Rozdział pierwszy

Przepowiednia

Historia poprzedzająca Divine Divinity

Spisana przez Damona Wilsona

Przepisana i poprawiona przez Darrena Evansa i Gilliana Pearce`a

Atak rozpoczął się wraz ze wschodem słońca, niebo zmieniało się ze smoliście czarnego całunu na lśniący baldachim czerwieni i koloru pomarańczowego, chmury wskazywały na godzinę śmierci nocy. Wyjące, krzyczące i plądrujące hordy demonów przedarły się przez osłonięty przysiołek niczym czarna, rwąca rzeka. Pazury i zęby rozrywały mieszkańców, podczas gdy ci na próżno próbowali się bronić – krew upuszczana była z takim okrucieństwem, że ani dzieci, ani matki nie zostały oszczędzone. To była straszliwa rzeź; byli dla nich niczym robactwo, które mieli wybić podczas snu i nikogo nie oszczędzać.

Te kreatury nie zrodziły się z łona matki natury, ale z ciemnych mocy i sztuki znanej czarodziejom. Ci w większości wygnani magowie czekali bardzo długo na swą zemstę, niemal wyczuwali jej smak w swoich ustach. Podobnie jak krew, którą ich demony niekontrolowanie rozlały wcześniej – ale ich to nie obchodziło, nie mieli zamiaru ruszyć nawet palcem, podobnie jak w przeszłości. Około 30 lat temu przypatrywali się śmierci swojego wielkiego wodza, który umarł z rąk człowieka znanego jako Książę Hark Ferol. Knuli, planowali i czekali tyle czasu, by móc uwolnić swą zemstę na Królestwo i na tych, którzy umiłowali życie.

Ale zniszczenie farm i wiosek, które jeszcze ostały się przy życiu, posłużyło jedynie dzieciom Księcia do przygotowania ich sił w Rivertown. Właśnie przez to czarownicy i ich demoniczni sprzymierzeńcy zostali opóźnieni o kilka dni i nocy. Obrońcy nie spodziewali się napotkać na takie magiczne moce i stwory jak te na otwartym polu, dlatego pokładli wiarę w swe umiejętności i stworzyli śmielszy plan – walkę w każdym, poszczególnym mieście. Oczywiście musieli też martwić się o Pana Chaosu, okropną, niszczycielską siłę, która mogłaby przedrzeć się przez większość armii niczym ogień ogarniający podpałkę. Niektórzy mówili, że to Widmo, jednak nikt nie był do końca pewien.

Niebo było w tej chwili czarne niczym smoła, z prześwitami światła pochodzącego z gwiazd świecących jasno na niebie. To był najdłuższy dzień w roku i wydawało się, że musi być tym najbardziej złowrogim. Strach zaczął tlić się sercach tych, którzy czekali w Rivertown... strach i obawa. Zaczęło się od cichego dudnienia, aż w końcu armia ciemności przybyła pod bramy miasta w akompaniamencie głośnych krzyków. Obrońcy zatrzęśli się z powodu siły zgromadzonych tu niegodziwców, demonów, magów oraz Pana Chaosu, którzy przybyli tu, by wziąć udział we wściekłej bitwie. Jednak wokół panowała cisza. Podczas gdy hordy próbowały wyczuć w powietrzu swe ofiary... nie było żadnych oznak obrony, zatem ostrożnie ruszyli do przodu. Ostrożność podczas wojny jest tak rzadka, że wkrótce zaczęli czuć, że nie ostał się nikt, by stawić im czoła, zatem rozwaga została zastąpiona czystą arogancją i maszerowali dalej, jak gdyby już podbili miasto.

Nie byli świadomi, że wysoko ponad nimi, na dachu i szczycie ściany siedzieli szlachetni obrońcy. Wysokość dawała im niewielką, ale jakże potrzebną przewagę nad armią. Krzyk rozległ się w tym samym momencie, w którym obrońcy zrzucili na hordy gliniane naczynia wypełnione płonącym olejem. Wielu wrogów zostało trafionych i nagle stanęli w ogniu, a zaraz potem nadszedł deszcz strzał, latających niczym wściekłe osy i syczących niczym węże, a wszystko to za sprawą dziesiątków łuczników. Każda ze strzał została zamoczona w truciźnie. Walka rozpoczęła się na nowo i armia demonów oraz magów odpowiedziała falą czarów i ognistych kul, które zmusiły łuczników do ponownego ukrycia się w bezpiecznym cieniu. Wielu ludzi, demonów i czarowników poległo w pierwszym starciu, jednak czyny tych dzielnych dusz były niczym w porównaniu z siłą armii wroga. Musieli zatem dokonać odwrotu i się przegrupować.

