Wywiad z Grahamem Mastertonem

Marta "Ati" Kucharska niedziela, 31 marca 2013
graham masterton, masterton
fot. Agnieszka Sobczyńska

Ma na swoim koncie ponad 100 wydanych książek. Zasłynął dzięki brutalnym horrorom i rewolucyjnym poradnikom seksualnym. Po prostu żyje z pisania i wymyślania historii. Jednak co ma wspólnego z bigosem i kanibalistyczną chińszczyzną? Z Grahamem Mastertonem rozmawiałam w kawiarni warszawskiego Novotelu tuż przed jego wyjazdem na tegoroczny Pyrkon. Rozmowa była długa, zatem przygotujcie się na kawałek soczystej lektury!

Skąd w ogóle pomysł, aby pisać horrory?

Pisywałem horrory już kiedy byłem bardzo młody, miałem wtedy jakieś siedem lat. Nie były zbyt straszne, ale to był pierwszy bodziec. Pomogły też książki, które wtedy czytałem, jak te Juliusza Verne?a. Lubiłem historie z dreszczykiem. W szkole pisałem też historie dla moich przyjaciół, aby ich zabawić. Im się bardzo podobało, więc pisałem więcej. Często pisałem jakieś historie, niekoniecznie horrory, ale zawsze były straszne. A generalnie tak, zaczęło się od pisania dla przyjaciół.

I to, że się bali tych historii napędzało cię do dalszego pisania?

To zawsze jest tak, że cokolwiek piszesz, jeżeli na przykład piszesz thriller, to chcesz, by wszyscy się nim ekscytowali, wiesz że chcesz pisać ich więcej. Jeżeli piszesz poradniki seksualne i wzbudzasz u czytelników pewien erotyzm, myślisz sobie: "o, to jest dobre, powinienem napisać więcej". I tak samo jest z horrorami, jeżeli je naprawdę lubisz. Ja sam nigdy poważnie nie myślałem o pisaniu horrorów. Zacząłem od pisania poradników seksualnych, to były lata ?70 i mój amerykański wydawca powiedział, że nie potrzebuje ich więcej, ponieważ na rynku jest ich już za dużo. Odpowiedziałem na to, że przecież ma podpisany kontrakt ze mną na drugą książkę i jakoś tak wyszło, że tą drugą książką był właśnie horror.

Jacyś autorzy cię wtedy inspirowali do pisania tych horrorów? Czytujesz w ogóle horrory?

Z horrorami zaczynałem od Brama Stokera i jego "Drakuli", ale bardziej wciągnęły mnie opowiadania Edgara Allana Poe, szczególnie "Tales of Mystery and Imagination". Po prostu czytałam to raz, drugi, trzeci i czwarty... I właśnie takie historie staram się pisać, może trochę też jak Charles Dickens. Ale staram się nie ograniczać do jednego, określonego gatunku.

Ale teraz horrory też często są kręcone, często je oglądasz?

Nie. Nie oglądam ich w ogóle. Jak byłem mały, oglądałem "Egzorcystę", a ostatni horror, jaki oglądałem, to był japoński "The Ring". Ale generalnie ich nie lubię i nie oglądam.

A uważasz, że łatwiej jest napisać dobry horror czy go nakręcić?

Och, zdecydowanie uważam, że nakręcenie dobrego horroru jest znacznie trudniejsze. To właściwie dwie kompletnie różne rzeczy, tak samo jak różne są gatunki książek. A jeżeli robisz film, musisz bardzo uważać, żeby nie był zbyt krwawy. Jeżeli będzie zbyt krwawy, jak "Teksańska masakra piłą mechaniczną" czy "Piła", stają się, przynajmniej w moim odczuciu, zbyt okrutne. A nie tego oczekuje się od horroru. Lubię, kiedy strach jest nieopisany. Tak samo jest w książkach, tylko tutaj to przybiera znacznie bardziej wyrafinowaną formę.

Czy to jest powodem, dla którego nie ma zbyt wielu ekranizacji Twoich książek?

