Fragment książki

7 minut czytania

Ręce Jiga zostały spętane za plecami tak mocno, że sznur ranił mu skórę na przegubach. Po związaniu, zostało jeszcze około dwóch metrów luźnego powroza. Barius chwycił koniec linki i jak na smyczy zawlókł goblina w stronę grupki podróżnych. Po drodze kopnął ciało kapitana Poraka.

- To goblin, który próbował mi umknąć. Miej to na uwadze, jeśli ci w głowie ucieczka.

Jig zauważył, że książę nie wspomniał o tym, jak zakładnik mu uciekł.

Nadal nie mógł uwierzyć w swoje szczęście wynikające z pomyłki herosów. Jeśli rozpoznaliby, że to Jig był tu przedtem, nic nie powstrzymałoby Bariusa od zadania mu śmierci.

Jednak po głębszym zastanowieniu pomyłka ta przestała wydawać mu się czymś niezwykle dziwnym. Jig także nie rozróżniłby tych dwóch ludzi, gdyby nie tak odmienne stroje. A dla śmiałków z powierzchni gobliny nie były wiele więcej niż szkodnikami. A jeśli ugryzie cię robak, zabijasz go. Nie przyglądasz mu się, sprawdzając, czy to ten z naderwanym uchem, albo czy jest większy od tamtego, który bzyczał ci nad głową godzinę wcześniej.

- Hola, paniczu – mitygował go Darnak. – Teraz jest brańcem i trzeba go odpowiednio traktować. Bogowie oczekują od nas przyzwoitego zachowania.

- Wątpię, czy my moglibyśmy na to liczyć ze strony tej hołoty – prychnął Barius.

Jigowi wydawało się, że złowił uchem parsknięcie elfki, ale nie był pewien, czy się nie przesłyszał. A jednak Barius miał rację. W odwrotnej sytuacji, nikt nikogo by nie wiązał i nie zawracałby sobie głowy honorowymi walkami. Gobliny nie marnowały czasu na takie nonsensy. Szczególnie, gdy doskwierał im głód.

- Twój kamrat mówił człowieczym językiem – zagadnął go Darnak. – Ty też potrafisz?

Jig przytaknął w milczeniu.

- Świetnie. Jestem braciszek Darnak Głazołupacz, bakałarz oraz skryba ich wysokości Bariusa i Ryslinda Wendelsonów, siódmego oraz ósmego syna monarchów Adenkara, króla Wendela i królowej Jeneve. A to Riana. – Wskazał głową na dziewczynę. – Spróbuj nas zdradzić, a zginiesz. Niektórzy mieli rację, wspominając o ucieczce. Nie podoba mi się to, ale nie możemy cię puścić, bo powiedziałbyś innym o naszej obecności. Ale jeśli będziesz współpracował, zrobię wszystko, co w mej mocy, abyś dychał jeszcze pod koniec każdego dnia.

- Dość tego – przerwał mu Barius. – Musimy ruszać. Dawno mielibyśmy już tę laskę, gdybyś nie upierał się przy tym ściubieniu na mapie każdego zakątka tej dziury.

- Nie lekceważ nigdy użyteczności dobrej mapy – pouczył go Darnak. – Spróbowałbyś przejść kopalnie żelaza na północnym półwyspie, a szybko doceniłbyś moje pióro. O ile dałbyś radę stamtąd wrócić, oczywiście.

- Puścicie mnie, kiedy zdobędziecie to, czego szukacie? – zapytał Jig ostrożnie.

- Jasne.

Jig kiwnął głową, jakby uwierzył. Gdyby powiedział to tylko Darnak, faktycznie, może przyjąłby te słowa na wiarę. Krasnolud wydawał się poważnie podchodzić do tego całego honoru, a poza tym, jak dotąd, był za pozostawieniem Jiga przy życiu. Właśnie dlatego podobał się Jigowi najbardziej z całej czwórki awanturników. Jednak reszta najwyraźniej nie miała ochoty wlec ze sobą goblina. Po prawdzie, Jig nie mógł ich za to winić. Pierwsze co sam zrobiłby jako dowódca oddziału, to zgładziłby jeńców. To najprostsze rozwiązanie.

