szczury_wroclawia_szpital

Fragment książki

Najlepszym koniem, jakiego znałem, był gniady ogier z białą gwiazdką na czole. Nazywał się Janowiec – dziwne miano dla bojowego rumaka, ale tak go ochrzczono tuż po narodzinach, a jeździec nigdy nie zmienił mu imienia. Jeźdźcem owym był czwarty syn lorda z małego majątku na południu. Chłopiec chłonął wszystkie opowieści o dawnych bohaterach, a gdy dobiegały końca, pragnął znów ich słuchać, w przeciwieństwie do innych chłopców, którzy zaczynali z nich szydzić. Ojciec podarował mu Janowca na szesnaste urodziny, bo nie miał już żadnej ziemi do rozdania. I tak chłopiec – nosił imię Tristan – podziękował ojcu za wierzchowca, zbroję oraz miecz i opuścił dom. Miał zbyt wielu braci, by ktokolwiek za nim tęsknił.

Tristan i Janowiec wiele miesięcy krążyli po gościńcach, szukając okazji do spełnienia dobrych uczynków. Po jakimś czasie nawet je znaleźli – samotne, ciche, w maleńkich wioskach i dworach przy granicy kraju. Tarcza Tristana często gięła się od ciosów i często ją naprawiano. Miecz, mimo coraz liczniejszych szczerb, pozostawał ostry. Janowiec stał się najbardziej nieulękłym z koni i wieść o ich przybyciu sprawiała, że straszne stwory umykały do nor.

Ale świat to nie opowieść, a jeśli nią jest, ma bardzo dziwną treść. Tristan zazwyczaj pomagał biedakom, a choć z wdzięcznością dziękowali mu, gdy zabił quiggana albo złapał bandytę, trudno było przeżyć na tym, co od nich dostawał. Wraz z Janowcem stawali się coraz twardsi i coraz bardziej dzicy, a w bezpieczniejszych okolicach, gdzie stwory nie kłopotały nikogo, Tristan odkrył szybko, że ludzie go nie potrzebują. Po jakimś czasie zaczął marzyć o innym życiu – ciepłym palenisku, smakowitej strawie, pogodnych przyjaciołach. Pewnego dnia, gdy podróżował przez krainę na południe i zachód od nas, nieopodal wielkiego górskiego łuku spotkał na gościńcu lorda i jego rycerzy, tęgich mężów w lśniących zbrojach na grzbietach wielkich rumaków. Polecili, by się zatrzymał, słyszeli bowiem opowieści o młodzieńcu, który krąży po marchiach, dokonując najdzielniejszych czynów dla najbiedniejszych ludzi.

Lord rozkazał Tristanowi, by przybył na jego dwór. Tam Tristan z wdziękiem i szczerością opowiedział o swych przygodach. Dworzanie słuchali do późnej nocy, a kiedy skończył, lord wzniósł kielich i powitał go jako swojego rycerza. Tristan z ogromną radością złożył świętą przysięgę, że będzie służyć swemu władcy po kres dni.

W końcu wszystko zaczęło układać się jak trzeba. Tristan był dzielnym młodym rycerzem, służącym potężnemu panu, galopującym w lśniącej zbroi na czele jego straży. Lecz w miarę upływu miesięcy zaczął odkrywać coś, co mu się nie spodobało. Tak jak wcześniej, słyszał historie o kłopotach na granicy: bogganach w młyńskich stawach, złodziejach i rzezimieszkach na gościńcach – problemach, które zawsze starał się naprawiać, gdy podróżował samotnie. Teraz jednak pozostawał związany przysięgą, a jego lord nie pozwalał mu na pomaganie innym. Pan Tristana bardzo chciał zdobyć więcej ziemi, choć i tak miał już jej tyle, że tydzień jazdy nie wystarczyłby, by przebyć ją całą. Spiskował zatem i knuł miesiącami, w sekrecie szykując plany i kupując sobie sojuszników kuframi pełnymi złota. Inni lordowie często odwiedzali zamek – niektórzy zalęknieni, inni rozgniewani, jeszcze inni uśmiechający się złowrogo i łapczywie.