Właściwie to miałem blisko dziesięć propozycji i to nawet z bardzo dobrych studiów filmowych. Zazwyczaj coś źle szło po drodze, coś się zepsuło przy produkcji albo ktoś rezygnował. W końcu studio Gold Circle Films, które nakręciło "Moje wielkie greckie wesele", miało już dobrego reżysera, dobry, a nawet bardzo dobry scenariusz, nawet część aktorów, ale wcześniej zdecydowali się nakręcić film "Głosy", który właściwie okazał się sukcesem, więc nakręcili jeszcze "Głosy 2", a te były wielką klapą, przez co studio upadło, tak samo jak upadła cała sprawa z moim filmem. I generalnie tak było kilka razy. W Hollywood różne rzeczy się dzieją.

Brzmi jak zwykły pech.

manitou

Tak, dokładnie tak. Jakoś się nie udawało. Była jak dotąd tylko jedna duża ekranizacja mojej książki, ale teraz jeden z dość dużych reżyserów jest bardzo mocno zainteresowany nakręceniem mojej książki pod tytułem "Zaklęci". Tylko jeszcze wszystko jest w trakcie ustaleń, więc lepiej nie zapeszajmy.

I nie boisz się, że wyjdzie z tego horror klasy B, jak te popularne w latach '80?

Nie mam nad tym kontroli. Kiedy kręciliśmy "Manitou", pewne rzeczy wychodziły, pewne nie. Wtedy nie było jeszcze tak dobrych efektów specjalnych, nie było grafiki komputerowej, więc najbardziej zaawansowanym efektem specjalnym, jaki tam zrobili, było wysadzenie maszyny do pisania. No i sam scenariusz był nieco głupawy. Ale za to był świetnie zagrany, zresztą zaangażowani byli Tony Curtis i Susan Strasberg, którzy byli bardzo dobrymi aktorami. Cała obsada tak bardzo się zaangażowała, jakby naprawdę wierzyli, że to wszystko się dzieje. W jakiś dziwny sposób ten film się przyjął i stał się klasykiem.

Byłeś też zaangażowany w serial...

Tak, twórcy serialu "The Hunger" wybrali trzy moje historie do odcinków: "Anais", "Apartament ślubny" i "Sekretna księga Shin Tan", która chyba była najlepsza z nich. Opowiadał o kanibalistycznej chińszczyźnie. Zrobili go bardzo dobrze, zresztą dwie poprzednie historie też wyszły całkiem nieźle. Ale tę lubię najbardziej.

I skąd wziąłeś pomysł na tak krwawą historię?

Pomysł jak każdy inny, trzeba tylko chwilę pogłówkować. Ja kocham chińską kuchnię, zresztą sam często gotuję chińszczyznę. I zacząłem myśleć, czy nie byłoby ciekawie, gdyby okazało się, że jest pewna sekretna księga, pełna zakazanych przepisów, polegających właściwie na gotowaniu ludzi? Poszukałem trochę i okazało się, że był pewien sławny, chiński mistrz kuchni, który co prawda nie gotował konkretnie ludzi, ale jego przepisy były dość... ekscentryczne.

Widzisz, historie są wszędzie dookoła, najczęściej wystarczy się rozejrzeć. To też nie do końca jest tak, że stałem przy kuchni gotując i stwierdziłem: już wiem! Napiszę historię o chińskich potrawach z ludzi! Po prostu jeden mały pomysł łączy się z drugim i następnym, i następnym.

masterton

Lubisz pisać na bazie tak abstrakcyjnych pomysłów?

To bardziej łączenie jednego z drugim. Najczęściej piszę jednak o demonach. Kiedyś, w średniowieczu, jeżeli komuś się coś działo, komuś wyzdychało bydło albo zachorował, umarł nagle czy został trafiony piorunem, ludzie nie zdawali sobie sprawy, że istnieje coś takiego, jak bakteria czy że choroby są przenoszone z człowieka na człowieka. Więc stworzyli sobie demony, których istnienie tłumaczyło te wszystkie dziwne zjawiska.

Albo winili za to czarownice.

Tak, demony albo czarownice. Nie wiem, czy wiesz, ale w Szkocji wierzono, że czarownice przychodziły w nocy i wypijały całe mleko z krów albo kradły dzieci. Ludzie w to wierzyli, to im pomagało rozumieć świat.

A to, co ja szczególnie lubię robić w swoich książkach, to konfrontować zwykłych ludzi, jak ty czy ja, z wydarzeniami, takimi jak czyjaś choroba czy nagły wypadek, który nie dzieje się ze zwykłych powodów, jak bakterie czy fizyka, ale właśnie przez demony. Lubię pisać o tym, jak ci ludzie radzą sobie urzeczywistnieniem tego, co przerażało ludzi w średniowieczu.

