Blackguards

Michał "Mikeal" Kostrzewa sobota, 17 października 2015

Moje pierwsze spotkanie z komputerową adaptacją popularnego u naszych zachodnich sąsiadów systemu "The Dark Eye" miało miejsce, gdy w moje ręce wpadła płyta z "Drakensangiem". Gra mimo wielu zalet miała też sporo wad, wśród których palmę pierwszeństwa dzierżyła przesadna wręcz cukierkowość tytułu. Wszyscy byli dla siebie mili, nie można było grać skończonym dupkiem, nasz bohater wybaczał innym najgorsze przewinienia i był strasznym frajerem. Tęczowość ta w końcu mnie odrzuciła i gra została porzucona w czwartym rozdziale. Kiedy kilka lat później dowiedziałem się o nowym cRPG w tym uniwersum, nie byłem do niego za bardzo przekonany. Słysząc jednak o tym, że będziemy grać wyjętym spod prawą mordercą, a nasza drużyna będzie się składać z równych nam kanalii, zatarłem dłonie z radości. I tak 23 stycznia 2014 roku na świat przyszła gra "Blackguards", w którą z różnych powodów zagrałem dopiero we wrześniu tego roku. Jak wyglądało moje drugie spotkanie z TDE?

blackguards

Fabuła zaczyna się w stylu "Dishonored" studia Arkane. Główny bohater (gra jest strasznie rasistowska, zapomnijcie o elfach i krasnoludach, można grać tylko człowiekiem) podczas przechadzki widzi jak córka hrabiego, której jest ochroniarzem, została zaatakowana przez wilka. Chwyta za miecz i atakuje bestię, ale zwierzę znika, a on z przerażeniem stwierdza, że stoi nad ciałem Eleanor z zakrwawionym mieczem. Po chwili pojawia się przyjaciel głównego bohatera i kochanek córki hrabiego – Lysander i oskarża go o morderstwo. Ląduje w lochu, gdzie za pomocą tortur Lysander chce wyciągnąć od niego jakieś imię.blackguards Po skończeniu katuszy trafia do lochu i ucina sobie pogawędkę z siedzącym w celi obok krasnoludem. Karzeł stwierdza, że znudziło mu się bycie więźniem i ucieka uwalniając bohatera i innego więźnia, który okazuje się magiem. I tak wsparty przez Naugrima, krasnoluda recydywistę, uwielbiającego w wolnym czasie puszczać knajpy z dymem, i lubieżnego Zurbarna, którego chuć wpędza jego samego i całą drużynę w kłopoty, rusza odkryć prawdę i zemścić się na Lysanderze.

Mimo pewnej wtórności otwarcie fabuły spodobało mi się. Niestety po otrzymaniu kontroli nad bohaterami zawiodłem się na czymś innym. Oczekiwałem gry w stylu "Icewind Dale" albo "Baldur's Gate", gdzie mój dream team eksploruje podziemia, tłucze wrogów i nosi na plecach tony sprzętu. Tutaj zaś można zapomnieć o eksploracji. Cała gra to tylko walki przerywane od czasu do czasu wyjściem do mapy świata, lokacji, miasta lub posłuchaniu dialogów. Zwiedzenie lokacji polega na tym, że mamy mapę, na której wybieramy miejsce kolejnej walki. Co więc uratowało grę i sprawiło, że dałem jej tak dobrą ocenę? Dwa filary, na których się opierała – walka i towarzysze – zostały wykonane wzorowo.

blackguards

Zacznijmy od towarzyszy. Poza wspomnianą wcześniej dwójką nasze szeregi zasilą: eflka narkomanka, honorowy wojownik (czytaj: maniakalny morderca) i czarownica utrzymująca kontakty z demonami. Bioware i Obsidian powinni uczyć się od tej gry, jak powinni wyglądać towarzysze w cRPG-u. Nasi towarzysze wtrącają się do każdego dialogu w grze, wiecznie się między sobą kłócą i nie ufają sobie. W dodatku zazwyczaj można im kazać, aby poprowadzili dialog za nas. I dzięki temu wykorzystując umiejętności Zurbarana przekupimy wrogich strażników, a zaznajomiona z mrocznymi sztukami wiedźma dogada się z kultystami. Wszystko to okraszone wspaniałymi, nienudzącymi dialogami, które często wywołują uśmiech na twarzy. Do moich faworytów należą momenty, kiedy Naugrim i Zurbaran chcieli sprzedać wojownika handlarzowi niewolników albo kiedy czarodziej dowiedział się, że dziewica, którą drużyna uratowała na arenie, wcale nie jest dziewicą. Niestety ciekawa fabuła dwóch pierwszych rozdziałów w trzecim zostaje zastąpiona starym dobrym obudzeniem przez tych złych Wielkiego Pradawnego Zła zakopanego hen na krańcu świata. Przynajmniej gra oferuje sporo zwrotów akcji i retrospekcji ukazujących relację pięciu głównych aktorów tego teatru: protagonisty, Lysandera, Eleanor, Aurelii i hrabiego Uriasa.

