Książki fantastyczne

Jutro do księgarń zawita Czerwony śnieg

Autor: Krzysztof "krzyslewy" Lewandowski · Opublikowano: czwartek, 22 lutego 2018

Informacja prasowa

czerwony śnieg

Już jutro jest premiera nowej książki z serii "Uczta Wyobraźni". Tym razem nakładem wydawnictwa MAG ukaże się "Czerwony śnieg" autorstwa Iana R. MacLeoda. W rozszerzeniu newsa znajdziecie jego fragment.

Na pobojowisku po ostatniej wielkiej bitwie Wojny Secesyjnej rozczarowany życiem unionista-lekarz natrafia na obrabiającą trupy dziwną postać i jego życie zmienia się na zawsze...

W Strasburgu, parę lat przed Rewolucją Francuską, konserwator obrazów dostaje zlecenie namalowania cyklu portretów pięknej kobiety w różnych fazach jej życia, choć sama kobieta najwyraźniej się nie starzeje...

W Nowym Jorku z czasów prohibicji młoda marksistka pojawia się nagle wśród elit, w dodatku podszywając się pod osobę, która nigdy nie istniała...

Czerwony śnieg to powieść o miłości i krwi, o ideach i snach, a wszystko wiąże w całość tajemnicze stworzenie wywiedzione z najmroczniejszych przedwiecznych ludzkich mitów, które cudem przetrwało do dzisiejszych czasów, wciąż rośnie i wciąż zabija...

  • Tytuł: Czerwony śnieg
  • Autor: Ian R. MacLeod
  • ISBN: 978-83-7480-901-6
  • Tłumaczenie: Wojciech Próchniewicz
  • Oprawa: twarda
  • Liczba stron: 384
  • Rok wydania: 23 lutego 2018
  • Cena detaliczna: 35,00 zł

Ian R. MacLeod

Czerwony śnieg

(fragment)

Droga do Sweetwater

1.

Wiadomość od dawnego przyjaciela, Morgana Callaghana, otrzymał zaraz po tym, jak mieszkańcy Monasty w stanie Missouri podziękowali mu za zabicie dwóch ludzi. Dwa wyschnięte trupy, człowieka niegdyś chudego i człowieka niegdyś grubego, położono na wrotach w niechroniącej przed wiatrem szopie, służącej także za miejscową kaplicę. Odmówiono modlit­wy, odśpiewano hymny. Potem ludzie ustawili się do niego w kolejce.

– Dobrześ się pan sprawił, uwalniając nas od tych dwóch potworów.

– Mam nadzieję, że nie zginęli bezboleśnie. Nie zasłużyli.

– Jesteśmy panu niezmiernie wdzięczni.

– Myślę, że oni już cierpią, oby cierpieli wiecznie – i chwała Panu!

– Dziękuję, panie Haupmann.

– Dzięki Bogu.

– Uratował nas pan.

– Uratował pan nasze miasto.

Głosy jednak szybko cichły, spojrzenia szybko odwracały się od jego barwionych szkieł, a i dłonie nie pozostawały długo w uścisku jego rękawiczki.

Jedna z mieszkanek, pulchna kobieta nazwiskiem Prudence Van Heyke, którą względy Timona Thackera i Elmera Buckleya pozbawiły najstarszej córki, podeszła do ich zwłok. Popatrzyła na nich wzrokiem niepasującym do jej łagodnych rysów, potem usiłowała plunąć im w poszarzałe twarze. Widać było, że nieczęsto to praktykuje, bo plwocina spłynęła jej po podbródku.

Po wszystkim ustawili się na zewnątrz do zdjęcia dla miejscowego tygodnika.

Na niebie kłębiły się październikowe chmury. Wiatr giął kilka chudych drzew. Szopa skrzypiała, jakby zbierała się z wysiłkiem do lotu.

Stanął z tyłu grupy, naciągnął mocniej kapelusz. Czuł już nadchodzącą zimę, prawie wyczuwał smak śniegu. Gdy fotograf zdjął z obiektywu mosiężną klapkę, pokręcił głową na boki. Tym sposobem na fotografii z Karla Haupmanna pozostanie jedynie duch.

I właśnie wtedy, gdy tłum już się rozchodził, ulicą nadbiegł chłopaczek z biura Western Union, trzymając w dłoni kawałek żółtego telegraficznego papieru. Wziął go od niego i rozprostował.

KARL STOP WNOSZE Z OSTATNICH WIADOMOSCI ZE TAM JESTES STOP OONAGH UMIERA STOP PRZYJEZDZAJ DO SWEETWATER JAK NAJSZYBCIEJ BO BEDZIE ZA POZNO STOP USCISKI JAK ZAWSZE STOP MORGAN CALLAGHAN STOP

Mówiło się, że wieczorem w tej samej szopie będą smażone kurczaki i babka piaskowa, jednak mieszkańcy Monasty woleli już nie oglądać na oczy swojego morderczego zbawcy. Uzupełnił więc zapasy w miejscowym sklepie i zajrzał do stajni. Garbaty staruszek nie chciał słyszeć o zapłacie. Zaproponował mu zgrabną srokatą klacz. Mogłaby być rok czy dwa młodsza, ale i tak wyglądała na silną i krzepką. Nawet nie spłoszyła się, jak większość koni, gdy podszedł, by pogładzić ją po grzywie.