Zatem odwracasz sytuację ze średniowiecza? Stawiasz ludzi przed tym, w co już dawno przestali wierzyć?

Tak, właśnie tak.

Wrócę jednak do tej chińszczyzny i twojej ulubionej kuchni. Słyszałam, że uwielbiasz też polską kuchnię?

O tak! Uwielbiam ją, jest niezwykle smaczna! Moja żona była Polką i mnie wprowadziła w nią, i przy każdych odwiedzinach odkrywaliśmy coraz to nowe przysmaki. Kiedy tu przyjeżdżam, uwielbiam się nią raczyć.

Podobno też masz swoją wersję bigosu?

tengu, graham masterton

Tak, potrafię gotować wyjątkowo dobry bigos. Może nieco odbiega od oryginalnej wersji, co prawda nie wrzucam tam królika czy czegoś w tym rodzaju (śmiech). Ale tak, wychodzi całkiem niezły.

To może jakaś książka o demonicznym bigosie?

Jest to jakiś pomysł...

Szczególnie, że w Polsce bigos kojarzy się szczególnie z Bożym Narodzeniem.

(śmiech) Czyli coś o nawiedzonej świątecznej potrawie? Tak, to mogłoby być całkiem interesujące.

A skoro jesteśmy już przy przepisach – masz jakiś sprawdzony przepis na strach? Na wywołanie u czytelnika przerażenia?

Właściwie to tak. Musisz napisać historię o ludziach, w których czytelnik uwierzy, z którymi będzie mógł się zidentyfikować. Właśnie dlatego moimi bohaterami najczęściej są ludzie z krwi i kości, którzy zmagają się z dość codziennymi problemami, nie tylko z demonami. Muszą pamiętać o zapłaceniu czynszu na czas czy dopilnować wychowania swoich dzieci. Myślę, że to przybliża czytelnika do bohatera, czyni tego drugiego bardziej realnym.

Zawsze też dbam o tło powieści. Jeżeli np. bohater przyjeżdża do jakiegoś miasta, dbam o to, aby miasto było dokładne w każdym szczególe. Kiedy tego dopilnujesz i wciągniesz czytelnika w zwykłą historię, wszelkie straszne wydarzenia będą jeszcze straszniejsze, ponieważ on już uwierzył w tę historię.

Sprawiasz w ten sposób, aby ludzie czuli się bliżej tej historii?

Tak, czytelnik powinien się identyfikować z bohaterami.

W swoich powieściach też często sięgasz do mitologii. Masz jakąś ulubioną?

Mam w domu mnóstwo książek o mitologii, wręcz cała biblioteczkę. Mój grecki wydawca dał mi ostatnio tomik greckiej mitologii; tam jest tyle historii, że starczy mi ich chyba na pisanie do końca życia.

Jednym z powodów, dla których tak bardzo lubię "Manitou", jest właśnie to, że nie opowiada o żadnym europejskim demonie, tylko czymś, o czym nigdy wcześniej nie pisano, czyli duchu Indianina. Bardzo lubię mitologię rdzennych Amerykanów, jest bardzo interesująca. Ale to tylko jedno ze źródeł. Inspirowała mnie też japońska mitologia.

O tak, "Tengu", jedna z moich ulubionych.

graham masterton
fot. Agnieszka Sobczyńska

"Tengu", naprawdę? No to pamiętasz starożytnego japońskiego demona, który zostaje przyzwany, aby dokonać zemsty za pomocą bomby atomowej.

Tak, czytałam ją, kiedy miałam chyba 16 lat, zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie i zmieniła sposób patrzenia na książki.

O. Mam nadzieję, że na lepsze.

Uodporniło mnie na brutalne książki. Teraz nawet przerażam czasem znajomych tym, co potrafię czytać z kamienną twarzą.

(śmiech) To dobrze.

Wchodziłeś na polski rynek na początku lat '90. Co cię skłoniło w ogóle do zwrócenia uwagi na nasz kraj?

