Fragment książki

72 minuty czytania


Fragment I
Prolog: Cień grozy

Wiatr zawodził w ciemnościach, niosąc z sobą woń, która mogłaby odmienić losy świata. Wysoki Cień uniósł głowę i zaczął węszyć w powietrzu. Wyglądał jak człowiek, tyle że człowiek o szkarłatnych włosach i rdzawoczerwonych oczach.

Wzdrygnął się zdumiony. Wiadomość mówiła prawdę: byli tu. A może to pułapka? Rozważył wszystkie za i przeciw, po czym rzekł lodowatym głosem:

- Rozdzielcie się, ukryjcie za drzewami i krzakami. Musicie zatrzymać każdego, kto się tu zjawi... albo sami zginiecie.

Otaczająca go dwunastka urgali, uzbrojonych w krótkie miecze i okrągłe żelazne tarcze pokryte czarnymi symbolami, rozbiegła się, szurając głośno stopami. One także przypominały ludzi o krzywych nogach i grubych masywnych ramionach, jakby stworzonych do tego, by miażdżyć w śmiertelnym uchwycie. Znad małych uszu wyrastały skręcone rogi. Potworne istoty ukryły się wśród poszycia, pomrukując głośno. Wkrótce szelestliści ucichł i w lesie znów zapanował spokój.

Cień wyjrzał na szlak zza grubego pnia drzewa. Żaden człowiek nie dostrzegłby niczego w takiej ciemności, dla niego jednak słabiutka poświata księżyca była jasna niczym promienie słońca, zalewające drzewa. Dostrzegał wyraźnie i ostro każdy najdrobniejszy szczegół. Trwał bez ruchu, nienaturalnie cicho, ściskając w dłoni długi jasny miecz. Wzdłuż klingi biegło cieniutkie kręte wyżłobienie. Broń była dość smukła, by wbić się między żebra, lecz dość solidna, by przeciąć nawet najtwardszą zbroję.

Urgale nie widziały tak dobrze jak Cień, poruszały się po omacku niczym ślepi żebracy, niezdarnie wymachując bronią. Nagle ciszę przeszyło donośne hukanie sowy. Czekali w napięciu, aż ptak odleci. Potwory zadrżały w zimnym nocnym powietrzu. Jeden z nich nastąpił ciężkim butem na gałązkę, która pękła z trzaskiem. Cień syknął gniewnie i urgale skuliły się przerażone. Z trudem zwalczyłniesmak – cuchnęły zepsutym mięsem – i odwrócił głowę. To tylko narzędzia, nic więcej.

Minuty zamieniały się w godziny, a Cień z trudem opanowywał zniecierpliwienie. Woń musiała daleko wyprzedzać swych właścicieli. Nie pozwolił urgalom wstać, ani się rozgrzać. Sobie także odmówił tego luksusu. Czuwał za drzewem, nieustannie obserwując szlak. Lasem zakołysał kolejny powiew wiatru. Tym razem woń była silniejsza. Podniecony uniósł cienką wargę, odsłaniając zęby.

- Szykujcie się – szepnął.

Całe jego ciało wibrowało, czubek miecza zataczał niewielkie kręgi. Trzeba było wielu knowań i wiele bólu, by doprowadzić go do tej chwili. Nie mógł teraz przegrać, stracić wszystkiego.

Głęboko osadzone oczy urgali rozbłysły pod nawisami masywnych brwi. Stwory mocniej chwyciły broń. Cień jako pierwszy usłyszał brzęk: coś twardego uderzyło o kamień. Z mroku wyłoniły się niewyraźne plamy szarości, zbliżające się z każdą chwilą.

Trzy białe konie niosły jeźdźców wprost w pułapkę. Dumnie unosiły głowy, ich grzywy falowały w blasku księżyca niczym żywe srebro.

Na pierwszym rumaku siedział elf o spiczastych uszach i eleganckich ukośnych brwiach. Był smukły, lecz silny i gibki niczym rapier. Przez ramię przewiesił potężny łuk. U boku, naprzeciw kołczana pełnego strzał o lotkach z łabędzich piór, wisiał miecz.

Ostatni jeździec miał podobną jasną twarz i ostre rysy. W prawej dłoni trzymał długą włócznię, u pasa miał biały sztylet. Głowę okrywał mu kunsztownej roboty hełm, zdobiony bursztynem i złotem.

Między nimi jechała kruczowłosa elfia dama. Zdawała się promieniować spokojem; ciemne oczy płonęły w okolonej czarnymi lokami twarzy. Strój miała prosty, co jeszcze podkreślało jej niezwykła urodę. U pasa wisiał jej miecz, na plecach długi łuk i kołczan. Przed sobą w siodle wiozła sakwę – co chwila zerkała na nią, jakby upewniając się, że wciąż tam jest.

Jeden z elfów przemówił zniżając głos; Cień nie dosłyszał jego słów. Dama odpowiedziała władczo i jej strażnicy zamienili się miejscami: ten w hełmie wyjechał naprzód, poprawiając włócznię w dłoni. Bez żadnych podejrzeń minęli kryjówkę Cienia i kilku pierwszych urgali.

Cień już czuł smak zwycięstwa, gdy wiatr gwałtownie zmienił kierunek i powiał w stronę elfów, niosąc z sobą ciężki smród urgali. Konie parsknęły gniewnie, zarzucając głowami. Jeźdźcy zesztywnieli, rozglądając się niespokojnie, błyskawicznie zawrócili wierzchowce i pogalopowali z powrotem.

Koń elfiej damy wystrzelił naprzód, pozostawiając strażników daleko w tyle. Porzucając kryjówkę urgale wypuściły w ich ślady deszcz czarnych strzał. Cień wyskoczył zza pnia i wykrzyknął:

- Garjzla!

Z jego ręki wytrysnął czerwony płomień, zalewając drzewa blaskiem barwy krwi. Promień trafił wierzchowca elfki, który runął na ziemię z przeszywającym kwikiem. Elfka z nieludzką szybkością zeskoczyła mu z grzbietu, wylądowała lekko i obejrzała się przez ramię ku strażnikom.

Śmiercionośne strzały urgali zdążyły już powalić obu elfów. Wojownicy spadli ze swych szlachetnych rumaków i legli na ziemi w kałużach krwi. Urgale rzuciły się ku nim.

- Za nią! – krzyknął Cień. – To ją chcę dostać!

Stwory wymamrotały coś w odpowiedzi i popędziły ścieżką.

Na widok dwóch martwych towarzyszy, z ust elfki dobył się cichy krzyk. Postąpiła krok ku nim, potem jednak przeklęła wrogów i śmignęła w lasu.

Podczas gdy urgale miotały się wśród pni, Cień wspiął się na sterczącą ponad wierzchołki drzew granitową iglicę. Widział stamtąd cały otaczający ich las. Uniósł rękę, wymówił dwa słowa, Boetq istalri!, i ćwierćmilowy odcinek lasu stanął w płomieniach. Z ponurą determinacją Cień wypalał kolejne fragmenty, aż w końcu miejsce pułapki otoczył pierścień ognia o średnicy półtorej mili – rozżarzona korona pośród ciemnych drzew. Zadowolony obserwował uważnie krąg pilnując, by ogień nie przygasł.

Obręcz ognia zacieśniała się, zmniejszając teren, który musiały przeszukać urgale. Nagle Cień usłyszał wrzaski i ochrypły krzyk. Pomiędzy drzewami dostrzegł poruszenie: trzy śmiertelnie ranione stwory runęły na ziemię. Ujrzał też elfkę, uciekającą przed pozostałymi urgalami.

Z niewiarygodną szybkością biegłą w stronę granitowej iglicy. Cień obejrzał uważnie teren dwadzieścia stóp niżej, po czym skoczył i wylądował zręcznie tuż przed nią. Uskoczyła gwałtownie i rzuciła się biegiem ku ścieżce. Z jej miecza ściekała czarna krew urgali, plamiąc trzymaną w dłoni sakwę.

Rogate potwory wynurzyły się z lasu i otoczyły elfkę, odcinając jej drogę ucieczki. Osaczona rozejrzała się gwałtownie w poszukiwaniu wyjścia. Nie dostrzegając go, wyprostowała się z królewską wzgardą. Cień podszedł do niej, unosząc rękę, napawając siębezradnością zdobyczy.

– Brać ją.

W chwili, gdy urgale skoczyły naprzód, elfka otworzyła sakwę, sięgnęła do niej i upuściła na ziemię. W dłoniach trzymała duży szafirowy kamień, w którym odbijał się gniewny blask pożarów. Podniosła go nad głowę, jej wargi poruszyły się, formułując desperackie słowa.

- Garjzla! – rzucił gwałtownie Cień.

Z jego dłoni wystrzeliła kula czerwonego ognia i poleciała ku elfce, chyżo niczym strzała. Spóźniła się jednak. Na moment las zalała szmaragdowa poświata, kamień zniknął – a potem czerwony ogień uderzył w nią i powalił na ziemię.

Cień zawył z wściekłości i ruszył naprzód, uderzając gniewnie mieczem w drzewo. Klinga do połowy zagłębiła się w pniu i utkwiła tam, wibrując. Wystrzelił z dłoni dziewięć promieni energii, natychmiast zabijając urgale, po czym uwolnił miecz i podszedł do elfki.

Z jego ust posypały się proroctwa zemsty, wypowiedziane w potwornym, tylko jemu znanym języku. Zaciskając chude dłonie spojrzał wściekle w niebo. Zimne gwiazdy patrzyły na niego spokojnie niczym obserwatorzy z innego świata. Z niesmakiem wykrzywił usta, po czym pochylił się nad nieprzytomną elfką.

Jej uroda, która zachwyciłaby każdego śmiertelnika, dla niego nic nie znaczyła. Potwierdził, że kamień zniknął, przywołał czekającego wśród drzew wierzchowca. Przywiązawszy elfkę do siodła wskoczył mu na grzbiet i ruszył naprzód.

Zgasił płomienie na swej drodze, pozwalając reszcie płonąć.


Fragment II
Odkrycie

Eragon ukląkł na zdeptanej, zbrązowiałej trawie i fachowym okiem zmierzył ślady. Mówiły mu, że jelenie były na łące zaledwie pół godziny wcześniej; wkrótce zlegną na noc. Jego cel, niewielka, wyraźnie kuśtykająca na lewą przednią nogę łania wciąż wędrowała ze stadem. Dziwne, że dotarła tak daleko i nie padła ofiarą niedźwiedzia bądź wilka.

Niebo było czyste i ciemne. Wiał lekki wietrzyk. Znad otaczających go gór przypłynął srebrzysty obłok. Promienie ciężkiego księżyca w pełni, usadowionego między dwoma szczytami, zabarwiły krawędzie chmury na pomarańczowo. Z górskich lodowców i śnieżnych czap na wierzchołkach spływały po zboczach połyskliwe strumienie. Z dna doliny leniwie podnosiła się mgła, dość gęsta, by niemal przysłonić mu stopy.

Eragon miał piętnaście lat, od osiągnięcia wieku męskiego dzielił go niecały rok. Spod ciemnych brwi na świat spoglądały żywe, brązowe oczy. Ubranie miał znoszone, u pasa wisiał skryty w pochwie nóż myśliwski z kościaną rękojeścią. Futerał z koźlej skóry chronił cisowy łuk przed rosą. Na plecy zarzucił wzmocnioną drewnianą ramą torbę.

Jelenie zawiodły go daleko w głąb Kośćca, łańcucha dzikich, niezbadanych gór biegnącego wzdłuż krainy Alagaësii. Z gór tych pochodziło wiele niezwykłych opowieści i równie niezwykłych ludzi. Otaczała je złowroga atmosfera, lecz Eragon nie lękał się Kośćca – był jedynym myśliwych z okolic Carvahall, który odważył się tropić zwierzynę wśród poszarpanych górskich skał.

Polowanie trwało już trzecią noc, powoli kończył mu się prowiant. Jeśli nie zdoła zabić łani, będzie musiał wrócić do domu z pustymi rękami. Rodzina potrzebowała mięsa – zima zbliżała się szybkimi krokami, a nie stać ich było na zakupy w Carvahall.

Eragon podniósł się i ruszył naprzód pewnym siebie krokiem przez skąpany w krwistym księżycowym blasku las. Podążał w stronę polany, na której z pewnością spoczęły jelenie. Drzewa przysłaniały niebo, rzucając pierzaste cienie na ziemię pod stopami. Jedynie od czasu do czasu rzucał okiem na ślady; znał drogę.

Na skraju polany wyćwiczonym gestem nałożył cięciwę, wyciągnął trzy strzały, jedną założył, dwie pozostałe chwycił w lewą dłoń. W promieniach księżyca widział około dwudziestu nieruchomych plam w miejscach, gdzie zwierzęta legły pośród trawy. Łania, o którą mu chodziło, leżała na skraju. Lewą przednią nogę wyciągała niezgrabnie przed siebie.

Eragon powoli podkradł się bliżej, unosząc łuk. Wszystkie starania trzech ostatnich dni doprowadziły go do tej chwili. Po raz ostatni odetchnął głęboko – i w tym momencie nocą wstrząsnęła eksplozja.

Stado śmignęło naprzód. Eragon rzucił się za nim, pędząc przez trawę. Ognisty wiatr oparzył mu policzek. Zahamował z lekkim poślizgiem i wypuścił strzałę, celując do uciekającej łani. Chybił o palec. Strzała ze świstem poleciała w ciemność. Eragon zaklął i obrócił się gwałtownie, odruchowo nakładając kolejną.

Za jego plecami, gdzie jeszcze przed chwilą leżały jelenie, widniał krąg osmalonych, dymiących drzew i traw. Wiele sosen straciło szpilki. Trawa na zewnątrz kręgu leżała płasko przy ziemi. W powietrzu unosiły się smużki dymu, niosące ze sobą woń spalenizny. Pośrodku czarnego kręgu leżał lśniący, niebieski kamień. Wśród spalenizny zaczęły pojawiać się pierwsze pasemka mgły, sięgające bezcielesnymi palcami w jego stronę.

Eragon długą chwilę czekał w napięciu, lecz jedyną rzeczą jaka się poruszała, była mgła. Ostrożnie rozluźnił cięciwę i pomaszerował naprzód, ciągnąc za sobą blady księżycowy cień.. Po chwili stanął przed kamieniem. Trącił go strzałą i odskoczył. Nic się nie stało, toteż ostrożnie podniósł łup.

Natura nigdy nie zdołałaby do tego stopnia wygładzić kamienia. Jego nieskazitelna powierzchnia miała barwę ciemnego błękitu, przecinanego delikatną siatką białych żyłek. W dotyku kamień był zimny i śliski niczym stwardniały jedwab. Owalny, długi na stopę, ważył kilkanaście funtów, choć wydawał się lżejszy niż powinien.

Eragon odkrył, że kamień fascynuje go i budzi lęk. Skąd się wziął, do czego służy? Nagle do głowy przyszła mu kolejna, bardziej niepokojąca myśl: czy znalazł się tu przypadkiem, czy też miał do mnie trafić? Jeśli stare opowieści nauczyły go czegokolwiek, to tego, że magię i tych, którzy się nią posługują należy traktować z najwyższą ostrożnością.

Ale co miałbym z nim zrobić? Noszenie przy sobie kamienia niezbyt go pociągało. Istniała też szansa, że może okazać się niebezpieczny. Lepiej byłoby zostawić go tutaj. Przez chwilę wahał się i o mało nie odrzucił znaleziska. Coś jednak go powstrzymało. Może przynajmniej zapłacę nim za jedzenie, pomyślał i wzruszając ramionami schował kamień do torby.