Wkrótce wybuchła wojna. Wojna, do której doszło tylko dlatego, że lord, któremu służył Tristan, pragnął rządzić większą częścią świata. Tristan złożył przysięgę, co oznaczało, że nie mógł odejść, nieważne jak bardzo był nieszczęśliwy – wychowano go bowiem tak, by dotrzymywał słowa, zwłaszcza gdy wspierała je święta przysięga. Jego lord poprowadził atak na pobliską krainę, wyrąbując sobie drogę. Zamiast potworów, Tristan walczył w ogniu bitwy z ludźmi, którzy nic złego mu nie zrobili. Starał się pozostać miłosierny, kiedy tylko mógł, ale od jego miecza wciąż ginęli ludzie – dobrzy ludzie, niezasługujący na śmierć. Czasami w nocy nie mógł zasnąć i cichy głos w głowie pytał, czy nie lepiej byłoby, gdyby to on zginął.

W końcu rozpoczęli oblężenie jednej z wielkich warowni wroga. Pan Tristana sądził, że jeśli zaatakuje szybko i mocno, zdoła zwyciężyć, toteż w pewną letnią upalną noc rozkazał części swych ludzi przystawić drabiny do muru i spróbować szturmem zająć zamek. Żołnierze wspięli się na bramę i opuścili most zwodzony pod deszczem strzał. Sądząc, że zwycięstwo jest tuż, lord Tristana poprowadził atak, wiodąc swoich rycerzy daleko przed piechotę. Popełnił błąd, albowiem nieprzyjaciel w zamku okazał się znacznie liczebniejszy, niż lord przypuszczał. Żołnierze wylali się ze wszystkich wież, więżąc rycerzy na dziedzińcu. Tristan próbował chronić swego pana, rzucając się przed każdego wroga, który podszedł bliżej. Nadaremnie. Strzała trafiła lorda w szyję i runął z konia martwy.

Atak się załamał, dziedziniec zaściełały ciała zmarłych i umierających. Tristan opuścił miecz, patrząc przed siebie jak człowiek pogrążony we śnie, i tylko Janowiec, uskakujący tu i tam w zamęcie, ocalił życie tak swoje, jak i jeźdźca. Tristan z hukiem upuścił miecz na kamienie, tuż za nim o bruk uderzyła tarcza. Chwycił wodze i umknął z dziedzińca pośród gradu strzał, mijając własną armię i galopując w noc. Nigdy więcej nie widziano go w tym kraju.

Pory roku leniwie ustępowały miejsca następnym. Tristan i Janowiec, znów samotni, wędrowali po gościńcach, lecz tym razem Tristan bał się i wstydził, i nie chciał już być bohaterem. By kupić jedzenie, sprzedał siodło Janowca i pierścień, który podarowała mu matka. Mimo to nadal brakowało im jadła. Krążyli tak wiele miesięcy, obdarty młodzian i wielki kudłaty koń, aż w końcu w środku zimy takiej jak ta trafili na północ. Owej zimy w miejscu niedaleko stąd leżała niewielka wioska, która znalazła się w straszliwych opałach. Stała na samym skraju królestwa, daleka i samotna, przy drodze tak starej, że nikt nie wiedział, kto ją zbudował. Kiedy Tristan wjechał do wioski na grzbiecie Janowca, właśnie zapadał zmrok. Przekradali się od domu do domu, nie widząc nikogo, aż w końcu dotarli na rozstaje, gdzie stała maleńka gospoda. Z wnętrza nie dobiegał żaden głos, ale przez przesłonięte okiennicami okna przeświecał blask ognia. Tristan zarzucił koc na grzbiet wierzchowca i poprowadził go do pustej stajni na tyłach, po czym otworzył frontowe drzwi.

– Robisz przeciąg – rozległ się czyjś głos.

