
Czwarty z ośmiu tomów serii – czy to najwyższa pora, żeby wprowadzić główny wątek, który będzie skłaniał czytelników do dalszej lektury? Cullen Bunn odpowiada przecząco.
"Niezliczone duchy" i "Siostry" dotyczyły pochodzenia bohaterki. Jej geneza powraca również w "Rodzinie", ponieważ pojawia się grupa postaci podająca się za rodzinę protagonistki. Tylko jak wiedźma, która po śmierci narodziła się w nowym ciele, może mieć rodzinę?
Dokładanie kolejnej cegiełki w temacie "Kim jest Emmy?" to nie najlepszy pomysł. Album sprawia wrażenie początku historii – a przecież wyznacza koniec połowy serii. To dziwne zjawisko – tak jakbyśmy przeczytali trzy trochę inne, choć powiązane ze sobą wstępy, i zbiór opowieści ("Węże"). Za długo trwa ten rozbieg. Potencjał na zmianę był, tylko że scenarzysta zbyt krótko prowadzi wątki w poszczególnych tomach. One nie mają szansy dobrze wybrzmieć, bo szybko się kończą. Tak było w "Siostrach", podobnie wyszło w "Rodzinie".
Postacie należące do "rodziny" Emmy prezentują się ciekawie. Każda z nich to unikalna sylwetka – mająca inne zdolności, może i inną osobowość. Tego ostatniego w pełni nie ocenię, bo występują krótko, niewielki jest ich udział w historii i nie mamy szansy naprawdę je poznać. Czwarty tom daje tylko więcej informacji, ale właściwie... co z tego?

