Polana była zbyt otwarta, by móc pozostać na niej bezpiecznie. Wcisnął się zatem z powrotem między pnie i rozłożył koc wśród sterczących w górę korzeni powalonego drzewa. Po zimnym posiłku złożonym z chleba i sera owinął się ciasno kocem i zasnął, wciąż myśląc o tym, co się dziś wydarzyło.


Fragment III
Dolina Palancar

Następnego ranka słońce wzeszło w orszaku wspaniałych złocistoróżowo łun, rozświetlających niebo. Powietrze było rześkie, słodkie i bardzo zimne. Na brzegach strumieni pojawił się lód, niewielkie kałuże całkiem zamarzły. Po śniadaniu złożonym z miski owsianki Eragon wrócił na polanę i obejrzał starannie zwęglony krąg. Światło dnia nie ujawniło żadnych nowych szczegółów, toteż zawrócił i ruszył w stronę domu.

Stary zwierzęcy szlak był niezbyt wyraźny, miejscami znikał zupełnie. Ponieważ wydeptały go zwierzęta, często skręcał, lawirował i zataczał pętle. Lecz mimo swych wad nadal stanowił najbezpieczniejsze przejście przez góry.

Kościec był jednym z nielicznych miejsc, których król Galbatorix nie mógł nazwać swoimi włościami. Wciąż opowiadano historie o tym, jak połowa jego armii zniknęła po wejściu w pradawną puszczę. Zdawało się, że nad górskim łańcuchem na zawsze zawisła aura nieszczęścia, bólu i cierpienia. Choć drzewa wzrastały tu wysoko, a niebo jaśniało nad głowami, tylko nieliczni mogli pozostać w Kośćcu dłużej bez groźnych wypadków. Eragon należał do tej grupki. Nie sprawił tego jakiś szczególny dar, lecz nieustanna czujność i szybki refleks. Od lat wędrował po górach, nadal jednak zachowywał ostrożność. Za każdym razem, gdy zdawało mu się, że poznał już wszystkie ich sekrety, zdarzało się coś, co dobitnie pokazywało, jak bardzo się myli – choćby pojawienie się kamienia.

Maszerował szybkim krokiem, pozostawiając za sobą kolejne staje. Późnym wieczorem dotarł na skraj stromego jaru. Daleko w dole płynęła rzeka Anora, zmierzająca do doliny Palancar. Zasilana setkami maleńkich strumieni, rwała ostro naprzód, uderzając brutalnie o przegradzające jej drogę kamienie i skały. W powietrzu rozchodził się głuchy pomruk prądu.

Eragon rozbił obóz w zaroślach obok jaru. Przed zaśnięciem długo wpatrywał się we wschodzący księżyc.

* * *

Przez następne półtora dnia robiło się coraz zimniej. Eragon podróżował szybko, nie widział zbyt wielu zwierząt. Właśnie minęło południe, gdy usłyszał pierwszy szum zwiastujący bliskość wodospadu Igualda. Stopniowo szum zagłuszał wszystko obok, łącząc w sobie tysiące plusków. Szlak wiódł na wilgotne zbocze, z którego spływała rzeka, pędząc w dół po omszałych skałach.

Przed Eragonem rozciągała się dolina Palancar, widoczna niczym rozłożona w dole mapa. Podstawa wodospadu Igualda, leżąca ponad pół mili niżej, stanowiła północną granicę doliny. Nieco dalej leżał Carvahall, skupisko brązowych budynków. Z kominów ulatywał biały dym, jakby osada rzucała wyzwanie otaczającej ją głuszy. Z tej wysokości farmy przypominały niewielkie kwadratowe łaty, mniejsze niż czubek kciuka. Otaczała je ziemia – płowa bądź złocista, w miejscach gdzie martwe trawy kołysały się na wietrze. Rzeka Anora płynęła przez dolinę ku jej południowemu krańcowi. Woda połyskiwała w promieniach słońca. Hen daleko mijała wioskę Therinsford i samotną górę Utgard. Eragon nie wiedział co leży dalej, słyszał jedynie, że potem Anora skręcała na północ i wpadała do morza.

Po krótkiej chwili cofnął się ze skalnego występu i ruszył szlakiem w dół, krzywiąc się ze zmęczenia. Gdy tam dotarł, zapadał już zmierzch, gasząc otaczające go kształty i kolory, i zamieniając świat w masę szarości. Nieopodal w półmroku połyskiwały światła Carvahall; domy rzucały długie cienie. Poza Therinsfordem Carvahall był jedyną wioską w dolinie Palancar, leżącą na odludziu wśród surowych, pięknych ziem. Odwiedzało ją niewielu podróżnych, prócz kupców i myśliwych.

Domy we wsi zbudowano z solidnych drewnianych bali i wykończono niskimi dachami – niektórymi krytymi dachówką, innymi strzechą. Z kominów ulatywał dym niosący ze sobą woń palonego drewna. Domy miały duże werandy, na których zbierali się ludzie, rozmawiając i dobijając targów. W kilkunastu oknach ustawiono lampy bądź świece. Eragon słyszał niosące się w wieczornym powietrzu ludzkie głosy. Tymczasem kobiety krzątały się i wędrowały po wiosce, zbierając mężów, upominając, że siedzą do późna.

Ruszył szybko naprzód, wymijając domy. Jego cel stanowił dom rzeźnika, solidny, szeroki budynek z kominem, który wypluwał z siebie kłęby czarnego dymu.

Eragon pchnął drzwi. Ciepłą, przestronną izbę oświetlał ogień na kamiennym kominku. Z jednej strony zbudowano szeroką ladę. Podłogę pokrywała słoma. Wszystko było niezwykle czyste, jakby właściciel cały wolny czas spędzał na dłubaniu w nawet najwęższych szczelinach w poszukiwaniu choćby drobinki brudu. Za ladą stał rzeźnik Sloan, drobny mężczyzna w bawełnianej koszuli i długim, zakrwawionym fartuchu. U jego pasa kołysała się imponująca kolekcja noży. Twarz miał bladą, pokrytą śladami po ospie, oczy ciemne i podejrzliwe. Właśnie wycierał ladę szarą, poszarpaną ścierką.

Na widok Eragona wykrzywił się w pogardliwym grymasie.

- No proszę, potężny myśliwy powraca w szeregi śmiertelników. Ile tym razem upolowałeś?

- Nic – przyznał krótko Eragon. Nigdy nie lubił Sloana. Rzeźnik zawsze traktował go z pogardą, jak kogoś nieczystego. Sloan, wdowiec, tolerował tylko jedną osobę – swą córkę Katrinę, którą uwielbiał.

- Zdumiewające – odparł teraz z udanym zaskoczeniem. Odwrócił się plecami do Eragona, zeskrobując coś ze ściany. – I dlatego tu przychodzisz?

- Tak – mruknął niechętnie Eragon.

- W takim razie pokaż mi pieniądze. – Gdy Eragon przestąpił z nogi na nogę i nie odpowiedział, Sloan zabębnił palcami o blat. – No dalej, masz je albo nie. I co?

- W zasadzie nie mam żadnych pieniędzy, ale...

- Nie masz pieniędzy? – uciął ostro rzeźnik. – I chcesz kupić mięso? Czy inni kupcy rozdają swe towary? Mam ci je wręczyć bez zapłaty? Poza tym – dodał szybko – jest późno. Wróć jutro z pieniędzmi. Dziś już zamykam.

Eragon posłał mu gniewne spojrzenie.

- Nie mogę czekać do jutra, Sloan. Ale nie stracisz na tym, wierz mi. Znalazłem coś, czym mogę zapłacić. – Dramatycznym gestem wyciągnął z torby kamień i położył go delikatnie na posiekanej ladzie. Znalezisko zalśniło w blasku tańczących płomieni.

- Prędzej ukradłeś – mruknął Sloan, pochylając się z zainteresowaniem.

Puszczając tę uwagę mimo uszu Eragon spytał.

- Czy to wystarczy?

Sloan podniósł kamień i zważył go w dłoni. Przesunął palcami po gładkiej powierzchni, oglądając białe żyłki. W końcu odłożył go z namysłem.

- Ładny. Ale ile jest wart?

- Nie mam pojęcia – przyznał Eragon. – Lecz nikt nie zadałby sobie tyle trudu by go obrobić, gdyby nie miał wartości.

- Niewątpliwie – powiedział Sloan z przesadną cierpliwością. – Ale jakiej wartości? Skoro nie wiesz, proponuję byś znalazł kupca, który wie, albo przyjął ofertę: trzy korony.

- To głodowa oferta! Kamień musi być wart co najmniej dziesięć razy tyle – zaprotestował Eragon. Trzy korony nie starczyłyby na zakup mięsa nawet na tydzień.

Sloan wzruszył ramionami.

- Jeśli nie podoba ci się moja propozycja, zaczekaj do przyjazdu kupców. Tak czy inaczej, zmęczyła mnie już ta rozmowa.

Kupcy stanowili wędrowną grupę handlarzy, bajarzy i trefnisiów, która odwiedzała Carvahall każdej wiosny i zimy. Kupowali wszelkie towary, oferowane przez wieśniaków i miejscowych rolników, i sprzedawali to czego trzeba, by przeżyć kolejny rok: ziarno, zwierzęta, tkaniny, sól i cukier.

Eragon jednak nie chciał czekać aż do ich przyjazdu. Mogło to potrwać jakiś czas, a rodzina potrzebowała mięsa natychmiast.

- Zgoda, przyjmuję – warknął.

- Doskonale, przyniosę ci mięso. Nie żeby mnie to interesowało, ale skąd masz ten kamień?

- Dwie noce temu w Kośćcu...

- Wynoś się! – rzucił ostro Sloan, odpychając kamień. Odskoczył wściekle na koniec lady i zaczął ścierać z noża zeschnięte plamy krwi.

- Czemu? – spytał Eragon. Przyciągnął do siebie kamień, jakby chciał obronić go przed gniewem rzeźnika.

- Nie chcę mieć nic wspólnego z niczym, co pochodzi z tych przeklętych gór. Zabierz swój czarnoksięski kamień gdzie indziej. – Ręka Sloana ześlizgnęła się nagle. Skaleczył palec, ale jakby tego nie zauważył.. Nadal wycierał nóż, plamiąc go świeżą krwią.

- Odmawiasz mi sprzedaży?!

- Tak. Chyba że zapłacisz monetą – warknął Sloan i uniósł w dłoni nóż, odsuwając się. – Idź, bo cię zmuszę!

Drzwi za nimi otwarły się gwałtownie. Eragon obrócił się na pięcie, oczekując kłopotów. Do środka wmaszerował Horst, potężny, rosły mężczyzna. Za jego plecami dreptała córka Sloana, Katrina, wysoka szesnastolatka. Jej twarz miała zacięty wyraz. Eragona zdumiał widok dziewczyny – zwykle nie mieszała się do sporów swego ojca. Sloan zerknął czujnie na gości, po czym rzucił oskarżycielsko w stronę Eragona.

- On nie...

- Cisza – polecił Horst gromkim głosem. Z trzaskiem rozprostował palce. Był kowalem, świadczył o tym potężny kark i przypalony skórzany fartuch. Podwinięte do łokci rękawy odsłaniały muskularne ręce. Pod koszulą widać było włochatą, umięśnioną pierś. Czarna, krzywo przystrzyżona broda wiła się wokół kanciastego podbródka. – Sloan, co znów zrobiłeś?

- Nic – rzeźnik posłał Eragonowi mordercze spojrzenie i splunął. – Ten... chłopak przyszedł tu i zaczął zawracać mi głowę. Prosiłem by wyszedł, ale się nie zgodził. Nawet mu groziłem, i wciąż mnie ignorował! – Zdawało się, że mężczyzna kuli się na sam widok Horsta.

- To prawda? – spytał głośno kowal.

- Nie – odparł Eragon. – Ofiarowałem mu kamień jako zapłatę za mięso. Zgodził się. Gdy powiedziałem mu, że znalazłem go w Kośćcu, nie chciał go nawet dotknąć. Co za różnica, skąd pochodzi?

Horst spojrzał z ciekawością na kamień, po czym z powrotem skupił uwagę na rzeźniku.

- Czemu nie chcesz dobić targu, Sloan? Ja sam też nie kocham Kośćca. Ale jeśli problem stanowi wartość kamienia, zagwarantuję ją własnymi pieniędzmi.

Pytanie na moment zawisło w powietrzu, w końcu Sloan oblizał wargi.

- To mój własny kram – rzekł. – Mogę robić co zechcę.

Zza pleców Horsta wystąpiła Katrina i odrzuciła na plecy masę włosów, ogniście rudych niczym stopiona miedź.

- Ojcze, Eragon chce zapłacić. Daj mu mięso, a potem zjemy kolację.

Oczy Sloana zwęziły się niebezpiecznie.

- Wracaj do domu, to nie twoja sprawa. Powiedziałem, idź!

Twarz Katriny stężała, lecz dziewczyna posłusznie wyszła z izby, wysoko unosząc głowę.

Eragon obserwował wszystko z aprobatą, nie śmiał się jednak wtrącać. Horst szarpnął własną brodę.

- Doskonale – rzucił z wyrzutem. – Możesz zahandlować ze mną. Co chciałeś kupić, Eragonie? – Jego głos odbił się echem w izbie.

- Ile tylko zdołam.

Horst wyciągnął sakiewkę i odliczył stosik monet.

- Daj mi najlepsze pieczyste i steki. Dość, by napełnić torbę Eragona. – Rzeźnik zawahał się, wodząc wzrokiem pomiędzy Horstem i Eragonem. – Odmowa sprzedania mięsa mnie byłaby kiepskim pomysłem – ostrzegł łagodnie kowal.

Sloan z wściekłą miną zniknął w sąsiedniej izbie, z której po chwili dobiegły odgłosy rąbania, pakowania i ciche przekleństwa. Po kilku ciągnących się niemiłosiernie minutach wrócił, dźwigając naręcze opakowanego mięsa. Jego twarz nie miała wyrazu. Przyjął pieniądze Horsta i zaczął czyścić nóż udając, że w sklepie nie ma nikogo.

Horst zebrał mięso i wymaszerował na zewnątrz. Eragon pospieszył za nim, dźwigając swą torbę i kamień. Twarze owiało im rześkie nocne powietrze, ożywcze po stęchłej atmosferze kramu.

- Dziękuję ci, Horst. Wuj Garrow się ucieszy.

Horst zaśmiał się cicho.

- Nie dziękuj mi, od dawna chciałem to zrobić. Sloan to paskudny złośnik, odrobina pokory dobrze mu zrobi. Katrina usłyszała co się dzieje i pobiegła po mnie. Dobrze, że przyszedłem, o mało nie doszło między wami do rękoczynów. Niestety wątpię, czy następnym razem zechce obsłużyć ciebie bądź twoją rodzinę, nawet jeśli będziecie mieć monety.

- Czemu tak ostro wybuchnął? Nigdy nie byliśmy przyjaciółmi, ale zawsze przyjmował pieniądze. I nigdy nie widziałem, by tak traktował Katrinę. – Eragon rozwiązał torbę.

Horst wzruszył ramionami.

- Spytaj wuja, wie o tym więcej niż ja.

Eragon schował mięso do torby.

- Teraz mam jeszcze jeden dodatkowy powód, by pospieszyć do domu: rozwiązać tę zagadkę. Proszę, należy do ciebie – uniósł kamień.

Kowal zaśmiał się cicho.

- Nie, zatrzymaj swój dziwaczny kamień. Co do zapłaty, Albriech zamierza na wiosnę wyjechać do Feinster, chce zostać mistrzem kowalskim. Będę potrzebował pomocnika. Możesz przyjść i odpracować dług w wolnych chwilach.

Eragon zachwycony lekko pochylił głowę. Horst miał dwóch synów, Albriecha i Baldora, obaj pracowali w kuźni. Zastąpienie jednego z nich było doprawdy hojną ofertą.