Wojny nie toczą się w nocy, nie trwają też przez jedno uderzenie serca. To żyjąca istota, odbierająca życie i dusze tym, którzy odważą się praktykować tę sztukę. Było więc tak, że czarna armia magów zadręczała i polowała na dzielne dusze, które stanęły jej naprzeciw. Było tak, że tamci byli zmuszeni odpowiedzieć terrorem przeciwko liczniejszemu wrogowi. Przez następne miesiące trwała śmiertelna zabawa w kotka i myszkę, która rozpoczęła się, gdy czarodzieje rozwalali domostwa w drobny mak w poszukiwaniu swych wrogów, a mężni obrońcy byli zmuszeni podzielić się na mniejsze grupki, aby unikać niebezpiecznych demonów, które polowały na nich niczym na zwierzynę łowną.

Te grupki szybko poznały wartość wiedzy na temat słabości swoich przeciwników, podobnych demonom czy czarodziejom i wykorzystywały ją, jak tylko mogły. Za każde zwycięstwo, jakie odnieśli, armia czarowników musiała zapłacić krwią i bólem – wojownicy to podrzynali ich gardła pod osłoną nocy, to szpikowali czarne serca wrogów chmarą strzał. Magowie zaczęli być nazywani przez obrońców Przeklętymi, a grupki tych drugich przerodziły się w bandy, które były zdolne do potyczek oraz do pojawiania się w innym miejscu, gdy tylko zostali przepędzeni z poprzedniego. Armie ciemności zaczęły tracić cierpliwość i powoli Przeklęci zaczęli tracić na ważności, ponieważ nie mogli już liczyć na żadną pomoc i posiłki. Nadszedł czas na działanie, dlatego Pan Chaosu, w całej swej widmowej chwale, nawiedził pola walki i doprowadził obrońców przed swoje oblicze. Nie mogli zabić go ani bezpośrednio, ani podstępem – wkrótce sytuacja zaczęła robić się beznadziejna. Trochę po trochu i szczyptę po szczypcie dopasował tory wojny do swojej wizji, a obrońcy zaczęli wkrótce wpadać w jego zasadzki i pojawiła się groźba, że zostaną pokonani...

Czwarty miesiąc wojny przyniósł dramatyczne zmiany w sytuacji i sprzymierzeni zostali wyparci z Rivertown. Pobici i przemoczeni, ciężko ranni i załamani, uciekli do względnie bezpiecznego, innego bastionu nadziei. Matki i ich dzieci (które do tej pory przeżyły) uciekły już o wiele wcześniej i przetrwały w okolicznych lasach. Podczas gdy sprzymierzeńcy skierowali się prosto do zamku znanego jako Stomfist, w ich sercach narodził się strach, że byli skończeni i przegrani. Wiedzieli jednak, że tak długo jak wytrwają, ich rodziny miały czas na ucieczkę na ziemie swych przyjaciół... to była jedyna rzecz, którą mogli teraz dla nich zrobić. Już w momencie, w którym dotarli na dziedziniec zamku, wiedzieli że mają tylko jedną szansę, aby go utrzymać – brama. Jeśli ona padnie, armie czarowników i Pana Chaosu wedrą się do środka niczym rój, a to będzie koniec dla nich wszystkich. Mieli wystarczająco dużo zapasów, aby wytrzymać oblężenie, jednak morale były niskie. Wielu mamrotało na temat śmierci, a inni po prostu czekali już tylko, aż ta po nich w końcu przyjdzie.

Ci, którzy nie popadli w apatię i strach, modlili się z wielkim zapałem do Siedmiu Dobrych Bogów. Umieścili baryłki z olejem dookoła zamku, w strategicznych miejscach – Przeklęci nie zdziałaliby nic więcej niż zdewastowanie niegdyś dumnych umocnień. Brunatnożółte niebo po raz kolejny zapowiedziało ich nadejście i po raz kolejny ukazali się jako zdobywcy. Tym razem ich dowódcą był potężny Pan Chaosu, który spalił bramę niczym przegniłe drewno, a demony i Przeklęci podążyli jego śladem niczym służalcze psy. Towarzyszył temu straszny, ciągły śmiech Chaosu, który przyprawiał o ciarki każdego, kto go słyszał. Wydawało się, że nie istnieje nic, co mogłoby go odstraszyć lub chociaż spowolnić jego mroczną furię... Byli zgubieni. Nagle Pan Chaosu zatrzymał się jakby zmrożony i warknął dziko. Z jego oczu biły niczym bicze piekielne ognie. Pojawił się lud Krasnoludów, ich armie wgryzały się w jego pomioty. Uwielbiali śpiew wojny ponad wszystko. W wielkim gniewie ich topory i młoty niszczyły wroga za wrogiem, demony i Przeklętych.