Moja żona. Była małą dziewczynką, kiedy przyjechała do Anglii i właściwie nigdy nie widziała Polski. Znalazł mnie jeden z polskich wydawców i zaproponował współpracę, ale to ona mnie głównie namawiała. Mówiła: "Spróbujmy, co może pójść źle?" W końcu musiałem ulec. Któregoś dnia polecieliśmy do Polski, wydaliśmy "Manitou" i czytelnicy okazali się zachwyceni.

O tak, mój tata potrafił jeździć po twoje książki na drugi koniec miasta. Wiele osób bardzo angażowało się w twoje historie. Myślisz, że część zasług ma fakt bycia pierwszym w Polsce autorem horrorów?

Kiedy byłem pierwszy raz na podpisywaniu książek w Poznaniu, przed księgarnią ustawiła się niesamowicie długa kolejka. Aż wychodziłem i sprawdzałem, czy nie ma jakiejś promocji, ponieważ nie mogłem uwierzyć, że to z mojego powodu. Nigdy nie miałem tak długich kolejek w Anglii. Tak, to, że trafiłem do Polski jako pierwszy, było bardzo pomocne w osiągnięciu tego sukcesu. I to zarówno jeżeli chodzi o horrory, jak i poradniki seksuologiczne.

No właśnie, jeżeli mowa tych poradnikach. W Polsce temat seksu wciąż jest tabu, myślisz, że wydając ponownie "Magię seksu", uda ci się przyczynić do jego przełamania?

Myślę, że pomagają. I to nawet bardzo. Przez lata wiele kobiet przy podpisywaniu książek podchodziło do mnie i ściskając mi rękę mówiły: "Odmieniłeś moje życie" albo "Uratowałeś moje małżeństwo". Dla mnie to nadzwyczajne. Generalnie jest niewiele książek, które podchodzą do tematu seksu w tak łatwy w czytaniu sposób. Seks dla ludzi zawsze był i jeszcze przez pewien czas będzie trudnym tematem do rozmów. Chciałbym, aby dzięki tym książkom ludziom było łatwiej rozmawiać między sobą. Żeby łatwiejsze było zapytanie siebie nawzajem, co jest nie tak albo co ona lubi robić w łóżku.

I co jest dla Ciebie łatwiejsze do pisania – horrory czy poradniki?

Są takie same. Pisanie jest tym, czym się zajmuję. Wstaję rano i piszę, niezależnie czy to jest horror, czy poradnik. Chociaż poradników w tej chwili nie pisuję, nie ma na nie dobrego rynku. Trochę wracają. W latach ?90, wraz z nadejściem Internetu, ludzie przestali kupować takie poradniki, ponieważ mogli zobaczyć seks w internecie. Mam jednak nadzieję, że przez ponowne wydanie jakoś wrócą do tych książek.

A planujesz wyjść do nowych gatunków?

Przez pięć lat mieszkałem w Irlandii, tam zacząłem pisać serię kryminalną o kobiecym detektywie. Początkowo została wydana tylko w Stanach Zjednoczonych, nie w Anglii. Dopiero niedawno wydano ją w Anglii. Myślę, że kryminały przeżywają teraz prawdziwy rozkwit. Horrory czytają głównie młodzi ludzie lub o określonych gustach, natomiast kryminały czytają ludzie w każdym wieku, ten rynek jest znacznie większy. Dlatego postanowiłem zająć się kryminałami, teraz wydawca ciągle naciska, abym napisał więcej książek o tej pani detektyw – Katy McGuire. A póki się sprzedają, głupim jest ich nie pisać, prawda? (śmiech)

Zwłaszcza, że horrory wchodzą teraz na dość dziwną ścieżkę. Mam tu na myśli powieści typu "Zmierzch". Co w ogóle sądzisz o tej nowej "generacji"?

W zasadzie nie czytuję horrorów w ogóle. Wiesz, po całym dniu pisania nie masz ochoty jeszcze czytać tego, co inni stworzyli. "Zmierzch" odniósł wielki sukces, zdobył dużą publiczność. A co złego można powiedzieć o sukcesie? Znam matkę Kristen Stewart – Jules, która stwierdziła: "Może my tego nie znosimy, ale wiesz, wszystkie dzieciaki to uwielbiają i tego nie zmienisz".

Ja osobiście nie znoszę wampirów, są strasznie nudne i nierealne (wiem, że to brzmi dziwnie przy tych wszystkich kreaturach, jakie mam w swoich książkach). Wgryzają się w szyję i wysysają całą krew... nie, nie kupuję tego po prostu.

manitou, masterton

To oprócz demonów masz jakąś swoją ulubioną kreaturę z horrorów?