Jego właściciel okazał się jedynym człowiekiem w środku. Siedział z uniesionymi nogami przy ogniu, kaptur drogiego, ciemnego płaszcza osłaniał mu głowę. Choć to nieprawdopodobne w taką noc, wyglądało na to, że coś czyta.

– Dlaczego nie jesteś w domu spotkań z całą resztą? – spytał zakapturzony nieznajomy, nie odwracając głowy.

Tristan przekroczył próg i zamknął drzwi.

– Jestem tylko podróżnym, nie wiem, gdzie powinienem się znaleźć. Na dworze jest bardzo zimno.

Tamten odwrócił głowę, by na niego spojrzeć.

– Przyjacielu, musisz być najbardziej pechowym podróżnym na świecie.

Tristan podszedł bliżej jasnego, ciepłego ognia. Widział teraz, że tamten ma go za żebraka bądź zbiegłego niewolnika, i nawet tak wyglądał: obszarpaną starą tunikę uszyto na kogoś znacznie niższego, a kilka miesięcy temu sprzedał nawet buty. Stopy miał owiązane szmatami, a podczas długich miesięcy rozpaczy urosła mu długa broda, oczy zaś zapadły się w głąb czaszki.

Mężczyzna schylił się, by dorzucić do ognia.

– Karczmarz jest w domu spotkań z innymi. Jeśli dołączysz do nich, może przeżyjesz.

Tristan wyciągnął ręce ku płomieniom.

– Co się tu dzieje?

Nieznajomy spojrzał na niego z rozbawieniem i zdumieniem.

– Powiedz mi, wędrowcze, dokąd zmierzasz?

– Nie wiem. Jadę, dokąd mnie zawiedzie droga.

– Nie zajechałbyś nią dużo dalej. Za tą wsią leżało kiedyś kilka farm, teraz wszystkie obróciły się w popiół. Sam gościniec wiedzie dalej w góry, ale nigdy byś do nich nie dotarł. Przybył Otchłanny, znalazł tych ludzi na swym progu i wpadł w gniew.

– Otchłanny? – Tristan usiadł obok nieznajomego, grzejąc się przy ogniu. – Sądziłem, że to tylko bajka.

– Och, gdybyż tak było. – Mężczyzna zaczął przerzucać kartki, przeszukując każdą wzrokiem, aż do końca książki. Zamknął ją z westchnieniem. – Nic. Żadnej wskazówki.

– Co czytasz? – spytał Tristan.

– Dzienniki mojego mistrza, po raz trzeci – wyjaśnił tamten. – Szukałem jakiejś tajemnej wiedzy na temat Otchłannego, słabości, którą mógłbym wykorzystać.

– Gdzie zatem jest twój mistrz?

– Nie żyje – wraz ze swą strażą, służbą, wierzchowcami, przewodnikami i wszystkimi uczniami prócz mnie. Tylko ja wróciłem tu żywy. – Mężczyzna w płaszczu zaśmiał się, krótko, gorzko. – Badaliśmy przełęcz, szukając jakichś śladów sławetnego Otchłannego.

Tristan wstał i wyjrzał przez szczelinę w okiennicy. Nie ujrzał niczego, prócz zaśnieżonej drogi i ciemnych domów.

– I on tu przyjdzie?

– Owszem. Istnieją zapiski o podobnych wydarzeniach, z bardzo dawnych czasów. Wieśniacy wiedzą znacznie mniej niż ja, ale legendy wystarczą, by podsycić ich strach. Teraz zebrali się w domu spotkań, by postanowić, co dalej.

– Czemu cię tam nie ma?

Mężczyzna obejrzał się na cienie na ścianach tawerny.

– Nie lubię tłumu. Równie dobrze mogę przecież umrzeć tutaj.

Tristan poczuł dreszcz, bo umiał rozpoznać rozpacz.

– Jesteś pewien, że nie ma nadziei?

Mężczyzna zmierzył go wzrokiem.

– Jak się nazywasz?