Miejscowi stali wzdłuż Main Street i patrzyli, jak odjeżdża. Nikt nie machał, nikt nie krzyczał. Nic, tylko spojrzenia z ukosa i nerwowe wzruszenia ramion. Jedna dziewczynka pobiegła za nim z bukiecikiem pol­nych kwiatków, lecz matka wrzasnęła na nią gniewnie i przycisnęła mocno do fartucha. Na blaszanym dachu biura Western Union podskakiwała wrona, patrząc na niego jednym błyszczącym, czarnym okiem. Potem odleciała, zlewając się z ciemnym niebem.

Pojechał drogą prowadzącą na północny zachód. Po obu jej stronach ciągnęły się rowy. Gdy pierwszy raz się obejrzał, Monasta w Missouri już rozpłynęła się w zmierzchu.

***

Na noc znalazł sobie osłonięty od wiatru dół i rozpalił ognisko z chrustu. Nie tyle dla światła i ciepła, ile po to, aby odpychało świadomość nadciągającej zimy i wszystkiego, co stracił.

Zaopatrzył srokatkę, potem zrobił sobie nad ogniem kawy, przełknął jakiś suchy herbatnik i parę pasków suszonej wołowiny, aż wreszcie w żołądku zrobiło się pełno. Ściągnął rękawiczki, zdjął z nosa okulary, wyjął z górnej kieszeni telegram, przyjrzał mu się, jakby wypatrywał w migot­liwym blasku ognia jakichś ukrytych znaczeń, i złożył go z powrotem. Przez chwilę siedział tak nieruchomo, że wydawał się nasiąkać nocą. Potem ożywił się nagle, tak nagle, że aż klacz zarżała. Otworzył sakwę przy siodle, wyjął zawiniątko z czarnego płótna, które skrywało dwa pudełka i oprawiony w cielęcą skórę notatnik.

Notatnik, kiedyś porządnie wykonany, teraz był podniszczony, ale i tak widać było solidną okładkę i porządne szycie oraz dedykację na pierwszej stronie, nad którą zatrzymał wzrok... Dla ciebie, Karl, żebyś miał gdzie zapisywać te wszystkie swoje pomysły. Z serdecznymi życzeniami, Oonagh... a potem przerzucił kartki zabazgrane poprzekreślanymi wersami żałosnych wierszy, amatorskich szkiców krajobrazów i kobiecej twarzy z profilu, docierając do innych, trochę lepiej wykonanych, anatomicznych rysunków ludzkich wnętrzności oraz uszkodzeń różnych części ciała, spowodowanych ołowianą kulą kalibru .69. Tu stronice były bardziej poplamione, widać było odciski palców, ślady krwi. Potem, po poszarzałym i poplamionym odstępie, pojawiały się zapisane mocniejszym pismem, jakbym należącym do zupełnie kogoś innego, listy koncepcji, objawów, zapisy współczesnych okropności i starożytnych okrucieństw, były i wycinki z gazet, dotyczące najnowszych teorii przenoszenia się chorób, pomieszane z innymi, mówiącymi o opętaniu i obłędzie. A wszystko to zdobiły obszerne przypisy i dziwnie eleganckie szkice twarzy, przypominające gargulce, oraz szkice rzeźbionych kamieni, kończące się równymi słupkami liczb, dat i dawek, opatrzone obok symbolami faz Księżyca.

Potem otworzył mniejsze z pudełek, odkręcił kałamarz i wyjął pióro. Zawahał się na moment, patrząc na niebo – zachmurzone dziś, jak ­prześwitująca czarna kopuła – odczekał, aż w myślach przemielą się obliczenia. Zanurzył mosiężną stalówkę, zrobił notatkę na dziś i skupił się na większym pudełku, wydzielającym słodki, apteczny zapach.

Teraz jego dłonie poruszały się znacznie szybciej. Coś brzęknęło. Z niebieskiej szklanej fiolki wysypał się proszek, odmierzony składaną wagą. Przesypał go do wypolerowanej miedzianej miseczki i połączył z naparstkiem słabego kwasu. Zaiskrzyło krzesiwo. Zapłonął maleńki knot, przez chwilę zmagał się z wiatrem, póki go nie zgasił i nie wlał rozpuszczonego płynu przez lejek do strzykawki. Rozpiął spinki na mankiecie koszuli. Odsłonił lewe przedramię, drugą ręką owinął je powyżej łokcia kawałkiem gumowej rurki. Zacisnął ją, pociągając zębami, póki tętnica nie uwypukliła się jak robak. Wbił w nią igłę.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...