- Raz jeszcze dziękuję ci! Chętnie będę u ciebie pracował. – Cieszył się, że będzie mógł jakoś odpłacić Horstowi. Wuj nigdy nie przyjąłby jałmużny. Nagle Eragon przypomniał sobie, co powiedział kuzyn, gdy wyruszał na łowy. – Roran chciał, żebym przekazał Katrinie wiadomość, ale nie mogę. Zechcesz zrobić to za mnie?

- Oczywiście.

- Chce, żeby wiedziała, że przyjedzie tu, gdy tylko przybędą kupcy i że wtedy się spotkają.

- To wszystko?

Eragon zakłopotany potrząsnął głową.

- Chce też, żeby wiedziała, że jest najpiękniejszą dziewczyną jaką kiedykolwiek widział i że myśli tylko o niej.

Twarz Horsta rozjaśnił szeroki uśmiech. Kowal mrugnął do Eragona.

- Uu, to poważna sprawa, co?

- O tak – odparł Eragon z uśmiechem. – Mógłbyś też podziękować jej ode mnie? To miłe, że broniła mnie przed ojcem. Mam nadzieję, że jej nie ukarze. Gdybym wpędził ją w kłopoty, Roran byłby wściekły.

- Nie przejmowałbym się tym. Sloan nie wie, że mnie wezwała, więc wątpię, by potraktował ją zbyt ostro. Zanim pójdziesz, zjesz z nami wieczerzę?

- Przykro mi, ale nie mogę, Garrow na mnie czeka – odparł Eragon, z powrotem zawiązując torbę. Zarzucił ją na plecy i ruszył drogą, unosząc dłoń w pożegnalnym geście.

Ciężar mięsa zmusił go do spowolnienia kroku. Bardzo chciał już jednak dotrzeć do domu, toteż maszerował ze zdwojoną energią. Wioska skończyła się nagle, Eragon pozostawił za sobą jej ciepłe światła. Perłowy księżyc wyjrzał zza gór, zalewając ziemię upiornym mlecznym blaskiem. Wszystko zdawało się wybielone i płaskie.

Pod koniec wędrówki Eragon skręcił z traktu, który nadal wiódł na północ. Prosta ścieżka biegła wśród sięgających pasa traw na szczyt pagórka, niemal skrytego w cieniu potężnych wiązów. Z góry Eragon ujrzał jasne światło domu.

Sam dom miał dach kryty dachówką i ceglany komin. Okapy sterczące nad bielonymi ścianami rzucały cień na ziemię w dole. Przy jednej ścian zabudowanej werandy ułożono stos porąbanych drew, gotowych na opał.. Z drugiej ustawiono narzędzia rolnicze.

Gdy wprowadzili się tu po śmierci żony Garrowa Marian, dom stał opuszczony przez pół wieku. Leżał dziesięć mil od Carvahall, dalej niż jakiekolwiek inny dom. Ludzie uważali tę odległość za niebezpieczną, bo w razie kłopotów rodzina nie mogła polegać na pomocy ze wsi, lecz wuj Eragona nie chciał ich słuchać.

Sto stóp od domu w szarobrązowej stodole mieszkały dwa konie, Birka i Brugh, oraz kury i krowa. Czasami pojawiała się także świnia, w tym roku jednak nie stać ich było na zakup prosiaka. Między sąsiekami stał wóz. Na skraju pól gęsty szpaler drzew znaczył miejsce, w którym płynęła rzeka.

Gdy znużonym krokiem dotarł do werandy, ujrzał światło poruszające się za oknem.

- Wuju, to ja, Eragon, wpuść mnie.

Niewielka okiennica trzasnęła cicho i drzwi otwarły się szeroko.

Na progu stał Garrow. Znoszone ubranie wisiało na nim niczym szmaty na strachu na wróble. W chudej, głodnej twarzy pod czupryną siwiejących włosów lśniły ciemne oczy. Wyglądał jak człowiek, którego częściowo zmumifikowano, nim odkryto, że wciąż jeszcze żyje.

- Roran śpi – odparł na nieme pytanie Eragona.

Latarnia migotała na drewnianym stole tak starym, że włókna drewna sterczały z powierzchni niczym olbrzymi odcisk palca. Obok kuchni na ścianie, na domowej roboty gwoździach, wisiały rzędy naczyń. Drugie drzwi prowadziły do pozostałej części domu. Podłogę wyłożono deskami, wypolerowanymi do połysku setkami tysięcy kroków.

Eragon zdjął z pleców torbę i wyjął mięso.

- Co to, kupiłeś mięso? Skąd wziąłeś pieniądze? – spytał ostro wuj na widok paczek.

Eragon odetchnął głęboko.

- Nie, Horst je nam kupił.

- Pozwoliłeś mu zapłacić? Mówiłem już, nie będę błagał o jedzenie. Jeśli nie umiemy wykarmić się sami, równie dobrze możemy przenieść się do wsi. Nim się obejrzysz, zaczną przysyłać nam stare ubrania i pytać, czy przetrwamy zimę.

Twarz Garrowa pobladła z gniewu.

- Nie przyjąłem jałmużny – warknął Eragon. – Horst zgodził się, żebym odpracował dług na wiosnę. Potrzebuje kogoś do pomocy, bo Albriech wyjeżdża.

- A skąd weźmiesz czas, by mu pomóc? Zapomnisz o wszystkim, co trzeba zrobić tutaj? – spytał Garrow zmuszając się do zniżenia głosu.

Eragon powiesił na hakach obok drzwi łuk i kołczan.

- Nie wiem jak to zrobię – przyznał rozdrażnionym tonem. – Poza tym, znalazłem dziś coś, co może być sporo warte.

Położył na stole kamień.

Garrow pochylił się nad nim. Jego głodna twarz przybrała jeszcze bardziej zachłanny wyraz, palce poruszyły się nieświadomie.

- Znalazłeś to w Kośćcu?

- Tak – odparł Eragon i wyjaśnił co się stało. – A co gorsza, straciłem najlepszą strzałę; będę musiał wkrótce zrobić kolejne. – Długą chwilę wpatrywali się w pogrążony w półmroku kamień...

- Jak tam pogoda? – spytał w końcu, wuj unosząc go. Jego dłonie zacisnęły się, jakby bał się, że znalezisko nagle zniknie.

- Mroźna – odrzekł krótko Eragon. – Nie padało, ale co noc przychodził mróz.

Garrowa najwyraźniej zmartwiła ta informacja.

- Jutro będziesz musiał pomóc Roranowi zebrać resztkę chmielu. Jeśli zdążymy też pozbierać dynie, mróz nam nie zaszkodzi. – Oddał kamień Eragonowi. – Zatrzymaj go. Kiedy przybędą kupcy, dowiemy się, ile jest wart. Sprzedaż to pewnie najlepsze rozwiązanie. Im mniej mamy do czynienia z magią, tym lepiej... Czemu Horst zapłacił za mięso?

Eragon potrzebował zaledwie chwili, by opisać swą kłótnię ze Sloanem.

- Zupełnie nie rozumiem, co go tak rozzłościło.

Garrow wzruszył ramionami.

- Rok przed twoim przybyciem, żona Sloana, Ismira, rzuciła się z wodospadu Igualda. Od tego czasu nie zbliżał się do Kośćca i nie chciał mieć z nim nic do czynienia. Ale to nie powód, by odmówić sprzedaży. Chyba chciał narobić ci kłopotów.

Eragon zachwiał się lekko i zamrugał ze znużeniem oczami.

- Dobrze jest być w domu.

Wzrok Garrowa złagodniał, wuj skinął głową. Eragon potykając się pomaszerował do swej izby, wepchnął kamień pod łóżko i runął na siennik. Dom. Po raz pierwszy od rozpoczęcia polowania odprężył się całkowicie, pozwalając, by zawładnął nim sen.


Fragment IV
Smocze opowieści

O świcie promienie słońca wdarły się do izby przez okno, ogrzewając twarz Eragona. Chłopak potarł oczy dłońmi i usiadł na skraju łóżka. Pod stopami czuł chłodne sosnowe deski. Wyprostował obolałe nogi i pomasował sobie ramiona. Ziewnął.

Obok łóżka stał rząd półek pełnych przedmiotów, które zgromadził przez te wszystkie lata. Leżały na nich wymyślnie wygięte kawałki drewna, dziwne muszelki, kamienie, które po rozbiciu ukazały lśniące wnętrze i plecionki ze słomy. Jego ulubionym znaleziskiem był korzeń tak wykręcony, że Eragona nigdy nie nużyło jego oglądanie. Reszta izby była pusta, prócz niewielkiej komódki i stolika.

Naciągnął buty i zapatrzył się w podłogę. To był szczególny dzień. Niemal o tej godzinie szesnaście lat temu, jego matka Selena przybyła do Carvahall, samotna i ciężarna. Wcześniej sześć lat mieszkała w miastach. Gdy wróciła, miała na sobie kosztowny strój i perłową siatkę we włosach. Odnalazła brata Garrowa i spytała, czy może z nim zostać aż do narodzin dziecka. Po pięciu miesiącach przyszedł na świat jej syn. Wszystkich zdumiało, gdy Selena zaczęła błagać Garrowa i Marian, by go wychowali. Kiedy spytali czemu, zapłakała i odparła: "Muszę to zrobić". Błagała tak żałośnie, że w końcu się zgodzili. Nazwała go Eragon, po czym wyjechała następnego ranka i już nie powróciła.

Eragon wciąż pamiętał co czuł, gdy Marion przed śmiercią opowiedziała mu tę historię. Odkrycie, że Garrow i Marian nie są jego prawdziwymi rodzicami, wstrząsnęło nim do głębi. Wszystko co pewne i niekwestionowane stało się nagle wątpliwe. W końcu nauczył się z tym żyć, od tej pory jednak stale nękało go podejrzenie, że nie był dość dobry dla swej matki. Jestem pewien, że istniał powód, dla którego tak postąpiła. Chciałbym tylko wiedzieć jaki.

Jeszcze jedno pytanie nie dawało mu spokoju: kim był jego ojciec? Selena nie powiedziała nikomu, a kimkolwiek był, nigdy nie szukał syna. Eragon chciałby to wiedzieć, choćby poznać jego imię. Miło byłoby znać swe pochodzenie.

Westchnął i podszedł do stolika. Wodą z miednicy ochlapał twarz, drżąc, gdy zimne strużki spłynęły mu po szyi. Odświeżony wyciągnął spod łóżka kamień i postawił na półce. Poranne światło pieściło go, rzucając ciepły cień na ścianę. Eragon raz jeszcze musnął palcami gładką powierzchnię, po czym ruszył do kuchni. Nie mógł się już doczekać spotkania z rodziną.. Garrow i Roran siedzieli przy stole, jedli kurczaka. Gdy Eragon ich powitał, Roran wstał z szybkim uśmiechem.

Był dwa lata starszy od Eragona, muskularny, twardy i rozważny w ruchach. Nawet gdyby byli braćmi, nie mogliby być sobie bliżsi.

Teraz uśmiechnął się szeroko.

- Cieszę się, że wróciłeś. Jak wyprawa?

- Ciężka – odparł Eragon. – Czy wuj opowiedział ci co się stało? – Poczęstował się kawałkiem kurczaka i pochłonął go łapczywie.

- Nie – rzekł Roran i Eragon szybko zrelacjonował swe przygody. Na prośbę Rorana wstał od stołu, by pokazać mu kamień. Kuzyn zareagował stosownym podziwem, potem jednak spytał nerwowo.

- Czy zdołałeś porozmawiać z Katriną?

- Nie, nie miałem okazji, zwłaszcza po kłótni ze Sloanem. Ale będzie cię oczekiwać, kiedy zjawią się kupcy. Przekazałem wiadomość Horstowi, powtórzy jej.

- Powiedziałeś Horstowi? – spytał z niedowierzaniem Roran. – To była prywatna wiadomość. Gdybym chciał, żeby wszyscy o niej wiedzieli, rozpaliłbym ognisko i użył sygnałów dymnych. Jeśli Sloan się dowie, nie pozwoli mi się z nią zobaczyć.

- Horst będzie dyskretny – zapewnił go Eragon. – Nie narazi nikogo na złość Sloana, a już na pewno nie ciebie.

Roran sprawiał wrażenie nieprzekonanego, ale więcej nie protestował. Wrócili do kuchni i dokończyli śniadanie, pod czujnym okiem Garrowa. Gdy skończyli, we trójkę wyszli i zabrali się do pracy.

Słońce było zimne i jasne, nie grzało zbyt mocno. W jego promieniach zebrali resztę chmielu i złożyli w stodole. Następnie zebrali żyłkowane dynie, brukiew, buraki, groszek, rzepę i fasolę, i schowali do piwnicy. Po wielu godzinach ciężkiej pracy rozciągnęli obolałe mięśnie, zadowoleni z faktu, że zbiory dobiegły końca.

Przez następny dzień marynowali, solili, obierali i suszyli jedzenie na zimę.

Dziewięć dni po powrocie Eragona znad gór napłynęła gwałtowna śnieżyca i osiadła nad doliną. Śnieg sypał się z nieba gęstymi falami, pokrywając ziemię białą warstwą puchu. W czasie burzy odważyli się wyjść z domu tylko po drewno i aby nakarmić zwierzęta, lękali się bowiem, że zabłądzą wśród skowyczącego wiatru i zawiei. Przez resztę dni kulili się przy kuchni, słuchając jak wiatr potrząsa ciężkimi okiennicami. Kilka dni później burza w końcu ucichła, ukazując obcy świat, pełen miękkich, białych zasp.

- Lękam się, że przy tak złych warunkach w tym roku kupcy mogą nie przyjechać – mruknął Garrow. – I tak już są spóźnieni. Damy im szansę i zaczekamy trochę. Jeśli jednak się nie zjawią, ruszymy do Carvahall i kupimy zapasy od miejscowych – dodał z rezygnacją.

Powoli mijały dni bez śladu kupców. Czekali, niecierpliwiąc się coraz bardziej. Rzadko rozmawiali, w domu panował nastrój przygnębienia.

Ósmego ranka Roran sprawdził trakt i wrócił z wieścią, że kupcy jeszcze nie przybyli. Cały dzień szykowali się do wyprawy do Carvahall, z ponurymi minami szukając wszystkiego, co nadawałoby się do sprzedaży. Wieczorem zdesperowany Eragon raz jeszcze sprawdził drogę i ujrzał głębokie koleiny w śniegu, a między nimi liczne odciski kopyt. Rozradowany popędził z powrotem do domu, krzycząc radośnie. Z nowym entuzjazmem powrócili do przygotowań.

* * *

Przed wschodem słońca załadowali wszystkie produkty na wóz. Garrow schował pieniądze z całego roku do skórzanej sakiewki i starannie przymocował ją do pasa. Eragon umieścił opakowany kamień między workami ziarna, by nie turlał się na wybojach.

Po szybkim śniadaniu zaprzęgli konie i odśnieżyli dojazd do traktu. Wozy handlarzy przetarły drogę, co ułatwiło im jazdę. W południe ujrzeli przed sobą Carvahall.

Za dnia była to niewielka rolnicza osada, pełna krzyków i śmiechów. Handlarze rozbili obóz na pustym polu obok wioski. Ustawiono na nim rozrzucone w nieregularnych grupkach wozy i namioty, wokół płonęły ogniska – barwne plamy na białym tle śniegu. Od razu wyróżniały się cztery namioty trubadurów, przystrojone krzykliwymi proporcami. Między obozem i wioską nieprzerwanie przelewała się rzeka ludzi.

