Fragment książki

6 minut czytania

Gromph odkrył, że zaczyna się już przyzwyczajać do patrzenia na świat oczyma swego chowańca. I właśnie to odkrycie skłoniło go, żeby coś z tym zrobić. Gromph Baenre, brat matki opiekunki pierwszego domu Miasta Pająków, arcymag Menzoberranzan, nie będzie patrzył oczyma szczura ani chwili dłużej niż to konieczne.

Kyorli poruszała głową w górę i w dół, a potem na boki, węsząc. Szczurzyca musiała patrzeć tam, gdzie nakazywał jej Gromph, ale łatwo się rozpraszała. Nie widziała też zbyt dobrze po ciemku, co w Podmroku oznaczało, że nigdy nie widziała dobrze, nie rozróżniała też kolorów. Gromph widział komnatę czarów, podobnie jak resztę świata, w przyćmionych odcieniach szarości i czerni.

Jednak Gromph znał tę komnatę na tyle dobrze, że nie potrzebował wzroku szczurzycy, by wiedzieć, gdzie się kończy. Rozmazane plamy na granicy wzroku Kyorli były wielkimi filarami wznoszącymi się ku serii łuków przyporowych ginących w mroku osiemdziesiąt stóp nad jego głową. Zdobienia kolumn były oszczędne, a niedociągnięcia urody nadrabiały magiczną użytecznością. Komnata, ukryta głęboko w labiryncie Sorcere, miała służyć konkretnym celom, a nie robić wrażenie. Szkolono tu uczniów, poddawano próbom mistrzów, badano nowe zaklęcia, sprawdzano ich możliwości, a od czasu do czasu przyzywano demony lub wróżono.

Gromph wyszedł na środek pomieszczenia i kątem oka Kyorli dostrzegł dwóch czekających na niego drowów. Ukłonił się. Szczurzyca węszyła z nosem skierowanym w stronę kręgu gigantycznych grzybowych trzonów, które przytwierdzono do posadzki na środku olbrzymiej komnaty. Było ich dziesięć, a do każdego z nich przywiązano jednego drowa.

- Arcymagu – wyszeptał z szacunkiem jeden z towarzyszących mu czarodziejów, a jego świszczący głos odbił się od odległych ścian tysiącem ech, których Gromph zapewne by nie usłyszał, gdyby nie stracił wzroku.

Arcymag skłonił Kyorli, by odwróciła łeb w stronę czarodziejów z zadowoleniem odnotował, że odziali się i zaopatrzyli tak, jak rozkazał.

Kiedy przebywał z dala od Menzoberranzan, za co odpowiadał zdradziecki liczdrow Dyrr, wewnątrz Akademii ujawniły się pewne czynniki. Odzyskanie dawnej pozycji w Sorcere zajęło Gromphowi mniej czasu niż się obawiał, ale więcej niż miałby ochotę. Ku jego zaskoczeniu Triel całkiem nieźle poradziła sobie z utrzymaniem szkoły czarodziejów pod kontrolą domu Baenre, ale mimo to należało zabić zdrajców, a zbłąkane owieczki sprowadzić z powrotem na słuszną drogę. Przez to wszystko odkładał na później próbę odzyskania wzroku. Aż do teraz.

- Wszystko jest przygotowane – powiedział szepczący mag, jego własny siostrzeniec, Prath Baenre.

Prath był młody i nadal miał tylko stopień ucznia, więc choć Gromph nie widział twarzy dwóch mrocznych elfów, ponieważ Kyorli co chwilę drapała się po tylnych nogach ostrymi przednimi ząbkami, był pewny, że drugi z nich – mistrz Sorecere Jaemas Xorlarrin – spogląda na młodszego drowa ze zniecierpliwieniem. Baenre czy nie, w Sorcere obowiązywała pewna hierarchia.

- Mistrzu Xorlarrin – powiedział Gromph, dając wyraz swojemu przekonaniu o potrzebie istnienia takiej hierarchii – jest rzeczą oczywistą, że mam problemy ze wzrokiem. Oczekuję prostych odpowiedzi na kilka prostych pytań. Staniesz u mego lewego boku. Chłopiec usunie się na bok, dopóki go nie poproszę.

- Jak sobie życzysz – odparł mag Xorlarrin.