blackguards

Walki zaś to prawdziwy taktyczny miód. Często stajemy naprzeciwko przeważających sił wroga. Jak temu zaradzić i co począć, aby nie dać się zalać przeciwnikom? Proste, autorzy na każdej mapie rozmieścili mnóstwo interaktywnych przedmiotów, których my (albo nasi przeciwnicy) możemy użyć na swoją korzyść. Niczym w filmach spod znaku płaszcza i szpady można przeciąć sznur podtrzymujący kandelabr, który pomknie w dół i zgniecie przeciwników. Ustawione na sobie skrzynie albo beczki da się przewrócić i przygnieść wrogów lub stworzyć zaporę odgradzającą nas od nich. Dodatkowo można ją podpalić, aby zadawała większe obrażenia. Uwierzcie mi – możliwości jest sporo. Do każdego starcia trzeba podejść taktycznie, przyjrzeć się pozycjom wrogów, przewidzieć trasę, którą obiorą. Niestety system walki ma pewne braki. Przeciwnikom nie przeszkadza bieganie po wszelakich powierzchniach zadających im obrażenia, niektóre walki mają głupie ograniczenia czasowe (ratowanie baronowej w ciągu pięciu tur dało mi wiele nowych zmarszczek na twarzy). Denerwujące też są starcia, w których mamy się dostać z punktu A do B lub zdobyć jakiś przedmiot. Nie byłoby z nimi problemu, gdyby nie ciągły respawn przeciwników. I to nie co 5-10 tur, tylko zazwyczaj co drugą, co kończy się tym, że opracowaną strategię trafia szlag, a nasza drużyna żmudnie wyrąbuje sobie drogę przez hordy wrogów. Ale najgorsza jest losowość. Żeby atak lub zaklęcie się powiodło, musi się udać test na nie, którego procentowa szansa jest wyświetlana po wybraniu odpowiedniej ikonki. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że naszej drużynie może kilkakrotnie nie wyjść atak lub zaklęcie mające 95% szansy, a wrogowie bez problemu trafiają mając 20% szansy.

blackguardsblackguards

Jako że gra oparta jest TDE, to różni się od bardziej znanego D&D. Zdobywane doświadczenie nie jest przekazywane na zdobywanie nowych poziomów dających nam punkty rozwoju postaci. Zamiast tego zdobywamy punkty przygody, którymi bezpośrednio ulepszamy statystyki bohatera. Wyróżnia go też mała ilość przedmiotów. Zarówno w "Drakensangu" jak i "Blackguards" moja drużyna większą część fabuły przeszła mając w ekwipunku te same bronie i zbroje, które nie są epickimi przedmiotami +5. Tworzenie postaci jest miodne – co prawda można grać tylko dwoma klasami: magiem i wojownikiem, ale możliwości konfiguracyjne są ogromne. Niestety tutaj wychodzi na wierzch brak balansu. Mamy dużą ilość broni do wyboru: miecze, sztylety, kostury, łuki, kusze, bronie obuchowe (do których, o dziwo, zaliczane też są topory), włócznie, ale dwie ostatnie są najbardziej przydatne. To samo z czarami – niezwykle użyteczne na początku zaklęcia ofensywne ustępują miejsca ciągłemu leczeniu i wspomaganiu wojowników.

Muzyka jest wspaniała. Każda nuta w grze jest idealnie dopasowana do tego, co dzieje się na ekranie. Grafika to nie poziom trzeciego Wieśka, ale jest całkiem ładna i klimatyczna.

Podsumowując, "Blackguards" to gra, którą każdy fan cRPG powinien posiadać. Mimo pozornie schematycznej rozgrywki wciąga jak wir i nie wypuszcza, dopóki nie dotrze się do końca.

blackguards
Plusy Minusy
  • Towarzysze
  • Taktyczne walki i ich interaktywność
  • Klimat
  • Muzyka
  • Ciekawe retrospekcje
  • Fabuła w trzecim rozdziale traci oryginalność
  • Za dużo ekranów ładowania
  • Mało ekwipunku
  • Brak balansu broni i zaklęć
  • Brak eksploracji
Ocena Game Exe 8  
Ocena użytkowników 8,56 Średnia z 9 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Courun Yauntyrr · sobota, 17 października 2015, 18:27
0
Zastanawiałem się kiedyś nad zakupem. Teraz cena mocno przystępna, więc może jednak skusze się i dam temu tytułowi szansę
krzyslewy · sobota, 17 października 2015, 19:24
0

Cytat

Cała gra to tylko walki przerywane od czasu do czasu wyjściem do mapy świata, lokacji, miasta lub posłuchaniu dialogów. Zwiedzenie lokacji polega na tym, że mamy mapę, na której wybieramy miejsce kolejnej walki.


Właśnie to plus turowa walka, za którą wybitnie nie przepadam (choć z wyjątkami takimi jak "South Park: Kijek Prawdy", "The Banner of Saga" i - siłą rzeczy - strategie typu "King's Bounty", gdzie fabuła nie jest zbyt istotna), zniechęciły mnie do zagrania w "Blackguards".
Parto · niedziela, 18 października 2015, 00:16
0

Cytat

gra jest strasznie rasistowska, zapomnijcie o elfach i krasnoludach, można grać tylko człowiekiem
Heh dobre


Czyli gra wychodzi na takie Alpha Protocol - duże plusy ale i poważne minusy, które mogą odepchnąć ludzi? Protocol polubiłem to może i Blackguards dam szanse. Te pochwały wobec towarzyszy są intrygujące, czyżby przewyższały Baldur's Gate 2? Muszę się sam przekonać
Silverhair · niedziela, 18 października 2015, 07:10
0
Plusy mnie zachęciły, a minusy nie zniechęciły. Z recenzji wynika, że "Blackguards" to kompromis między "Arcanum" a "Icewind Dale". Brakuje mi dobrych RPG; nowinki w stylu "Van Helsing", "Diablo III" czy "Victor Vran" zniechęcają mnie po 5 minutach gry. Grę już zamówiłem

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...