"47 roninów" – recenzja

Kiedy amerykańscy biznesmeni biorą się za legendy z Kraju Kwitnącej Wiśni, starają się w nich usilnie upchnąć lekko przebrzmiałych hollywoodzkich gwiazdorów, którzy lata świetności mają już raczej za sobą i dodatkowo podlewają całość elementami z pogranicza epickiego fantasy, to efekt może być tylko jeden. Biegunka.

Niebiosom dziękować, tym razem w tle nie załopotała nieskazitelna amerykańska flaga (choć ewidentne ciągoty były, ale w czasach XVIII-wiecznego szogunatu ten naród jeszcze nie istniał), bo skończyłoby się na lobotomii. No, a tak, to pozostał tylko niesmak i ból brzucha. Jestem przekonany, że za kilkadziesiąt lat prezydent Stanów Zjednoczonych, obok Hiroszimy i Nagasaki, będzie musiał przepraszać Japończyków za systematyczne gwałcenie ich pięknej kultury.

47 roninów

Jestem więc dumny z redaktora Shaverasa, że poświęcił się dla dobra fantastyki i, nie bacząc na spore ryzyko zawodowe, na film się jednak wybrał. Co ciekawe, nawet mu się podobał, ale bez tej euforycznej nutki. Cóż, jak widać nie można mieć wszystkiego. Zainteresowani smakowitymi detalami? Jeżeli tak, to zapraszam do naszej świeżutkiej recenzji.

"Ostatecznie film oceniłbym jako mocno średni, niczym szczególnie się nie wyróżniającym, nie odstraszający jednak swoją bezsensownością po 10 minutach emisji. Zdecydowanie za mało było ostatnimi czasy było produkcji o feudalnej Japonii, a pod tym względem "47 Roninów" nie zawodzi. Więc jeśli ktoś jest fanem podobnych klimatów, do tego podchodzi do tego jak do zwykłego amerykańskiego blockbustera, a nie objawienia na miarę "Obywatela Kane’a", to może spodziewać się dwóch godzin całkiem niezłej, niezobowiązującej rozrywki".

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...