Tłumy krążyły wokół kolorowych namiotów i kramów, ustawionych wzdłuż głównej ulicy. W powietrzu niosło się rżenie spłoszonych koni. Ubity śnieg połyskiwał, w innych miejscach ogniska wytopiły w nim ciemne kręgi. Wszędzie wokół unosiła się woń pieczonych orzechów.

Garrow ustawił wóz, uwiązał konie i wyciągnął z sakiewki parę monet.

- Kupcie sobie coś. Roran, rób co chcesz, tylko zjaw się u Horsta na kolację. Eragon, zabierz kamień i choć ze mną.

Eragon uśmiechnął się szeroko do kuzyna i schował pieniądze, planując już w myślach, na co je wyda.

Roran odszedł natychmiast ze zdecydowaną miną. Garrow poprowadził Eragona przez tłum, przepychając się między ludźmi. Kobiety kupowały tkaniny, w pobliżu ich mężowie oglądali nowe zasuwy, haczyki, narzędzia. Wszędzie wokół uganiały się dzieci, krzycząc z podniecenia. Tu kramarz demonstrował noże, ówdzie przyprawy; obok skórzanych uprzęży leżały lśniące rzędy metalowych garnków.

Eragon z ciekawością przyglądał się kupcom. Sprawiali wrażenie mniej możnych niż rok wcześniej. Ich dzieci były czujne, spłoszone, miały połatane stroje. Wychudzeni mężczyźni nie rozstawali się z dawniej nie widzianymi mieczami i sztyletami. Nawet kobiety miały u pasów ostre puginały.

Co się stało, że tak się zmienili i czemu dotarli tak późno, zastanawiał się Eragon. Pamiętał ich jako ludzi radosnych i wesołych. W tym roku jednak owa radość zniknęła. Garrow przeciskał się w głąb ulicy, szukając Merlocka, handlarza specjalizującego się w dziwnych ozdobach i błyskotkach.

Znaleźli go za kramem; demonstrował właśnie brosze grupce kobiet. Każdemu okazowi towarzyszyły nowe okrzyki zachwytu. Eragon domyślał się, że wkrótce kilka sakiewek zmieni właściciela. Merlock zdawał się rozkwitać i rosnąć z każdym kolejnym komplementem. Miał kozią bródkę, zachowywał się swobodnie i zdawało się, iż spogląda na resztę świata z lekką wzgardą.

W całym tym zgiełku Garrow i Eragon woleli nie podchodzić do handlarza, toteż usiedli na stopniu, czekając. Gdy tylko kobiety zniknęły, pośpieszyli do niego.

- Cóż takiego pragniecie obejrzeć, mości panowie? – spytał Merlock. – Amulet, błyskotkę dla damy? – Dramatycznym gestem wyciągnął delikatną, rzeźbioną srebrną różę wspaniałej roboty. Lśniący metal przyciągnął uwagę Eragona, który zmierzył ozdobę pełnym uznania wzrokiem. – Kosztuje mniej niż trzy korony, choć to dzieło przesławnych rzemieślników z Belatony.

- Nie chcemy kupować – powiedział cicho Garrow – lecz sprzedawać.

Merlock natychmiast schował różę i spojrzał na nich z nowym zainteresowaniem.

- Rozumiem. Może jeśli wasz przedmiot okaże się cenny, wymienicie go na parę pięknych okazów – na chwilę zawiesił głos. Eragon i jego wuj poruszyli się niespokojnie. – Przynieśliście chyba ów przedmiot? – spytał w końcu.

- Owszem, ale wolelibyśmy pokazać ci go na osobności – oznajmił stanowczo Garrow.

Merlock uniósł brwi, jego głos jednak nie zdradzał zaskoczenia.

- W takim razie pozwólcie, że zaproszę was do namiotu.

Zebrał towary i ostrożnie ułożył w skrzyni z żelaznymi obejmami. Zamknął ją szybko, potem poprowadził ich ulicą do tymczasowego obozowiska. Wyminęli kilka wozów i dotarli do stojącego na uboczu namiotu, u góry szkarłatnego, u dołu ciemnobrązowego; kolory wąskimi szpikulcami wbijały się między siebie. Merlock odwiązał klapę i odrzucił na bok.

Namiot wypełniało mnóstwo przedmiotów i dziwne meble, choćby okrągłe łoże i trzy siedziska wyrzeźbione z pniaków. Na białej poduszce spoczywał pokrzywiony sztylet z osadzonym w rękojeści rubinem.

Merlock zamknął klapę i odwrócił się do nich.

- Proszę, usiądźcie. – Gdy to uczynili, dodał: – Teraz pokażcie mi, czemu spotykamy się tutaj.

Eragon odwinął kamień i położył go między dwoma mężczyznami. Merlock sięgnął po niego z błyskiem w oku. Nagle zamarł, pytając:

- Mogę? – Gry Garrow skinął głową, kupiec podniósł kamień.

Ułożył go na kolanach, sięgnął na bok po cienkie puzderko. Gdy je otworzył, ujrzeli miedzianą wagę. Ustawił ją na ziemi, już zważony kamień obejrzał uważnie przez złotniczą lupę. Postukał lekko drewnianym młoteczkiem, przesunął po powierzchni krawędzią maleńkiego, przejrzystego klejnotu. Zmierzył długość i szerokość i zapisał na tabliczce. Na chwilę zatopił się w myślach.

- Wiecie, ile jest wart?

- Nie – przyznał Garrow, jego policzek zadrżał wstrząśnięty tikiem. Wuj Eragona poruszył się niespokojnie.

Merlock skrzywił się.

- Niestety, ja też nie wiem. Mogę jednak powiedzieć wam tyle: białe żyłki są z tego samego materiału, co niebieska reszta, tyle że mają inną barwę. Nie mam natomiast pojęcia, co to za materiał. Jest twardszy niż jakikolwiek kamień, jaki dotąd oglądałem. Twardszy nawet niż diament. Ktokolwiek go oszlifował, użył narzędzi, jakich nigdy nie widziałem – bądź magii. Poza tym jest pusty w środku.

- Co takiego? – wykrzyknął Garrow.

W głosie Merlocka zabrzmiała nuta rozdrażnienia.

- Słyszeliście kiedyś, by kamień wydawał taki dźwięk? – Chwycił leżący na poduszce sztylet i uderzył kamień płazem. W powietrzu rozeszła się czysta dźwięczna nuta, która ucichła powoli. Eragon wzdrygnął się niespokojnie, lękając się, iż handlarz uszkodził kamień. Merlock jednak pokazał im go szybko.

- Nie ujrzycie tu najmniejszego zadrapania. Wątpię, bym zdołał coś mu zrobić, nawet gdybym uderzył go młotem.

Garrow z nieprzeniknioną miną splótł ręce na piersiach. Otoczyła ich ściana ciszy. Eragon zamyślił się. Wiedziałem, że kamień pojawił się w Kośćcu dzięki magii, ale że magia go stworzyła? Po co, dlaczego?

- To ile jest wart? – rzucił w końcu.

- Nie umiem określić – odparł Merlock zbolałym głosem. – Jestem pewien, że są ludzie, którzy zapłaciliby za niego bardzo dużo, ale nie w Carvahall. Musielibyście szukać kupca w miastach południa. Dla większości ludzi to zwykła ciekawostka, niewarta pieniędzy potrzebnych do przeżycia.

Garrow przez chwilę wpatrywał się w dach namiotu, niczym gracz wyliczający szanse wygranej.

- Kupisz go od nas?

Kupiec odpowiedział natychmiast.

- Niewart jest ryzyka. Może na wiosnę zdołałbym znaleźć majętnego nabywcę, ale nie mam pewności. Nawet gdyby, nie dostalibyście pieniędzy aż do przyszłego roku. Nie, musicie poszukać kogoś innego. Jestem jednak ciekaw... czemu nalegaliście na rozmowę w cztery oczy?

Eragon odłożył kamień.

- Ponieważ – zerknął na mężczyznę, zastanawiając się, czy tamten wybuchnie tak jak Sloan – znalazłem go w Kośćcu, a tutejsi nie przepadają za tym miejscem.

Merlock posłał mu zdumione spojrzenie.

- Wiecie, czemu w tym roku zjawiliśmy się tu tak późno?

Eragon pokręcił głową.

- Od początku nie mieliśmy szczęścia. W Alagaësii zapanował chaos, stale nękały nas choroby, ataki i straszliwy pech. Z powodu wzmożonych ataków Vardenów, Galbatorix zmusił miasta, by wzmocniły patrole graniczne. Wysłał tam ludzi potrzebnych, by walczyć z Urgalami. Ostatnio potwory zaczęły migrować na południowy-wschód, w stronę Pustyni Hadaryckiej. Nikt nie wie dlaczego i zupełnie nas to nie obchodzi, tyle że wędrują przez tereny zaludnione. Widywano je na traktach i gościńcach nieopodal miast. Co gorsza, krążą pogłoski o Cieniu, choć tych nie potwierdzono. Niewielu ludzi przeżyłoby podobne spotkanie.

- Czemu o tym nie słyszeliśmy? – wykrzyknął Eragon.

- Ponieważ – odparł ponuro Merlock – wszystko zaczęło się zaledwie kilka miesięcy temu. Całe wioski musiały porzucić swe domy, bo Urgale zniszczyli pola i groził im głód.

- Bzdura – warknął Garrow. – Nie widzieliśmy żadnych Urgali, z wyjątkiem tego, którego rogi wiszą na ścianie tawerny Morna.

Merlock uniósł brwi.

- Możliwe, ale to mała wioska ukryta wśród gór. Nic dziwnego, że was nie zauważyli. Nie oczekiwałbym jednak, że to będzie trwać wiecznie. Wspominam o tym dlatego, że tu też muszą dziać się dziwne rzeczy, skoro znalazłeś w Kośćcu taki kamień. – To rzekłszy pożegnał się z nimi i ukłonił z lekkim uśmiechem.

Garrow pomaszerował z powrotem do Carvahall, Eragon dreptał tuż za nim.

- I co o tym sądzisz? – spytał.

- Nim podejmę decyzję, muszę zasięgnąć informacji. Zostaw kamień na wozie, potem rób co chcesz. Spotkamy się na kolacji u Horsta.

Eragon wymijając ludzi radośnie pobiegł do wozu. Widział, że targi zabiorą wujowi kilka godzin i miał zamiar nacieszyć się tym czasem. Ukrył kamień pod workami, po czym energicznie pomaszerował do wsi.

Wędrował od jednego kramu do drugiego, oceniając towary wprawnym okiem, mimo iż nie miał zbyt wiele monet. Każda rozmowa z kupcami potwierdzała to, co mówił Merlock o chaosie w Alagaësii. Raz po raz powtarzali to samo: zeszłoroczny spokój odszedł w przeszłość, pojawiły się nowe zagrożenia. Nic nie jest bezpieczne.

Nieco później kupił trzy lepkie cukrowe patyki i mały gorący placek z wiśniami. Po godzinach stania w śniegu jedzenie rozgrzało go natychmiast. Starannie oblizał syrop z palców żałując, że nie ma więcej, po czym usiadł na skraju werandy chrupiąc cukierek. Nieopodal siłowało się dwóch chłopców z Carvahall, nie miał jednak ochoty się do nich przyłączać.

Robiło się coraz później i handlarze coraz częściej znikali w domach, dobijając targów. Eragon nie mógł się już doczekać wieczoru, gdy pojawią się trubadurzy opowiadający historie i pokazujący sztuczki. Uwielbiał słuchać opowieści o magii, bogach i jeśli dopisze szczęście, Smoczych Jeźdźcach. W Carvahall także mieszkał bajarz, Brom, przyjaciel Eragona, lecz z czasem jego historie stały się aż nadto znajome, podczas gdy trubadurzy zawsze mieli na podorędziu coś nowego, ku zachwytowi słuchaczy.

Eragon odłamał właśnie sopel od krawędzi werandy, gdy dostrzegł Sloana. Rzeźnik go nie zauważył, toteż chłopak pochylił głowę i śmignął za róg w stronę karczmy Morna.

Wewnątrz było gorąco; w powietrzu unosił się tłusty dym z tryskających iskrami łojowych świec. Nad drzwiami wisiały lśniąco czarne kręcone rogi Urgala; ich rozpiętość dorównywała rozpiętości ramion Eragona. Bar był długi i niski. Z boku leżał stos kijów, których struganiem zabawiali się goście. Za barem krzątał się Morn. Rękawy podwinął do łokci, dolną część twarzy miał krótką i wykrzywioną, jakby oparł podbródek o żarna. Ludzie tłoczyli się wokół ciężkich dębowych stołów, słuchając dwóch kupców, którzy wcześniej skończyli handel i wpadli do karczmy na piwo.

Gospodarz uniósł wzrok znad czyszczonego kufla.

- Eragon! Miło cię widzieć. Gdzie twój wuj?

- Kupuje – Eragon wzruszył ramionami. – Trochę mu to zajmie.

- A Roran tu jest? – spytał Morn, przecierając ścierką kolejny kufel.

- Tak, tym razem żadne chore zwierzę go nie zatrzymało.

- To dobrze, dobrze.

Eragon skinął ręką w stronę dwóch kupców.

- Kto to?

- Handlarze ziarnem. Kupili zboże od ludzi za śmiesznie niskie ceny, a teraz opowiadają szalone historie. Spodziewają się, że w nie uwierzymy.

Eragon natychmiast zrozumiał, czemu kramarz wygląda na zaniepokojonego. Ludzie potrzebują pieniędzy, nie poradzimy sobie bez nich.

- Jakie historie?

Morn prychnął.

- Twierdzą, że Vardeni zawarli pakt z Urgalami i zbierają armię, która ma nas zaatakować. Podobno tylko dzięki łasce naszego króla tak długo cieszyliśmy się ochroną – jakby Galbatorixa obchodziło nasze istnienie. Idź ich posłuchaj, mam dość na głowie, nie chce mi się tłumaczyć tych kłamstw.

Pierwszy handlarz, potężny mężczyzna, całkowicie wypełniał sobą krzesło. Każdy najmniejszy ruch sprawiał, że drewniany mebel protestował głośno. Na jego twarzy nie było ani śladu włosów, pulchne ręce miał gładkie jak skóra niemowlęcia. Wydatne wargi wydymały się w nadąsanym grymasie, gdy pociągał łyk piwa. Drugi mężczyzna miał twarz czerwoną, skórę wokół twarzy suchą i pomarszczoną, wypełnioną grudkami stwardniałego tłuszczu, przypominającymi zepsute masło. Reszta jego ciała natomiast była nienaturalnie chuda.

Pierwszy na próżno starał się usadowić wygodniej na krześle.

- Nie, nie – mówił. – Nie rozumiecie. Tylko dzięki niestrudzonym staraniom króla możecie bezpiecznie toczyć z nami spory. Gdyby w swej mądrości wycofał ochronę, biada wam.

- Jasne – krzyknął ktoś z tłumu. – Może jeszcze nam powiesz, że Jeźdźcy wrócili, a każdy z was zabił stu elfów? Myślicie, że jesteśmy dziećmi, by uwierzyć w takie bajki? Sami potrafimy zadbać o siebie.

Odpowiedziały mu śmiechy.

Handlarz zaczął coś mówić, w tym momencie jednak wtrącił się jego chudy towarzysz. Machnął ręką, na jego palcach rozbłysły krzykliwe klejnoty.

- Nie zrozumieliście. Wiemy, że imperium nie może opiekować się każdym z was osobiście, choćbyście tego chcieli. Powstrzymuje jednak Urgali i inne potwory przed podbiciem tego – przez chwilę szukał właściwego określenia – miejsca.

- Jesteście wściekli, że imperium traktuje ludzi niejednako. I słusznie. Lecz rząd nie może zadowolić wszystkich. Zawsze pojawią się spory i konflikty. Jednak większość z nas nie ma na co narzekać. W każdym kraju można znaleźć małą grupkę malkontentów, niezadowolonych z równowagi sił.

