parodiowane, wyśmiewane i wpychane we wszelkiego rodzaju ramy i im nie zaszkodziło. Wierzę, że jeszcze nie raz napędzą nam konkretnego stracha, potrzebny jest tylko autor z pomysłem i dobrym warsztatem. O czym, mam nadzieję, będzie można się przekonać przy okazji premiery Księgi Wampirów – pierwszej polskiej antologii opowiadań wampirycznych. Książka ukaże się już wkrótce, a w niej, obok utworów takich pisarzy jak Marcin Pągowski, Dawid Kain, Grzesiek Gajek czy Marcin Podlewski – mój nowy tekst.

Jak rzecz ma się z filmami? Zdecydowanie więcej dziś nieśmiertelnych trupów w szafie i straszenia wściekłym kamerzystą, niż pomysłów w stylu "Kuli", "Lśnienia" czy choćby "Wywiadu z wampirem".

Tutaj też się nic nie zmieniło: podstawą jest pomysł. Fani science fiction też mogą narzekać na epopejopodobne Hollywoodzkie blockbustery pokroju "Avatara", które więcej mają w sobie efekciarstwa niż sensownej fabuły i bohaterów z krwi i kości. Ale nie zapominajmy, że w tym samym roku, co wspomniany "Avatar", pojawił się rewelacyjny, kameralny "Moon" Duncana Jonesa. Wciągający, nastrojowy film nakręcony za marne pięć milionów dolarów. Da się. Trzeba tylko mieć pomysł.

Fani Kinga wiedzą, jak istotne miejsce w jego narracji oraz koncepcjach zajmuje muzyka. Jak jest u Ciebie? Jak podchodzisz do "opowiadania muzyki" za pomocą pióra?

Muzyka jest dla mnie szalenie istotna, gram w kapeli rockowej, a gdy jestem w domu tylko zmieniam kolejne płyty na wieży. Mam kolekcję kilkuset kompaktów, która nieustannie się powiększa i nieprędko przestanie się powiększać. Kiedyś dużo pisałem przy muzyce i chcąc nie chcąc część tego, czego słuchałem, przenikała do moich tekstów. Wplatałem w opowiadania fragmenty takich czy innych piosenek, bo były dla mnie ważne i chciałem w taki pośredni sposób opowiedzieć o nich innym, zaszczepić bakcyla. Teraz się ograniczam. Staram się pisać w ciszy, żeby rytm opowieści wynikał z niej samej, a nie z tego, co mi leci na słuchawkach. Piosenki cytuję i nawiązuję do nich tylko wtedy, gdy jest to z korzyścią dla tekstu, gdy coś za tym idzie.

Masz jakieś książki, do których wracałeś wielokrotnie? Wiele osób uważa kolejną lekturę tej samej powieści czy seans tego samego filmu za stratę czasu.

stephen king, mroczna wieża, dark tower

Z filmami jest łatwiej, bo zwyczajnie krócej trwają i są takie tytuły, które widziałem – nie przesadzając – kilkadziesiąt razy. Z książkami sprawa już wygląda nieco inaczej, ale wciąż mógłbym wymienić kilka pozycji, do których wracałem i to nie raz. Do jednych – jak do „Mrocznej Wieży” czy „Harry'ego Pottera” – głównie ze względu na pracę naukową nad magisterką i doktoratem. Do innych – tu prym wiodą książki o Wiedźminie oraz „Hobbit” – dla czystej przyjemności. Ale to prawda, ostatnio mam tak mało czasu, że trochę szkoda mi go na czytanie czegoś, co już znam i choć z przyjemnością połknąłbym po raz wtóry na przykład "Amerykańskich Bogów" Gaimana, chwytam jednak za rzeczy jeszcze mi nieznane.

Na zakończenie – gdybyś miał możliwość stworzyć powieść wspólnie z dowolnym wybranym przez Ciebie autorem, kogo byś wybrał? I jaka byłaby to historia?

Uff, trudne pytanie, zbyt wielu takich jest. Myślę, że mój wybór padłby jednak na Terry'ego Pratchetta. W dużej mierze wychowałem się na jego książkach i podziwiam jego styl, elokwencję, erudycję, sposób konstruowania postaci, a przede wszystkim poczucie humoru. Wydaje mi się, że tego ostatniego najbardziej brakuje w mojej prozie – może podczas współpracy z absolutnym mistrzem humorystycznego fantasy nauczyłbym się czegoś? A kto wie, może udałoby mi się namówić go na skok w bok pod względem konwencji? Postapokalipsa albo cyberpunk według Pratchetta? To by było coś!

Marcin Rusnak: strona oficjalna oraz wordpress

Pobierz "Opowieści Niesamowite" za darmo tutaj.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...