Napisałem kilka książek o duchach. Właściwie całkiem je lubię, można je ciekawie wpleść w historie. W tym roku będę wydawał, także w Polsce, nową książkę pod tytułem "Community" o mężczyźnie, który ginie w wypadku i kiedy się budzi, nie może rozgryźć, czy jest już martwy, czy jeszcze żyje, a ludzie z miasteczka, w którym się zatrzymuje, jakoś w tym nie pomagają...

Zatem demony i duchy... dość straszne. W ogóle piszesz dużo o strachu – czy jest coś, czego ty się boisz?

W zasadzie to nie. Ciężko mnie przestraszyć. Najbardziej boję się o to, że coś złego stanie się mojej rodzinie, dzieciom lub wnukom. Ale to wynika ze zwykłej opiekuńczości. Poza tym nie boję się demonów spod łóżka czy duchów w ciemnym korytarzu. Dużo o tym piszę, pewnie dlatego jestem bardziej sprzedawcą niż kupującym.

Ja mam z kolei na odwrót, bardzo często boję się tych wszystkich duchów, demonów i ogólnie horrorów. Może dlatego znajomi tak bardzo lubią oglądać je ze mną.

O? (śmiech) Zaglądasz pod łóżko przed snem?

Aż tak może nie, ale zawsze pozostaje ta nuta niepewności...

O tak. To nawet zaskakujące, jak wiele osób właściwie wierzy w te historie. A prawie wszyscy w dzieciństwie boją się ciemnych korytarzy albo ciemności pod łóżkiem. Albo historie o czymś spełzającym w nocy z sufitu i poruszającym się wzdłuż korytarza.

Równie często piszesz także o odwadze. Co według ciebie jest szczytem ludzkiej odwagi?

Myślę, że to niezwykłe, jak w niebezpiecznych sytuacjach ludzie okazują swoją odwagę. Szczególnie, gdy muszą ratować swoje dziecko lub kogoś ukochanego. Tak samo niezwykłe jest, jak potrafią ryzykować wtedy własne życie. Kiedy na przykład małe dziecko tonie w rzece, to niesamowite, bo w zeszłym tygodniu czytałem o tym w gazecie jakieś cztery razy – dziecko spadło do rzeki lub kanału i rodzice skakali, by je ratować, nawet jeżeli nie było szans, żeby sami się z tego uratowali. I właśnie takie ryzykowanie życia dla kogoś innego jest niezwykle odważne.

Często czytasz opinie swoich czytelników odnośnie książek czy pomysłów na nie?

Tak, słucham, ale za to nigdy nie czytam recenzji, bo jeżeli jakaś jest dobra, daje ci poczucie szczególnego osiągnięcia, ale może też być zła, która tylko cię przygnębi, więc swój sukces wolę mierzyć ilością sprzedanych książek. Natomiast uwielbiam spotkania z czytelnikami, mam też stronę na Facebooku, którą śledzi kilka tysięcy fanów i jeżeli zadają jakieś pytanie, zawsze na nie odpowiadam. Całkiem lubię tę facebookową komunikację.

Ale raczej nie zmieniam czegoś z powodu recenzji. Nie lubię, kiedy ktoś mówi mi, co mam robić, a jeżeli popełniam błędy, są to moje błędy i nie wynikają z tego, że kogoś posłuchałem lub nie.

I właśnie przez to, że lubisz ten kontakt z fanami, zdecydowałeś się przyjechać w tym roku na Pyrkon? Lubisz w ogóle takie konwenty?

Nie za często. W zeszłym roku byłem w Krakowie, to zawsze jest miłe doświadczenie. Wszyscy chcą cię zobaczyć, każdy chce z tobą porozmawiać, zadać jakieś pytanie i właściwie czujesz, że cię lubią. A ja lubię, kiedy mi opowiadają, że jakaś książka ich przeraziła czy zmieniła w jakiś sposób życie. Wtedy zdajesz sobie sprawę, że to, co robisz, ma naprawdę dużo odbiorców, na których jakoś wpływa.

złodziej dusz, mastertondom z kości, mastertonszary diabeł, masterton

A uważasz, że każdy może być pisarzem? Jeżeli tylko ma wymyśloną historię?