Niebo zamieniło się w czarną chmurę, piekielne grzęzawisko, gdy Pan Chaosu wpadł furię. Jednak cała jego żółć i złość nie mogły powstrzymać działań mistrzów kamienia. Teraz przechylili szalę zwycięstwa na swoją stronę, a pokonani sprzymierzeńcy dołączyli do nich w walce. Był to krwawy i zwycięski pogrom. Ludzie i Krasnoludy wypędzili z zamku wszystkich wrogów. Ci, którzy nie zostali ścięci przez krasnoludzkich weteranów, uciekli z pola walki dzięki pomocy Pana Chaosu, który uchronił ich od pisanego im losu. Wojownicy pokonali większość Przeklętych, magowie spanikowali i uciekli, ponownie z pomocą swego Pana. Ci, którzy nie zostali strąceni przez strzały, zdołali uciec. Może tylko po to, aby powrócić raz jeszcze? Gdy tylko armie uporały się z ostatnimi demonami, zapanowała wielka radość. Ludzie gorąco, z zachwytem i dumą powitali Krasnoludy. Niebo zaczęło się rozjaśniać i zaczął padać deszcz, który zmył krew do rzek koloru blado szkarłatnego.

Czas zatoczył okrąg. Toczona była nowa bitwa... wiele lat po tej starej. Gdy nad obozem pojawił się księżyc, Ruben Ferol usiadł i zatopił się w lekturze relacji z ostatniej walki. Ułożył dłoń na podbródku i westchnął, zatapiając się w myślach. Ciężkie płótno namiotu uniosło się pod wpływem gwałtownej, nocnej bryzy. Ruben poczuł nagły ból w karku, przymknął oczy. Czytał książkę za książką, relacji z bitw zarówno wygranych, jak i przegranych. Nie dawały mu jednak żadnych prawdziwych wskazówek dotyczących prowadzenia tej nowej wojny... Stare manuskrypty zdawały się podpowiadać, że sprzymierzeni triumfowali dzięki szczęściu i taktykom wojny podjazdowej, a nie było to zbyt pomocne dla Maga Wojennego i potomka Harka Ferola, człowieka, który rozpoczął wojnę z Przeklętymi.

Sięgnął przed siebie i pociągnął solidnego łyka ze swojego kufla. Jego źródła informowały go, że przewlekła walka twarzą twarz z Lordem Chaosu i jego podwładnymi może być niewykonalnym zadaniem, daremną próbą, która mogła doprowadzić do większej ilości śmierci niż mógłby wytrzymać. Przeklęci powrócili i on oraz Liga stawiliby im czoła o poranku. Na daremno szukał pocieszenia czy wsparcia w myślach i pisemnych przekazach innych. Wszystko wydawało się czarne jak smoła.

Pan Chaosu stanowił oddzielny problem, który ciążył mu na duszy. Sprawił, że pociągnął kolejny łyk z kufla. Jego szpiedzy i informatorzy donieśli mu, że mroczna armia była tym razem o wiele silniejsza, a Pan Chaosu miał do dyspozycji więcej sługusów i demonów niż wcześniej. Magowi Wojennemu wydawało się, że ta walka nie pójdzie dobrze. Przeklęci musieli pojmać i zniewolić wiele kobiet, by wyhodować tę potęgę w takim czasie. Niech piekło pochłonie góry, które dały im taką kryjówkę i miejsce do odwrotu. Zgładzeni Przeklęci okazali się wyglądać na o wiele młodszych niż spodziewała się tego Liga... Ciężko to zaakceptować, ale mogło to znaczyć, że Mroczny zapewnił tym, którzy byli dość zdeprawowani, aby za nim podążać, wieczną młodość.

Ostatni łyk z kufla sprawił, że rozkaszlał się nieco. Zwęził oczy i zatrząsł się z powodu zimna. Był jeszcze jeden problem, który wymagał ostrożnego rozważenia. Przeklęci mieli teraz lidera – arcy maga znanego jako Ulthring. I jeśli nie było to gwoździem do trumny, to wkrótce mogło się nim stać – Pan Chaosu, ta pozbawiona formy, widmowa istota z poprzedniej wojny, w dużym stopniu bezsilna, ale wciąż budząca strach, miała teraz zupełnie fizyczną formę i nawiedzała ruiny Rivellonu. Dwa razy wyższa niż jakikolwiek człowiek i silniejsza niż tuzin najtwardszych wojowników. Westchnął głęboko. Będzie potrzebował swego rodzaju cudu.