Zresztą, co za problem poczekać aż krasnolud znów się gdzieś na chwilę oddali? Wtedy wystarczy, że Jig „przypadkowo” znajdzie się w pobliżu broni, jak Porak.

- A czego szukacie? – Miał nadzieję usłyszeć odpowiedź: „złota” lub „skarbów”, ale tak naprawdę obawiał się, że nie chodzi o coś tak prostego. Znalezienie skarbu to pestka. Jig wiedział, że przynajmniej jeden z goblinów ukrył gdzieś tu złote monety, a pewnie więcej tego leżało poupychane w tunelach. Większość drużyn zapuszczających się w korytarze pod górą zadowalała się tym, co pozostawili ich poprzednicy, którym nie udało się wyjść. Takich mógłby zaprowadzić do kilku schowków i może zostawiliby go w spokoju.

Ale labirynty odwiedzały też grupy, którym nie wystarczały zwykłe skarby. Książę wspomniał coś o lasce. Jig miał złe przeczucie, że wie, po co tu przyszli.

Głosem tak nabożnym, że Jig ledwie rozpoznał, do kogo należy, Barius ogłosił:

– Poszukujemy Laski Stworzenia.

- Laski Stworzenia? – powtórzył Jig. Każdy goblin o niej słyszał, ale żaden nic tak naprawdę nie wiedział. Albo raczej każdy wiedział trzy rzeczy. Po pierwsze, laska była starożytnym artefaktem o potężnej mocy magicznej. Po drugie, została ukryta we wnętrzu góry wieki temu tak, żeby nikt jej nie mógł znaleźć. I w końcu, próba jej wykradzenia była najbardziej niezawodną metodą popełnienia samobójstwa. – Musiałeś słyszeć tę balladę – rzekł Darnak zajęty szkicowaniem na mapie wzoru ze sklepienia. Odłożywszy pióro i pergamin, odkaszlnął, łyknął z bukłaka i zaczął śpiewać dudniącym basem:

Dawno temu, przed wiekami żył mag Ellnoreinem zwany. Nie znalazłbyś weselszego męża, to on ostatni dobył magii oręża. Dnia pewnego spotkał księżną Czystą, słodką, niezamężną. Oko łase na piękności, tak więc rzecze w swej śmiałości: Nieobca mi czarów potęga, moc ma wielka bogom sięga. Okaż w łożu mi swą łaskę, ujrzysz mą wszechmocną laskę.

- Darnaku, przestań! – krzyknął Barius, wcinając się w śpiew. – Cóż to za krasnoludzkie nonsensy nam tu wyśpiewujesz?

- I w dodatku plugawisz nimi pamięć o wielkim Ellnoreinie – dorzucił Ryslind.

Jig zamrugał zaskoczony. W rzeczy samej, czekał niecierpliwie na kolejne wersy. Może później, gdy ludzie nie będą słuchali, uda mu się namówić Darnaka do dokończenia pieśni. Goblinom na pewno się spodoba. Zakładając oczywiście, że uda mu się wrócić do domu i im ją zaśpiewać.

- Pozwól, że ja to zrobię – powiedział Barius. Jego czysty, dźwięczny głos brzmiał niczym srebrny dzwoneczek przy Darnakowym, który przypominał raczej ryk rogu myśliwskiego.

