riese

Gary Oldman rozmawia o Batmanie

Zmiana roli Gary'ego z hollywoodzkiego złoczyńcy na jednego z jego najbardziej ukochanych synów jest wynikiem, przynajmniej częściowo, wcielenia się w życzliwego i zasadniczego Jima Gordona – sierżanta, którego poznajemy w filmie "Batman: Początek", szybko wspinającego się po szczeblach kariery z pomocą tytułowego bohatera. Niedawno rozmawialiśmy z Garym Oldmanem na temat jego nastawienia do postaci, stylu reżyserskiego Christophera Nolana oraz jak to jest grać towarzysza Batmana.

jim gordon, batman

Jak wyglądało twoje pierwsze spotkanie z Nolanem w sprawie odgrywania roli Jima Gordona?

Nigdy nie było takiej rozmowy. Umówiliśmy się w kawiarni w Hollywood i gadaliśmy o jego reinterpretacji historii Batmana oraz o przeczytanych komiksach, o tym jak to się potoczyło. Zaczynając od Tima Burtona, a kończąc na... totalnym śmieciu. Mam na myśli ostatni film, obojętnie co wniósł do marki, ale też wczesne tytuły z Mr. Freezem – powinni wziąć kasetę z obrazem i wysadzić ją w powietrze! Chris jest ogromnym fanem historii rysunkowych oraz oryginalnego, znacznie mroczniejszego, wizerunku Batmana. To w gruncie rzeczy sedno jego wypowiedzi. Mówił: "Zamierzam go odmienić, spróbuję osadzić akcję mocniej w rzeczywistości. Wiele rzeczy zostanie wyjaśnionych". Pomyślałem, że brzmi to fascynująco. Później dodali motyw złoczyńcy. Wtedy dotarłem do takiego momentu: "Nie potrafię znowu tego zrobić". Wydawało mi się, że wykorzystałem wszystkie możliwe sposoby na zagranie przestępców.

Więc jak to się stało, że zagrałeś Gordona?

Po zastanowieniu zapytałem mojego agenta: "Co sądzisz o Jimie Gordonie?". Doszło to do uszu reżysera i dzięki jego zaufaniu obsadził mnie w tej roli. Stwierdził: "To dopiero ciekawy pomysł". A potem zostałem wrzucony na głęboką wodę. Odbyliśmy rozmowę telefoniczną, doszliśmy do porozumienia. Ustaliliśmy wszystkie terminy, włącznie z moim lotem do Anglii. Pierwszego dnia po dotarciu na plan – były to nocne zdjęcia – miałem wysiąść z policyjnego wozu w dokach i spojrzeć na związaną zgraję bandytów, nie mając wcale pojęcia, kto ich tak urządził. Zrobiliśmy pierwszą próbę i rzekł: "Aha, ok, więc tak go zagrasz". Ja odpowiedziałem: "Zgadza się". Potem mówił dalej: "Mhm. Ok. W porządku. Kręcimy?". Znowu przytaknąłem. Nagraliśmy scenę, a on odezwał się: "Bardzo dobrze. Ok. Bierzemy się za następną?". Skomentowałem: "Po to pokonałem taki szmat drogi". Usłyszałem od niego: "Dobrze, zagraj kolejną scenę". Nakręciliśmy drugie ujęcie, Chris powiedział: "Cudownie. Ok. Idziemy dalej..." [śmiech]. Czasami ludzie chcą, żeby gra aktorska była znacznie bardziej złożona i ważniejsza. A w rzeczywistości jest tak prosta jak wysiadanie z samolotu po skończeniu pracy – lub z nadzieją, że wykonałeś swoją robotę – oraz wchodzenie na plan przed kamerę. Nie ma ćwiczeń, brak bajerów i ozdobników. Wiesz, to po prostu partyzantka. Wyskakujesz z helikoptera, nagle jesteś w ogniu walki.

Więc dlatego Nolan jest reżyserem lubianym przez aktorów? Czy pozwala wybrać twój własny styl oraz głos dla postaci?