Jeśli w ogóle mieli wygrać tę wojnę, musieli znaleźć sposób na pokonanie istoty, która zdawała się być wcieleniem bóstwa. Była to myśl, która nie sprawiała mu przyjemności. Jego jedzenie leżało na talerzu niezjedzone, częściowo podziobane i zimne. Miał czas do końca dnia, aby znaleźć słaby punkt w zbrojach nieśmiertelnych, w innym przypadku ich losem było zniewolenie, lub coś jeszcze gorszego. Zimny pot wstąpił na jego czoło i wziął potężnego łyka z kryształowego kielicha do wina, który stał na stole. Potem powstał, a siedzący za nim sługa Ralph pośpieszył z jego ubraniem i nałożył na jego ramiona wojenną pelerynę. Młody mężczyzna zapiął zewnętrzne okrycie na szyi i Ferol wyszedł z namiotu. Po obu jego stronach pojawili się gwardziści, a gdy szli, trwała skrzypiała pod ich okutymi butami. Skierowali się do większego i ważniejszego namiotu, który służył jako miejsce narad dla Ligi. Skierował swój wzrok na niebo. Z bladości gwiazd i zmian zachodzących w powietrzu wywnioskował, że ledwie starczy mu czasu. Za kilka godzin nadejdzie świt.

Zdecydował, że spędzi te ostatnie kilka godzin życia nieformalnie, dlatego też, gdy tylko wszedł do namiotu, pierwszą rzeczą, jaką zrobił, było usadzenie się na `najwyższym krześle` i położenie nóg na stole rady. Wkrótce zaczęli nadchodzić kolejni, wraz ze swymi świtami i ochroniarzami. Pierwszy, który wszedł, był jego kuzynem, kilkukrotnie usuwanym Księciem Dylanem Ferolem, liderem ludzkiej domeny w Rivellonie. Tuż za nim pojawił się Jemthorn, przedstawiciel elfów oraz Ulf Twohuts, wybraniec Krasnoludów. Pomimo że ich rasy ledwie się kontaktowały, ta para była niemal nierozłącznymi i mocnymi sojusznikami, nie wspominając nawet, że i przyjaciółmi. Grondtha od Jaszczurów i Zakx od Impów byli kolejnymi, którzy ujawnili swą obecność. W końcu dołączył do nich też Go-Dar, jak zwykle krocząc z dumą i niezachwianą pewnością. Odziany był w swój wojenny płaszcz, kolorowy i pierzasty. Jeden po drugim zajmowali swe miejsca, aż w końcu wszystkie oczy skierowały się w stronę Rubena Ferola.

Zaczekał chwilę, aż wszystkie oczy go odnalazły, zastanawiając się kim on właściwie jest, dlaczego się tu znalazł. Był jednym z magów Rivellonu, którzy sprzeciwili się strasznemu Panu Chaosu. Właściwie nie byli rasą, ale grupą potężnych indywidualistów, którzy wybierani byli spośród innych ras. Posiadali jednak miejsce w radzie i obdarzani byli tym samym szacunkiem i prawami, co każdy członek Ligi. Oprócz tego Ferol zawsze uznawany był za świetnego doradcę, jeśli w sprawy mieszała się militarna natura. Był człowiekiem, bitewnym magiem o nieprzezwyciężalnej mocy i umiejętnościach, a ludzie zawsze byli uważani za tych najbardziej kreatywnych, jeśli chodziło o strategię i planowanie. Nie podnosił go na duchu fakt, że jego własna rasa w większości zasilała szeregi Przeklętych, ponieważ ludzie posiadali reputację łatwych do przekupienia i zdolnych niemal do wszystkiego. A teraz był tutaj, siedząc pośród zebranych, w samym centrum uwagi. Zimny dreszcz przebiegł mu po kręgosłupie, ale nie była to żadna nowość. Skwitował go sardonicznym półuśmiechem.

