riese

Ucieczka Eisensteina

Jan L. "Hassan'" Hassan środa, 24 kwietnia 2013

Herezja trwa – tak mówi podtytuł najnowszej powieści serii "Herezja Horusa" (teraz niekonsekwentnie nazywanej "The Horus Heresy"), noszący tytuł "Ucieczka Eisensteina".

Stop. Już po otrzymaniu egzemplarza recenzenckiego i przyjrzeniu się grafice na okładce – cudownie ukazującej Deciusa i jego Power Fist – zatrzymałem się na tłumaczeniu tytułu. W oryginale brzmi on The Flight of Eisenstein i po konsultacjach, a już szczególnie po lekturze, jestem pewien, że nadającemu tytuł chodziło raczej o lot, niż ucieczkę, która jest raczej pobocznym znaczeniem słowa "flight", obecnie zastępowanym przez dużo popularniejsze "flee". Nie rozumiem też ujęcia nazwy statku w cudzysłów – w oryginalnym tytule tego nie zrobiono, w polskim już tak, a te dwie kreseczki przy nazwach statków (sprawdzałem!) nie są wymagane.

Cóż, nie mnie kwestionować zamysły Imperialnej prawy. Zabrałem się więc za lekturę, tym razem skupiającej się na najsłynniejszej Herezji w Uniwersum 40k z nieco innej perspektywy, którą w poprzednim tomie mieliśmy okazję poznać już pod sam koniec lektury.

Perspektywa ta ma na imię Nataniel Garro i jest liniowym kapitanem Gwardii Śmierci. Kapitan, jak na wzorowego protagonistę przystało, jest lojalny Terze i Imperatorowi, co wpierw budzi spięcia i zastrzeżenia, a wreszcie przeradza się w otwarty konflikt. Naturalnie napędzają go siły Chaosu i rozkazy prymarchów – zdrajców, ale wzajemna niechęć tylko pomaga przeciwnikom Garro obrócić się przeciw niemu zaledwie po pstryknięciu palcami. Wszystko to na tle wydarzeń, których doświadczyliśmy śledząc poczynania Garviela Lokena z Wilków Luny w "Galaktyce w Ogniu".

Historia kapitana opowiada o misji dowodzonej przezeń fregaty Eisenstein. Polega ona na poniesieniu na Terrę ostrzeżenia przed zdradą Horusa, jego braci i ich legionów. Jeszcze przed rozpoczęciem misji jesteśmy raczeni standardowym już popisem braterskich docinków, wzajemnej rywalizacji i przyjaznego klepania się po ramionach, po czym następuje bitwa. I TA scena.

Mówię o scenie, która w kilku zdaniach definiuje całe uniwersum Warhammera 40k i postacie w nim żyjące. Zrobię tutaj mały spoiler, ale Imperator mi wybaczy. Kapitan Garro w trakcie walki traci nogę. Czy krwawi bohatersko, krzycząc, by go zostawić? No... Próbuje, ale tak się nie dzieje, o nie. Zamiast tego mówi ratującemu go towarzyszowi "podprowadź mnie bliżej, będę uderzał ich swoim mieczem". I tyle. To już wszystko, ja nie mam nic więcej do powiedzenia. Wh40k w pigułce.

Tak. Właśnie w ten sposób.
Podjedźcie bliżej, chcę uderzać ich swoim mieczem!

Mam do teraz strasznie mieszane uczucia w związku z tym fragmentem – jego absurd każe mi śmiać się do rozpuku; czy kapitan nie mógł wziąć od swojego towarzysza jego boltera i w ten sposób osłaniać odwrót? Nie, to bez sensu. Lepiej podkuśtykać do wrogów, krwawiąc jak prosię z oderżniętej nogi i chlastać ich jeszcze mieczem. Patrząc na nią jednak zupełnie z przeciwległej strony – no właśnie, epika leje się strumieniami, w tle ktoś dyryguje chórem, a kapitan Garro urasta do rangi największych badassów, o których miałem okazję czytać.

W międzyczasie poznajemy też kolejnego prymarchę, tym razem jest nim Mortarion, który nosi się i zachowuje, jakby był Śmiercią we własnej osobie. Nie posiada jednak jednej, podstawowej cechy Śmierci – własnego zdania, dlatego w zasadzie przez pstryknięcie palcem daje się skusić Horusowi i jego herezji. Ale o braku logiki w przyczynach zdrady pisałem już w recenzji "Galaktyki w Ogniu", więc powtarzać się nie będę.

