wampir_maskarada

Fragment książki

5 minut czytania

Syndrom Mordoru

– Słuchaj, dziewczyno, jak będziesz tak siedzieć i gapić się na mnie, kurczak ci całkiem wystygnie – zauważył mój nowy współpracownik i delikatnie otarł wąsy serwetką.

Wyglądał niesłychanie poważnie. Może dlatego, że miał na sobie służbowy uniform – czyli kamizelkę z takiej samej tkaniny jak mundur Aleksa z tajemniczym żółtym emblematem na piersi. W podobnych strojach chodziło tu bardzo wiele osób. Udając posłuszeństwo (wiedziałam, że kocisku sprawi to przyjemność), spróbowałam kurczaka, a wtedy zdałam sobie sprawę, jak bardzo zgłodniałam. Widząc mój zdrowy apetyt, grubasek łaskawie pokiwał głową.

– No i jak ci się podoba u nas w Bazie? – zapytał dumnie, przełknąwszy łyk wody mineralnej.

– W porządku, tylko trochę mnie niepokoją różne dziwne stworzenia, które kręcą się dokoła. – Zniżyłam głos, nachylając się do puszystego ucha. – Na przykład ten dziwak bez głowy, co sprząta naczynia. Przecież on to robi na oślep, a tak zręcznie mu idzie... Albo ten z siną twarzą i pętlą na szyi, co stoi za ladą, wydając dokładki.

– A, to nasze miejscowe potwory. Nie zwracaj uwagi. Rozumiesz, oni mieli wybór: albo bezpowrotnie do grobu, albo zostać w Bazie i robić coś pożytecznego dla społeczeństwa. Ci dwaj akurat wybrali wariant drugi. Służyć ludzkości to oczywiście znacznie ciekawsze niż dokarmianie robaków. A ten siny z wywalonym językiem to nasza, moja i Aleksa robota – oznajmił kocur dumnie, mrugając porozumiewawczo.

– Yek... – wyrwało mi się znowu. Ostrożnie odsunęłam się od emanującej samozadowoleniem mordy przedstawiciela kotowatych. Od samego początku nie podobał mi się dziwny błysk w tych zielonych ślepiach.

– Czyli co, powiesiliście tego biedaka, nieważne kim był i co zrobił, a teraz jeszcze cynicznie się tym przechwalasz?!

Koci profesor zdumiał się i oburzył.

– Jak możesz mnie podejrzewać o takie okropności? Wręcz przeciwnie, zdjęliśmy z niego klątwę. Parę wieków temu ten młodzieniec popełnił samobójstwo. Od tamtej pory jego duch nie mógł znaleźć spokoju. Jako nadgniły trup miotał się po świecie i dusił tych, co byli winni jego śmierci, jak sądził. A potem ich potomków, krewnych, przyjaciół i nawet zwykłych znajomych...

Z litością popatrzyłam na sinego stołówkowego, który w tym momencie akurat tłukł ścierką po łapach jakiegoś niecierpliwca, próbującego się wepchnąć poza kolejką. Zobaczywszy, że patrzymy w jego stronę, uśmiechnął się przyjaźnie, pokazując dwa idealnie równe rzędy długich poczerniałych zębów. I pomachał nam ręką. Agent 013 w odpowiedzi pomachał mu łapą.

– Ale dlaczego? Czemu ten nieszczęśnik zdecydował się na taki desperacki krok? – spytałam, czując nagły przypływ współczucia, i otarłam ukradkiem łzę.

– Ach, banał. Długi karciane – westchnął kot. – Wierzyciele naciskali, a kiedy nie miał już gdzie się schronić, spróbował uciec w zaświaty.

Tymczasem wisielec wojował z jakimś skrzatem, który usiłował mu gwizdnąć sprzed nosa kawałek keksu. Nie bacząc na groźną ścierkę, przestępca umknął jednak z łupem, tylko mignęły jego brudne pięty.

– Nigdy nie mogłem pojąć, dlaczego hobbici nie noszą butów – mruknął kot w zadumie, dłubiąc w zębach wykałaczką.

– Ty też nie nosisz – zauważyłam, mierząc go wzrokiem od stóp do głów. Właściwie i mnie od dawna to interesowało: dlaczego hobbici zawsze chodzą na bosaka? Latem i zimą, przy czym potrafią przemierzyć tak ogromne odległości, jak choćby w tej słynnej historii o Pierścieniu. Do tego nigdy nie dostają kataru ani nie wbijają im się drzazgi. Mogliby aż tak nie oszczędzać na łapciach...

