Zdobycz

Krzysztof "krzyslewy" Lewandowski sobota, 27 września 2014
zdobycz

Lubicie, gdy bohaterowie są zwierzyną? Muszą uciekać przed wrogami, ile starczy im tchu, nie bacząc na zmęczenie, natarczywy głód i pragnienie? Na swoich karkach czują oddech ścigających, po czołach spływa im pot, a świat nie oferuje żadnej bezpiecznej i zarazem stałej kryjówki? Podobne wrażenia miała oferować „Zdobycz”, kontynuacja skądinąd całkiem dobrego „Polowania”. O ile w pierwszym tomie serii Andrew Fukudy akcja opierała się na aurze tajemnicy i nieustannego napięcia spowodowanego możliwym wykryciem głównej postaci, o tyle w drugim można było spodziewać się dominacji motywu ucieczki, bo wszyscy już wiedzą o prawdziwej – ludzkiej, a nie wampirzej – tożsamości Gene.

Gene czeka kolejna walka o przetrwanie. Po katastroficznym w skutkach „Polowaniu”, jedynym ratunkiem dla niego ostała się podróż do Krainy Mlekiem i Miodem Płynącej. Wraz z grupą osób, których niegdysiejszym celem istnienia było zaspokojenie głodu okrutnych stworzeń rządzących Ziemią, płynie łódką w poszukiwaniu miejsca przedstawianego w dzienniku ojca. Ma tam spotkać ostatni bastion ludzkości i wszelkie przyjemności, jakie zniknęły po pojawieniu się Zmierzchników (taki przydomek swoim wampirom nadał Andrew Fukuda). Niestety przy tym zmuszony został pozostawić na pastwę losu ukochaną, Ashley June. Jak dalej potoczą się wydarzenia? Czy autor posiada w zanadrzu fascynujące sekrety, którymi wystrzeliwuje w trakcie lektury z efektownością porównywalną do spektakularnych wybuchów w najlepszych filmach akcji?

Odpowiedź na drugie pytanie brzmi: nie. Co prawda „Polowanie” zostawiło czytelników z rozgrzaną wyobraźnią, ochotą na więcej i mnóstwem tajemnic, ale ich ujawnianie w „Zdobyczy” zakrawa o niezbyt śmieszny żart. Jeśli już dane nam jest czegoś się dowiedzieć, to pisarz funduje cały zbiór informacji pozostawiających niewiele do domysłu. W ten sposób trudno doznać szoku poznawczego, bo w sumie zostaje tylko kilka niepewnych wiadomości, nawzajem sobie przeczących. Czyli podsumowując: są zaledwie dwie różne możliwości tego, co się wydarzyło, a jakby było mało, nie trzeba być Einsteinem, żeby odgadnąć właściwą wersję. To nie koniec! Wieści dotyczące fabuły oraz świata są nudne i kompletnie niszczą znakomity, pełen napięcia klimat z pierwszej części. Andrew Fukuda wybrał prostą oraz łatwą do przewidzenia drogę dla historii – taką, którą pewnie obrałoby większość czytelników zastanawiających się nad dalszą akcją po lekturze „Polowania”. Wystarczy dodać dwa do dwóch i już wiemy, co będzie się działo za kilka stron.

zdobycz

Niektórzy autorzy mają tendencję do denerwowania mojej osoby. Serio. Nie wiem, czy robią to specjalnie, czy zupełnie nieumyślnie – prawda jest taka, że w pewnych momentach mam ochotę zrobić z książką bardzo nieładne i niestosowne rzeczy, które pominę wiele mówiącym milczeniem. Twórca „Zdobyczy” dołącza do plejady najbardziej irytujących autorów, dzięki wspaniałemu i wciągającemu wątkowi miłosnemu. Dawno nie przeżyłem tak ogromnych uniesień, kiedy bohater zaczyna darzyć uczuciem szlachetną oraz oddaną przyjaciołom dziewczynę... Ojej, jakie to piękne. Szczególnie biorąc pod rozwagę jego losy z poprzedniego tomu. Jak pewnie pamiętacie, tamtejsza ukochana przez niego niewiasta uratowała mu ten zdradliwy teraz tyłek, sama prawdopodobnie poświęcając swoje życie. Co robi Gene? Zostawia ją samą sobie, wręcz ideał kobiety, i niedługo później znajduje sobie nową pannę, bynajmniej nie do tańca. Z pewnością podziw wzbudza oddanie dla miłości i niezszargane poczuciem bycia najgorszą szują myśli młodzieńca! Gdyby tak jeszcze pisarz nie próbował na siłę wmówić, że mimo to Gene jest dobrym i uczciwym człowiekiem... a robi to w stylu równie irytującym.