Gromph pstryknął palcami i szczurzyca przestała się drapać. Patrzył jej oczyma, gdy wspinała mu się po nodze, ręce, aż w końcu usiadła mu na ramieniu, drżąc i węsząc. Widzenie siebie samego oczyma szczura wtrącało Grompha z równowagi, a dotyk zwierzątka na ciele, gdy oba zmysły działały osobno, były czymś, z czym arcymag był zdecydowany skończyć.

Gromph ruszył w stronę związanych mrocznych elfów, czując, że Xorlarrin idzie tuż za nim. Gdy podeszli bliżej, z mroku wyłoniła się kolejna postać – jeszcze jeden drow stojący w kręgu jeńców. Był to Zillak, jeden z najbardziej zaufanych skrytobójców arcymaga.

- Czy chłopiec ma przygotowane sigle? – zapytał Gromph. Odpowiedział mu cichy brzęk metalu i odgłos śpiesznych kroków, które w końcu się zatrzymały.

- Tak, arcymagu – odparł Jaemas Xorlarrin.

Gromph podszedł bliżej do jednego ze skrępowanych mrocznych elfów. Cała dziesiątka była kuzynami – nikczemnymi synami domu Agrach Dyrr i co do jednego zdrajcami Menzoberranzan. Gromph prosił, by oszczędzono najmłodszych, najsilniejszych i najsprawniejszych z nich.

- Dyrr – powiedział arcymag, starając się utkwić niewidome oczy w twarzy jeńca.

Więzień lekko drgnął na dźwięk własnego nazwiska. Gromph był ciekaw czy młodzieniec odczuwa piętno hańby, jaką jego zdradziecki dom ściągnął na wszystkich jego krewniaków.

- Ja... – wymamrotał więzień. – Wiem, dlaczego tu jestem, Baenre. Możesz zrobić ze mną wszystko, co najgorsze, a i tak nie zdradzę mojego domu.

Gromph wybuchnął śmiechem. To było przyjemne uczucie. Już od dawna tak dobrze się nie uśmiał, a ponieważ oblężenie Menzoberranzan zacieśniało się, a on nie miał żadnych wieści o Lolth, która wciąż milczała, nie spodziewał się, że przez najbliższe dni, tygodnie, miesiące czy nawet lata będzie miał powody do śmiechu.

- Dziękuję – powiedział do młodzieńca. Uchwycił jeszcze wzorkiem zmieszany, zaskoczony wyraz twarzy jeńca, gdyż Kyorli obróciła łebek, aby potrzeć swędzące miejsce. – Nie obchodzi mnie, co masz do powiedzenia na temat swojego domu. Odpowiesz tylko na jedno pytanie... co to za sigiel?

Nastała cisza, którą Gromph wziął za konsternację.

- Znak – powiedział arcymag, nie kryjąc zniecierpliwienia. – Sigiel, który mój młody siostrzeniec trzyma przed tobą.

Zgodnie z poleceniem Prath stanął kilka jardów dalej, pod ścianą gigantycznej komnaty, i trzymał w górze niewielką tekturową planszę mierzącą z każdego boku może sześć cali. Na jej powierzchni była wymalowana prosta i charakterystyczna runa – każdy drow rozpoznałby w niej symbol oznaczający drogę do schronienia, bezpieczne miejsce w dziczy Podmroku.

- Mógłbym cię zmusić do odczytania tego, głupcze – rzekł arcymag, gdy wahanie jeńca przeciągało się. – Powiedz co to jest i pozwól nam robić swoje.

- To... – powiedział jeniec, mrużąc oczy. – Czy to symbol Lolth?

Gromph westchnął.

- Prawie.

Arcymag szturchnął mentalnie siedzącą mu na ramieniu szczurzycę, a gdy ta odwróciła łebek, zobaczył, jak Zillak owija wokół szyi jeńca drucianą garotę. Gdy spod drutu zaczęła się sączyć krew, a na usta Dyrra wystąpiła ślina, Kyorli zaczęła mu się przyglądać uważniej. Gromph zaczekał, aż jeniec przestanie się szarpać i skona, po czym podszedł do następnego zdrajcy.

- Nie przeczytam tego! – warknął więzień z widocznym przerażeniem. – Co to jest?

Nie chcąc tracić czasu na zaklęcie przymusu, Gromph odwrócił głowę do Xorlarrina, który wciąż stał zaraz za nim, i zapytał:

- Jak kolor?

- Wściekle amarantowy, arcymagu – odparł Jaemas.

- Cóż – odparł Gromph – zupełnie nieodpowiedni, nieprawdaż?