Hen mrokiem dziejów spowici, w szranki stają boscy wojownicy. Dzień w noc się obraca, czerń nieba rwie wszechmocnych ogniem, ludzie maluczcy rzucani w bitwie niczym pionki na szachownicy. Ziemia jęczy, morze wrzeje, groza cały świat zalewa. Wojna, wojna straszna, śmiercią pola swe obsiewa. Dziewięciu mężów śród rodu człeczego bogów palce wskazują, Magii pomazańców, co wesprzeć mają nadprzyrodzone legiony. Im czerpać z najmroczniejszych źródeł potęgę nakazują Mocą złączeni wybrańcy. Smoki w czarach płodzą Bestyj zębów, dni władania wdów zastępy rodzą. Żar sporów dogasa, kres bogów krucjaty, wojna milknie niebios. Na ziemi krwią zlaną śmierci plony wielkie zlicza ludzkie plemię, lecz w sercach magów żądza płonie. Jej iskrą i karmą bitwy chaos Pragnienie mocy większej niż smoków tworzenia. Głód władzy, potęgi znów w rzeź świat zamienia. Lecz kiedy kir błękit zasnuwa i rosną bitewdźwięki zgiełkliwe, znużony walkami mędrzec między krwiożercze magi wkracza. Ku niebu wznosi wzrok gniewny, z ust toczy zaklęcie straszliwe. Wnet groza ogarnia chciwych czarowładnych, stworzonych z boskich furii bezprzykładnych. Umyka smoczy pomiot, dziewięciu śmierć zabiera rącza. Moc ze strzaskanych ciał szerokim strumieniem wycieka. Do różdżki potężnej, co ją mędrzec miał z sobą się wsącza. Ten grzebie ją głęboko, wszelki ślad zatarty, by nikt jej nie odnalazł, gdy on będzie martwy.

Śpiew Bariusa zamarł wraz z ostatnią nutą. Książę przymknął oczy, jakby urzekło go piękno własnego głosu. Ryslind natychmiast przerwał zaległą ciszę.

- Przede wszystkim, w każdej księdze stoi, że boskich magów było dwunastu, a nie dziewięciu. Mylisz historię Ellnoreina z kompletnie inną opowieścią. Co więcej, ostatnia strofa powinna się zaczynać tak „Zaklęcie wiruje, moc przełamuje, magowie padają pokotem”.

- Bzdura – warknął Barius. – „Zaklęcie wiruje, moc przełamuje”? Jaki bard wymyśliłby takie dziadowskie rymy?

- Pfff. Niemniej, nie mają przynajmniej jatkowatego stylu wersji krasnoludzkiej.

Jig powiódł wzrokiem po rozmówcach.

- To znaczy ten Ellnorein był magiem, tak? Wszyscy trzej spojrzeli na niego.

- Nie słyszałeś mojej pieśni? Ballada o Ellnoreinie jest bardzo słynna. Z pewnością nawet tu musieliście słyszeć o wielkim magu, który uleczył świat po Wojnach Bogów.

Jig nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć, więc stał w milczeniu. Barius już zaczynał dalsze protesty, ale Darnak mu przerwał.

- Z grubsza sprawa wygląda tak. Ellnorein był potężnym magiem, ale już nie żyje. Zanim umarł, uwięził w swojej różdżce niezły kawał mocy.

- Lasce – sprostował Ryslind. – Bardowie używają słowa różdżka, bo się kojarzy z czarami. Ale to była laska, około metrowej długości, ze zwykłego drewna. Darnak wywrócił oczami.

- No więc zaklął moc w lasce. Lasce Stworzenia. To była ta sama magia, jakiej użyli bogowie do sprowadzenia smoków. Według legendy, Ellnorein użył jej, stwarzając całą tę górę z niczego. Pojawiła się w ciągu jednego dnia, a potem mag zrobił w niej te tunele, aby zamieszkujące w nich potwory broniły dostępu do laski, gdy jego już nie będzie. Nie chciał, żeby ktokolwiek dostał ją w ręce. Ziemiotwórca jeden wie, co jej strzeże.

- Smok – stwierdził Jig. Cisza.

- Cco... Co powiedziałeś? – spytał Darnak łagodnie.

- Smok – powtórzył Ryslind. – Cóż za ironia. Aczkolwiek paradoksalnie logiczny wybór. Magia użyta do stworzenia smoków, może je także zniszczyć, jakiemu więc stworzeniu bardziej zależałoby, by nikt nie odnalazł laski?

Nie wszyscy na rewelację Jiga zareagowali chłodnym uznaniem, jak Ryslind. Riana wpatrywała się w Jiga niedowierzająco oczyma wielkimi jak spodki, zaś Darnak gwizdnął cicho.