Oprócz głównego bohatera, czyli kapitana Szarży-Bez-Nogi "Ucieczkę Eisensteina" uzupełnia cała gama bohaterów drugoplanowych, od gromadki znanej już z poprzedniej części, czyli Iactona Qruze i ochranianych przez niego upamiętywaczy (na czele których stoi Euphrati Keeler), po kilku nowych, takich jak załoga fregaty Eisenstein czy przyboczni kapitana Garro. Szczególnie do gustu przypadł mi Meric Voyen, który wyszedł autorowi – chyba zupełnie przypadkiem, bo mowa tu o Adeptus Astartes – całkiem ludzko. Voyen jako jedyny nie przyjmuje do wiadomości z przesadnie obojętną albo przesadnie dramatyczną reakcją faktu zdrady swoich braci i zwyczajnie się boi – boi na tyle, by posunąć się nawet do niesubordynacji. To miłe, po trzech tomach o twardych wojownikach, którzy nawet jeśli powinni być poruszeni, to raczej to poruszenie manifestują w teatralny, nienaturalny sposób, spotkać kogoś, kto reaguje jak człowiek z krwi i kości.

Jego zupełnym przeciwieństwem jest Rogal Dorn, prymarcha Imperialnych Pięści, którego poznajemy nieco dalej w lekturze. Jego reakcja na rewelacje o zdradzie jest dziwna, nieciekawie opisana i zupełnie nieprzejmująca – spodziewałem się więcej po tak ważnej dla fabuły postaci.

"Ucieczka Eisensteina" najmocniejszy ma zdecydowanie środek – początek jest sztampowy, zakończenie nieciekawe i niezachęcające do dalszego śledzenia przygód Nataniela Garro – zupełnie jakby autor pisał ostatnie rozdziały tak, by jak najszybciej mieć to z głowy albo jakby Games Workshop wyznaczył mu limit stron, a ten próbował w nie wcisnąć za dużo i za późno zdał sobie sprawę, że braknie mu miejsca.

A jednak to, co dzieje się na pokładzie Eisensteina, jest intrygujące i ciekawe. Po raz kolejny piątka za opis Chaosu i mojego ulubionego elementu chaosowej przemiany – czyli Nurgla. Element rozkładu opisany jest wyjątkowo plastycznie i w sposób oddziałujący na wyobraźnię, a jego wynaturzenia są dokładnie takie, jak je sobie wyobrażałem – pokazane jako kpina z życia i obracające się wokół tezy, że "wszystko przemija".

Jeśli idzie o jakość wydania "Ucieczki Eisensteina", to nasi bitewni bracia i siostry nie zasługują na pochwałę. Egzemplarz, który otrzymałem, to egzemplarz recenzencki, przypominający mi co chwilę, że czytam wersję trial i mam zapomnieć o chęciach odsprzedania książki. Ponieważ egzemplarz jest recenzencki i przed ostateczną korektą, trafiły się tam błędy, które jednak pojawić się nie powinny, to jest błędy w tłumaczeniu oraz językowe – ostatnia korekta to raczej wyłapywanie przegapionych wcześniej literówek, nie błędów językowych, które łupią w zęby i w korektora. O dziwnym tłumaczeniu tytułu i niekonsekwencji w nazwie serii pisałem już wyżej.

Moja wersja trial "Ucieczki Eisenstaina" nie aktualizuje się też, jak się okazało, do wersji pełnej – co było do tej pory standardem. To wielki minus dla Fabryki Słów – mam teraz wersję roboczą książki, która przy moich normalnych poprzednich tomach cyklu "Herezji Horusa" wygląda źle. Nie rozumiem takiego postępowania ze strony wydawnictwa.

Nie to jednak liczy się najbardziej – najważniejszą częścią kolejnej książki z Uniwersum Warhammera 40k jest Imperator, już powoli Bóg-Imperator i nasza lojalność wobec jego Prawdy. Trwając w niej przezwyciężymy wszystkie przeciwności.

Dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe 7  
Ocena użytkowników 7,75 Średnia z 4 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Gość_flight* · wtorek, 9 lipca 2013, 13:05
0
Decius jest na okladce, ale z tyłu jako demon nurgla Ci z przodu to najpewniej Garro - Libertas u pasa i Voyen
Ven'Diego · wtorek, 9 lipca 2013, 20:08
0
Czekamy na reckę sadomaso Fulgrima

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...