riese

Operacja Anchorage

Ponoć ludzie uczą się na błędach. Korzystając z wszelakich doświadczeń nad różnorakimi projektami i dobrych rad innych osób, mogą uniknąć wpadek, przez które wielokrotnie się sparzyli, a ich reputacja znacząco się obniżyła. W końcu istoty rozumne mają to do siebie, że ewoluują i wysnuwają odpowiednie wnioski, aby ponownie nie wkroczyć na ścieżkę wstydu oraz wyśmiania. Dzięki temu z wieku na wiek stajemy się mądrzejsi i lepsi, bo w końcu to naturalna kolej rzeczy, nie? Niestety, ilekroć widzę dodatki sygnowane logiem Bethesda Softworks, zaczynam mieć co do tego wątpliwości.

Fallout 3Fallout 3Fallout 3

„Operacja Anchorage” to pierwsze oficjalne rozszerzenie do „Fallout 3” i można było się spodziewać, że sprytni potentaci z Rockville nie popełnią ponownie błędów przeszłości, jakie miały miejsce w przypadku „Obliviona”. Mityczna „zbroja dla konia” już przeszła do legendy jako przykład ciemnej strony DLC, charakteryzującej się totalnym zlekceważeniem i zdzieraniem kasy z biednego gracza. Natomiast pudełkowe rozszerzenie „Knights of the Nine” tylko utwierdziło wszystkich w przekonaniu, że firma ma w poważaniu elementarny szacunek dla konsumenta i słucha tylko brzdęku monet w swoim skarbcu. Każdy jednak powinien otrzymać drugą szansę, więc z pewną nutką obaw postanowiłem powrócić do świata po nuklearnej zagładzie i odkryć, jakie nowe doznania postanowiła zaserwować nam Bethesda.

Po lekkiej i przyjemnej instalacji dodatku, jeżeli tylko przebywamy na Stołecznych Pustkowiach, naszym oczom ukaże się informacja, że odbieramy sygnał radiowy z wezwaniem o pomoc. Tym razem role panien w opresji grają członkowie frakcji „Wygnańców”. Jak zapewne pamiętacie, jest to ortodoksyjny odłam „Bractwa Stali” nie godzący się z postawą „lizusów Lyonsa”, którzy odrzucili zadanie poszukiwania nowych technologii na rzecz pomagania okolicznej ludności. Strasznie antypatyczne buce swoją drogą, ale co poradzić, trzeba im pomóc pokonać grupkę Supermutanów, bo inaczej nie ruszymy dalej z tą historią.

Fallout 3Fallout 3Fallout 3

Po krótkiej bijatyce, jeden z żołnierzy zauważa naszego PipBoya i prowadzi nas do tajnego, przedwojennego bunkra, gdzie znajduje się tymczasowa siedziba bractwa wyrzutków i stara zbrojownia, wypakowana mnóstwem zabójczego sprzętu. Pozostaje jeden problem – arsenał jest zamknięty na cztery spusty i tylko przejście specjalistycznego programu treningowego otworzy zamki. Symulacja odpali się wyłącznie wtedy, jeżeli posiadamy odpowiedni sprzęt – właśnie coś w stylu naszego naręcznego komputera. Żołnierze niechętnie proszą nas o pomoc, obiecując „złote góry”, jakie znajdują się w zbrojowni, a że dodatkowe graty piechotą nie chodzą, godzimy się na taką transakcję. Czemu nie strzelili nam w głowę i nie zabrali z naszego stygnącego ciała rzeczonego Pipboya? Nie mam zielonego pojęcia, ale to ich problem, gdyż słowo się rzekło. Wskakujemy w futurystyczne wdzianko rodem z „TRONu” i logujemy się do systemu, dzięki czemu lądujemy w samym środku wirtualnego konfliktu amerykańsko-chińskiego, przedstawiającego wydarzenia z Anchorage na Alasce, przed nuklearnym holokaustem.

Wielokrotnie wałkowano nam, że wojna nigdy się nie zmienia i walka to generalnie nic dobrego, ale dopiero „Operacja Anchorage” pokazała, że w świecie „Fallout 3” przemoc to niezłe gówno. Nie będę tego upiększał jakimiś pięknymi czy wysublimowanymi wyrazami, bo dzięki temu dodatkowi na zawsze pozostanę wielkim orędownikiem pacyfizmu na nuklearnych pustkowiach Waszyngtonu. Nigdy nie sięgnę po broń, gdyż pióro jest potężniejsze od strzelby. Nie, nie, nie… Przenigdy! To rozszerzenie ostatecznie potwierdziło, że system walki w „Fallout 3” jest tak niedopracowany i ograniczony, że zamiast bronić Ameryki przed socjalizmem, chciałem podpisać całkowitą kapitulację Stanów i oddać ją pod komendę Pierwszego Sekretarza. Całkowity brak konceptu, zero wyobraźni, ani grama finezji – po prostu przesz do przodu i zabijasz „żółtków” z karabinu maszynowego. Bethesda miała wyraźnie aspiracje do pokazania, że prócz dobrej komputerowej gry fabularnej, potrafią zrobić niezłą strzelaninę. Efekt wyszedł zaiste „piorunujący”, bo nawet budżetowe FPSy zjadają „Operację Anchorage” na śniadanie. Jeżeli miałeś już dość powtórek, jakie serwował nam system „V.A.T.S.” oraz eksplodujących członków, to przed zawitaniem na wirtualną Alaskę schowaj żyletki i ostre przedmioty, bo czeka cię naprawdę ostra jazda bez trzymanki.