- Jasne – zawołała jedna z kobiet. – Jeśli chcesz nazwać Vardenów małą grupką.

Tłusty mężczyzna westchnął.

- Wyjaśniliśmy już, że Vardeni wcale nie zamierzają wam pomagać. To tylko kłamstwa rozpowiadane przez zdrajców po to, by wywołać niepokój w imperium i przekonać, że prawdziwe zagrożenie kryje się wewnątrz granic, nie poza nimi. Chcą jedynie obalić króla i zawładnąć naszą ziemią. Wszędzie mają szpiegów, szykują się do inwazji. Nigdy nie wiadomo, kto może dla nich pracować.

Eragon nie zgadzał się z tą opinią, lecz słowa kupca brzmiały przekonująco i wiele osób zaczęło kiwać głowami. Wystąpił naprzód.

- Skąd to wiecie? – spytał. – Ja mogę powiedzieć, że chmury są zielone, ale nie znaczy to, iż tak jest naprawdę. Udowodnijcie, że nie kłamiecie.

Mężczyźni posłali mu gniewne spojrzenia, wieśniacy w milczeniu czekali na odpowiedź.

Chudy handlarz przemówił pierwszy. Unikał wzroku Eragona.

- Czy waszych dzieci nie uczy się szacunku dla starszych? A może pozwalacie chłopcom rzucać wyzwanie mężczyznom?

Słuchacze poruszyli się niespokojnie, patrząc na Eragona. W końcu jeden z nich rzekł.

- Odpowiedz na pytanie.

- Tak nam mówi rozsądek – oznajmił tłuścioch. Nad jego górną wargą zaperlił się pot. Jego odpowiedź rozwścieczyła wieśniaków, którzy podjęli spór.

Eragon wrócił do baru. W ustach czuł kwaśny posmak. Nigdy wcześniej nie spotkał nikogo, kto wychwalał imperium i wyklinał jego przeciwników. Wszyscy mieszkańcy Carvahall żywili głęboką, niemal dziedziczną nienawiść wobec imperium. Król nigdy im nie pomagał, nawet gdy głodowali, a jego poborcy podatkowi byli bezlitośni. Eragon uważał, że ma rację nie zgadzając się z handlarzami co do jego łaski. Zastanowiły go jednak słowa dotyczące Vardenów. Vardeni byli grupą buntowników, nieustannie nękających imperium. Nikt nie wiedział kto im przewodzi, ani kto stworzył te oddziały, gdy ponad sto lat temu Galbatorix zdobył władzę. Buntownicy zyskali sobie sporo sympatii, wymykając się wszelkim zastawianym przez króla pułapkom. Niewiele o nich wiedział, poza tym, że jeśli ktoś musiał uciekać przed prawem, ukryć się albo nienawidził imperium, przyjmą go w swoje szeregi. Jedynym problemem było, jak ich odnaleźć.

Morn pochylił się nad barem.

- Niewiarygodne, prawda? Są gorsi niż sępy krążące nad padłym zwierzęciem. Jeśli zostaną tu dłużej, będą kłopoty.

- Dla nich czy dla nas?

- Dla nich – odparł Morn. Karczmę wypełniały rozgniewane głosy. Eragon wyszedł, bo wyglądało, że za moment dojdzie do rękoczynów. Drzwi zatrzasnęły się za nim z hukiem, ucinając krzyki. Był wczesny wieczór, słońce znikało za horyzontem, domy rzucały długie cienie. Wędrując ulicą dostrzegł stojących z boku Rorana i Katrinę.

Roran powiedział coś, Eragon nie dosłyszał co. Katrina spuściła wzrok i odpowiedziała szeptem. Nagle wspięła się na palce, ucałowała go i umknęła. Eragon podbiegł do Rorana.

- Dobrze się bawisz? – rzucił żartobliwym tonem. Roran mruknął pod nosem, ruszając przed siebie.

- Słyszałeś nowiny, jakie przynieśli handlarze? – spytał Eragon maszerując za nim.

Większość wieśniaków była już w domach, rozmawiała z kupcami albo czekała aż zapadnie zmrok i zjawią się trubadurzy.

- Tak – odparł z roztargnieniem Roran. – Co myślisz o Sloanie?

- To chyba oczywiste.

- Kiedy się dowie o mnie i o Katrinie, poleje się krew – mruknął Roran. Płatek śniegu wylądował na nosie Eragona; chłopak uniósł wzrok ku poszarzałemu niebu. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Roran miał rację.. Nie zwalniając kroku uścisnął ramię kuzyna.

Kolacja u Horsta okazała się bardzo obfita. W izbie panował gwar, głosy mieszały się ze śmiechami. Biesiadnicy hojnie częstowali się słodkimi kordiałami i ciężkim ale, co jeszcze podgrzewało atmosferę. Opróżniwszy talerze, goście Horsta wymaszerowali na pole, gdzie obozowali kupcy. W ziemi osadzono krąg drewnianych tyczek zakończonych świecami. Z tyłu płonęły ogniska rzucając wokół roztańczone cienie. Wieśniacy powoli gromadzili się wokół kręgu, czekając z niecierpliwością.

Trubadurzy wypadli z namiotów, ubrani w krzykliwe pasiaste stroje. Za nimi podążali starsi, stateczniejsi minstrele. Minstrele zapewniali muzykę i opowieści, tymczasem młodsi członkowie trupy odgrywali historie. Z początku były one czysto rozrywkowe, rubaszne, pełne żartów, gierek i karykaturalnych postaci. Później jednak, gdy świece przygasły i słuchacze zacieśnili krąg, na środek wystąpił stary gawędziarz Brom. Spleciona w węzły broda opadała mu na pierś, zgarbione ramiona okrył długim czarnym płaszczem skrywającym ciało. Szeroko rozłożył ręce, wyciągając szponiaste palce i zaczął recytować:

* * *

- Piasków czasu nic nie zatrzyma. Lata mijają, czy tego chcemy, czy nie... Ale wciąż pamiętamy. To, co utracono, żyć może w naszych wspomnieniach. Historia, którą usłyszycie nie jest doskonała, zostały z niej tylko urywki, lecz doceńcie ją, bo bez was przestanie istnieć. Oto daję wam wspomnienie, które odeszło w senną mgłę niepamięci, zalegającą w naszych myślach.

Bystrym wzrokiem zmierzył zasłuchane twarze, przez moment skupiając się na Eragonie.

- Nim na świat przyszli ojcowie waszych dziadków, a nawet ich ojcowie, powstali Smoczy Jeźdźcy. Ich misją było chronić i strzec, i przez tysiące lat czynili to niestrudzenie. Nikt nie mógł dorównać im w bitwie, bo każdy miał siłę dziesięciu mężów. Byli nieśmiertelni, chyba że powaliła ich klinga bądź trucizna. Mocy swych używali jedynie dla dobra i pod ich czujnym okiem z żywego kamienia wzniesiono wyniosłe miasta i wieże. Utrzymywali tedy pokój, a kraina rozkwitała. To była złota era. Elfy były naszymi sprzymierzeńcami, krasnoludy przyjaciółmi. Miasta bogaciły się, ludzie żyli w dostatku. Zapłaczcie jednak... bo nic nie trwa wiecznie.

Brom umilkł, spuścił wzrok. W jego głosie zadźwięczał bezgraniczny smutek.

- Choć żaden wróg nie mógł ich zniszczyć, nie mogli ustrzec się przed samymi sobą. I zdarzyło się, że u szczytu ich potęgi w prowincji Inzilbeth, na zawsze utraconej, narodził się chłopiec. Nazwano go Galbatorix. Gdy skończył dziesięć wiosen, poddano go próbie, jak nakazywał zwyczaj i odkryto, iż ma w sobie wielką moc. Jeźdźcy przyjęli go w swe szeregi. Szybko przeszedł szkolenie, nie mając sobie równych. Obdarzony bystrym umysłem i silnym ciałem zajął należne mu miejsce w szeregach Jeźdźców. Niektórzy sądzili, że stało się to zbyt szybko i ostrzegli, iż kryje się w tym niebezpieczeństwo. Lecz moc Jeźdźców sprawiła, iż stali się aroganccy i puścili mądre słowa mimo uszu. Tak oto zasiano nasiona nieszczęścia.

Wkrótce po ukończeniu szkolenia Galbatorix wraz z dwoma przyjaciółmi wyprawił się na nierozważny wypad. Noc i dzień lecieli na północ do krainy Urgali, sądząc nieroztropnie, że nowe moce ich obronią.. I tam, na grubym płaszczu lodu, który nie topnieje nawet latem, wpadli ich w pułapkę. Choć przyjaciele i ich smoki zginęli, a on odniósł ciężkie rany, Galbatorix zabił napastników. Niestety, podczas lotu zbłąkana strzała przeszyła serce jego smoka. Nie umiał pomóc smoczycy, która zmarła mu w ramionach. I tego dnia w jego sercu zrodziło się szaleństwo.

Gawędziarz klasnął w dłonie i rozejrzał się powoli. Po jego znużonej twarzy przebiegały cienie. Następne słowa zabrzmiały niczym żałosne takty requiem.

- Samotny, u kresu sił, na wpół oszalały z rozpaczy, Galbatorix wędrował bez nadziei w sercu po pustkowiach, szukając śmierci. Nie nadeszła jednak, mimo iż rzucał się bez lęku na każdą żywą istotę.. Urgale i inne potwory zaczęły wkrótce umykać przed oszalałym wojownikiem. W owym czasie Galbatorix pomyślał jednak, że być może Jeźdźcy dadzą mu innego smoka, i myśl ta dodała mu sił. Rozpoczął zatem długą, pieszą żmudną wędrówkę poprzez Kościec. Droga, którą pokonał bez trudu na grzbiecie smoka, teraz zabrała mu wiele miesięcy. Mógł polować posiłkując się magią, często jednak trafiał do miejsc, w które nie zapuszczała się zwierzyna. Gdy w końcu zszedł z gór, był bliski śmierci. Rolnik znalazł go nieprzytomnego w błocie i wezwał Jeźdźców.

Nieprzytomnego zabrali do swej twierdzy, tam uleczyli mu ciało. Spał cztery dni. Gdy się ocknął, starannie skrywał trawiącą go gorączkę. Kiedy wezwano go przed radę, która miała go osądzić, Galbatorix zażądał drugiego smoka. Brzmiąca w tych słowach desperacja ujawniła toczące go szaleństwo i rada dostrzegła, co kryje w sobie naprawdę. Słysząc odmowę, która dawała kres jego nadziejom, oszalały Galbatorix uwierzył, iż to z winy jeźdźców zginął jego smok. Przez wiele nocy rozmyślał o tym, knując plan zemsty.

Głos Broma opadł do przejmującego szeptu.

- Znalazł Jeźdźca, który wysłuchał jego skarg i uległ podstępnym słowom. Mroczne sekrety, które Galbatorix poznał od Cienia sprawiły, że Jeździec wystąpił przeciw starszym. We dwóch zdradziecko zwabili i zabili jednego z nich. Gdy ów straszny czyn się dokonał, Galbatorix bez ostrzeżenia zaatakował i zabił swego sprzymierzeńca. Wówczas ujrzeli go Jeźdźcy. Ręce miał mokre od krwi, z ust wyrwał mu się krzyk i Galbatorix umknął w noc. A że mimo obłędu zachował bystrość umysłu, nie zdołali go znaleźć.

Latami ukrywał się na pustkowiach niczym tropione zwierzę, zawsze czujny. Jego zbrodni nie zapomniano, lecz z czasem zaprzestano poszukiwań. Potem zaś zły los zrządził, że Galbatorix spotkał młodego Jeźdźca, Morzana, silnego ciałem lecz słabego umysłem. Przekonał go, by zostawił na noc niezaryglowaną bramę w cytadeli Ilirea, zwanej obecnie Uru'baen. Przez tę bramę Galbatorix wdarł się do środka i skradł pisklę smoka.

Wraz ze swym młodym uczniem ukryli się w złym miejscu, do którego Jeźdźcy nie śmieli się zapędzić. Tam Morzan poznał mroczne sztuki i zakazaną magię, której nigdy nie powinno się użyć. Gdy nauka dobiegła końca i gdy czarny smok Galbatorixa, Shruikan dorósł, Galbatorix ujawnił się światu. Z Morzanem u boku walczyli z każdym napotkanym Jeźdźcem. Z każdą śmiercią ich siła wzrastała. Dwunastu Jeźdźców łaknących władzy i zemsty za wymyślone krzywdy dołączyło do nich. Wraz z Morzanem stworzyli krąg Trzynastu Zaprzysiężonych. Jeźdźcy nie byli gotowi na tę walkę i ginęli bezradni. Elfy także walczyły dzielnie z Galbatorixem, zostały jednak pokonane i zmuszone do ucieczki do tajnych kryjówek, których już nie opuszczają.

Jedynie Vrael, przywódca Jeźdźców, mógł stawić czoło Galbatorixowi i Zaprzysiężonym. Stary i mądry, ze wszelkich sił starał się ocalić co tylko mógł i uratować pozostałe smoki przed wrogami. W ostatniej bitwie przed bramami Dorú Areaby, Vrael pokonał Galbatorixa, zawahał się jednak przed zadaniem ostatecznego ciosu. Galbatorix wykorzystał to i uderzył go w bok. Ciężko ranny Vrael umknął na górę Utgard, gdzie miał nadzieję zebrać siły. Nie doszło jednak do tego, bo Galbatorix go znalazł. Podczas walki kopnął Vraela pomiędzy nogi i dzięki nieczystemu ciosowi zyskał przewagę, ścinając głowę Jeźdźca płonącym mieczem.

Wówczas to, gdy moc napełniła mu ciało, Galbatorix ogłosił się królem Alagaësii.

I od tego dnia nami rządzi.

* * *

Ukończywszy opowieść, Brom szurając nogami odszedł wraz z grupą trubadurów. Eragonowi zdawało się, że dostrzega łzę połyskującą na jego policzku. Rozchodzący się ludzie szeptali między sobą.

- Wiedzcie, jak wielkie mieliście szczęście – powiedział Garrow do Rorana i Eragona. – Jedynie dwa razy w życiu słyszałem tę historię. Gdyby imperium wiedziało, że Brom ją recytuje, nie dożyłby kolejnego księżyca.


Fragment V
Dar losu

Wieczorem po powrocie z Carvahall, Eragon postanowił zbadać kamień, tak jak to uczynił Merlock. Zamknąwszy się w izbie położył go na łóżku i szybko wybrał trzy stosowne narzędzia. Zaczął od drewnianego młotka: lekko postukał nim w kamień, który odpowiedział cichym brzękiem. Zadowolony wziął następny młotek, z ciężkiej skóry. Uderzony kamień rozdźwięczał się żałośnie. W końcu Eragon sięgnął po metalowe dłuto. Metal nie zadrapał kamienia, sprawił jednak, iż wydał on z siebie najczystszy ton. Gdy dźwięk rozpłynął się w ciszy, Eragonowi wydało się, że słyszy cichy pisk.

Merlock twierdził, że kamień jest pusty – może wewnątrz kryje się coś cennego? Ale nie wiem, jak go otworzyć. Z pewnością istniał jakiś powód, dla którego ktoś go oszlifował, lecz ktokolwiek wysłał kamień do Kośćca, nie próbował nawet go odzyskać. Owszem, może nie wie, gdzie jest, nie wierzę jednak, by mag dysponujący mocą pozwalającą przenieść kamień. nie potrafił go odszukać. Czy zatem był mi przeznaczony? Nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. Ustępując w obliczu nierozwiązanej zagadki zebrał narzędzia i odstawił kamień na półkę.