To wystarczyło Zillakowi, który założył na szyję drugiego Dyrra garotę wciąż ociekającą krwią pierwszego z kuzynów. Gromph nie czekał, aż jeniec umrze, tylko od razu podszedł do trzeciego w kręgu.

W powietrzu rozszedł się ostry zapach uryny, który sprawił, że Gromph prawie cofnął się o krok, a od twardej kamiennej posadzki odbiło się dudnienie kropel. Arcymag wydmuchnął powietrze przez nos, aby pozbyć się przykrego zapachu.

- Czytaj – polecił przerażonemu jeńcowi.

- To runa oznaczająca schronienie – wyrzucił z siebie struchlały Dyrr. – Przydrożne schronienie.

Gromph poznał po kobiecym tembrze jego głosu, że jest młodszy od pozostałych. To miało swoje dobre strony. Kyorli, może wyczuwając strach chłopca, a może przyciągnięta odorem szczyn, spojrzała jeńcowi w twarz i Gromph postarał się, by wzrok szczura pozostał utkwiony w jego oczach.

Jaemas Xorlarrin nachylił się z tyłu i powiedział:

- Przyjemnie krwistoczerwone, arcymagu.

Gromph uśmiechnął się, a skrępowany więzień spróbował odwrócić wzrok.

- Mniejszy – polecił Gromph, nasłuchując szelestu szat Pratha. – Odczytaj go – rozkazał jeńcowi.

Chłopiec podniósł wzrok. Po jego policzkach ciekły łzy, gdy mrugając powiekami patrzył na młodego Baenre, który, jak rozkazał Gromph, trzymał odwróconą planszę, na której widniała o połowę mniejsza od poprzedniej runy, cyfra...

- Pięć – wydukał jeniec nieprzyzwoicie piskliwym głosem.

Gromph uśmiechnął się i odsunął do tyłu, a Jaemas gładko usunął mu się z drogi.

- Tak – powiedział archmag. – Ten.

Jaemas pstryknął palcami i Prath szybkim krokiem dołączył do przełożonych. W komnacie ponownie rozległy się odgłosy duszenia, potem znowu, i jeszcze pięć razy, gdy Zillak dokonywał egzekucji pozostałych jeńców, wszystkich prócz tego o bystrych, krwistoczerwonych oczach.

Podczas gdy Zillak wypełniał metodycznie swoje krwawe obowiązki, Gromph, Jaemas i Prath zdjęli z siebie szaty i stanęli boso, nadzy od pasa w górę, ubrani tylko w proste nogawice. Gromph skupił się na odgłosach egzekucji, starając się zachować jak największą jasność umysłu.

Pnąc się po szczeblach kariery w wymagającym domu, a potem w Sorcere, Gromph wiele widział i wiele dokonał. Wiedział co to ból i poświęcenie, i był w stanie wytrzymać próby, które złamałyby nawet inne szlachetnie urodzone drowy. Powtarzał sobie, że zniesie także to, co przyniesie dzisiejszy dzień, dla dobra własnego i Menzoberranzan.

Zapisywał w umyśle, ile egzekucji usłyszał i gdy Zillak wyduszał ostatni oddech z piersi ostatniego Dyrra, polecił:

- Wprowadź tu stół, kiedy skończysz, Zillaku, a potem nas zostaw.

- Tak... – stęknął skrytobójca, z wysiłkiem kończąc ostatnią egzekucję – ... arcymagu.

Kiedy ostatni jeniec skonał, Gromph zobaczył kątem oka Kyorli, jak Zillak wychodzi szybkim krokiem z kręgu trupów, wycierając dłonie szmatą. Pozostawiony przy życiu Dyrr płakał, a z jego płaczu Gromph wywnioskował, że chłopiec jest bardziej zawstydzony niż przestraszony. Koniec końców, dał się złamać. Zachował się jak goblin – na pewno nie drow. Mroczne elfy nie płakały w obliczu wroga – mroczne elfy w ogóle nie płakały. Gdyby chłopak nie dowiódł, że świetnie widzi w ciemnościach, Gromph byłby skłonny uznać go za półczłowieka.

To przykład, pomyślał, dla nas wszystkich.

Zillak wtoczył do środka stół na kółkach, do którego przymocowane były cztery solidne pasy ze skóry rothé. Z jednej strony znajdował się odpływ, który wpadał do wielkiej szklanej butli zawieszonej pod blatem. Zillak zostawił stół w miejscu wskazanym przez Jaemasa Xorlarrina i szybko opuścił pomieszczenie.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

Wczytywanie...