Zastanawiał się nad porywającą przemową, z rodzaju tych, które powinny podnieść zebranych na duchu i poderwać ich do walki, ale kiedy zobaczył siedzących przed nim – pomysł wyparował niczym poranna mgła. Byli uwikłani w tę walkę przez ostatnie sześć miesięcy i byli zmęczeni, podobnie jak i on. Dzika walka wypaliła z nich wszelkie romantyczne myśli o heroizmie. Ork Go-Dar, kiedyś słynący ze swej komicznej poezji (Ferol zawsze uważał go za zbyt cukrowego, jak na swój gust) był ponury i siedział tam z czarną chmurą na sercu. Zaczął myśleć, że ostrzeżenia na temat bestialstwa Przeklętych w ostatniej wojnie dotarły do nich za późno. Być może trochę nie docenili swych demonicznych wrogów. Z raczej małej armii, siły ciemności rozrosły się do tysięcy i były teraz wspierane przez wiele setek demonów. Koszta do tej pory były bardzo wysokie i krwawe – ani jeden członek Rady nie uciekł przed jakąś osobistą tragedią przez ostatnie pół roku, podczas gdy Przeklęci najeżdżali ich ziemie, uwolnieni od jakichkolwiek skrupułów, które mogli kiedyś posiadać. Byłby głupcem, gdyby zaoferował swoim sojusznikom tak fałszywą nadzieję, dlatego też rozpoczął przemowę swym zwyczajnym głosem, nadszarpniętym zmęczeniem i wolą, by to wszystko się skończyło.

"Przyjaciele i sojusznicy". Westchnął delikatnie. "Nie znalazłem w historiach nic, co mogłoby dać nam przewagę, wróg wydaje się nie mieć żadnych słabości." Jego ręce opadły teraz na stół i przez chwilę panowała cisza. "Jeszcze nigdy nie spotkaliśmy się z tak strasznym, niemożliwym do zatrzymania wrogiem. Obawiam się, że nasza walka jest daremna i nie jesteśmy w stanie wygrać."

"Bah! Jesteś zbyt ponury, Ferol." Żachnął się przywódca Krasnoludów. Jego oczy lśniły od pasji do walki, którą podzielali jego ludzie. Położył swoje dłonie na stole. "Mówisz, jakbyśmy byli już skończeni." Popatrzył na wszystkich. "Połączywszy siły dysponujemy armią o sześć tysięcy liczniejszą niż Przeklęci!"

"I tracimy trzech naszych na każdego ich jednego w normalnej walce!" Padła odpowiedź pełna niezadowolenia.

"A więc naprawdę jesteśmy skończeni?" Rzekł smutno Go-Dar i na chwilę wszyscy spuścili oczy.

Inny głos przebił się przez głos Go-Dara i rzekł otwarcie. "Mielibyśmy szanse, gdyby chodziło tylko o Pana Chaosu prowadzącego Przeklętych, ale teraz mają ze sobą tego po trzykroć wyklętego Arcymaga Ulthringa, który dzierży plugawy miecz wykuty dla niego przez samego Pana Chaosu. Jest tak potężny jak ten śmierdzący Pan!"

"Wszystko ładnie i pięknie, ale nie sądzę, aby był to powód, by psuć sobie poranek." Podczas gdy Ferol pozwolił debacie się rozwinąć, obserwował innych i teraz jego własne oczy lśniły nikczemnymi zamiarami. Wszyscy raz jeszcze spojrzeli się na niego, niektórzy z otwartymi ustami i opadłymi szczękami.

"Obmyśliłeś jakiś plan, prawda stary lisie?" Jemthorn przebił ciszę swym pytaniem i znaczącym uśmiechem, dla Ferola pogłębiającym się. Jego głos, lekki i delikatny naznaczony był zaczątkami śmiechu. "Nie do końca mój." Odparł Mag Wojenny z półuśmiechem na ustach. "Pozwólcie, że wytłumaczę." Zaczął chodzić, nagradzając sojuszników wielkodusznym spojrzeniem. "Trzy noce temu miałem sen, niemalże jakby sami Bogowie się do mnie odezwali wraz ze wszystkimi boskimi darami. Wiem, że istnieje za to cena." Ponownie znieruchomiał, błądząc wzrokiem gdzieś po całym namiocie, aż w końcu powrócił do stołu, usiadł i położył podbródek na dłoniach, podtrzymując go kciukami. Chwilę potem odchylił się na krześle i kontynuował. "Widziałem hordy Przeklętych w rozsypce, rozgromione przez nasze armie. Prześladowaliśmy ich tak, jak oni polowali na naszych przodków." Jego oczy zamgliły się na jedno uderzenie serca, gdy przypominał sobie sen. "Mój sen ukazał porażkę Chaosu i Ulthringa, panikę rozprzestrzeniającą się jak ogień wśród ich zastępów. Widziałem, jak to się dokonało i poznałem cenę tego zwycięstwa."

