
W końcu kieszenie Lannisterów są wyjątkowo głębokie i żaden człek o zdrowych zmysłach nie chciałby obrazić wielkiego lorda Tywina. Jednakowoż nikt raczej nie potrafi podważyć tego, że Peter Dinklage zgarnął statuetkę dla najlepszego aktora drugoplanowego w serialu lub filmie telewizyjnym, głównie dzięki swemu nieprzeciętnemu talentowi, który wręcz eksplodował w ekranizacji prozy George’a R. R. Martina.
Oczywiście, nagroda ze wszech miar zasłużona – inny werdykt odebrałbym raczej z niesmakiem i potraktowałbym jako policzek, mimo że konkurentami cynicznego Tyriona byli aktorzy z najwyższej światowej półki (Guy Pearce czy Tim Robbins). Wspomniane wyróżnienie ma słodki smak również dlatego, iż jest ono kolejną cegiełką prowadzącą do przełamania krzywdzącego stereotypu fantastyki jako infantylnego i ograniczonego gatunku, trawionego przez odwieczny schematyzm. To także dobry impuls, mogący skłonić oszczędnych producentów do inwestycji w kolejne ekranizacje naszych ulubionych powieści – jestem przekonany, że każdy z nas potrafi w tym momencie wymienić dwie-trzy pozycje, które poradziłby sobie równie dobrze na małym ekranie. „Gra o tron” dobitnie ukazuje, że tkwi tutaj niewyobrażalny potencjał, jaki od lat był zwyczajnie niewykorzystywany.
Szkoda tylko, że produkcja stacji HBO nie zdobyła statuetki za najlepszy serial dramatyczny (tę zgarnął „Homeland”), ale co się odwlecze, to nie uciecze. Jeżeli twórcy utrzymają wysoką formę, jaką zaprezentowali w poprzednim sezonie, to nie ulega wątpliwości, że za rok „Gra o tron” będzie dzielić i rządzić, jak na prawdziwą szlachtę przystało.

