Nie. Zdecydowanie nie każdy. Tak samo jak nie każdy może być artystą lub matematykiem. Jeden z moich synów ma niesłychany talent do matematyki i nigdy nie mogę zrozumieć tego, jak można z taką łatwością rozwiązywać te wszystkie działania, tak samo jak on nie rozumie, jak ja mogę przez cały dzień pisać książki. Dlatego zgodziliśmy się nie rozumieć siebie nawzajem. Każdy może spisać sobie jakąś historię, ale nie każdy zrobi to dobrze. Teraz pomagam pewnej młodej dziewczynie w pisaniu, ponieważ zapragnęła napisać powieść i to często okazuje się pełnoetatową pracą. Idzie jej całkiem nieźle, ale często jest zaskoczona, jak ciężką pracą jest pisanie. Generalnie ludzie nie zdają sobie sprawy, jak ciężka jest czasem praca nad książką. To nie jest tylko siedzenie i spisywanie swoich myśli. Musisz wszystko solidnie ułożyć i wiedzieć dokładnie, o czym chcesz napisać. Znać dobre słownictwo i gramatykę, a do tego wiedzieć, jakimi słowami w jaki sposób wpłyniesz na czytelnika.

No tak też często piszę i robię korekty, więc mniej więcej wiem, o czym mówisz.

O, więc wiesz, jak ciężkie to potrafi być.

No właśnie, niektórzy pisarze robią najpierw szkielet swoich książek, niektórzy po prostu piszą, a historia sama się układa. Czy ty planujesz swoje powieści, czy dajesz się ponieść pomysłom?

Najczęściej zaczynam od surowego pomysłu. Oczywiście, kiedy później wymyślisz silnego, solidnego bohatera, on zaczyna robić większość za ciebie. Nie planuję całej powieści. Właśnie jedną z przyjemniejszych rzeczy w pisaniu jest to, że kiedy zaczynasz pisać, nie wiesz do końca, co z tego wyniknie. Gdybym znał dokładne zakończenie, pisanie pewnie nie sprawiałoby mi takiej przyjemności. To dość nudne, kiedy musisz pisać 300 stron, a już wiesz, co będzie na końcu. Znam oczywiście pisarzy, którzy mają zaplanowaną każdą cześć książki, ale mi wydaje się to po prostu nudne.

A nad czym w tej chwili pracujesz?

O, teraz pracuję nad całkiem ciekawą książką pod tytułem "Scarlet Widow". Jest o młodej kobiecie mieszkającej w amerykańskiej kolonii, w XVIII wieku. Pochodzi z Londynu, a jej tata jest chemikiem i przekazuje swojej córce o chemii wszystko, co potrafi. A w miejscu, w którym mieszka, dochodzi do dziwnych morderstw. Jest właściwie jak XVIII-wieczne CSI. To dość ciężki temat, muszę zdobywać wiele informacji o życiu w tamtych czasach.

Szczególnie pewnie z dziedziny chemii?

Oj tak, na początku w ogóle nie miałem pojęcia, na jakim poziomie stała chemia w tamtych czasach.

Lubisz te poszukiwania?

Bardzo, szczególnie przy takiej tematyce to bardzo interesujące. Jest na przykład scena, kiedy świeca przewraca się na dywan. Do tego musiałem się dowiedzieć, z czego robiono wtedy dywany i jaki mógłby się znaleźć w tym konkretnym miejscu. I przede wszystkim, jak ten dywan zareaguje na ogień? I tak stałem się ekspertem od XVIII-wiecznych dywanów... (śmiech) Zatem tak, to potrafi być bardziej wciągające i interesujące. Dopiero zaczynasz szukać i nagle sobie zdajesz sprawę, że minęły dwie godziny.

Piszę też książkę dla Rebisu o infekcji. Dokładniej o insektach, które mieszkając w domach ludzi i potrafią zmieniać ludzkie charaktery. Czy wiedziałaś, że w Kalifornii jest specjalny oddział, który szkoli psy do tropienia pluskiew? To taki K-9 pluskwi patrol. Nie można uwierzyć, ale to prawda.

A często jest tak, że to wydawca zgłasza się do ciebie ze zleceniem napisania na przykład książki o pluskwach czy to raczej ty wychodzisz z pomysłami?