Liga siedziała tak przez chwilę, niektórzy z nich osłupieli, niektórzy wprost nie dowierzając, ale Ferol mówił dalej, ponieważ byli ożywieni jego natarczywym głosem i prawie proroczym tonem. "Słyszałem głos z niebios i mogę jedynie przypuszczać, że był to jakiś rodzaj anioła. Wyśpiewał mi przepowiednię, która może być przydatna w przyszłych walkach przeciwko Przeklętym." Potem przyszpilił ich wzrokiem i w ostatecznej przemowie rzekł. "W sercu czuję obawę, jednak w snach się nie boję, dlatego też wiem, że tego dnia zwyciężymy." Wstał i uderzył dłońmi w stół z odgłosem porównywalnym do uderzenia błyskawicy. "Ponieważ jeśli przegramy, jak nasi zniewoleni następcy będą mogli walczyć z Chaosem po raz trzeci?"

Nie spuścili z niego wzroku, a gdy wzeszło słońce, wiedzieli czego muszą dokonać. I tak z sercami ciężkimi niczym ich zbroje, opuścili namiot i udali się przygotować się na swe przeznaczenie.

Słońce wspięło się na niebo, podczas gdy dwie armie ustawiały się do ostatecznego starcia, zmierzając powoli na swoje stanowiska. W końcu wszyscy byli gotowi do walki. Przeklęci uformowali szyk przed demonicznymi sojusznikami, gotowi do rzucania czaru za czarem na przeciwników, ale gdy tylko dojdzie do walki wręcz, mieli wycofać się za plecy demonicznych żołnierzy. Słabe światło promieniujące z kuli odbijało się od mieczy, tarcz i zbroi. Ulthring stał obok Pana Chaosu – obaj stanowili przerażający widok dla armii Ligi. Mag ubrany był w pełną zbroję zabarwioną czerwienią i krwią. W jego dłoniach spoczywał Miecz Kłamstw, miecz, którzy otrzymał od Pana. Spoglądał oczami szaleńca, czekając na sygnał. Dalej stała hebanowa, wielokolorowa postać Pana Chaosu – miał ponad dwanaście stóp wysokości i wydawał się być stworzony z cieni, prezentując się jako nagi, pozbawiony włosów człowiek. Nieuzbrojony, ale na tyle przerażający, że ciężko było na niego patrzeć nawet z drugiej strony pola bitwy.

Przeciwko tej przytłaczającej hordzie stanęła Liga Siedmiu, cierpliwie czekając na rozkaz ataku. Ich zbroje lśniły w świetle, bronie były gotowe. Mieli zamiar wygrać lub zginąć próbując. Ludzie, orkowie i krasnoludy mieli blokować ciężką piechotę na środku. Impy i elfy oraz jaszczury stanowiły lekką piechotę na flankach. Magowie bitewni dopełnili obrazu, gotowi rzucać czary bojowe i wspomagać swych kompanów. Łucznicy wszystkich ras utworzyli tylny łuk bloku piechoty, gotowi do odwrotu i zasypania wrogów setkami strzał. Dalej znajdowała się kawaleria Ligi, skomponowana ponownie ze wszystkich ras. Szli przed piechotą i nieśli sztandary. Konie prychały nozdrzami, pokazując oznaki niepokoju.

Ruben Ferol i inni przywódcy Ligi ustawieni byli na boku głównych sił. Posiadali swoje własne siły składające się z dwóch setek elitarnych konnych, uformowanych w staranny klin. Wszyscy słyszeli drwiący głos Pana Chaosu, który wzywał ich do ucieczki z pola bitwy, dopóki jeszcze nie było za późno. Ale to nie byli rekruci. To byli świetnie wyszkoleni ludzie, którzy stali na swych stanowiskach, niewzruszeni brzmieniem tego mrocznego głosu. Podczas gdy konie strzygły nerwowo uszami, jeźdźcy uspakajali swe bestie i zaczęli nucić nisko brzmiącą pieśń, której nie usłyszeliby nawet ludzie stojący w szeregach za nimi.

Ralph, młody pomocnik Ferola, wydał rozkazy, aby ruszali naprzód, które zasygnalizował trębacz dmący głośno i wyraźnie. Kawaleria Ligi oderwała się od armii i tysiące ruszyły przeciwko mrocznej armii. Za nimi szybko maszerowała piechota. Ich tarcze były uniesione wysoko, aby chronić ich przed jakimikolwiek długodystansowymi przywołaniami, które zostały wysłane przeciwko nim. Podczas gdy czary przeszywały powietrze, Przeklęci mieli duże problemy w trafianiu swą magią w galopujących konnych, ale i tak wystarczająco dużo z niej trafiło w swe cele, by złamać szarżę kawalerii i powalić trzecią część ich konnych, zanim w ogóle zdołali zbliżyć się do czarowników.

