Fragment książki

8 minut czytania

Spartia i Kuloodporny Klaus

Wybrałem karczmę Pod roześmianym Kogutem, który to lokal pomimo dziwacznej nazwy uchodził za jeden z najlepszych w południowej części wyspy.

Przekroczyłem próg, czując że nabita sakiewka – Paweł Fiodorowicz nie poskąpił zaliczki – przyjemnie obciąża mi troczki u pasa i rozejrzałem się po licznie zgromadzonej klienteli.

Ta zaś była tak różnorodna jak różnorodny jest świat wokół Piołuna. Prócz zbieraniny z całego Międzyrzecza wyłowiłem jasnowłosych Rusów zza Dniepru, grupkę Dońców – ochroniarzy jakiegoś kupca, a nawet kilku Jegierów, z ognistymi brodami, zaplecionymi w warkoczyki. A jednak mężczyzna, dla którego tu przyszedłem wyróżniał się w tym wieloplemiennym tłumie niczym granat w koszu cytryn.

Powód był prosty – Mustafa był Murzynem, a w naszych stronach, nawet w światowym przecież Piołunie, nie jest to widok częsty.

Pamiętacie kupca, tego, co podrzucił mnie łodzią do portu? Nazywał się Nadir i był handlarzem niewolników. Tak w ogóle to bardzo miły, przyjazny człowiek, choć borykający się ze sporą nadwagą.

To właśnie on zatrudnia mojego przyjaciela, Mustafę, w charakterze ochroniarza i szefa nadzorców niewolników.

Mustafie nie przeszkadzało nowe zajęcie: było dobrze płatne, w miarę spokojne i jeszcze mógł do woli posuwać zakupiony przez szlachetnego Nadira towar. Czego więcej można chcieć od pracodawcy w dzisiejszych czasach? Poza tym, wiedziałem jeszcze z dawnych lat, że Mustafa uważał niewolnictwo za zdrowy fundament cywilizowanego społeczeństwa.

– Bo widzisz, bracie – tłumaczył mi kiedyś pod murami Salonik, gdy po kolejnym nieudanym szturmie lizaliśmy rany – ja sam byłem kiedyś niewolnikiem i bardzo sobie to chwalę. Musisz bowiem wiedzieć, że jako dziecko nosiłem imię Barak i urodziłem się w malutkiej wiosce na południe od wielkiej pustyni zwanej przez was Sehelem. W naszym plemieniu mój ród od pokoleń zajmował się zbieraniem nawozu hipopotamów i przerabianiem go na święty napój, bardzo popularny w naszych stronach.

Mustafa alias Brak mówił te słowa z kamienną twarzą i tylko jego oczy błyszczały chytrze w świetle płonącego ogniska, co powodowało, że nigdy nie byłem pewny czy tymi historyjkami nie robi sobie ze mnie żartów.

Ale jak by nie było, jedno jest pewne, potrafił opowiadać.

– I ja zapewne poszedłbym w ich ślady – ciągnął z poważną miną. – Tak jak mój ojciec i jego ojciec oraz ojciec ojca mego ojca – zakończył pospiesznie tę sztafetę pokoleń, dostrzegając ruch mojej dłoni w kierunku kindżału – i został zbieraczem hipopotamiego gówna, gdybym nie został porwany przez handlarzy niewolników. Sudańczycy przetransportowali mnie wraz z innymi uprowadzonymi chłopcami przez wielką pustynie do morskiego portu, gdzie sprzedano nas kupcowi z Krety.

Mustafa zapatrzył się w przeszłość.

– Już na wyspie podzielono towar wedle dalszego przeznaczenia: silnych i zwinnych sprzedano do szkół miecza, a wątłych lub ładniutkich do haremów utrzymywanych przez bogatych Kreteńczyków. W szkole gladiatorów nauczono nas walczyć z bronią i bez broni, a potem zaokrętowano na galerę i przewieziono na wyspę Telos, gdzie jest największy targ niewolników na świecie. Tam kupił nas całym odziałem Hasan Pasza. – Spojrzał w stronę wielkiego namiotu gdzie na czas oblężenia, zamieszkał nasz tysiącznik, wschodząca gwiazda armii szalonego proroka.

– Dalej już wiesz. Przyjąłem Świętą Wiarę, odznaczyłem się w walce i szlachetny Hasan Pasza, niech jego żony dają mu ciągłe zadowolenie, ofiarował mi wolność wraz z szarżą setnika.

– I naprawdę nie żałujesz utraty rodziny, tamtego życia? – zapytałem z niedowierzaniem, zwyczajnym dla kogoś kto nie wie co znaczy mieć ojca i matkę.