Tristan zawahał się, bo od dawna nie posługiwał się swoim prawdziwym imieniem. Najpierw ze strachu, potem ze wstydu, po jakimś czasie – bo stracił nadzieję. We wzroku tamtego wyczuł jednak coś, co sprawiło, że zapragnął wyznać prawdę.

– Jestem Tristan.

– Mnie możesz mówić Vithric – oznajmił mężczyzna. – Posłuż mi zatem radą, Tristanie. Otchłanny powstał i zabił mego mistrza, potężnego maga. Słuchają go najróżniejsze ohydne stwory. Dziś wtargną do tej wioski, by ją nękać – wątpię, by do jutra ktokolwiek z nas pozostał przy życiu. W domu spotkań zebrała się może setka ludzi, w tym czterdzieścioro dzieci i z tuzin starców bądź chorych. Niewielu z nich ma broń, a nikt porządnej. Co kazałbyś im zrobić?

Tristan zdumiał się, bo od dawna nikt nie oczekiwał od niego słów mądrości.

– Wioskowy dom spotkań… jakiej jest budowy?

– Drewno na kamiennych fundamentach i wysoka strzecha.

Tristan pokręcił głową.

– Nie wytrzyma. – Zastanowił się chwilę. – Może wieśniacy mogliby kupić sobie wolność. Gdyby zgromadzili cały swój dobytek i zaoferowali w dani, może Otchłanny by ich wypuścił.

– Tu, na północy, Otchłanny nosi wiele imion – odparł Vithric. – Nazywają go Starcem z Gór, Kołyskowym Złodziejem, Klątwą Matek. Mówią, że ceni sobie jedynie ciało dzieci.

Myśl o nieszczęsnych dziatkach, uwięzionych w pułapce i czekających na podobną śmierć, okazała się dla Tristana nie do zniesienia.

– Musimy coś zrobić!

– Niczego nie można zrobić – odparł Vithric. – Wieśniacy równie dobrze mogą już zacząć kopać sobie groby. Może Otchłanny zechce łaskawie wrzucić do nich kości, kiedy już z nimi skończy.

– Mogą uciec. – Tristan wstał. – Mogą uciec! Jeśli będą trzymać się razem…

– Najbliższa wioska leży czterdzieści mil stąd, najbliższy zamek – w Northend, sześćdziesiąt – oznajmił Vithric. – Oni już nie żyją.

Tristan zaczął krążyć po izbie.

– Ile mają koni?

– Żadnych. Mój mistrz wynajął wszystkie. Do tej pory zostały pożarte albo uciekły w góry. – Vithric uniósł ręce, po czym je opuścił. – Gdyby był ranek i gdyby szybcy nie czekali na powolnych, część z nich mogłaby dotrzeć w bezpieczne miejsce, ale mamy noc, a matki będą nieść dzieci, synowie dźwigać na grzbietach sędziwych ojców i wszyscy zginą w drodze. Część z tych stworów umie poruszać się w mroku bardzo chyżo.

– Wiem o tym.

Usta Vithrica wygięły się w ponurym uśmiechu.

– Zatem nie chcesz już dłużej odgrywać wędrownego pielgrzyma? Nie byłeś w tym zbyt przekonujący, panie rycerzu.

– Po cóż mam się kryć, skoro to istotnie moja ostatnia noc na tym świecie?

Tristan wbił wzrok w ogień, Vithric patrzył wraz z nim. Żaden nie spoglądał na drugiego.

– Powiedz mi – zagadnął Vithric – kiedy jeszcze walczyłeś, to o co?

– Kiedyś służyłem wielkiemu panu – odparł Tristan. – Myślałem, że walczę o honor, ale tak naprawdę walczyłem w imieniu chciwości. Zabijałem dobrych ludzi, ich żony czyniłem wdowami i dzieci sierotami, bym mógł usłyszeć, jak mój pan mówi, że dobrze się spisałem.

– Szczerością przewyższasz wszystkich znanych mi rycerzy – oznajmił Vithric. – I o nic więcej?

