
Frankensteina można uznać za kwintesencję romantycznego badacza, złożoną ze znanych autorce postaci. Idealista, ekscentryk gotów w swojej obrazoburczej, a może i bluźnierczej pysze, uszczęśliwić ludzkość nawet wbrew jej woli i na własny koszt. Prometeusz nie może mieć złych intencji. Czy to pasuje do potocznych wyobrażeń? Czy może raczej rysowany grubą krechą złowrogi i szalony „czarnoksiężnik” wybuchający tubalnym buuhahahaha?
Stwór, potwór, monstrum – czy jak tam go jeszcze zwać można – uległ jeszcze większej metamorfozie. Elokwentny intelektualista stał się tępym osiłkiem pozbawionym zdolności mowy. Dorzucenie Fritza, farsowego asystenta, czy ograniczenie akcji do laboratorium i jego okolic, to w tej sytuacji drobne szczegóły bez większego znaczenia.
"Fantastyka przed fantastyką". Czas pokaże czy to jednorazowy wybryk, czy też jakowyś cykl się z tego wykluje. Taki był zamiar, ale czasochłonności nie oszacowaliśmy należycie. Kontynuacja została zaplanowana, jednak to pieśń przyszłości, a z tą – jak wiadomo – nic nie wiadomo, choć futurolodzy różnej maści twierdzą inaczej. Tym razem o sztucznym życiu, a właściwie o sztucznym człowieku i wchodzeniu przez ludzi w boskie prerogatywy. Frankenstein jest pretekstem, punktem wyjścia.