Historia „Polowania” polegała głównie na ukrywaniu się wśród wampirów i usilnej próbie przetrwania w nieprzyjemnym świecie. Prezentowało się to całkiem sympatycznie i ciekawie – szkoda, że w „Zdobyczy” sytuacja się zmienia. Przede wszystkim Andrew Fukuda zdecydował się sprzedać książkę o herosie. Szlachetnym, poświęcającym się i ratującym życia. Dlaczego – zadaję sobie to pytanie do tej pory. Nie jestem w stanie zrozumieć intencji autora, który w ten sposób sprawia, że fabuła staje się monotonna oraz nabiera coraz większej przewidywalności. Za każdym razem, gdy nadchodzi niebezpieczeństwo, Gene zgrywa bohatera i robi wszystko, aby pomóc swoim towarzyszom (rodzi się kolejna zagwozdka – czemu w takim razie pozostawił Ashley?). Przez takie momenty świat od razu prezentuje się w znacznie bardziej kolorowych barwach, co destrukcyjnie wpływa na elementy grozy i napięcie. To jednak pierwszy błąd autora – drugim jest uczynienie podobnego chojraka z Sissy, która skradła Gene serce. Co z tego wynika, chyba nietrudno się domyślić. On pragnie się poświęcić, ona też, nawzajem sobie wchodzą w drogę (bardzo urocze), lecz jakimś cudem, może za czarodziejskim dotykiem różdżki lub potęgą miłości „zdolnej góry przenosić”, pokonują kolejne przeszkody, zamiast po prostu paść trupem i nie męczyć czytelnika frustrującymi scenami.

Sissy zresztą awansowała na najbardziej drażniącą postać. Tak, znowu coś jest nie w porządku i do tego powoduje złe emocje – zaczynam wietrzyć jakiś spisek. W każdym razie dziewczyna została obdarowana wszelkimi pozytywnymi cechami, łącznie z umiejętnością walki i niezwykłej waleczności. Tylko zapomniano o nadaniu jej odpowiedniej kobiecości, którą miała Ashley. Sissy zgrywa bohatera i lidera drużyny, musi podzielić się swoim zdaniem na każdy temat, sprzeciwić się decyzjom Gene.... Dlatego trudno znieść jej obecność w książce i zwyczajnie życzy się jej śmierci oraz powrotu pięknej June. Reszta zespołu zmierzającego do Krainy Mlekiem i Miodem Płynącej to niesamodzielne kukiełki. Kompletnie niczym się nie wyróżniają i trzeba prowadzić ich za rączkę do celu. Żywiłem nadzieję, że Gene przejrzy na oczy i zostawi tych nieudaczników, lecz jego gorące serce, honor, blablabla... na to mu nie pozwoliły. Jednak żeby nie było nudno, i te postacie – uwaga, szok – muszą powodować u czytającego pokłady niezrównanej furii. Bez przerwy powtarzają te same frazesy o Krainie Mlekiem i Miodem Płynącej, o Naukowcu, który kazał to, a nie to, jakby facet był mędrcem / jasnowidzem / bogiem / Xardasem / Gandalfem / Yodą / Doktorem Who / ...teletubisiem (niepotrzebne wykreślić)? Aż nachodzi ochota ryknięcia im w twarz, aby wzięli swoje manatki i uciekali w podskokach, nie polegając na słowach ledwo poznanego człowieka i nie kierując się sennymi marzeniami. Realia powinny ich już dawno nauczyć, że najważniejsze jest przetrwanie, a wampiry bez chwili zawahania czy potrzeby wypolerowania kiełków pożrą każdego naiwnego w kilka sekund.

zdobyczA może Naukowiec to naprawdę Doktor Who pomagający po raz kolejny przetrwać ludzkiemu gatunkowi? Niestety nie.

„Zdobycz” nie jest tak dobrą książką, jaką było „Polowanie”. Okrutny świat nabrał zbyt jasnych barw, tajemnice są podawane tak szczegółowo, że trudno o zaskoczenie, a na domiar złego historia podąża najbardziej oczywistym i przewidywalnym torem. Nie mogę jednak stwierdzić, że powieść Andrew Fukudy czytało się kiepsko – nie, lektura była w miarę lekka, szybka i i mógłbym nawet uznać ją za przyjemną, gdyby nie... Cóż, chmara irytujących elementów jak wątek miłosny i szlachetni bohaterowie. Oby zwieńczenie trylogii okazało się lepsze. Ja na przykład widzę świetnie wyjście z sytuacji, którego nie powstydziłby się sam George R. R. Martin – zabijmy wszystkich!

Dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów za dostarczenie egzemplarza recenzenckiego.

Ocena Game Exe 4  
Ocena użytkowników -- Średnia z 0 ocen
Twoja ocena

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...