Mustafa popatrzył na mnie przeciągle, z tym swoim nieprzeniknionym wyrazem twarzy i odpowiedział.

– Nie wiesz jak cuchnie gówno hipopotama.

Właśnie takim go zapamiętałem.

To niespodziewane spotkanie wydaje mi się zrządzeniem Najświętszej Pani lub Allacha jak woli Mustafa. Kto by nie maczał w tym swoich paluchów jestem mu wdzięczny. Stęskniłem się za starym draniem.

Patrzyłem jak szczera, czarna jak węgiel twarz Mustafy, wtula się w olbrzymie cycki siedzącej mu na kolanach dziwki, która zaśmiewając się perliście głaskała wielkoluda po głowie.

Babka była prawdziwą olbrzymką. Patrzyłem onieśmielony na jej odsłonięte grube uda, szerokie biodra i obszerny zadek, sprawiający wrażenie jakby mógł zaspokoić wszystkich obecnych w tej sali mężczyzn, a potem prosić o więcej.

Poczułem jak miękną mi kolana. Zupełnie jak wtedy, kiedy miałem dwanaście lat i traciłem dziewictwo z tłustą wymalowaną dziwką, Angelą, która rozprawiczyła każdego młodego adepta wstępującego do Zaprzysiężonych.

Kurwa, mówię wam, to zostawia traumę na całe życie.

Jednak Mustafa, który lubił kobiety takich rozmiarów, wyglądał na przeszczęśliwego miętosząc te cyce, wielkie jak melony. Zwykł mówić, błyskając tym swoim białym uśmiechem, że kobieta gruba to kobieta zdrowa, a on z chorymi się nie zadaje. Coś w tym jest.

Zresztą te upodobania wychodziły mojemu przyjacielowi nieodmiennie na dobre, a już szczególnie podczas plądrowania zdobytych przez nas miast. No bo wyobraźcie sobie jaka tworzy się wówczas kolejka, do szczupłych, zgrabnych i ładnych, podczas gdy w tych przy kości można wybierać jak w ulęgałkach.

Chytry łeb z tego Mustafy.

Widząc mnie, zrzucił dziwkę z kolan i wpadliśmy sobie w objęcia. Gdy już obściskaliśmy się jak stare cioty, Mustafa zamówił dodatkowy garniec trunku i zasiedliśmy przy stole. Mój przyjaciel bardzo rygorystycznie przestrzega przykazań Pierwszego Proroka który zabraniał prawowiernym pić wina, dlatego też jako dobry mahometanin, łoił tylko piwo lub gorzałę.

Po paru szybkich kolejkach zebrało nam się na wspominki.

A było co wspominać. Oj… nazwiedzaliśmy się razem trochę świata. Walczyliśmy w Siedmiu Grodach. ukrytych między górami Wielkiego Sierpu, wygrzewaliśmy kości na Złotych Piaskach po pokonaniu cara Bułgarów, a Grecję to już przeszliśmy tam i nazad; to złupiło się Larisę, to sfajczyło Teby.

Normalnie, jak to mówią, robota paliła nam się w rękach.

Na koniec zaś, tradycyjnie doszliśmy do zajścia, jakie miało miejsce podczas oblężenia Koryntu.

– Pamiętasz tę dziwkę – mówił do mnie Mustafa wydymając czarne policzki.

Nie dałem mu się sprowokować, choć korciło mnie jak cholera, by zapytać, ale udałem, że nic a nic mnie tamta historia już nie obchodzi i dla podkreślenia tego zacząłem wpatrywać się w facetów przy sąsiednim stole: dwóch potężnie zbudowanych Jegierów grało w karty z jakimś tutejszym cwaniaczkiem, a trzech innych przyglądało się leniwie rozgrywce. Wyglądali przy tym jak zaspane lwy, zaczynające powoli rozglądać się za przekąską.

Ich wielgachne topory bojowe i lśniące od polerowania muszkiety stoją oparte o krzyżaki ław, a hełmy z zakrzywionymi do wewnątrz rogami leżą na blacie, tuż obok ładownic z prochem.

Te rogate nakrycia głowy są przedmiotem żartów w całym Międzymorzu, znacie ten dowcip jak Jegier przypływa do domu z wyprawy łupieskiej, wchodzi do chaty, siada przy stole i mówi do swojej baby, że jest głodny.

A ona mu na to, łapiąc się pod boki, żeby przy żarciu ściągnął z łba ten swój rogaty hełm. A co on zdziwiony maca się po głowie i mówi.