* * *

Tej nocy coś wyrwało go ze snu. Nadstawił ucha. Wokół panowała cisza. Niespokojnie sięgnął pod siennik i chwycił nóż. Odczekał kilka minut i ponownie osunął się w niebyt.

Nagle ciszę rozdarł pisk, gwałtownie przywracając go do rzeczywistości. Eragon wyskoczył z łóżka i wyrwał nóż z pochwy. Przez chwilę majstrował przy hubce, wreszcie zapalił świecę. Drzwi były zamknięte. Choć pisk wydał mu się stanowczo zbyt głośny, by mogła go wydać mysz czy szczur, sprawdził pod łóżkiem. Nic. Usiadł na skraju siennika, przecierając zaspane oczy. Powietrze przeszył kolejny pisk. Eragon wzdrygnął się gwałtownie.

Skąd dobiegał ten dźwięk? Nic nie mogło się ukryć w podłodze czy ścianach, zbudowano je z solidnego drewna. To samo dotyczyłołóżka, a z pewnością zauważyłby, gdyby w nocy coś wczołgało się w głąb słomianego siennika. Jego wzrok spoczął na kamieniu. Zdjął go z półki, mimo woli tuląc do siebie, i powiódł spojrzeniem po izbie. Nagle w jego uszach zadźwięczał kolejny pisk, odbijając się wibracjami w koniuszkach palców. Dobiegał z kamienia.

Kamień od początku stanowił wyłącznie powód frustracji i gniewu, a teraz jeszcze nie pozwalał mu spać! W dodatku nic sobie nie robił z wściekłych spojrzeń Eragona. Tkwił spokojnie na jego kolanach, od czasu do czasu popiskując. Wreszcie wydał z siebie bardzo głośny dźwięk i umilkł. Eragon odstawił go czujnie i wślizgnął się pod kołdrę. Wszelkie tajemnice, jakie krył w sobie kamień, będą musiały poczekać do rana.

Gdy znów się obudził, przez okno do środka wpadała księżycowa poświata. Kamień kołysał się mocno na półce, uderzając o ścianę. W zimnych promieniach księżyca jego powierzchnia wydawała się biała, wyblakła. Eragon z nożem w dłoni wyskoczył z łóżka. Kamień znieruchomiał. Eragon patrzył z napięciem. I nagle kołysanie powróciło, jeszcze szybsze niż przedtem.

Zaklął pod nosem i zaczął się ubierać. Nie obchodziło go, jak cenny może okazać się kamień. Postanowił wynieść go z domu i zakopać. Kołysanie znów ustało; kamień umilkł. Zadygotał lekko, po czym poturlał się naprzód i z głośnym łoskotem runął na podłogę. Zaniepokojony Eragon cofnął się powoli w stronę drzwi, patrząc jak rozkołysany kamień turla się ku niemu.

Nagle na gładkiej powierzchni pojawiło się pęknięcie, potem następne i jeszcze jedno. Eragon nie mógł oderwać od nich wzroku. Pochylił się naprzód, wciąż trzymając w dłoni nóż.. Na szczycie kamienia, w miejscu gdzie krzyżowały się szczeliny, mały kawałek zakołysał się jakby na czymś balansował, po czym uniósł się w górę i opadł na podłogę. Po kolejnej serii pisków z otworu wynurzyła się niewielka ciemna główka, a po niej dziwne kanciaste ciało. Eragon zacisnął palce na rękojeści noża i zastygł bez ruchu. Wkrótce stworzenie wydostało się z kamienia, przez chwilę trwało nieruchomo, a potem śmignęło naprzód i oświetlił je księżyc.

Eragon cofnął się, wstrząśnięty. Przed nim, zlizując resztki chroniącej go do niedawna błony, stał smok.


Fragment VI
Przebudzenie

Smok był nie dłuższy niż jego przedramię, wyglądał jednak dostojnie i szlachetnie. Łuski miał ciemnoszafirowe, tej samej barwy co wcześniej kamień. Nie kamień, uświadomił sobie Eragon. Jajo. Smok załopotał skrzydłami. To one sprawiały, że wydawał się dziwnie kanciasty. Kilka razy dłuższe niż ciało, rozpinały się na cienkich kościanych palcach, wystających poza krawędź skrzydła i zakończonych szponami. Głowa smoka kształtem przypominała trójkąt. Z górnej szczęki sterczały dwa maleńkie białe kły. Wyglądały na bardzo ostre. Szpony miał równie białe, lśniące, kościste, lekko ząbkowane na wewnętrznej krawędzi. Wzdłuż kręgosłupa zwierzęcia biegł rząd maleńkich szpikulców, od podstawy głowy po czubek ogona. Zagłębienie w miejscu gdzie szyja łączyła się z ramionami było jedynym wolnym od nich miejscem.

Eragon poruszył się lekko, smok gwałtownie obrócił głowę. Twarde, błękitne jak lód oczy spojrzały wprost na niego. Zastygł bez ruchu. Gdyby smok postanowił zaatakować, mógłby okazać się bardzo groźnym przeciwnikiem.

Stworzenie szybko straciło zainteresowanie Eragonem i zaczęło niezręcznie badać izbę, popiskując przy każdym zderzeniu ze ścianą bądź meblem. Zatrzepotało skrzydłami i wskoczyło na łóżko. Piszcząc ułożyło się na poduszce. Pysk miało otwarte niczym dziób młodego pisklęcia. Wewnątrz połyskiwały rzędy szpiczastych zębów. Eragon usiadł ostrożnie na skraju łóżka. Smok obwąchał mu rękę, skubnął rękaw, pociągnął.

Usta Eragona wygięły się w uśmiechu. Spojrzał na małe stworzenie, nieśmiało wyciągnął prawą dłoń i dotknął jego boku. Jego dłoń przeszyła gwałtowna fala lodowatej energii, która przebiegła w górę do ramienia, wypełniając żyły niczym płynny ogień. Z głośnym krzykiem odskoczył. Uszy napełnił mi ogłuszający brzęk żelaza. Usłyszał bezdźwięczny wrzask wściekłości. Każdą częścią jego ciała zawładnął porażający ból. Starał się poruszyć, nie mógł. Po, jak się zdawało, kilku godzinach, do jego kończyn powróciło ciepło, poczuł ostre mrowienie. Drżąc, gwałtownie odepchnął się i usiadł. Rękę miał odrętwiałą, palce sparaliżowane. Przerażony patrzył, jak na jego dłoni wykwita biały owal. Skóra swędziała i piekła niczym po ugryzieniu pająka. Serce waliło mu w piersi.

Eragon zamrugał, próbując zrozumieć, co się właśnie wydarzyło. Coś musnęło jego świadomość niczym palec przebiegający po skórze. Poczuł to znowu, tym razem wyraźniej. Ukłucie myśli, w której wyczuwał narastającą ciekawość. Zupełnie jakby niewidzialny mur otaczający jego umysł runął i Eragon mógł teraz sięgać myślami ku innym. Bał się, że jeśli nic go nie powstrzyma, wyrwie się z ciała i nie będzie mógł wrócić, stając się eterycznym duchem.

Przerażony cofnął się, zrywając kontakt. Nowe poczucie zniknęło, zupełnie jakby zamknął oczy. Zerknął podejrzliwie na nieruchomego smoka.

Łuskowata noga podrapała go w bok. Eragon odskoczył, lecz nie poczuł nowego uderzenia energii. Zdumiony pogłaskał prawą ręką smoka po głowie. Po skórze przebiegło lekkie mrowienie. Smok przytulił się do niego, wyginając grzbiet w łuk niczym kot. Eragon pogładził palcami cieniutką skrzydłową błonę. W dotyku przypominała stary pergamin, aksamitny i ciepły, lecz wciąż lekko wilgotny, pulsujący setkami cieniutkich żyłek.

I znów maleńka macka dotknęła jego umysłu. Tym razem jednak zamiast ciekawości wyczuł wszechogarniający, żarłoczny głód. Eragon westchnął i wstał. Niewątpliwie miał do czynienia z niebezpiecznym zwierzęciem, lecz smok pełzający mu po łóżku wydawał się tak bezradny. Zastanawiał się, czy mógłby go zatrzymać. Smok zapiszczał melodyjnie, szukając jedzenia. Eragon szybko podrapał zwierzątko po głowie, by je uciszyć. Przemyślę to później, zdecydował i wybiegł z izby, starannie zamykając za sobą drzwi.

Gdy wrócił, niosąc w dłoni dwa paski suszonego mięsa, zastał smoka siedzącego na parapecie i patrzącego w księżyc. Szybko pokroił mięso na niewielkie kwadraty i podsunął jeden smokowi. Stworzenie ostrożnie obwąchało mięso, po czym gwałtownie wysunęło głowę niczym wąż i wyrwało mu je z palców, połykając w całości z lekkim szarpnięciem ciała. Następnie smok stuknął łebkiem dłoń Eragona, domagając się więcej jedzenia.

Karmił go, uważając na palce. Gdy został mu już tylko jeden kawałeczek mięsa, brzuszek smoka wydął się wyraźnie. Eragon poczęstował stworzenie ostatnim kąskiem; smok zastanawiał się przez chwilę, po czym chwycił go leniwie. Skończywszy się posilać, wpełzł na ramię Eragona i przytulił mu się do piersi. A potem prychnął; z jego nozdrzy uleciał obłoczek ciemnego dymu. Eragon patrzył na niego w zachwycie.

W chwili gdy Eragonowi wydawało się, że smok śpi, z jego wibrującego gardła dobiegł niski pomruk. Chłopak ostrożnie zaniósł zwierzątko na łóżko i ułożył obok poduszki. Smok z zamkniętymi oczami i zadowoloną miną owinął ogon o jeden ze słupków. Eragon ułożył się obok, w półmroku rozprostowując palce.

Miał przed sobą bolesny dylemat. Wychowując smoka, mógł zostać Jeźdźcem. Ludzie uwielbiali mity i baśnie o Jeźdźcach. Jako jeden z nich stałby się częścią owych legend. Gdyby jednak Imperium odkryło smoka, Eragona i całą rodzinę czekałaby śmierć – chyba że dołączyłby do króla. Nikt nie mógłby – i nie chciał – im pomóc. Najprostszym rozwiązaniem było zabić smoka, lecz Eragon ze wstrętem odrzucił tę myśl. Smoki były zbyt cudowne, zbyt wspaniałe. A zresztą kto by nas zdradził?, pomyślał. Mieszkamy na odludziu, nie przyciągamy niczyjej uwagi.

Pozostawał jednak problem, jak przekonać Garrowa i Rorana, by pozwolili mu zatrzymać smoka. Żaden z nich nie miałby ochoty na podobne towarzystwo. Mógłbym hodować go w tajemnicy. Za miesiąc czy dwa będzie zbyt duży, by Garrow zdołał się go pozbyć. Ale czy go przyjmie? Nawet jeśli, czy tymczasem zdołam zdobyć dość jedzenia? Smok nie jest większy od kota, ale zjadł dwa płaty mięsa! Pewnie w końcu nauczy się polować, ale do tego czasu? I czy zdoła przetrwać na mrozie? Mimo wszystko chciał zatrzymać smoka. Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym większą czuł pewność. Nieważne co powie Garrow; Eragon zrobi wszystko co w jego mocy, by chronić stworzenie. Podjąwszy decyzję, zasnął ze smokiem u boku.

O świcie smok siedział na wezgłowiu niczym pradawny wartownik witający nowy dzień. Eragon z zachwytem podziwiał jego barwę. Nigdy nie widział równie czystego ciemnego błękitu. Łuski smoka przypominały setki maleńkich klejnotów. Dostrzegł, iż biały owalny znak na dłoni, w miejscu gdzie dotknął smoka, nabrał srebrzystego połysku. Miał nadzieję, że zdoła go ukryć brudząc ręce.

Smok zeskoczył ze słupka i poszybował na podłogę. Eragon podniósł go ostrożnie i cicho wyszedł z domu, po drodze zabierając mięso, kilka skórzanych pasów i naręcze szmat. Ranek, choć mroźny, był piękny. Farmę pokrywała świeża śnieżna pierzyna. Uśmiechnął się, patrząc na stworzonko, które z zainteresowaniem oglądało świat, bezpiecznie skulone w jego ramionach.

Szybkim krokiem przeciął pola i w milczeniu dotarł do ciemnego lasu, szukając bezpiecznego miejsca dla smoka. W końcu znalazł jarzębinę, stojącą samotnie na nagim pagórku. Jej ośnieżone szare gałęzie wyciągały się ku niebu niczym suche palce. Posadził smoka pod pniem i wyciągnął rzemienie.

Wystarczyło kilka zręcznych ruchów, by uzyskał pętlę i zarzucił ją na szyję smoka, badającego ciekawie śnieżne zaspy wokół drzewa. Skóra była wytarta, ale wciąż mocna. Eragon przez chwilę patrzył na pełzającego po ziemi smoka. Potem odwiązał rzemień i przełożył zaimprowizowaną uprząż, zakładając ją na nogi tak, by zwierzę się nie udusiło. Zebrał naręcze gałęzi i zbudował z nich chatkę wysoko wśród konarów, wnętrze wyściełając szmatami. Złożył tam mięso. Drzewo kołysało się, z gałęzi sypał się śnieg. Eragon powiesił kolejne szmaty nad wejściem, ocieplając wnętrze. Zadowolony przyjrzał się owocowi swojej pracy.

- Czas zwiedzić nowy dom – rzekł głośno i podniósł smoka na gałęzie. Stworzenie wiło się, próbując się uwolnić. Po chwili jednak wgramoliło się do chatki. Tam zjadło kawałek mięsa, zwinęło się w kłębek i zamrugało nieśmiało.

- Jeśli tu zostaniesz, nic ci nie będzie – rzekł Eragon. Smok mrugnął ponownie.

Pewien, że go nie zrozumiał, Eragon sięgnął w głąb umysłu, starając się wyczuć świadomość smoka. Znów ogarnęło go straszliwe uczucie otwartości – przestrzeni tak rozległej, że napierała na niego niczym ciężka pierzyna. Wzywając wszystkie siły skupił się na smoku, starając się przekazać mu jedną myśl: zostań tutaj. Smok znieruchomiał. Przekrzywiając głowę spojrzał na niego. Eragon nacisnął mocniej: zostań tutaj. Z drugiej strony dobiegło go niewyraźnie poczucie zrozumienia, lecz Eragon zastanawiał się, czy stworzenie naprawdę pojęło. W końcu to tylko zwierzę, pomyślał. Z ulgą wycofał myśli, powracając do bezpiecznego zamknięcia własnego umysłu.

Eragon zeskoczył z drzewa i odszedł, oglądając się za siebie. Smok wystawił głowę z chatki, obserwując go wielkimi oczami.

Po szybkim marszu do domu z powrotem zakradł się do izby, aby zebrać kawałki jaja. Był pewien, że Garrow i Roran nie dostrzegą jego obecności – gdy dowiedzieli się, że nie można go sprzedać, natychmiast o nim zapomnieli. Kiedy wstali, Roran wspomniał, że w nocy słyszał dziwne hałasy, ale ku uldze Eragona nie kontynuował tematu.

Entuzjazm chłopaka sprawił, że dzień minął bardzo szybko. Z łatwością zdołał ukryć znamię na dłoni i wkrótce przestał się nim martwić. Pod wieczór z powrotem znalazł się pod jarzębiną, przynosząc kilka zwędzonych z piwnicy kiełbas. Z lękiem zbliżył się do drzewa. Czy smok zdołał przeżyć na mrozie?