– Ja mam na łapach poduszeczki – odparło kocisko z godnością, oglądając sobie pazury. A widząc w moich oczach nieme pytanie, spokojnie wyjaśniło: – Owszem, to jeden z narażonych na kontakt z Pierścieniem. Kiedy go pod groźbą odbierają, nie przechodzi to bez śladu w psychice. Pierścień oczywiście jest fałszywy, jak zapewnia lekarz. A ty pewnie chciałabyś się dowiedzieć, co tu porabia hobbit? Otóż właśnie przechodzi rehabilitację w naszej klinice.

– To wy macie tutaj klinikę dla hobbitów? – wytrzeszczyłam oczy.

– Nie tylko, chociaż hobbitów bez piątej klepki tam pełno. Oczywiście nie wszystkie są byłymi „szczęśliwymi właścicielami” Jedynego Pierścienia. Zastanawiasz się, jakie mogą mieć problemy? Jak by ci to wytłumaczyć...?

W waszych czasach istnieją takie terminy, jak „syndrom czeczeński” albo „syndrom Zatoki Perskiej”, a oni mają „syndrom Mordoru”, rozumiesz?

– Aha...

Jakoś nie miałam ochoty zgłębiać tematu nieszczęsnych mieszkańców Hobbitonu. O elfach, proszę bardzo, lecz kot nie był w nastroju.

Dojadłam kurczaka i dopiłam herbatę. Wolałabym kompot – wiedziałam, że jest, bo Mruczek przyniósł go sobie i sam cały wypił, bałam się jednak podchodzić wisielcowi pod karzącą rękę. Nie dowierzałam zapewnieniom tłuściocha, że teraz, kiedy siny stołówkowy widział nas razem, zawsze mam zagwarantowaną dokładkę i kompocik gratis. Poprosiłam kota, żeby mi przyniósł szklankę, ale ten leniuch wykręcał się tak długo, aż straciłam cierpliwość i pociągnęłam go za ogon. Tak go obraziła ta poufałość, że zaczął udawać głuchego i niemego.Akurat zjawił się Aleks, obejrzał sobie nabzdyczonego towarzysza, dowiedział się o moim pragnieniu i poszedł po kompot. No i dobrze, gdyby odmówił, następstwa mogłyby być groźne. Potem wystąpił jako rozjemca między mną a miauczuchem i doprowadził do zawieszenia broni.

Kiwnęliśmy sobie głowami, lecz ręki podać kotu nie chciałam. Splotłam demonstracyjnie ramiona na piersi, a on zrobił dokładnie to samo.

– Jeśli tak się będziecie zachowywać, nie będziemy mogli być w jednej ekipie – orzekł Aleks, usiłując być surowym, ale w końcu machnął ręką. – A czort z wami! Słuchajcie. Dali nam nowe zadanie. Wyprawimy się do Japonii. Wiek XVI, miejsce: lasy na wyspie Hokkaido, obiekt: upiory rokuro-kubi.

– Ble...? To znaczy: że jak? – nie wytrzymałam.

– Rokuro-kubi czyli Bezgłowe Upiory Mroku! To człekokształtne kreatury terroryzujące tamtejszą wieś. Za dnia zachowują się jak całkiem zwyczajni ludzie, a po zmroku przekształcają się w bezgłowe potwory. Jak sądzę, będziemy mieli z nimi do czynienia nocą, bo wtedy właśnie ich głowy wylatują na polowanie, a ciała leżą bez ruchu w położeniu horyzontalnym. Żywią się ludzkim mięsem. Szczegóły są w tym dossier. – Aleks klepnął dłonią przyniesioną teczkę i rzucił ją na stół. – Przejrzymy po drodze. Teraz zjem obiad, potem wybierzemy się do magazynu po odpowiedni sprzęt i ciuchy dopasowane do tamtych czasów. Ale najważniejsze... – zatarł ręce z błyskiem w oku – podwójne racje żywnościowe!

– A potem? – spytałam niecierpliwie.

– Akcja. Po przydziale gratów zawsze akcja – zakomunikował mi kot, robiąc pierwszy krok ku pojednaniu. – Uwierz memu doświadczeniu, gdzie żarcie, tam i zadanie, a jak przydział podwójny, to znaczy, że i akcja będzie wyjątkowo trudna. Będziem proch wąchać, pod ostrzałem będziem pełzać, pod bombami zygzakiem biegać... Ech, czegóżeśmy już nie przeszli...!

– Mógłbyś oszczędzić sobie i nam tego patosu? – spytał Aleks ironicznie. (W szarym mundurze było mu bardzo do twarzy – to tylko moje osobiste spostrzeżenie, bez związku ze sprawą). – Lepiej powiedz: jak dobrze władasz samurajskim mieczem?

– Yekk... – Sama już nie wiem, czy to byłam ja czy może nasz ogoniasty łakomczuch.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

Wczytywanie...