Sacred

Shasfana niedziela, 27 czerwca 2010

Jeżeli dowolnej grupie graczy zadać pytanie, jaka jest najlepsza gra z gatunku action cRPG, to na pewno padnie odpowiedź „Diablo” lub „Diablo 2”. Jednak upłynęło już wiele wody w Wiśle, odkąd Blizzard wypuścił na rynek swojego konika, który przez bardzo długi okres dystansował konkurencję. Jak wiadomo, czas nie jest łaskawy, dlatego warto zastanowić się nad jeszcze jednym pytaniem – czy w dalszym ciągu nie znalazł się godny następca?

Tego tak do końca nie wiadomo w dobie coraz to nowszych i lepszych gier, które zalewają rynek komputerowy i utrafiają (lub też nie) w gusta graczy, a te jak wiadomo są różne i kierują się różnymi kryteriami. Faktem oczywistym na pewno jest to, że od czasu ukazania się „Diablo” wiele firm próbowało wydać grę, która by powielała schematy i oferowała równie dużą grywalność, jak i zrównała sobie rzeszę wielbicieli nie mniejszą od tej, która towarzyszyła dziełu Blizzarda. Czy w końcu udało się pokonać wysoko zawieszoną poprzeczkę?

Sacred Sacred Sacred

28 lutego 2004 roku na świecie (u nas z „lekkim” poślizgiem, 28 maja) pojawiła się gra, która pretendowała do tronu, wciąż zajmowanego przez „Diablo”. Może nie udało się jej zdetronizować władcy, ale przynajmniej zbliżyła się w rejony, które dotychczas były zastrzeżone i nie do zdobycia. Mowa tu oczywiście o grze Sacred.

Po instalacji i pierwszym odpaleniu zasadniczą myślą, jaka mi się nasunęła, było to, czy aby przypadkiem nie mam do czynienia z klonem? Im dalej w las, tym bardziej utwierdzałam się w swym przekonaniu, że chyba rzeczywiście panowie z Ascaronu pełnymi garściami czerpali z pierwowzoru, którym były dla nich najpewniej Diablo i Diablo 2.

Sacred oferuje nam rozgrywkę zarówno w trybie single, jak i multiplayer. Starzy wyjadacze powinni poczuć się jak w domu – zastosowano podobne rozwiązania dotyczące przedmiotów oraz walki… I w tym momencie obiecuję, że postaram się już pisać bez odniesień do „starej arystokracji”.

Sacred Sacred Sacred

Jak to bywa w tego typu grach, na początku mamy do wyboru sześć różnych postaci. Są to: Gladiator, Leśna Elfka, Mroczny Elf, Mag Bitewny, Wampirzyca oraz Serafia. Cztery z nich nie były dla mnie niczym nowym, dwie ostatnie przyjemnie mnie zaskoczyły. Krwiopijczyni raz jest wojowniczką w lśniącej zbroi, a raz bestią, która swych wrogów rozrywa na strzępy kłami i pazurami. Z kolei Serafia została naznaczona „boskością” – posiada w swych żyłach krew aniołów i dysponuje magią niebios oraz ciekawym… elementem uzbrojenia, jakim są skrzydłoostrza. Wracając do bardziej stereotypowych postaci – Gladiator jest typową, umięśnioną maszyną do zabijania, a Leśna Elfka specjalistką od zadawania śmierci na odległość. Jej mroczny kuzyn to zabójczo szybki i zwinny wojownik, wspomagający się równie śmiercionośnymi postaciami, a Mag Bojowy, jak sama nazwa wskazuje, ofensywnym czarodziejem, który niezgorzej potrafi również walczyć.

A skoro już mowa była wyżej o wyposażeniu i ekwipunku – na jego brak nie można było narzekać. W grze było ich całe multum, od słabiutkich sztyletów, aż po zabójcze miecze. Nawiasem mówiąc, bardzo ciekawym cackiem jest świetlny miecz, który można zdobyć dla naszej niebiańskiej wojowniczki… Dla wielbiciel walki na dystans oddano do użytku łuki i kusze, co nie zaskakuje, ponieważ stanowi standard każdego szanującego się „cerpega”.

W Sacred pojawia się również wątek kolekcjonerski. W grze znajduje się zatrzęsienie przedmiotów – broń, osłony, biżuteria, zbroje, które są podzielone na te zwykłe i magiczne. I trzeba zaiste dużego szczęścia oraz cierpliwości, aby skolekcjonować całość danego zestawu. Jednak jest to opłacalne.

Sacred Sacred Sacred

Ważną rzeczą są również czary, jak i specjalne umiejętności, bez których ani rusz. Bardzo pomysłowym rozwiązaniem jest to, że możemy bez jakichś większych ograniczeń łączyć je w potężne combosy i niejednokrotnie wykańczać całe chmary przeciwników na czele z bossami. Co prawda na naładowanie się takowego czegoś trzeba dość długo czekać, jednak do czego służą mikstury, które w dodatku są niedrogie, a zapewniam – bez nich ani rusz. Jedne ratują nam życie w krytycznych sytuacjach, pomagają zdobywać więcej doświadczenia lub wspomagają w walce z nieumarłymi, a jeszcze inne powodują szybszą regenerację combosów. Oczywiście, nie zabraknie niezastąpionych odtrutek na wszelkiego rodzaju trucizny.

Rozwój postaci nie jest zbytnio skomplikowany – zdobywamy doświadczenie, awansujemy na kolejne poziomy. Na każdym z nich dostajemy do rozdysponowania 4 punkty umiejętności (rozmaite style walki, bonusy do obrony, ataku, jeździectwo czy lepsze ceny w sklepach itp.), co jakiś czas mamy również możliwość nauczenia się czegoś nowego. Mniejszy wpływ mamy na współczynniki (siła, zręczność itp.) – przydzielamy tylko jeden punkt na poziom, reszta zwiększa się automatycznie, zależnie od klasy postaci.

Osobną rzeczą są „prawdziwe umiejętności”, nazywane tutaj sztukami bojowymi. Należą do nich wszystkie zaklęcia, efektowne ciosy i rozmaite wspomagacze. Po każdym ich użyciu należy odczekać na moment, aż się zregenerują. Sztuki mogą być rozwijane poprzez użycie run odpowiadających danej zdolności – jedna runa, jeden poziom. Owe kamyczki można zdobyć w czasie rozgrywki.

Sacred Sacred Sacred

Innowacją jest również wprowadzenie do gry wierzchowców – poczciwych koni, które od zarania dziejów wiernie towarzyszyły człowiekowi w jego wędrówkach i życiu. Jednak wracając do sedna sprawy – począwszy od zwykłych szkap, poprzez rumaki bojowe, aż po te umagicznione rumaki, które z oddaniem służą naszym postaciom, to w zasadzie nie dają im nic poza tym, że na początku rozgrywki możemy się szybciej przemieszczać. Potem już bywa różnie – w zależności od rozwinięcia danej cechy.

Fabuła, jak wiadomo, jest ważną rzeczą i bez porządnie dopracowanej historii ani rusz. W przypadku Sacred nie jest może ona specjalnie porywająca, ale też jakoś zbytnio nie razi. Owszem, jest pewien schemat – zły mag, książę, księżniczka, kraina do uratowania oraz my, jako ostatnia nadzieja. Jednak zostało to na tyle zgrabnie powiązane, że całkiem przyjemnie ratuje się nam Ankarię przed zagładą i inwazją nieumarłych. Dodatkowym plusem jest to, że dla każdej postaci, którą mamy do wyboru, początek przygody jest różny. Pewnie zapytacie, jak ten schemat wygląda w Sacred? Pewnie tak, bo nie wszyscy mają do czynienia z wieloma tego typu grami… W wielkim skrócie można powiedzieć, że król umarł, zły mag planuje przejęcie władzy w krainie, poddani młodego księcia buntują się, a jego ukochana zostaje porwana. Intrygi, bitwy oraz fala nieumarłych i demonów, która zalewa Ankarię. Oto z czym przyjdzie się nam zmierzyć podczas rozgrywki.

Zadań w Sacred jest całe mnóstwo – oficjalny serwis podaje, że do wykonania jest 30 głównych oraz 200 pobocznych i losowych questów. Te ostatnie nie mają żadnego wpływu na fabułę, sprowadzają się zwykle do znalezienia jakiegoś przedmiotu czy zabicia potwora – nie są więc jakoś specjalnie trudne. Są miłą odskocznią od ratowania świata.

Sacred Sacred Sacred

Jeżeli chodzi o świat, który przyszło mi zbawiać, to jest on olbrzymi i… pozornie urozmaicony. Tak, pozornie. W pewnym momencie monotonia mijanych lasów, pustyń, cmentarzów i zwiedzanych jaskiń przestała mi specjalnie przeszkadzać, choć na początku była dla mnie irytująca. I oprócz podziwiania kunsztu kanaryjskich architektów w powtarzających się dworach, zamkach itp., niewiele możemy w nich zrobić poza otworzeniem niektórych drzwi czy skrzyń.

Podobnie jak z otoczeniem, jest z przeciwnikami – co rusz natykamy się na identyczne bandy włóczących się po okolicy potworków, których rodzaj zależy od tego, w jakiej aktualnie lokacji przebywamy (przykładowo w okolicach Klasztoru Serafii mamy do czynienia z hordami Lodowych Olbrzymów, a z kolei na pustyni potykamy się o orków i nieumarłych). Jednak największym minusem dla mnie jest to, że po osiągnięciu pewnego poziomu nie znajdowałam już godnych siebie przeciwników i naprawdę ciężko było mi zdobyć kolejny poziom. Pomijając ten mankament, bandy przeciwników to typowa cecha dla gry, jaką jest Sacred – „bij, zabij, zabierz złoto, sprzedaj przedmioty”, czyli radosna rąbanka na tle równo przystrzyżonej trawki.

To, co widzimy na ekranie i potocznie nazywamy grafiką, nie jest jakieś powalające, ale rzut izometryczny (podobnie jak np. w Baldur's Gate) i ładne trójwymiarowe postacie spełniają dobrze swoją rolę. Kamera pozostaje nieruchoma, nad czym specjalnie nie ubolewałam, posiada trzystopniowy zoom, który z zasadzie jest w grze tak potrzebny, jak świni siodło. Mogłabym na palcach jednej dłoni policzyć, ile razy go użyłam. Przypadkowo.

Sacred Sacred Sacred

Rzeczą, która dodawała grze smaczku, były żarty programistów, którzy w swej inwencji twórczej rozmieścili w krainie różne nietypowe przedmioty (jak choćby wcześniej wspomniany miecz świetlny), ukryte lokacje, które starzy wyjadacze znajdą i rozpoznają bez trudu. Któż nie pamięta sławetnego Tristram z Diablo czy nie kojarzy Pacmana? Ciekawe są również napisy na nagrobkach, choć po pewnym czasie zaczynały się one powtarzać (sic!).

A wszystko to czeka na nas w samodzielnej rozgrywce, bo każdy wie, że nie ma nic równie emocjonującego niż gra dla wielu graczy, którą specjalnie na potrzeby tejże recenzji przetestował mój redakcyjny kolega, Courun, wybawiając tym samym mą skromną osobę od zaległości w szkole.

W trybie multiplayer możemy grać za pośrednictwem sieci LAN. Tworzymy nowego bohatera bądź też korzystamy z tego, którego wcześniej eksportowaliśmy. Do dyspozycji otrzymaliśmy trzy tryby gry: Drużynowy, Hack'n'Slash oraz Gracz vs Gracz (PvP). Pierwszy z nich pozwala na rozgrywkę maksymalnie czterech graczy, którzy rozpoczynają przygodę w trybie narracyjnym. Możliwe jest zapisywanie stanu gry w każdym momencie i późniejsze kontynuowanie zabawy. Drugi z wymienionych trybów pozwala na udział aż 16 graczy. Nie mamy tu do czynienia z wątkami fabularnymi, lecz znajdujemy się na wyspie. Tam też znajdują się teleportery do wielu miejsc w Ankarii. Ostatni tryb, zgodnie z nazwą, pozwala na walki między graczami zarówno w pojedynkę, jak i w drużynie.

Sacred Sacred Sacred

Osobiście uważam, że Sacred to gra, która potrafi wciągnąć na dobre kilka godzin, czasem wręcz uzależnić – przynajmniej na początku. Wiadomo wszem i wobec, że nawet najprzyjemniejsza rozrywka po pewnym czasie staje się monotonna oraz zaczyna nudzić. Jednak wiem, że co jakiś czas będę wracała do staruszka Sacreda – jeśli nie z braku innych zajęć, to na pewno z sentymentu, który zaległ w mym czarnym sercu dla tej gry.

Plusy Minusy
  • Ciekawe postacie, ich unikalny rozwój
  • Olbrzymi świat do odkrycia
  • Specjalne zdolności
  • Mnóstwo sprzętu
  • Monotonna rozgrywka
  • Sporo błędów w grze (w Sacred PLUS jest to już w dużej mierze poprawione)
  • Na dalszych poziomach nie znajdujemy godnych siebie przeciwników
  • Dużo skopiowanych pomysłów od Diablo, autorskie pomysły twórców tego nie równoważą
Ocena Game Exe 7  
Ocena użytkowników 7,81 Średnia z 1555 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...