gary oldman, jim gordon

Moje doświadczenie z nim zawsze takie było. Sądzę, że gdybym zrobił coś, czego on nie pochwala, mógłby powiedzieć: "Zagraj to w inny sposób". Chris daje wolną rękę ludziom, których zatrudnia. Ma duże pokłady zaufania, ale oczekuje, że wykonasz swoją pracę. Musisz przyjść przygotowany i gotowy. Nie układa mu się praca z niewykwalifikowanymi osobami. To nie dlatego, że jest awanturnikiem, on nawet nie lubi krzyczeć. Nigdy nie słyszałem, żeby podniósł głos na kogoś. A z drugiej strony, nikogo nie zostawi samego. Gdy jesteś w trakcie ujęcia, może wtrącić się słowami: "Tam potrzeba trochę więcej pośpiechu, stawka jest większa" albo: "Nie tak ostro, pamiętaj, że później jest taka i taka scena, więc pokaż mi to z innej strony, żebyś mógł potem do tego wrócić". Reżyser raczej namawia, podrzuca pomysły, zamiast powiedzieć wprost, jak to zrobić. Miałem okazję być twórcą filmowym i jest to pewnego rodzaju łagodna dyktatura, gdzie trzeba manipulować. Zawsze uważałem, że reżyserzy dostają, czego chcą, ale robią to w taki sposób, żeby aktor pomyślał o tym jak o swoim autorskim pomyśle. Tak naprawdę od samego początku spełniasz jego niewypowiedziane życzenie. To prawdziwa sztuka oraz umiejętność wymagająca dyplomacji. Każdy ma własny styl pracy. Na przykład Tom Hardy dyskutuje na okrągło i analizuje. Inni wolą pomyśleć w ciszy.

Jakie podejście ma Christian Bale?

Christian... Nigdy z nim na ten temat nie rozmawiałem. Kiedy przyjeżdżałem na plan, był zawsze gotowy. Zauważyłem z Tomem, że on ma w sobie odrobinę żywiołowości. I oczywiście Michael! Była jedna scena [w filmie "Mroczny Rycerz powstaje"], w której Michael Caine musiał zagrać bardzo emocjonalnie. Tak bardzo chwyta za serce, że prawie nie da się tego obejrzeć. A on tylko przyszedł, ujęcie pierwsze – gotowe, ujęcie drugie – gotowe, trzecie – wyszło rewelacyjnie. To było jak przyglądanie się mistrzowi aktorstwa. Powiedziałem wtedy Christianowi: "Tak to się, cholera, robi". W tym nie ma żadnej ściemy.

To zabawne, ponieważ Christian Bale powiedział, że właściwie nie pracuje z tobą, chociaż stworzyliście razem trzy filmy, ponieważ zawsze ma maskę, co tworzy pewien dystans. Co o tym sądzisz?

On jest groźny i straszny w tych scenach. We własnej osobie. Zawsze uderzało mnie, że jeden z kostiumów, wyglądający dobrze na ekranie, działa również poza nim. Kiedy wciela się w Batmana, zachowuje określoną jakość głosu. Ciągle mówi w tym rejestrze. Może się zaśmiać, co sprawia, że brzmi to trochę dziwnie, ale to jego metoda na pozostanie sobą. W ten sposób przestaje być postacią, ma chwilę na opowiedzenie dowcipu. Sądzę, że to utrzymuje go przy zdrowych zmysłach. Latem kręciliśmy zimową pogodę, więc staliśmy w ciepłych płaszczach, szalach i rękawiczkach, padał śnieg, jednocześnie było 41 stopni Celsjusza. A on nosił swój strój... To dziwne. Nie widuję Christiana, przychodzę, spotykam na planie wyłącznie Batmana.

batman

"Mroczny Rycerz" charakteryzuje się innym wyposażeniem niż film "Batman: Początek". Jak zdefiniujesz kolejną zmianę sprzętu w ostatniej części?

To naprawdę... Epickie. Znasz filmy "Szybcy i wściekli", gdzie pędzą ze stałą prędkością, a potem naciskają przycisk? W ten sposób dodają oktanu albo benzyny do silnika i wydaje się, że jadą super-szybko? Tu właśnie Chris wciska przycisk. To wersja w stylu "Szybkich i wściekłych". Naprawdę wyjątkowe podsumowanie całości. I nie mówię tego bezpodstawnie.

Jakim doświadczeniem to było dla ciebie? Będziesz tęsknił?

Myślę, że kiedy jesteś zaangażowany w coś takiego i nie wiesz, czy będzie ciąg dalszy – na przykład po premierze "Mrocznego Rycerza" nie mieliśmy pojęcia, czy zdecydują się na część trzecią – wracasz do własnego życia, przestajesz ciągle o tym myśleć. Jednak po powrocie, przebywanie z tymi samymi ludźmi jest jak zjazd rodzinny. Stała ekipa aktorów, dawny zespół techniczny, ten sam Wally Pfister [kinematograf] oraz osoby od makijażu. Po prostu wracasz w ten rytm, świetnie jest znowu ich widzieć. Trochę szkoda, że nie zbierzemy się ponownie w tym samym składzie – a przynajmniej nie w ten sposób. Mogę ponownie pracować z Christianem, z nim i Michaelem lub z którymkolwiek z nich w innych okolicznościach. Gdy coś lubisz, gdy coś sprawia ci radość, chcesz żeby to trwało. Jednak wszystko się kiedyś kończy.

Rozmawiał Dan Jolin

Źródło: empireonline.com

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...