riese

Talizman Złotego Smoka

Smocza Wojna dawno minęła. Spokój spadł na krainę zwaną Imeskarią. Na tronie zasiadł nastoletni król Emaus, mimo wieku będący władcą dobrym i sprawiedliwym, kochanym przez poddanych. Czarownicy, Obdarowani, przezywani również "smoczym nasieniem", odeszli, nikt nie wie gdzie, ale wystarczająco daleko, by nie zaprzątać nimi myśli. Tak to mniej więcej wygląda z lotu ptaka. Jednak kiedy zejdziesz niżej, piękne, zielone lasy w głębi okażą się nieprzebyte i mroczne, a w dodatku bardzo dokładnie strzegące swoich tajemnic. Przy gościńcach, wijącymi się malowniczo niczym żyłki między złocistymi polami, dostrzeżesz bandy rabusiów, z oczami pełnymi niekontrolowanej żądzy mordu. A za plecami miłościwego króla wyrośnie cień kapłana Zebona, człowieka o twarzy beznamiętnej i nieprzeniknionej w swoich prawdziwych zamiarach.

Gdzieś, w sercu tej pięknej, a jednocześnie bezlitosnej krainy, Iwona Surmik zaprasza nas do przeżycia przygody u boku Albany, rudowłosej dziewczyny z niezwykłym, tytułowym talizmanem złotego smoka na piersi, oraz Calmina z klanu Fen, młodego Jeźdźcy Równin, którego całe życie w jedną noc zostaje wywrócone do góry nogami, a sny o zostaniu kolejnym bohaterem koczowniczego ludu Marth brutalnie przekreślone.

Już na pierwszych stronach pisarka rozwiewa złudną czytelniczą nadzieję na spokojną baśń pod znakiem ostrza i smoczej łuski, do której przyzwyczaiły nas zachodnie powieści fantasy, pełne herosów i dzieci przeznaczenia. Opis lasu rozpoczynający powieść powinien stać się znakiem firmowym tej książki, ponieważ można niemal poczuć zapach mchu, a pod palcami wyczuć chropowatą fakturę kory drzewa. Równie barwne i majestatyczne są opisy krwi przelewającej się wartkim strumieniem przez całą opowieść, delikatne pieszczoty czy emocje kipiące z postaci. Porównywalnie realne wydają się opisy wyłaniających się znikąd Keran, dzikich zbójów, oraz ich bezlitosne poczynania. Tak mała Albana trafia pośród barbarzyńskich mieszkańców lasu, gdzie wychowuje się nie znając świata poza granicą drzew, a jej domem staje się chata znachorki i zaklinaczki imieniem Mei. Pośród Keran, co niedziwne, nie udaje jej się znaleźć miejsca. Nawet opiekunka nie znajduje dla niej litości czy choćby krzty uczucia. A kiedy nadchodzi kres dni Mei, Albana postanawia podjąć próbę ucieczki z puszczy, ponieważ bez protekcji wiedźmy czeka ją tylko marny los chodzącej macicy i zabawki jednego z porywaczy.

Równolegle poznajemy historię Calmina, syna Dalali, z klanu Fen. Wybrany jako kandydat swojego klanu na następcę wodza, mimo młodego wieku, mężnie przechodzi wszystkie próby, by w ostatnim wyzwaniu wyruszyć do odległej prowincji Cryston po sadzonki świętych drzew broz. Najmłodszy spośród konkurentów wyrusza z głową pełną baśni o bohaterach, wizji własnej potencjalnej przyszłej wielkości, uskrzydlony dodatkowo faktem, iż to jemu przypadło najtrudniejsze z zadań. W dodatku ma to być jego pierwsza podróż poza granicami Równin, a więc rozbudzająca jeszcze bardziej gorejącą młodą fantazję. Słowem, spełnienie marzeń wydaje się być na wyciągnięcie ręki. Jak nietrudno się domyślić, ścieżki obu postaci wkrótce schodzą się, by całkowicie odmienić ich życia.

Świat wykreowany przez Iwonę Surmik jest, jak już pisałam, barwny i wiarygodny. Oparty na quasi-średniowiecznej wizji, w swej realnej brutalności i braku litości dla jednostek słabszych, zapewne niejednym czytelnikiem wstrząśnie, pozostawiając gdzieś na granicy wyczuwalności metaliczny zapach krwi. Muszę przyznać, że osobiście jestem skłonna ustawić ten świat obok uniwersum stworzonego przez Sapkowskiego. Z tym, że ten pierwszy jawi mi się raczej w odcieniach zieleni, natomiast świat wiedźmina zawsze kojarzył mi się bardziej z ciężkimi miejskimi szarościami. Tak samo postaci mają stałe, dopracowane charaktery, przez co wybory, których dokonują, tak samo jak ich niewiedza i bezradność wobec niektórych zdarzeń, mogą budzić głośny sprzeciw. W moim przypadku ten sprzeciw dodatkowo nakręcał moją ciekawość, sprawiając, że pytanie „Co też autorka przygotowała dalej?” rosło i rosło pasione opisami, dialogami i zdarzeniami. Zdecydowanie faworytem obok głównych postaci zostaje sarkastyczny, ale poczciwy Stevar zwany Niedźwiedziem.

Zadziwiające jest, że pomimo mrocznego i pozbawionego delikatności klimatu książki autorka znalazła miejsce na... wątek miłosny. Chociaż daleko mu do rozwlekłych maślanych spojrzeń rodem ze Zmierzchu, nadal jednak opisy ulotnych chwil tęsknoty mogą przyprawić czulsze serduszka o westchnięcia. Wciąż jednak jest to relacja dwójki odmiennych osób połączonych absurdalnie silnym uczuciem, dwójki osób nieprzywykłych do rozwodzenia się nad górnolotnymi potrzebami ducha. Osób skrytych i nieufnych. Naprawdę nie myślałam, że kiedykolwiek to napiszę, ale jest to wątek miłosny, który najzwyczajniej mi się podoba. Jedyne, co jest w nim absurdalne, to samo uczucie, które, jak wiadomo, jest takie po prostu z natury. Natomiast relacje między obiema stronami są prowadzone ze wszystkimi konsekwencjami wydarzeń, charakterów czy otoczenia. Czemu zatem powieść o tak dobrych fundamentach nie zyskała rozgłosu równego wiedźminowi czy chociaż niektórym tytułom Fabryki Słów?

Odpowiedzią na to pytanie jest w zasadzie główna wada książki, determinująca wszystkie pozostałe. Mowa o długości. Powieść liczy sobie niecałe 300 stron, a rozbieżność między punktem początkowym, a końcowym jest tak ogromna, że wytłumaczenie jej na takiej ilości kart wydaje się niemożliwe. Zwłaszcza, że polscy pisarze przyzwyczaili nas do rozwlekłych opisów byle czego, mających rozbudzić nie tylko ciekawość, ale i ubarwić historię. Iwona Surmik najwyraźniej postanowiła ten kanon przełamać, bowiem poszła do celu najkrótszą możliwą drogą, opisując jedynie najważniejsze dla głównej osi fabuły wydarzenia, gdzieniegdzie tylko zbaczając, aby pokrótce uzasadnić co większe zmiany w bohaterach czy otoczeniu. Co za tym idzie natłok przypadków i zbiegów okoliczności, który w dłuższej powieści wydałby się zwykłym pisarskim zabiegiem na ubarwienie historii, w tym wypadku jest aż drażniący. Sprawia wręcz wrażenie, że autorce brakowało pomysłów na uzasadnienie niektórych zdarzeń. Warto jednak przemóc powstającą przez to niechęć, chociażby dla ostatnich kart, gdzie dopieszczane w trakcie całej powieści przez pisarkę postaci ostatecznie konfrontują się ze sobą. Jednak nadal pewne sprawy nie zostają dokończone i zamknięte.

Męczyć może również nieco chaotyczna edycja, sprawiająca wrażenie niedopracowanej. Odstępy między akapitami nie zawsze znajdują się tam, gdzie powinny. Nieraz rozdziela on ten sam wątek, nieraz centrum uwagi, a nawet umiejscowienie akcji przeskakuje rozpoczynając po prostu kolejny akapit. Brakuje chociażby charakterystycznych trzech gwiazdek, dających sygnał czytelnikowi o zmianie miejsca/czasu/bohatera/wątku. Zdarzają się również literówki i inne drobne błędy będące niedopatrzeniem głównie ze strony redakcyjno-korektorskiej.

Niedługo po wydaniu książki (w 2002 roku), recenzenci rozpisywali się o „otwartym zakończeniu, sugerującym ciąg dalszy”. Chociaż sama mniej więcej w tym samym czasie czytałam ją po raz pierwszy, nadal uważam, że jest to stwierdzenie przesadnie delikatne. Zakończenie „Talizmanu Złotego Smoka” wręcz krzyczy o dalszym ciągu przygód Calmina, Albany i reszty uzbieranej po drodze kompanii. Kontynuacji, która ukazała się rok później pod tytułem „Smoczy Pakt”.

Jak już pisałam wcześniej, czytałam tę książkę po raz pierwszy dawno, kiedy dopiero poznawałam gatunek, ale muszę przyznać, że mimo upływu lat i znacznie większego stosu lepszych i gorszych książek, które przez ten czas przewinęły się przez moje dłonie, nadal czytałam ją z przyjemnością. Polecam też wszystkim początkującym czytelnikom, jak i tym bardziej zaprawionym z zamiłowaniem do smoków. Chociaż te bezpośrednio w tej części nie występują, a przewijają się jedynie w opowieściach Imeskarii, zostały naprawdę niezwykle przedstawione. Lekka i przyjemna powieść pozwoli odetchnąć po cięższych utworach.

Ocena Game Exe
8,5
Ocena użytkowników
5,5 Średnia z 6 ocen
Twoja ocena

Komentarze

0
·
Jakiś czas temu czytałam tą książkę. A przynajmniej próbowałam. Wymęczyłam połowę i nie było mowy o dalszym zagłębieniu się w to rzekome dzieło. Tfu tfu.

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...