To najczęściej działa w dwie strony. Ostatnio napisałem o irlandzkim detektywie, ponieważ chciałem o tym napisać i po prostu dałem gotową książkę wydawcy. Ale najczęściej chodzę z jedno- lub dwu stronicowym zarysem pomysłu na książkę i on mi mówi, czy to wyda. Żyję z tego, dlatego najlepiej jest, kiedy spotykam się z wydawcą, który wie najlepiej, co się teraz dobrze sprzeda, a co nie.

A masz jakieś złote rady dla kogoś, kto chciałby zacząć pisać?

graham masterton
fot. Agnieszka Sobczyńska

Naucz się swojego języka i dobrej gramatyki. Nie skupiaj się tylko na historii, ale też poświęć uwagę swoim bohaterom. Pisz o tym, co znasz, nie stawiaj sobie wygórowanych celów. Napisz coś o mieście, które znasz i ludziach, których spotykasz na co dzień i po prostu wpleć w to jakiś niespodziewany zwrot. Nie musisz pisać od razu całej książki. Zacznij od krótkich rozdziałów albo wręcz oddzielnych opowiadań, a później spróbuj je spleść w całość.

A przede wszystkim – spróbuj pisać poezję. Poezja jest świetnym ćwiczeniem dla pisarza, przecież musisz jak najwięcej przekazać w bardzo małej ilości słów. Każde słowo powinno mieć swoją historię, w dodatku często w wierszu nawet pojedyncze słowo potrafi wywołać bardzo wiele emocji.

Przywiązujesz też dużą wagę do gramatyki – weryfikujesz w jakiś sposób tłumaczenia swoich książek?

Niestety nie mam ku temu możliwości. Tych tłumaczeń jest bardzo wiele: francuskie, niemieckie, a nawet japońskie. I bez znajomości tych wszystkich języków bardzo ciężko stwierdzić, czy tłumaczenie jest dobre, czy nie. Bardzo dobrym sposobem na sprawdzenie tego jest to, jak książki się sprzedają. We Francji mam tego samego tłumacza od 30 lat, ale czasem ktoś przychodzi i pyta, czemu to przetłumaczono, ponieważ jest bardzo nudne. Zatem – może sam nie mam możliwości sprawdzenia tego, ale reakcja czytelników często jest wymowna sama w sobie.

Tych pytań jest jeszcze mnóstwo i na pewno wiele z tych niezadanych padło na tegorocznym Pyrkonie. Zostaje mi zatem życzyć dobrej zabawy, sukcesów i... jeszcze więcej wydanych książek. Mam też nadzieję, że natrafi się jeszcze okazja na kolejny wywiad.

autograf, masterton, graham, graham masterton

Komentarze

Wiktul · niedziela, 31 marca 2013, 20:22
0
Pokazał się z bardzo dobrej strony, sprawia wrażenie miłego i dowcipnego człowieka. Choć liczyłem po cichu, że wspomni coś o Kingu Bardzo dobry wywiad
Ati · niedziela, 31 marca 2013, 20:47
0
Dziękuję, w sumie korciło mnie, żeby zapytać o Kinga, ale nie starczyło czasu. A poza tym faktycznie - jest niezwykle pozytywnym i ciepłym człowiekiem. Jak na kogoś, kto tak dokładnie opisuje mordy i krwawe sceny...?
Foigan · środa, 3 kwietnia 2013, 22:25
0
Dobry wywiad, wywiadziaro
Nie mogę uwierzyć w jedno, nie zrobiłaś sobie słitfoci z GRAHAMEM MASTERTONEM ?!
Ati · środa, 3 kwietnia 2013, 22:41
0
Ależ oczywiście, że mam. Wręcz sam ją proponował.
Medivh · piątek, 12 kwietnia 2013, 18:14
0
Bardzo fajny wywiad. Jeszcze nie natknąłem się na jego dzieła, a teraz z chęcią po nie sięgnę. Jednak nasunęła mi się jedna myśl, gdy patrzę na jego zdjęcia... Jakoś nie mogę go sobie wyobrazić jako demona seksu
Lionel · piątek, 12 kwietnia 2013, 19:29
0
Co ty gadasz, Medzio. Przecież to młody Elvis był ;D.
Medivh · piątek, 12 kwietnia 2013, 19:31
0
A to sorry, zwracam honor

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...