- Spodziewaliśmy się, że będziemy musieli stawić czoła jakiemuś nieco trudniejszemu przeciwnikowi – stwierdził Barius nonszalancko.

- Nieco trudniejszemu przeciwnikowi? – Darnak wzniósł oczy ku powale. – Posłuchaj chłopcze, albo butą i zdolnością lekceważenia niebezpieczeństwa przewyższasz cały rodzaj ludzki razem wzięty, albo nie masz zielonego pojęcia, o czym mówisz. Będziesz miał wielkie szczęście, jeśli twój cenny mieczyk nie pęknie jak patyk przy pierwszym zetknięciu ze smoczymi łuskami. A co do Ryslinda, może i wie, jak posługiwać się magią, ale smok jest magią. Rzucanie w niego czarami to jak sikanie na płonący las. Innymi słowy, też można przy okazji spłonąć. Jeśli ojczulek Ziemiotwórca nie kiwnie swoim boskim palcem, nie mamy szans na zdobycie tej laski.

Znów to samo imię.

- Ziemiotwórca to jakiś inny członek waszej drużyny? – zapytał Jig.

Tym razem Darnak wlepił w goblina zdumiony wzrok.

- To jakiś żart? Bo jeśli tak, to w złym guście.

- Silas Ziemiotwórca to jego bóg – wyjaśniła Riana.

- I pomoże wam pokonać Strauma? – Gdy nikt nie odpowiadał, Jig dodał: – Tak nazywa się ten smok.

Krasnolud potrząsnął głową.

- Ziemiotwórca chce, by każdy sam dowiódł swej wartości. Nie wmiesza się w walkę, nawet gdy nasze szanse na zwycięstwo będą nikłe.

- Aha. No to jest raczej kiepskim pomocnikiem – skwitował Jig. Zauważył, że Riana skuliła się lekko.

Dłoń Darnaka spoczęła na uchwycie pałki.

- Co ty wiesz o bogach, goblinie? – spytał krasnolud.

Jig już otwierał usta, ale widząc jak elfka nieznacznie kręci głową, zrezygnował z wywodu.

- Nic – odparł potulnie. To wyraźnie usatysfakcjonowało Darnaka, który odwrócił się do ludzi. Jig natomiast przyjrzał się Rianie uważniej. Ciągle nurtowało go pytanie, co też elfka robi w tym towarzystwie. Sądząc z tego, jak reszta ją traktowała, nie była raczej przyjacielem. Nie brała udziału w potyczce, a więc nie zabrali jej też, by pomagała w walce. Właściwie jak do tej pory, nie robiła nic poza ukrywaniem się i schodzeniem im z drogi. Co wcale nie było takim złym pomysłem. Jig postanowił wziąć z niej przykład.

Usiadł pod ścianą i pogrążył się w rozważaniach na temat tego, co zamierzała zrobić drużyna. Zrabowanie laski ze skarbca Strauma było rzeczą wprost nie do pomyślenia. Darnak miał rację, mówiąc, że ich najtęższe wysiłki co najwyżej rozdrażnią bestię, a jedyne, na co mogą mieć nadzieję, to szybka śmierć w płomieniach, szponach czy zębach smoka. Bo jeśli potwór był w złym humorze, potrafił rozprawić się z tymi, którzy go nachodzili, na inne sposoby. Jig znał historie opowiadające o tym, jak smok wydzierał dusze swym wrogom. Jeśli szkoda mu było czasu, oddawał ich po prostu Nekromancie, obdarzonemu magią władcy umarłych, którzy, jak wieść niosła, zamieszkiwali poziomy pod tymi tunelami.

To dobry materiał na wspaniałą pieśń: „Niedoszli pogromcy Strauma i ich długie, pełne męczarni konanie”. Gobliny śpiewałyby o tej wyprawie, jedząc wieczorny posiłek.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
Męczą Cię captche? , a problem zniknie. Zajmie to mniej niż rozwiązanie captchy!
Wczytywanie...