Zamaskowany – historia postaci

Wojciech "Courun Yauntyrr" Kominek piątek, 19 grudnia 2008

Fragment pamiętnika Eowarara Derdaluina, Władcy Warowni Cyjanu

Spustoszenie, jakiego byłem świadkiem, nigdy nie wywarło na mnie aż takiego wrażenia. Wszędzie leżały ciała ludzi i zwierząt, dziwnie rozszarpane, z wyrazem twarzy sugerującym, iż nie umarli spokojną śmiercią. Wiele z nich nosiło znaki torturowania, kilka było nagich, więc najemna armia nie hamowała swoich pragnień w żaden sposób. Może nawet sam Zamaskowany wydał taki rozkaz?

Kaidala nie mogła ukryć łez. Chciałem ją pocieszać wiele razy, ale w tym momencie poczułem się bezsilny. Kolejna wioska, do której nie dotarliśmy na czas. Zaczęło mnie to już męczyć. Nieustanny pościg, ale nasz przeciwnik wciąż był kilka kroków przed nami. To on uderzał, on mordował, a my jedynie przybywaliśmy, by ujrzeć obraz naszej klęski. Chyba najbardziej przeżywała to nasza druidka, ale widziałem wściekłość w oczach Calibasta i ten zimny płomień w oczach Jaboli – taki sam jak wtedy, gdy opowiadała nam o swoim wygnaniu. Trip był dziwnie spokojny, ale zaoferował swoją pomoc. Znał pobliskie lasy i mógł nam pokazać tajemne przejście aż do następnego miasteczka. Należało mieć tylko nadzieję, że Zamaskowany właśnie tam uderzy.

Przedzieraliśmy się przez las chyba całą wieczność. Nie przeszkadza mi zieleń, w pewnym sensie nawet kocham przyrodę, lecz owady i ciągły pośpiech nie dawały nam spokoju. Jaboli została zaatakowana przez wielkiego pająka i tak się zdenerwowała, że jej czar wypalił spory kawałek lasu. Mam nadzieję, że druidzi nie będą nas za to ścigać… W każdym razie wszystkie noce spędzałem przy Kaidali, która wciąż nie mogła zapomnieć obrazów spalonych miast i ich mieszkańców. Przytuliłem ją do siebie i szepnąłem, że wszystko będzie w porządku, choć sam zacząłem powoli tracić nadzieję…

Kolejnego dnia natknęliśmy się na patrol złożony z koboldów i drowa. Zaiste dziwne to połączenie, ale poradziliśmy sobie dość łatwo. Mój ognistogłowy przyjaciel tak zwinnie wymachuje swym toporkiem, że chce się tylko przystanąć i podziwiać.

W końcu dotarliśmy do wioski, lecz ta pozostała nietknięta. Trzy dni i noce staliśmy na rogatkach wypatrując zagrożenia, ale nasz wróg uderzył zupełnie gdzie indziej. Dalej na zachód leżała Warownia Cyjanu. Jak się miało okazać, miejsce to odmieni moje życie na zawsze…

Trip nie chciał walczyć. Przekonaliśmy go, że nie ma innego wyjścia. Z Calibastem u boku i czarami naszej Jaboli wróg nie miał szans. W końcu go ujrzałem. Zgodnie ze swym mianem, zakrywał twarz maską, a otaczało go sześciu drowów – zapewne jego osobista ochrona. Co tu na powierzchni robiły mroczne elfy? Niech wracają do przeklętego Podmroku wraz ze swym panem!

Wszystko szło dobrze aż do ostatecznego starcia. Ja i moja drużyna kontra Zamaskowany i jego mały oddział. Na murach Cyjanu pojawiła się jednak czarodziejka Yenna. Jej czar mnie… zabił. Sądziłem, że Zamaskowanego też, ale poza mną, moimi towarzyszami oraz, jak mniemam, drowami, nikt inny wtedy nie zginął.

Wskrzesiło mnie tajemnicze światło, które zaoferowało swoją pomoc i przemianę w dowolnie wybraną przeze mnie broń. Brzmi to może dziwnie, ale miecz przy moim pasie jest mieczem, który powstał właśnie wtedy. To było miejsce pełne dusz pokonanych, gdzie znaleźli się także i moi towarzysze. Nie mogłem ocalić każdego… Wybrałem dwoje z nich, a resztę musiałem odesłać w zaświaty. Jak się miało okazać, spotkać mieliśmy się ponownie.

Wszystkie działania skupiłem na jednym celu – zostania Władcą Warowni. Udało mi się powstrzymać nabór armii Zamaskowanego, odciąłem go także od dostaw. Mordowałem jednego goblina za drugim, potem koboldy – słowem wszystko, co nawinęło się pod mój miecz.

Tajemnicze światło nie opuściło mnie. Co jakiś czas pozwalało ulepszyć broń, którą władałem. W końcu nie było lepszego ostrza niźli moje, więc czułem się silny.

Wybory na Władcę Warowni były farsą. Wygrałem miażdżącą przewagą głosów pokonując tak Envid, jak i Sir Becketa. Pozostawał jednak problem Zamaskowanego…

Ruszyłem do Bastionu mego wroga z nadzieją na zwycięstwo. Cztery klucze od czterech drużyn przeciwników sprawiły, że wreszcie miałem okazję zaskoczyć mego przeciwnika.

Na drodze stanęła mi jednak dwójka towarzyszy. Zamaskowany okazał się być illithidem, straszliwym łupieżcą umysłów, który zamotał im w głowach i zmusił do walki ze mną. Niestety nie potrafiłem przemówić do rozsądku Calibastowi. Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwy mój wojowniczy przyjacielu i pijesz teraz wraz ze Śmiertelną Panią.

Nie sądziłem jednak, że taka groza mnie tam zastanie. Światło wyjawiło w końcu, iż było pogromcą demonów, a co więcej moim… dziadkiem. Nie mogłem w to uwierzyć! Tuż po śmierci moich rodziców moja babka na swych skrzydłach ukryła mnie i sprawiła, że mogłem przeżyć ten mroczny czas. Jakimś sposobem utrzymała przy życiu dziadka, który podróżował ze mną pod postacią magicznej broni. Zamaskowany zaś okazał się być moim…

…bratem. Zabiłem własnego brata. Tak, nie jestem z tego dumny, choć ocaliłem wiele istnień. W mojej rodzinie ponoć to normalne, gdyż szukali potęgi, więc czemu nie illithid?

Nie mnie oceniać postępowanie mojej babki, ale czekała już na mnie w Salach Cechu Cyjanu. Miałem do niej bardzo wiele pytań, ale nareszcie był czas, by poznać wszystkie odpowiedzi…

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...