
Jednym z największych atutów studia BioWare jest jego olbrzymia i różnorodna społeczność, której zawdzięcza swój sukces w branży elektronicznej rozrywki. To w końcu ona wykarmia i głaszcze po główkach chłopców z Edmonton, niezależnie od tego, czy wypuszczają na rynek hit na miarę „Mass Effect 2”, czy uprawiają cybernetyczne żebractwo w postaci siódmej paczki ciuszków dla Sheparda. Ich miłość nie zna granic i prócz oddania, jakim darzą swój obiekt westchnień, dają wyjątkowy impuls do rozwoju światów wykreowanych przez Kanadyjczyków. Jedni pasjonaci wzbudzają oczywisty poklask i zdrową zazdrość, inni doprowadzają do wyrazu konfuzji na ustach przeciętnego zjadacza wirtualnego chleba.
Niezależnie jednak od tego, dzięki wspomnianemu pozytywnemu zakręceniu, każde uniwersum wręcz żyje i rozwija się niezależnie od woli swoich ojców. Przynosi to niewyobrażalne zyski, dlatego też z fanatykami nie można wojować ani ich prowokować. Nigdy przenigdy. Trzeba uważać na każdy krok i umiejętnie rozważać wszystkie ruchy, bo inaczej może skończyć się to chryją. Z zupełnie prozaicznego powodu.
Dlaczego to piszę? Ano, bo społeczność BioWare zawrzała w wyniku jednej małej figurki. Fani uwielbianej i ponętnej doktor Liary T’Soni aż opluli swoje monitory z zaskoczenia na widok pewnego projektu, który ma trafić niedługo do sklepów, na mocy współpracy BioWare z firmą Kotobukiya. Cóż, powiedzmy, że od czasów wielkiej draki z Handlarzem Cieni nasza droga Asari znacznie odmłodniała. Natomiast w pewnych partiach ciała… hmm… powiedzmy, że rzeźbiarz nie szczędził na materiale. Zresztą, zobaczcie sami.