Szybko odkrył, że nie ma podstaw do lęku. Smok siedział na gałęzi, szarpiąc zębami coś trzymanego w przednich łapach. Na widok Eragona zaczął piszczeć radośnie. Eragon ucieszył się widząc, że stworzenie nie zeszło z drzewa, chroniącego je przed większymi drapieżnikami. Gdy tylko upuścił kiełbasy na ziemię, smok sfrunął z konaru. Podczas gdy żarłocznie pochłaniał jedzenie, Eragon obejrzał chatkę.. Całe pozostawione mięso zniknęło, lecz sam domek był nietknięty, a wewnątrz walały się pióra. Świetnie, sam potrafi zdobywać jedzenie.

Nagle przyszło mu do głowy, że nie wie, czy smok to samiec czy samica. Podniósł go obrócił, nie zważając na oburzone piski. Nie zdołał jednak niczego dostrzec. Najwyraźniej smok nie był gotów bez walki ujawniać swych sekretów.

Eragon spędził z nim dużo czasu. Odwiązał smoka, posadził na ramieniu i ruszył na długą przechadzkę. Wokół nich wznosiły się ośnieżone drzewa, niczym dostojne kolumny olbrzymiej katedry. Eragon w ciszy pokazywał smokowi wszystko, co wie o lesie. Nie obchodziło go, czy zwierzę rozumie. Liczyła się sama rozmowa. Cały czas do niego przemawiał. Smok wpatrywał się w niego lśniącymi oczami, spijając kolejne słowa. Przez jakiś czas Eragon po prostu siedział ze smokiem w ramionach, patrząc na niego w zachwycie, wciąż oszołomiony niedawnymi wydarzeniami. O zachodzie słońca ruszył do domu, czując na plecach spojrzenie dwojga zimnych niebieskich oczu, oburzonych, że je zostawia.

Tej nocy długo rozmyślał o wszystkich nieszczęściach, jakie mogły spotkać małe, bezbronne zwierzątko. Wizje śnieżnych burz i groźnych drapieżców nie dawały mu spokoju. Dopiero po kilku godzinach w końcu zasnął. Śnił o lisach i czarnych wilkach, rozszarpujących smoka zakrwawionymi kłami.

O wschodzie słońca Eragon wybiegł z domu niosąc jedzenie i dodatkowe szmaty do ocieplenia smoczej chatki. Smok już nie spał, siedział na wysokiej gałęzi, oglądając jaśniejące niebo. Eragon w duchu podziękował gorąco wszystkim bogom, znanym i nieznanym. Na jego widok smok sfrunął na ziemię i wskoczył mu w ramiona, tuląc się do piersi. Mróz mu nie zaszkodził, lecz stworzenie wydawało się przerażone. Z nozdrza wypłynął obłoczek ciemnego dymu. Eragon pogładził go uspokajająco i usiadł na ziemi oparty plecami o pień jarzębiny, nucąc cicho. Siedział bez ruchu, smok ukrył mu głowę pod kurtką. Po dłuższej chwili wyczołgał się z objęć i wdrapał na ramię. Eragon nakarmił go, potem ocieplił starannie chatkę. Jakiś czas bawili się razem, potem jednak musiał wracać do domu.

* * *

Wkrótce ustalili stały rozkład dnia. Co rano Eragon biegł pod drzewo i dawał smokowi śniadanie, po czym wracał pospiesznie. Za dnia wykonywał swoje obowiązki. Po ich skończeniu znów odwiedzał smoka. Roran i Garrow zauważyli zmianę zachowania chłopaka. Kilka razy pytali, czemu tak dużo czasu spędza na dworze. Eragon jedynie wzruszył ramionami i zaczął sprawdzać, czy nikt nie idzie za nim pod jarzębinę.

Po pierwszych kilku dniach przestał tak bardzo martwić się o smoka. Stworzenie rosło w zadziwiającym tempie. Wkrótce niewiele będzie mogło mu zagrozić. Przez pierwszy tydzień smok podwoił swą wielkość.. W cztery dni później sięgał mu już do kolana. Nie mieścił się w chatce w gałęziach, toteż Eragon zbudował mu nowe schronienie na ziemi. Zajęło mu to trzy dni.

Gdy smok skończył dwa tygodnie, Eragon musiał puścić go wolno, bo potrzebował tak wiele jedzenia. Za pierwszym razem jedynie siłą woli powstrzymał stworzenie przed powrotem wraz z nim na farmę. Gdy tylko smok próbował ruszyć w tamtą stronę, Eragon odpychał go myślami, aż w końcu stworzenie nauczyło się unikać domu i jego mieszkańców.

Cały czas powtarzał też smokowi, by polował jedynie w Kośćcu, gdzie raczej nikt by go nie zobaczył. Farmerzy z doliny Palancar z pewnością zorientowaliby się, że znika im bydło. Gdy jednak smok odlatywał tak daleko, Eragon co prawda czuł się bezpieczniejszy, ale też ogarniał go niepokój.

Umysłowa więź, którą dzielił ze smokiem, z każdym dniem stawała się coraz silniejsza. Eragon odkrył, że choć stworzenie nie rozumiało znaczenia słów, mógł się z nim porozumiewać obrazami i uczuciami. Metoda ta nie była jednak zbyt precyzyjna i często smok nie do końca rozumiał, o co mu chodzi. Zasięg ich myślowego kontaktu rósł z każdym dniem. Wkrótce Eragon mógł porozumiewać się ze smokiem z odległości trzech staj. Smok natomiast lekko muskał jego umysł. Nieme rozmowy wypełniały mu każdą chwilę pracy. Jakaś część jego nieustannie utrzymywała kontakt ze smokiem. Czasem ignorował ów kontakt, lecz nigdy o nim nie zapominał. Gdy rozmawiał z ludźmi, kontakt rozpraszał go, niczym brzęczenie muchy w uchu.

W miarę jak smok dorastał, jego piski przekształciły się w niski ryk, a mruczenie w cichy warkot. Nadal jednak nie ział ogniem. Eragona martwiło to. Widywał często, jak zaniepokojony smok wypuszczał z nozdrzy chmury dymu, nigdy jednak nie towarzyszył im nawet najmniejszy płomyk.

Po upływie miesiąca smok sięgał w kłębie łokcia Eragona. W tym krótkim czasie z małego, słabego stworzonka przekształcił się w potężne, groźne zwierzę. Łuski miał twarde niczym metalowa zbroja, zęby ostre jak sztylety.

Eragon wieczorami wypuszczał się na długie spacery. Smok dreptał mu wtedy u boku. Gdy natrafiali na polanę, siadał pod drzewem patrząc, jak szybuje w powietrzu. Uwielbiał oglądać go w locie i żałował, że smok jest zbyt mały, by móc go dosiąść. Często siadał obok niego i głaskał go po szyi, czując odprężające się po palcami mięśnie i napięte ścięgna.

Mimo wysiłków Eragona, las wokół farmy zapełnił się śladami obecności smoka. Nie dało się zetrzeć wszystkich odcisków wielkich łap o czterech szponach. Nawet nie próbował też zakopywać olbrzymich stosów odchodów. Smok ocierał się o drzewa, zdzierając długie pasma kory. Ostrzył pazury na suchych pniach, pozostawiając głębokie nacięcia. Gdyby Roran bądź Garrow zapuścili się poza granice farmy, odkryliby smoka. Eragon nie potrafił sobie wyobrazić gorszego rozwoju wydarzeń, postanowił zatem przyspieszyć sprawę i samemu ujawnić prawdę.

Najpierw jednak chciał zrobić dwie rzeczy: nadać smokowi stosowne miano i dowiedzieć się czegoś więcej o smokach jako takich. W tym celu musiał pomówić z Bromem, mistrzem legend i baśni – jedynych miejsc, w których przetrwały smoki.

Gdy zatem Roran pojechał do Carvahal, by naprawić hebel, Eragon zaproponował, że dotrzyma mu towarzystwa.

* * *

Wieczorem przed wyjazdem poszedł na małą polanę w lesie i myślami wezwał smoka. Po chwili ujrzał na ciemniejącym niebie szybko poruszający się punkcik. Smok opadł ku niemu, zahamował ostro i zawisł nad drzewami. Skrzydła ze świstem przecięły powietrze. Powoli skręcił w lewo i zataczając spiralę łagodnie sfrunął na ziemię. Wylądował z głuchym łupnięciem, trzepocząc skrzydłami by zachować równowagę.

Eragon otworzył przed nim umysł. Nadal nie przepadał za owym dziwnym uczuciem. Powiedział smokowi, że wyjeżdża. Smok prychnął niespokojnie. Postarał się go uspokoić, przesyłając pogodne myślowe obrazy, lecz stwór jedynie machnął gwałtownie ogonem. Eragon położył mu rękę na grzbiecie, próbując przekazać spokój, ciszę.

Zaczął łagodnie gładzić twarde łuski.

W jego głowie zabrzmiało jedno słowo, głośno, wyraźnie.

Eragon.

Brzmiało smutno, uroczyście, jakby właśnie zawarli nierozerwalny pakt. Spojrzał na smoka, czując zimne mrowienie w ręce.

Eragon.

Żołądek zacisnął mu się gwałtownie. Czuł na sobie spojrzenie niepojętych szafirowych oczu. Po raz pierwszy nie myślał o smoku jak o zwierzęciu. Był czymś innym, czymś... odmiennym. Pobiegł do domu, próbując uciec przed smokiem. Moim smokiem.

Eragon.


Fragment VII
Herbatka przy kominku

Roran i Eragon rozstali się na przedmieściach Carvahall. Eragon ruszył powoli do domu Broma, zatopiony w myślach. Zatrzymał się na progu i podniósł rękę, by zastukać.

- Czego chcesz, chłopcze? – spytał ktoś ochryple.

Gwałtownie obrócił się na pięcie. Za jego plecami Brom opierał się na wygiętej lasce, ozdobionej dziwnymi rzeźbami. Na sobie miał czarną szatę z kapturem, niczym mnich. Ze znoszonego skórzanego pasa zwisała sakwa. Nad białą siwą brodą i ustami sterczał dumny orli nos, dominujący element twarzy. Brom spojrzał na Eragona głęboko osadzonymi oczami spod wydatnych brwi, czekając na odpowiedź.

- Informacji – oznajmił Eragon. – Roran naprawia hebel, miałem wolną chwilę, więc przyszedłem prosić, byś odpowiedział mi na kilka pytań.

Stary mężczyzna mruknął w odpowiedzi i sięgnął do drzwi. Eragon dostrzegł złoty pierścień na jego prawej dłoni. Promienie słońca zamigotały w szafirze, podkreślając dziwne symbole wyryte w klejnocie.

- No dobrze, możesz wejść. Trochę to pewnie potrwa. Twoje pytania nigdy się nie kończą.

Wnętrze domu było ciemne jak grafit, w powietrzu wisiała ostra, gryząca woń.

- A teraz światło. – Eragon usłyszał, jak gospodarz krąży wokół, potem ciche przekleństwo, brzęk spadającego naczynia. – No, mam.

Rozbłysła biała iskra, po niej pojawił się płomyk.

Brom stał ze świecą przed kamiennym kominkiem. Stosy książek otaczały stojący naprzeciw kominka rzeźbiony fotel o wysokim oparciu, wsparty na czterech nogach w kształcie orlich szponów. Siedzenie i oparcie wyściełała skóra wytłaczana w różyczki. Na mniejszych krzesłach piętrzyły się zwoje. Na biurku Eragon dostrzegł kałamarze i pióra.

- Zrób sobie miejsce, ale na zapomnianych królów, ostrożnie! To cenne rzeczy.

Eragon uniósł nogę, by nie nadepnąć na pergaminy pokryte kanciastymi runami. Delikatnie zebrał z krzesła szeleszczące zwoje i umieścił na podłodze. Gdy usiadł, w powietrze wzleciał obłok kurzu. Z trudem stłumił kichnięcie.

Brom pochylił się i od świecy rozpalił drwa.

- Świetnie. Nie ma nic lepszego niż usiąść przy kominku, skoro czeka nas rozmowa – odrzucił kaptur, ukazując włosy nie białe, lecz srebrne, po czym powiesił nad ogniem czajnik i usadowił się w wysokim fotelu.

- Mów zatem, czego chcesz. – Zwracał się do Eragona ostro, lecz nie nieprzyjaźnie.

- Cóż – odparł Eragon, zastanawiając się, jak najlepiej poruszyć ów temat. – Wciąż słyszę o Smoczych Jeźdźcach i ich bajecznych dokonaniach. Niemal wszyscy chcą, by wrócili. Lecz nigdy nie słyszałem skąd się wzięli, skąd przybyły smoki. Co sprawiło, że Jeźdźcy byli tacy wyjątkowi – prócz smoków?

- To bardzo rozległy temat – mruknął Brom, czujnie patrząc na Eragona. – Gdybym opowiedział ci całą historię, siedzielibyśmy tu jeszcze do następnej zimy. Będę musiał ją jakoś skrócić. Ale nim zaczniemy, muszę zapalić fajkę.

Eragon czekał cierpliwie, podczas gdy Brom ubijał tytoń. Lubił go. Stary mężczyzna czasami bywał nieznośny, ale nigdy nie skąpił mu swego czasu. Eragon spytał go kiedyś skąd pochodzi. Brom zaśmiał się tylko mówiąc:

- Z wioski podobnej do Carvahall, lecz nie tak interesującej.

Zaciekawiony Eragon zapytał wuja, Garrow jednak potrafił tylko powiedzieć, że Brom niemal piętnaście lat temu kupił dom w Carvahall i odtąd mieszka tam spokojnie.

Teraz zapalił fajkę od krzesiwa i parę razy zaciągnął się dymem.

- No proszę... teraz nie będziemy musieli przerywać. Chyba że na herbatę. A zatem Jeźdźcy albo Shur'tugal, jak nazywały ich elfy. Od czego mam zacząć? Istnieli niezliczone lata, u szczytu potęgi władali ziemiami dwukrotnie rozleglejszymi niż dzisiejsze Imperium. Opowiadano o nich niezliczone historie, większość zmyślonych. Gdyby wierzyć we wszystko co mówiono, można by sądzić, że mocą dorównywali mniejszym bogom. Uczeni poświęcali całe życia próbując oddzielić prawdę od fikcji, wątpliwe jednak, by komukolwiek się to udało. Nie jest to jednak niemożliwe, jeśli ograniczymy się do trzech rzeczy, o których wspomniałeś: tego skąd wzięli się Jeźdźcy, czemu darzono ich tak wielką estymą i skąd przybyły smoki. Zacznę od tego ostatniego.

Eragon usadowił się wygodnie, słuchając fascynującego głosu bajarza.

- Smoki nie mają początku, chyba że mowa o stworzeniu samej Alagaësii. A jeśli mają koniec, nadejdzie on wraz z końcem tego świata, żyją bowiem tak długo jak sama ziemia. To one, a także krasnoludy i kilka innych ras są prawdziwymi jego mieszkańcami. Żyły tu przed innymi, silne i dumne, w chwale żywiołów. Ich świat nie zmieniał się, póki pierwsze elfy nie przypłynęły zza morza srebrnymi statkami.

- Skąd przybyły elfy? – przerwał mu Eragon. – I czemu nazywają je pięknym ludem? Czy naprawdę istnieją?

Brom skrzywił się.

- Chcesz żebym odpowiedział ci na twoje pierwsze pytania, czy nie? Bo nie zdążymy, jeśli będziesz wypytywał o każde kolejne wydarzenie.

- Przepraszam – powiedział Eragon. – Przykro mi. – Pochylił głowę udając skruszonego.

- Wcale nie – rzucił Brom z rozbawieniem. Spojrzał na palenisko, patrząc jak płomienie liżą czajnik. – Skoro już musisz wiedzieć, elfy nie są legendą. Nazywają je pięknym ludem, bo urodą przewyższają wszystkie inne rasy. Przybyły z krainy zwanej przez nie Alaleą, choć nikt prócz nich nie wie czym, czy nawet gdzie była.