– Kurwa… przecież zostawiłem go w łodzi.

Ha, rozumiecie, zostawił go w łodzi. Uwielbiam ten żart. Cholernie życiowy.

Pewnie, dlatego nie ożeniłem się ponownie.

Mustafy nie zraża moja obojętność, wie, że w rzeczywistości zżera mnie ciekawość.

– Wiesz ta, o którą zawsze pytasz? – nęci z podstępnym uśmieszkiem. Jest cierpliwy, zdaje sobie sprawę, że podejmę temat. Zawsze się na to łapię.

Od lat chcę dowiedzieć się czemu wtedy pod Koryntem dostał chodakiem po głowie od tej grubej kurwy. Powiadam wam to był widok: naga, tłusta, wysmarowana oliwą olbrzymka waliła go po łbie a on leżał tyko na ziemi i rechotał trzymając się za brzuch, choć krew ściekała ciurkiem z jego twarzy. I powiem wam, że ta wściekła gorylica zabiłaby Mustafę jak amen w pacierzu, gdyby nie odciągnęło jej trzech ludzi.

Chciałem zapytać, o co poszło, lecz jeden z naszych wbił jej miecz w kręgosłup.

Żarty, żartami, ale nikt nie mógł bezkarnie podnosić ręki na wojownika szalonego poroka.

Od tego czasu dręczy mnie ciekawość, co też musiał jej powiedzieć, że wpadła w taki szał.

Sukinsyn wie o tym. Patrzy na mnie z tym swoim wrednym uśmieszkiem i wabi cholerną tajemnicą śmierci grubej dziwki.

– Wiesz, Vincent, zdradzę ci coś – mówi nagle, a ja czuję, że moje oczy mimowolnie zezują w jego stronę. – To nie była dziwka.

– Nie była? – nie wytrzymuję i odwracam głowę, a Mustafa znów uśmiecha się tajemniczo niczym sfinks.

Wie, że ma mnie na haczyku.

– Więc kim? – Nie wytrzymuję.

– Tak naprawdę była kapłanką bogini obfitości – odpowiada z niewinną miną.

Wydymam nozdrza jak drapieżnik, czujący krew, pochylam się ku niemu.

– Powiesz mi w końcu do cholery, czemu tak waliła cię po głowie.

Przez moment niemal wierzę, że dowiem się prawdy, ale nic z tego. Mustafa odchyla się w tył, z rozmarzonym wyrazem na twarzy.

– Pamiętasz dupojebów? – spytał nagle.

– Trudno zapomnieć – mruknąłem rozczarowany, a moje myśli jednym skokiem cofają się o kilkanaście lat.

To był dwunasty rok świętej wojny, a dla mnie piąty spędzony w szeregach szalonego proroka. Po wymuszeniu okupu z Koryntu ruszyliśmy na południe w stronę doliny zamieszkałej przez Spartian. Abyście lepiej zrozumieli, w czym rzecz muszę, nieco dokładniej opowiedzieć wam, kim są owi niebezpieczni dziwacy.

Sama nazwa Spartia, jak słyszałem od pewnego uczonego niewolnika jeszcze w Prisztinie, została zaczerpnięta z jakiejś obrazkowej książki z czasów sprzed zagłady, przechowywanej obecnie na uniwersytecie w Kydoni.

Mężczyźni ci tworzą coś w rodzaju zakonu, trochę podobnego do tego z Torunium tylko, że ich patronem nie jest żaden z członków skłóconej Świętej Rodziny, tylko jakiś odkryty na nowo po Zagładzie bożek wojny, jeden z tych, których kulty plenią się w greckich miastach niczym wszy pod tuniką taniej dziwki.

Zakon został utworzony przez niejakiego Sokratesa z Krety, uczonego i filozofa, twierdzącego, że jedynie miłość między mężczyznami, jest godna tej nazwy.

Celem istnienia tych Spartian jest prowadzenie wojen w obronie honoru Greków – dość ryzykowne pojęcie, gdyż ci, jak udowadniały to od lat wojska szalonego proroka, nie najlepiej radzili sobie w tym względzie, zwykle kryjąc się za murami ufortyfikowanych miast.

O dziwo, eksperyment zakończył się sukcesem, o czym wkrótce mieliśmy się przekonać na naszych własnych tyłkach.

Ale po kolei.

Po kilku dniach marszu dotarliśmy do doliny, zamieszkałej przez tychże Spartian. Tak na oko, ładny kawałek ziemi, z gajami palmowymi i oliwnymi uprawianymi przez niewolników. Było zatem po co się wysilać, a łup wydawał się pewny i łatwy, bowiem reguła religijna zabraniała Spartiatom otaczać miasto murem.