Piecha Ligi otworzyła szeregi i przepuściła uciekającą teraz kawalerię na tyły, prąc naprzód tak szybko, że Przeklęci nie przestali tworzyć kolejnej, śmiertelnej zapory ogniowej. Potem odwrócili się i uciekli szybko za szeregi swych demonicznych sprzymierzeńców. Nie czekając zbyt długo, Pan Chaosu ryknął i jego żołnierze rozpoczęli szarżę na spotkanie wojsk Ligi, wyjąc i rycząc. Dwie armie starły się i podczas gdy walczyły, Magowie bojowi i Przeklęci rzucali czar za czarem, a łucznicy szyli strzałami nad głowami swych towarzyszy i krwawą skutecznością zatapiali je w ciałach wrogów. Po obu stronach padło mnóstwo walczących. Krew pokrywała pole walki, łącząc się z posoką plugawych i ich towarzyszy. Niemniej oczywiste było, że Liga była wycinana w pień, podczas gdy Przeklęci cierpieli o wiele mniejsze straty.

Krasnoludy, orki i ludzie w samym centrum walki zaczęli powoli przegrywać lub być spychani przez gwałtowny atak szalonego Ulthringa i Pana Chaosu, którzy zostawiali za sobą szeroki pas martwych lub umierających. Gdy ci dwaj parli do przodu, Liga odtrąbiła rozpaczliwy rozkaz odwrotu dla środkowej sekcji ciężkiej piechoty. Zaczęli uciekać na pełnej szybkości. Czując, że właściwie już wygrali, szalony Ulthring podążał za Panem Chaosu i ścigał uciekających wojowników niczym kot polujący na myszy. W tym momencie domknęła się ostrożnie zastawiona pułapka, co wywołało złowrogi uśmiech na twarzach tych, którzy grali w tę grę. Stracili wielu, ale nadzieja zaczęła odżywać, gdy ich elitarni wojownicy nagle zamknęli flanki za dwoma przywódcami wrogów i uniemożliwili demonom i czarodziejom podążanie za swymi mistrzami.

Nagle okazało się, że uciekające wojska wykonywały zaplanowany i uporządkowany odwrót, a nie krwawą i wywołaną przerażeniem ucieczkę. Formacja otworzyła się i przepuściła przywódców Ligi i ich galopujące konie, wspieranych przez klin złożony z dwóch setek jeźdźców, prących prosto na przywódców Przeklętych z wielką szybkością. Pan Chaosu po prostu zawył z zachwytu, ponieważ w swym spaczonym sercu wiedział, że nie są to przeciwnicy dla niego i czarodzieja stojącego u jego boku. Dlatego też pozwolił im podejść, wiedząc, że zostaną zmiażdżeni pod jego hebanową stopą. Potem jego demony rozedrą wąską linię pomiędzy nimi i wszystko skończy się w ciągu kilku sekund. Jego oczy płonęły triumfalnie.

Ralph, pomocnik Ferola, wybrał ten moment, aby przerwać potężny czar niewidzialności, który miał na sobie i wycelował swój długi łuk w stronę Ulthringa. Strzała wyleciała w powietrze i wydawało się, że czas stanął na te kilka sekund. Strzała trafiła prosto w lewe oko czarownika z taką siłą, że rozdarła je i wyszła z tyłu hełmu maga, wraz z fontanną czerwieni. Chaos nie miał czasu, aby zareagować na atak na jego, krzyczącego teraz nienaturalnie, sprzymierzeńca, ponieważ przywódcy Ligi byli już niemal przy nim, podobnie jak dwie setki kawalerii. Zamknęli szeregi za Panem Chaosu, a Go-Dar i Ulf Twohuts wbili lance w ciało mrocznej istoty. Odwdzięczył się rykiem pełnym pogardy i sięgnął ku nim dłońmi, łamiąc lance niczym kawałek zgniłego drewna. Potem zamknął dłonie na ich szyjach i rąbnął twarzami o siebie. Rozległ się przyprawiający o mdłości głos pękających kości i obaj opadli na ziemię, martwi.

Elf Jemthorn wbił swój topór wojenny w głowę Pana Chaosu z odgłosem pękającej kości, jednak bez jakiejkolwiek reakcji. Czarna istota wyrwała ramię elfa płynnym ruchem, bryzgnęła krew. To była rzeź. Zakx padł, gdy w jego czaszkę wbił się niczym sztylet kciuk Pana Chaosu. Książę Dylan Ferol zeskoczył ze swojego konia i próbował siłować się z wrogiem, który złapał go za oba ramiona, przechylił głowę i wbił go w ziemię, łamiąc mu kark i miażdżąc klatkę piersiową jak gdyby była to para zużytych kapci. Umarł, sikając krwią.