Wracając do naszej historii – dodał, patrząc ostro spod krzaczastych brwi, by upewnić się, że słuchacz już mu nie przeszkodzi – elfy były wówczas dumną rasą, znały potężną magię. Z początku uważały smoki za zwykłe zwierzęta. Stąd wziął się śmiertelny błąd. Zapalczywy elfi młodzik urządził polowanie na smoka niczym na jelenia i zabił go. Oburzone smoki schwytały w zasadzkę i zabiły elfa. Niestety, na tym się nie skończyło. Smoki zwarły szeregi, atakując cały elfi naród. Przerażone straszliwym nieporozumieniem elfy próbowały zakończyć walkę, nie mogły jednak znaleźć sposobu, by porozumieć się ze smokami.

Krótko mówiąc, i pomijam tu szereg skomplikowanych wydarzeń, nastała bardzo długa i bardzo krwawa wojna, której obie strony niezmiernie później żałowały. Z początku elfy tylko się broniły, nie chciały bowiem dopuścić do eskalacji, lecz gwałtowne ataki smoków zmusiły je w końcu, by dla własnego bezpieczeństwa także przeszły do ataku. Trwało to pięć lat i trwałoby znacznie dłużej, gdyby elf imieniem Eragon nie znalazł smoczego jaja. – Eragon wzdrygnął się, zaskoczony. – O, widzę, że nie słyszałeś o swoim imienniku – dodał Brom.

- Nie. – Czajnik zagwizdał przeraźliwie. – Czemu nazwano mnie imieniem elfa?

- Zatem historia ta tym bardziej winna cię zainteresować – rzekł Brom. Zdjął czajnik z ognia i nalał wrzątku do dwóch kubków. Jeden z nich wręczył Eragonowi. – Liście nie muszą parzyć się długo, więc pij szybko, nim herbata stanie się zbyt mocna.

Eragon spróbował pociągnąć łyk, gorący płyn oparzył mu język. Brom odstawił własny kubek na bok i znów zaciągnął się dymem.

- Nikt nie wie, czemu jajo zostało porzucone. Niektórzy twierdzą, iż rodzice zginęli w ataku elfów, inni wierzą, że smoki z rozmysłem je tam zostawiły. Tak czy inaczej Eragon uznał, że warto wychować przyjaźnie nastawionego smoka. W sekrecie opiekował się nim i zgodnie ze zwyczajami pradawnej mowy, nazwał go Bid'Daum. Gdy Bid'Daum dorósł, razem wyruszyli do siedlisk smoków i przekonali je, by zakończyły wojnę z elfami. Obie rasy zawarły rozejm, a żeby wojna nigdy już nie wybuchła ustaliły wspólnie, iż należy stworzyć Jeźdźców.

Z początku Jeźdźcy mieli jedynie zapewniać łączność między smokami i elfami. Jednakże z czasem dostrzeżono ich wartość i dano większą władzę. W końcu osiedli na wyspie Vroengard i wznieśli miasto – Dorú Areabę. Nim Galbatorix ich zniszczył, Jeźdźcy dysponowali władzą większą niż wszyscy królowie Alagaësii. Tym samym odpowiedziałem chyba na twoje pierwsze dwa pytania.

- Tak – mruknął z roztargnieniem Eragon. Co za niezwykły zbieg okoliczności sprawił, że nadano mu imię pierwszego Jeźdźca. Z jakiegoś powodu imię to wydawało mu się teraz inne, obce. – Co znaczy słowo Eragon?

- Nie wiem – przyznał Brom. – Jest bardzo stare. Wątpię, by prócz elfów ktokolwiek pamiętał, a musiałbyś mieć doprawdy ogromne szczęście, by pomówić z jednym z nich. Ale to dobre imię, powinieneś być z niego dumny. Nie każdy ma miano tak godne szacunku.

Eragon otrząsnął się, porzucając próżne rozważania. Skupił się na tym, czego dowiedział się od Broma. Czegoś tu jednak brakowało.

- Nie rozumiem. Gdzie byliśmy, gdy stworzono Jeźdźców?

- Byliśmy? – Brom uniósł brwi.

- No wiesz, my wszyscy – Eragon machnął ręką. – Ludzie.

Brom roześmiał się.

- Nie należymy do tego świata, tak samo jak elfy. Dopiero po trzech stuleciach nasi przodkowie przybyli tu i dołączyli do Jeźdźców.

- To niemożliwe – zaprotestował Eragon. – Zawsze mieszkaliśmy w dolinie Palancar.

- To prawda, jeśli myślisz o kilku pokoleniach, ale nie dłużej. Nawet w twoim przypadku nie jest to prawdą, Eragonie – rzekł łagodnie Brom. – Choć uważasz się za część rodziny Garrowa, i słusznie, twój ojciec nie pochodził stąd. Popytaj i znajdziesz wielu ludzi, którzy nie przebywają tu wcale tak długo. To stara dolina, nie zawsze do nas należała.

Eragon skrzywił się, pociągając duży łyk herbaty. Była wciąż dość gorąca, by oparzyć mu gardło. To jego dom, nieważne kim był ojciec.

- Co się stało z krasnoludami po zniszczeniu Jeźdźców?

- Nikt nie wie na pewno. W pierwszych kilku bitwach walczyły u boku Jeźdźców. Gdy jednak zrozumiały, że Galbatorix zwycięży, zamknęły wszystkie znane wejścia do swych tuneli i zniknęły pod ziemią. Z tego co wiem, odtąd nikt ich nie widział.- A smoki? – spytał Eragon. – Co z nimi? Z pewnością nie wszystkie zabito.

- To największa tajemnica Alagaësii – odrzekł smutno Brom. – Ile smoków przeżyło rzeź urządzoną przez Galbatorixa? Oszczędził tylko te, które zgodziły się mu służyć. Lecz jedynie wpół szalone smoki Zaprzysiężonych były na to gotowe. Jeśli jakikolwiek smok – prócz Shruikana – żyje, ukrył się tak, by Imperium nigdy go nie znalazło.

Skąd zatem wziął się mój smok?, pomyślał Eragon.

- Czy urgale były już tutaj, gdy elfy przybyły do Alagaësii? – spytał.

- Nie, podążyły za nimi przez morze niczym kleszcze, złaknione krwi. To jeden z powodów, dla których tak bardzo ceniono umiejętności walki Jeźdźców i ich zdolność utrzymania pokoju... Wiele można się dowiedzieć z historii, szkoda, że król nie pozwala jej nauczać – zauważył Brom.

- Tak, słyszałem twoją baśń, gdy ostatnio byłem w mieście.

- Baśń?! – ryknął Brom, jego oczy zabłysły groźnie. – Jeśli to baśń, zatem pogłoski o mojej śmierci są prawdziwe i rozmawiasz z duchem! Szanuj przeszłość, nigdy nie wiesz jak może na ciebie wpłynąć.

Eragon odczekał, aż twarz Broma złagodnieje. Dopiero wtedy odważył się spytać.

- Jak duże były smoki?

Nad głową Broma unosił się ciemny pióropusz dymu, niczym miniaturowa burza.

- Większe niż dom. Nawet najmniejsze miały skrzydła o rozpiętości ponad stu stóp. Nigdy nie przestawały rosnąć. Niektóre z najstarszych, nim zabiło je Imperium, dorównywały rozmiarami sporym wzgórzom.

Eragon poczuł nagłą rozpacz. Jak zdołam w przyszłości ukryć mojego smoka? Mimo dręczących go pytań, pozornie zachował spokój.

- Kiedy dojrzewały?

- Hmm. – Brom podrapał się po brodzie. – Ziać ogniem zaczynały, gdy miały koło pięciu, sześciu miesięcy, wtedy też mogły się rozmnażać. Im starszy był smok, tym dłużej mógł ziać ogniem. Niektóre potrafiły to robić całymi minutami.

Brom wydmuchnął kółko z dymu, patrzył jak wzlatuje ku powale.

- Słyszałem, że ich łuski lśniły jak klejnoty.

Stary mężczyzna pochylił się naprzód.

- Dobrze słyszałeś – warknął. – Miały najróżniejsze kolory i kształty. Powiadają, że grupa smoków wyglądała niczym żywa tęcza, nieustannie zmieniająca się i lśniąca. Ale kto ci to powiedział?

Eragon zamarł na sekundę.

- Handlarz.

- Jak się nazywał? – naciskał Brom. Jego potargane brwi ściągnęły się, tworząc grubą, białą krechę. Zmarszczki na czole pogłębiły się jeszcze. Zapomniana fajka zgasła.

Eragon udawał, że się zastanawia.

- Nie wiem. Siedział u Morna, ale nie mam pojęcia jak się nazywał.

- Szkoda – mruknął Brom.

- Mówił też, że Jeździec słyszał myśli swego smoka – dodał szybko Eragon z nadzieją, że fikcyjny handlarz ochroni go przed podejrzeniami.

Oczy Broma zwęziły się. Powoli wyjął hubkę i krzesiwo, z fajki wzleciał dym, a on zaciągnął się głęboko i powoli wypuścił go z płuc.

- Mylił się – rzekł głucho. – Nie wspominają o tym w żadnej z opowieści, a znam je wszystkie. Mówił coś jeszcze?

Eragon wzruszył ramionami.

- Nie.

Brom był zbyt zainteresowany kupcem, by mógł bezpiecznie kontynuować swą historyjkę.

- Czy smoki żyły bardzo długo? – spytał od niechcenia.

Brom nie odpowiedział od razu, jego broda opadła na pierś. Palce z namysłem postukiwały w fajkę, pierścień migotał w blasku ognia.

- Przepraszam, myślałem o czymś innym. Tak, smok może żyć bardzo długo, ściślej mówiąc wiecznie, póki ktoś go nie zabije albo jego Jeździec nie umrze.

- Skąd to wiadomo? – wtrącił Eragon. – Jeśli smoki umierają wtedy, kiedy ich Jeźdźcy, mogą żyć najwyżej sześćdziesiąt, siedemdziesiąt lat. Mówiłeś w swojej... opowieści, że Jeźdźcy żyli setki lat, ale to niemożliwe.

Myśl, że mógłby przeżyć rodzinę i przyjaciół wstrząsnęła nim do głębi.

Wargi Broma wygięły się w lekkim uśmiechu.

- To co możliwe, jest rzeczą względną – rzekł przebiegle. – Niektórzy twierdza, że nikt nie wyjdzie żywy z Kośćca, tobie się to udaje. Wszystko jest kwestią perspektywy. Jesteś widać bardzo mądry, skoro wiesz to w tak młodym wieku. – Eragon zarumienił się, jego towarzysz zachichotał. – Nie złość się, skąd miałbyś wiedzieć podobne rzeczy. Zapomniałeś, że smoki to istoty magiczne – wszystko wokół siebie odmieniały w dziwny sposób. Jeźdźcy byli im najbliżsi, odczuwali to najmocniej. Najbardziej zauważalnym skutkiem magii było wydłużone życie Jeźdźców. Nasz król żyje dość długo, by tego dowieść, lecz większość ludzi przypisuje to jego własnej magii. Były też inne, mniej zauważalne zmiany. Wszyscy Jeźdźcy mieli mocniejsze ciała, silniejsze umysły i bystrzejszy wzrok niż zwykli ludzie. Poza tym uszy ludzi Jeźdźców powoli robiły się spiczaste, choć nigdy tak wyraźnie jak u elfów.

Eragon musiał powstrzymać się siłą, by nie sięgnąć i nie pomacać czubków własnych uszu. Jak jeszcze smok odmieni moje życie? Nie tylko wtargnął do mego umysłu, ale zmienia też ciało!

- Czy smoki były bardzo mądre?

- Nie słuchałeś tego, co opowiadałem przed chwilą? – spytał ostro Brom. – Jak elfy mogły zawrzeć przymierze i układy z tępymi stworzeniami? Były równie mądre jak ty czy ja.

- Ale to przecież zwierzęta! – upierał się Eragon.

Brom prychnął wzgardliwie.

- Nie były zwierzętami bardziej niż my sami. Z jakichś przyczyn ludzie wysławiają wszystkie czyny Jeźdźców, lecz zapominają o smokach, jakby były one jedynie egzotycznym środkiem transportu, pozwalającym im dostać się z miejsca na miejsce. A to nieprawda. Wielkie czyny Jeźdźców były możliwe tylko dzięki smokom. Ilu ludzi dobyłoby miecza wiedząc, że wkrótce powstrzyma ich olbrzymi ziejący ogniem jaszczur, dysponujący mądrością i wiedzą przewyższającą nawet królów, hę? – Wypuścił z ust kolejny pierścień dymu, odprowadzając go wzrokiem.

- Widziałeś kiedyś smoka?

- Nie – rzekł Brom. – Wszystko to działo się na długo przed moim urodzeniem.

A teraz imię.

- Próbowałem sobie przypomnieć imię pewnego smoka, ale nie mogę, choć mam je na końcu języka. Słyszałem je chyba, kiedy kupcy odwiedzili Carvahall. Nie jestem pewien. Mógłbyś mi pomóc?

Brom wzruszył ramionami i szybko wyrecytował całą listę imion.

- Był wśród nich Jura, Hírador i Fundor, który walczył z wielkim morskim wężem. Galzra, Briam, Ohen Potężny, Gretiem, Beroan, Roslarb... – po tym wymienił jeszcze wiele innych. Na samym końcu tak cicho, że Eragon niemal nie usłyszał, dodał... – i Saphira. – Brom umilkł, szybko opróżnił fajkę. – To jedno z nich?

- Chyba nie – mruknął Eragon. Brom dał mu wiele do myślenia i robiło się późno. – Cóż, Roran pewnie już skończył u Horsta. Powinienem wracać, choć wolałbym zostać.

Brom uniósł brwi.

- I to wszystko? Spodziewałem się, że będę odpowiadał na twoje pytania, póki nie przyjdzie cię szukać. Nie chcesz usłyszeć o taktyce bitewnej smoków, nie prosisz o opis oszałamiających walk powietrznych? To już koniec?

- Na razie – Eragon zaśmiał się. – Dowiedziałem się tego, czego chciałem i znacznie więcej.

Wstał. Brom zrobił to samo.

- Dobrze zatem – odprowadził Eragona do drzwi. – Do widzenia, uważaj na siebie. I nie zapomnij, jeśli przypomnisz sobie kim był ten kupiec, powiedz mi.

- Powiem, dziękuję.

Eragon wyszedł na oślepiające zimowe słońce, zmrużył oczy i odszedł powoli, rozmyślając o tym co usłyszał.


Fragment VIII
Imię mocy

W drodze do domu Roran oświadczył.

- Dziś u Horsta zjawił się obcy, przyjechał z Therinsfordu.

- Jak się nazywa? – spytał Eragon, wymijając zamarzniętą kałużę i maszerując szybkim krokiem. Oczy i policzki piekły go od mrozu.

- Dempton. Przyjechał prosząc, by Horst wykuł mu parę tulej. – Masywne nogi Rorana poruszały się szybko w śniegu, przecierając drogę Eragonowi.

- Czy Therinsford nie ma własnego kowala?

- Ma – wyjaśnił Roran – ale brak mu umiejętności. – Zerknął na Eragona i wzruszył ramionami. – Dempton potrzebuje tulej do młyna, rozbudowuje go. Zaproponował mi pracę. Jeśli przyjmę, wyjadę z nim, gdy przyjedzie je odebrać.

Młynarze pracowali cały rok. Zimą mełli wszystko, co przynosili im ludzie. W porze żniw kupowali ziarno i sprzedawali je jako mąkę. To była ciężka, niebezpieczna praca. