riese

Science Fiction Fantasy i Horror nr 74

science fiction fantasy i horror, science fiction fantasy i horror 74, okładka

Grudniowy "Science Fiction, Fantasy i Horror" nie obfituje raczej w elementy związane ze świętami. Takich doszukać się można w felietonie Artura Szrejtera i w opowiadaniu Konrada Linde, gdzie jednak motyw Świętego Mikołaja występuje niejako gościnnie. Na pierwszy rzut oka dostajemy więc typowy numer, niczym nie różniący się od poprzednich. Czy tak jest w rzeczywistości?

mikołaj, geralt, wiedźmin
Mikołaj Geralt

Niestety tak. Owszem – trafiło się kilka tekstów godnych polecenia, także część publicystyki była nader interesująca, ale czegoś mi jakby zabrakło w tym numerze... Zdecydowanie za mało jest w nim magii świąt! Nie ma jednak powodów do obaw, bo zawsze można sobie to zrekompensować wygraną w jednym z sześciu grudniowych konkursów.

Przechodząc do prozy, warto wymienić przede wszystkim opowiadanie Anny Dominiczak pt. "Zwierzę". Pozornie wygląda to jak horror rozgrywający się w domu dla psychicznie chorych – przynajmniej takie wrażenie można odnieść po przeczytaniu kilku pierwszych stron. W rzeczywistości jednak jest to historia o szaleństwie, miłości, a także o naszej rzeczywistości. Autorka chce tu pokazać różnice miedzy tym, jak świat widzimy my – ludzie "normalni", a tym, jaki jest on dla pensjonariuszy zakładu – dla ludzi "chorych", którzy niejednokrotnie potrafią dostrzec w nim o wiele więcej niż my. W tym tekście jest aż gęsto od ukrytych myśli i przesłań, często proszących się o rozwinięcie, którego jednak nie ma. Być może jest to specjalny zabieg, tak by pozostawić czytelnika w zadumie i pozwolić mu snuć własne refleksje... A może zostanie to bardziej szczegółowo omówione w kolejnych opowiadaniach Anny Dominiczak. Czas pokaże.

Kolejnym dobrym kawałkiem prozy tego numeru jest "Homo dehydrogenatus" Konrada Linde. Jest to historia ziemskich astronautów (bądź kolonistów), którzy powoli umierają z braku wody na obcej planecie. I choć sam temat był niejednokrotnie poruszany, a w tekście roi się od podobieństw do klasyki gatunku, to jednak jest tu coś poruszającego i zaskakującego. Mimo wręcz niewyobrażalnego pragnienia i nieraz zwierzęcych odruchów, oni wciąż potrafią kochać, wciąż pozostają ludźmi. Jest to jedno z tych opowiadań, które z bliżej niewyjaśnionych przyczyn zapada w pamięć na długi czas. Naprawdę warto po nie sięgnąć.

Nie zabrakło również tekstów mniej poważnych. Do takich zaliczyć można zwłaszcza dwie miniaturki o smokach – są to "Smoczy urok" Marcina Estkowskiego oraz "Krótka, aczkolwiek treściwa historia smoka kieszonkowego" Alicji Pawłowskiej. Łatwo się zorientować, że w obu przypadkach rzecz będzie dotyczyć tytułowych stworzeń – choć zarówno w pierwszym, jak i w drugim nie są to postaci główne. Przy tak niewielkiej objętości nie ma sensu bym pisał cokolwiek o fabule, gdyż przez przypadek mógłbym zdradzić zbyt wiele i zepsuć wam całą zabawę. Dlatego nie pozostaje mi nic więcej, jak tylko gorąco wam polecać oba teksty – czyta się je szybko, przyjemnie i z nieschodzącym uśmiechem.

maja lidia kossakowska, grillbar galaktyka, okładka
"Grillbar Galaktyka"

Do grupy zabawnych i niewymagających opowiadań zaliczyć można również "Szefie, mamy problem" Mai Lidii Kossakowskiej. Jest to historia pełna absurdalnych sytuacji, zabawna sama w sobie i jednocześnie wciągająca nietypowym podejściem do tego gatunku, jakim jest fantastyka. Skutecznie zachęca do sięgnięcia po książkę pt. "Grillbar Galaktyka", której akcja dzieje się w tym samym, pełnym groteski, ironii i komizmu świecie. Zarówno powieść jak i opowiadanie skutecznie odpędza nudę wczesnych, grudniowych wieczorów, niejednokrotnie rozśmieszając czytelnika do łez.

Pozostałe dwa dłuższe teksty, czyli "Ucher" Macieja Żytowieckiego i "1410, czyli kilka słów prawdy o Grundwaldzie, cz.2" Marcina Mortki wyjątkowo mi się nie spodobały. I chociaż o gustach się nie dyskutuje, to nie sądzę, by ktoś odczuwał jakąkolwiek przyjemność z lektury pierwszej z wymienionych pozycji. Jest to coś, co określiłbym mianem New Weird (jako że nie da się tego zaszufladkować ani do SF, ani do fantasy), i o ile nigdy szczególnie nie stroniłem od tego gatunku, to dane opowiadanie zdecydowanie mnie odrzuca. Przede wszystkim kuleje w nim styl i sposób prowadzenia dialogów, które wyglądają na sztuczne i wymuszone. Sama fabuła jest interesująca, jednak momentami autor tak zawile pisze, że ciężko się w tym połapać – przede wszystkim jest tu zbyt wiele niedopowiedzeń i ukrytych myśli. Być może miały być to jakieś, ostatnio bardzo modne, "eksperymenty z formą"... Jeśli jednak tak ma to wyglądać, to ja wolę zostać tradycjonalistą.

Z kolei opowiadanie Marcina Mortki po prostu do mnie nie przemawia. Nigdy nie byłem pasjonatem historii, a kpiny z nieżyjących ludzi, choćby i tych sprzed pięciuset lat, bardziej mnie zniesmaczały niż śmieszyły. Jednakże, "1410, czyli kilka słów prawdy [...]", jak również jego autor, cieszy się rosnącym zainteresowaniem i popularnością, dlatego w tym wypadku nie powinniście słuchać mojego narzekania i samemu sprawdzić, czy przypadnie wam to do gustu.

Na zakończenie działu prozy, redakcja czasopisma przygotowała zestaw sześciu szortów, czyli bardzo krótkich opowiadań fantastycznych, najczęściej nie przekraczających kilku tysięcy znaków. Wszystkie z nich to zwycięskie prace kolejnych edycji konkursów spodenkowych na forum SFFiH. Część jest mniej ciekawa, część bardziej – zależnie od gustu. Polecam jednak choć pobieżnie zapoznać się ze wszystkimi zamieszczonymi tu tekstami, gdyż ich przeczytanie nie zajmuje wiele czasu, a można znaleźć coś naprawdę interesującego (osobiście polecam zwłaszcza "Wysoko do nieba" Marcina Elantkowskiego).

miroslav zamboch
Miroslav Žamboch

Pozostaje jeszcze publicystyka. Tutaj nie ma nic zaskakującego – jak zwykle kilka recenzji, cztery felietony stałych felietonistów i jeden wywiad. Odnośnie tego ostatniego, wystarczy jeśli powiem, że pytania są niemal identyczne, jak w poprzednich rozmowach zamieszczanych na łamach SFFiH; ogółem, niewiele tu ciekawego, jeśli ktoś nie jest wielkim fanem Miroslava Žambocha.

Recenzje nie powalają – zaledwie kilkanaście zdań wraz z oceną. Wyglądają trochę jak pisane raczej z musu, niż z chęci podzielenia się opinią.

Jeśli natomiast chodzi o felietony, to tutaj odczuwam nieco sprzeczne emocje. Z jednej strony, bardzo przypadł mi do gustu tekst Dariusza Domagalskiego pt. "Test na człowieczeństwo", w którym autor wyraża swoją opinię o Cleverbocie, czyli o programie, który jako pierwszy zaliczył test Turinga. Zręcznie wplata tu elementy fantastyki i przemyślenia na temat przyszłości sztucznej inteligencji – czy rzeczywiście uda jej się kiedyś skutecznie naśladować ludzki mózg?

Również spodobał mi się tekst Artura Szrejtera, który opisuje czasy "Kiedy Święty Mikołaj był kobietą" i pokrótce opowiada nam o pochodzeniu i początkach kultu tej postaci. Artykuł jest utrzymany w dosyć rozrywkowym i wesołym tonie, choć miejscami bywa nieco zbyt przesiąknięty faktami historycznymi, przez co można poczuć się jak na wykładzie. Mimo to – polecam.

Z kolei felieton "Jak przeżyć jubileusz z godnością" napisany przez Jarosława Grzędowicza znudził mnie niemiłosiernie. Idąc za przykładem tekstu Tomasza Kołodziejczaka z poprzedniego numeru, opisuje on swoją przygodę z Klubem Tfurców. Narzeka nieco również na "internetowe recki", które według niego są niemiarodajne i często nieprzemyślane. Osobiście niemal stuprocentowo się z tym nie zgadzam, ale dyskutować nie zamierzam, gdyż obawiam się, że zostałbym "okrutnie wyśmiany [...], obity i wyrzucony za drzwi". Krótko mówiąc – ten felieton to kolejne wspominki i utyskiwania jednego z autorów "starszego pokolenia".

Również sporo mam do zarzucenia Andrzejowi Pilipiukowi, który w swoim tekście bezwstydnie pisze, jak bardzo nienawidzi Niemców i Rosjan, wspomina i rozpamiętuje "te krzywdy, które zrobili jego rodzinie!". Chyba nigdy nie zrozumiem fenomenu tego autora, który dzięki swoim nieskrywanym i chętnie propagowanym szowinistycznym poglądom, zdobywa coraz większą popularność. Cały jego felieton o wdzięcznej nazwie "Leśna mogiła" jest jedną wielką manifestacją tego szowinizmu zgrabnie zawoalowanego w niezbyt obszerną historię Wojsławic.

Na koniec warto również powiedzieć kilka słów o oprawie graficznej, składzie i korekcie. Grafiki są całkiem przyzwoite – jeśli nie brać pod uwagę nieco przejaskrawionej okładki, to nie mam im nic do zarzucenia. Redakcja znów odwaliła kawał porządnej roboty przygotowując ten numer – nie znalazłem ani jednego błędu, a teksty są zazwyczaj ułożone dość intuicyjnie, co zachęca do czytania. Podsumowując, grudniowy SFFiH to zdecydowanie jeden z lepszych sposobów na wieczorną nudę.

Dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe
7
Ocena użytkowników
7,5 Średnia z 1 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...