– Kiedyś – przyznał Tristan – zdaje się, że dawno temu, wędrowałem od wsi do wsi, osłaniając swą tarczą biedaków niemających innej nadziei. Nigdy nie żądałem więcej, niż mogli dać, a nie było tego zbyt wiele. Miałem jednak swój miecz, tarczę, konia i honor.

– I ich wdzięczność – dodał Vithric. – Ich pochwały i miłość, a z czasem, gdy ratowałeś życie coraz liczniejszych poczciwych biedaków, zacząłeś się zastanawiać…

Tristan uniósł wzrok ku powale.

– Zacząłem się zastanawiać, czy robię to wszystko dlatego, że mnie potrzebują, czy też dlatego, że mnie wychwalają.

Jego towarzysz tylko raz skinął głową.

– W istocie, oto jest pytanie. Chętnie spędziłbym kilka dni na dyskusji na ten temat, bo myśli twoje płyną korytem głębszym niż u większości mężów. Lękam się jednak, że brak nam czasu.

– Prawdę rzeczesz. – Tristan podniósł się z miejsca przy ogniu. – Chodź ze mną.

– Co zamierzasz zrobić? – przemówił ostro Vithric. – Już to omówiliśmy. Nie ma wyjścia.

Tristan otworzył drzwi.

– Utraciłem miecz i tarczę, i może też honor, ale nie konia. Chodź.

Poprowadził ogłupiałego Vithrica do stajni.

– Będziesz musiał jechać na oklep. – Dotknął pyska Janowca. – Żegnaj, drogi przyjacielu. Zanieś tego człowieka w bezpieczne miejsce.

Vithric wbił wzrok w Tristana.

– Mogłeś uciec. Mogłeś wsiąść na konia i pogalopować w dal, gdy usłyszałeś, że grozi ci niebezpieczeństwo.

– Nazywa się Janowiec. – Tristan wyprowadził ich na gościniec. – Proszę tylko, byś dobrze go traktował.

– Dajesz mi nadzieję przeżycia. Skąd wiesz, że jestem godzien tego daru?

Tristan pomógł mu wsiąść na grzbiet konia.

– Spraw, żebyś był godzien.

Vithric ujął wodze, spojrzał z góry na Tristana, a potem w dal.

– A ty? Co poczniesz?

– Jeśli tylko zdołam, pomogę ludziom z wioski uniknąć ich losu albo też zginę u ich boku. – Tristan klepnął bok Janowca. – A teraz jedź i nie oglądaj się za siebie.

Janowiec puścił się galopem zimną, pustą drogą. Tristan zawrócił, samotnie kierując się do domu spotkań. Nim jednak dotarł bliżej, poczuł dreszcz na plecach. Obejrzał się – od zagrody, przez ogród, do stodoły słudzy Otchłannego podążali za nim, a teraz się zbliżali. Wiedział, że żywy nie dotrze do celu.

Choć pojmował, że nie ma to sensu, przybrał bojową postawę.

– Wiem, czym jesteście: już wcześniej zabijałem wam podobnych. Nie wystraszycie mnie na śmierć. Chodźcie i weźcie mnie, jeśli zdołacie.

Stwory podeszły bliżej, wyłaniając się z cieni pod domem i stogami. Nim wypełzły na drogę i nabrały kształtów wyraźniejszych niż tylko przeczucie grozy, Tristan usłyszał tętent galopującego konia. Z początku uznał, że śni, potem pomyślał, że to wieśniacy. Lecz łoskot dobiegał z przeciwnej strony. Zerknął w dal i nie uwierzył własnym oczom.

Tak. To był Janowiec – a także Vithric. Pędzili jak grzmot, o włos wyprzedzając stwory Otchłannego.

– Przychodzę zwrócić ci twój dar!

Vithric pochylił się, chwycił rękę Tristana i tak największy z rycerzy i największy z magów, jakich zna ten świat, zostali przyjaciółmi. Bo widzicie, zanim mogli ocalić maleńką wioskę, całe królestwo i świat, najpierw musieli ocalić siebie nawzajem.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...