I rzeczywiście ta banda gnojków (jak określaliśmy ich wówczas, a było to najłagodniejsze z używanych przez nas słów) zagrodziła nam drogę w wąwozie kilka mil od tego ich miasteczka.

Patrzyliśmy z niedowierzaniem na garstkę samobójców tarasujących przejście dnem parowu. Po szybkim podliczeniu wyszło, że jest ich nie więcej niż trzystu, dość żałośnie wobec naszych trzech tysięcy.

Pamiętam jednak, że stojąc w pierwszym szeregu odczułem niepokój, widząc ich rozłożyste ramiona i widoczne pod błyszczącą od oliwy skórą mięśnie brzucha mocne niczym żeglarskie węzły.

Ci Spartianie to osobliwy kult, według praw obowiązujących w zakonie żyją ze sobą jak mąż z żoną, a w szyku bojowym zajmują miejsce obok siebie, tak aby chronić nawzajem swoje cenne dupska.

No więc,wychodzi za tego szeregu pięknisiów ich dowódca, pokonuje kilkadziesiąt kroków, staje przed naszym murem z tarcz i krzyczy.

– Tu jest Spartia!… Jakbyśmy kurwa nie wiedzieli dokąd dymaliśmy w spiekocie taki kawał drogi. Potem odwraca się na pięcie i jakby nigdy nic odmaszerowuje do swoich. Powiem wam szczerze, już wtedy zacząłem mieć złe przeczucia; z szaleńcami nigdy nic nie wiadomo.

No ale nas, stare psy wojny nie łatwo było przestraszyć, pośmialiśmy się zdrowo, po czym uformowaliśmy klin i miarowym krokiem ruszyliśmy zabić tych dzielnych ludzi.

No i się zaczęło. To była prawdziwa jatka, poszatkowane kończyny fruwały jak konfetti podczas karnawału w Camorze.

Dwie godziny potem po raz pierwszy od ogłoszenia świętej wojny przez szalonego proroka, jego wojska wycofały się z pola bitwy – jak to ujął post factum opłacony przez Imama kronikarz – na z góry upatrzone pozycje.

W rzeczywistości zaś zwiewaliśmy ile pary w nogach, a ci cholerni Spartianie dźgali nas włóczniami w tyłki aż do samych Termopil, gdzie zrezygnowali z pościgu.

Oj… wstyd był na cały cywilizowany świat. Od Tuluzy po Kabul zaśmiewano się z nas po bazarach i palarniach opium: Święty dżihad powstrzymany przez garstkę odmieńców, przyznacie sami, to nie brzmi najlepiej.

Prorok na wieść o klęsce dostał kolejnego z coraz częstszych napadów szału, padły oskarżenia o zdradę i nieudolność, poleciały głowy tak winnych jak i niewinnych; sam Hasan Pasza, choć był ulubieńcem władcy ledwie uszedł z życiem. Gniew Tego Który Niesie Zagładę Niewiernym nie gasł przez wiele długich dni, aż Plac Męstwa w Prisztinie utonął w krwi naszych braci.

Wówczas właśnie postanowiliśmy pozbyć się tego szaleńca. Należało tylko znaleźć osobę która będzie mieć na tyle odwagi aby dokonać zamachu. Zadania podjął się Bawar, Klaus Staffuneberg pułkownik ciężkiej piechoty zaciężnej. W służbie Proroka spędził ponad dwanaście lat, a jego ciało stało się prawdziwą mapą stoczonych w tym czasie bitew: Nad Dunajem stracił prawą rękę, przy szturmie Salonik mały i serdeczny palec lewej ręki, lewe oko pod Mostarem, a w drobniejszych potyczkach odłamki uszkodziły mu kolano, ucho i prawe oko.

Nazywaliśmy go Kuloodporny gdyż jak sam się przechwalał jeszcze w rodzinnej Bawarii, został postawiony przed plutonem egzekucyjnym i przeżył. Podobno sam Hercog był pod wrażeniem, pokazanych mu, kul wyjętych ze skazańca i zamienił karę śmierci na dożywotnią banicje.

Nikt z naszych braci nie miał wątpliwości, jeśli ktokolwiek może zabić szalonego sukinsyna, którego napady obłędu zagrażały nam wszystkim, to właśnie nasz nieoceniony Kuloodporny Klaus.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
Męczą Cię captche? , a problem zniknie. Zajmie to mniej niż rozwiązanie captchy!
Wczytywanie...