Widząc to, jaszczurzyca Grondtha próbowała przyjść Księciu z pomocą, ale poległa, gdy Chaos zmiótł ją strasznym kopniakiem. Jej dłonie powędrowały do jelit, próbowała zatamować wypływającą krew i żółć. W końcu upadła obok bladego, pozbawionego krwi ciała Jemthorna. Umierając, przywódcy Ligi nie dali Panu Chaosu żadnej satysfakcji, ani jednego okrzyku bólu.

Przyglądając się temu wszystkiemu, Rubel Ferol potrząsnął głową w smutku i zacisnął zęby. Zobaczył, że król demonów wyrywa topór Jemthorna ze swej głowy i przyjmuje obronną postawę. Ferol ruszył w jego kierunku i w ostatniej chwili po prostu porzucił swe straże i zeskoczył z konia, który umknął przed przerażającym wrogiem. Podczas gdy zbliżał się w stronę Pana Chaosu, mag zaczął się śmiać. Był to głuchy i drwiący śmiech. Stał naprzeciw demona i podniósł na niego buntowniczy wzrok. Nie potrzebując czasu na namysł, Pan Chaosu rozdzielił palce i zagłębił swą czarną dłoń głęboko w klatce piersiowej Ferola. Człowiek wierzgnął i zacisnął zęby, czując, jak jego ciałem wstrząsają dreszcze, a w oczach ciemnieje. Krew wypływała z niego na ziemię, ale wszystko, czym obdarzył króla demonów to ponury uśmiech. A potem umarł.

Gdy Chaos wycofał rękę, a ciało osunęło się na ziemię, rozlana krew zmieszała się razem, tworząc wielką kulę białego światła, która ruszyła do przodu, oślepiając jego oczy i paląc demony, które przedostały się do mistrza, by go bronić. Czarne kształty były rozrywane na strzępy i rzucane brutalnie do tyłu przez to magiczne uderzenie. Czar, który przywołali przywódcy Ligi, świecił teraz niczym latarnia nadziei w tej pełnej przemocy konfrontacji. Uniósł Pana Chaosu w powietrze. Moc ich życia przekuta została na ofiarną magię, która teraz przeciskała się i wykręcała króla demonów przez wszystkie cztery wymiary. I wśród okrzyków pełnych złości, bólu i potępienia, został zrzucony z powrotem do piekła, w czarnej chmurze i wśród opadającego popiołu. Zniknął w akompaniamencie przypominającym uderzenie pioruna.

Trochę dalej, Ralph, znużony walką i zakrwawiony, stał nad szalonym Ulthringiem. Mag wciąż żył, a pomocnik dojrzał w jego oczach trudną do zdefiniowania ufność. Sięgnął więc po najbliżej znajdującą się broń – Miecz Kłamstw. Szalony czarownik krzyczał i wywijał się, aż w końcu Ralph wycelował czubkiem miecza w gardło wroga i pchnął. Krzyk przerodził się w rzężenie, a małe stróżki krwi pociekły mu z obu stron szyi. Jego jedno dobre oko zamknęło się na zawsze. Gdy wyrwał miecz z gardła Ulhringa podniósł go w górę, a krew wciąż z niego ściekała. Demoniczna armia załamała się i zaczęła uciekać, gdy tylko zobaczyła, że obaj jej przywódcy zginęli. Jednak rasy Ligi Siedmiu zamknęły się wokół nich i zaczęły wycinać ich w pień. Nie trwało to długo, gdy jedynymi ruszającymi się istotami na polu bitwy byli padlinożercy, którzy przybyli żywić się poległymi. W obozie Ligi panował taki entuzjazm i radość, że ci, którzy przeżyli, złapali za broń, zdeterminowani nie pozwolić ani jednemu demonowi czy magowi uciec w nieznane. Wiatr leniwie bawił się połami namiotu Rubena Ferola, unosząc rogi pergaminu leżące na jego drewnianym stole. Nie była to ostatnia wola ani testament zgubionego człowieka, a prorocze ostrzeżenie, słowa ze snu. Trzy dni wcześniej poświęcił swoje własne życie, by ratować wielu.

Trzy elementy są wymagane, aby stać się prawdziwym Boskim Wybrańcem: Przyzwanie, Błogosławieństwo i Poświęcenie.

Wybraniec będzie posiadał Obrońcę, który będzie go prowadził.

Wybraniec wkroczy na ścieżki Śmierci.

Wybraniec zobaczy wizje zesłane z Krain Śmierci.

Wybraniec posiada Moc, aby uratować lub zniszczyć świat.

Źródło: gamebanshee.com

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...