Fallout 3Fallout 3Fallout 3

Przeciwnicy rażą taką głupotą, że chyba Chińczycy hodowali ich w słojach z formaliną i od razu wypuścili na pole walki, ze spluwą oraz jednym magazynkiem w dłoni, aby zabijali kapitalistyczne świnie. Nie wiedzą, jakie profity daje odpowiednia osłona, co to jest efekt zaskoczenia i jak odpowiednio obejść bohatera, aby w niespodziewanym momencie wbić mu ostrze w plecy. Jedyna znana im taktyka to „Banzai!” i do przodu. Skoro jeden facet z wyrzutnią rakietową strzela we mnie, mimo tego, że jestem może 20 centymetrów od niego, a drugi nie zwraca na mnie w ogóle uwagi, nawet gdy w tym samym pokoju rozkwasiłem jego kolegę precyzyjną serią z karabinu, to inaczej niż czystym imbecylizmem nazwać tego nie można. Może amerykańscy chłopcy są mądrzejsi? Niestety. Gdzieś w połowie gry otrzymamy naszą własną drużynę pod komendę, ale oddziałem to oni są tylko z nazwy. Prócz wyboru kogo chcemy mieć w ekipie (strzelec, snajper, robot etc.), nie mamy na jej działania żadnego wpływu. Pchają się tak samo pod lufę, jak ich azjatyccy przyjaciele.

Twórcy, zapewne będąc na słynnym kokainowym haju, postanowili zrobić psikus graczom i obedrzeć „Fallout 3” ze wszystkiego co najlepsze. Otwartość i nieliniowość w „Operacji Anchorage” zwyczajnie nie istnieją. Jest tylko jedna prosta droga do celu, a zadania trzeba wypełniać jak po sznurku, bo inaczej zostaniesz przyblokowany przez niewidzialna ścianę lub też zginiesz od anonimowego pocisku balistycznego znikąd. Dialogi? Nie istnieją, bo pełnokrwistymi rozmowami nie można nazwać dwóch zdań na krzyż i trzech opcji dialogowych do wyboru, które i tak prowadzą do tego samego efektu. Choć fajnie, że się w ogóle pojawiły – przypomniało mi to na moment, że „Fallout 3” był kiedyś cRPG. Swoją drogą epickość bitew poraża. Największa batalia w historii ludzkości jest ukazana jako potyczka sześciu chińczyków z czterema facetami w pancerzu wspomaganym. Rozmach taki, że myślałem, iż nigdy się nie podniosę z podłogi, jak spadłem ze swojego obrotowego krzesełka – emocje sięgnęły zenitu.

Fallout 3Fallout 3Fallout 3

Co jest dobre? Umiejscowienie gry na zasypanej śniegiem Alasce z pewnością wyszło DLC na dobre. Po szarych i bezdusznych pustkowiach, miło jest powalczyć w dziewiczych oraz urokliwych krajobrazach Anchorage. Niezdobyte szczyty, nieskazitelna biel śniegu oraz zabójcze piękno burzy śnieżnej – to robi wrażenie. Tak samo jak kilka efektownych eksplozji do jakich przyczynimy się my (zniszczenie ogromnych dział ostrzeliwujących nasz obóz) oraz oponenci (szarża przez chińskie zasieki pod ostrzałem artylerii).

Jednak naprawdę warto jest się przemęczyć z dodatkiem z jednego powodu – sprzętu. Wspominana zbrojownia zawiera prawdziwe cuda i smaczki, których ciężko szukać, gdy szabrujemy ruiny Waszyngtonu. Z drugiej jednak strony niszczą one pewien balans w grze, gdyż po zgarnięciu sprzętu automatycznie stajemy się największymi kozakami na pustkowiach. Pancerz wspomagany T-51b to najmocniejsza i najbardziej wytrzymała zbroja w grze. Działko Gaussa, mimo że przeładowuje się wolno, jest zabójcze z bliskiej odległości, jak i z kilkuset metrów. Natomiast miecz elektryczny generała Jingwei wraz z chińskim pancerzem maskującym jest śmiercionośny i potrafi jednym uderzeniem zabić każdego przeciwnika – czy to muskularnego Supermutanta, czy ubranego w pancerz wspomagany człowieka.

Fallout 3Fallout 3Fallout 3

Konkludując, dwie godziny mojego życia zostały zmarnowane i nie wrócą już nigdy. Dodatek jest liniowy jak diabli, a fabuła totalnie oklepana. Położono nacisk na najsłabszym elemencie „podstawki” (system walki), a ukryto jej największe zalety (wolność i niezłe dialogi). Ten tytuł jest tak łatwy oraz głupi, że kompletnie zlasował mi mózg i już większe wartości niesie za sobą trzecia część sagi „Rambo”. Niby warto się przemęczyć dla tych über-broni, ale czy opłaca się psuć sobie dalszą rozgrywkę i czynić ją równie prostą jak „Operacja Anchorage”? Na to pytanie musicie odpowiedzieć już sobie sami.

Plusy
  • Ciekawe i przydatne graty
  • Lokacje mają swój urok…
Minusy
  • …ale są małe i liniowe jak diabli
  • Sztuczna Inteligencja przeciwników
  • System walki
  • Brak zadań pobocznych
  • Za łatwa
  • Zbyt krótka
  • Czy to jeszcze cRPG, czy już FPS?
Ocena Game Exe
2,5
Ocena użytkowników
5,84 Średnia z 16 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...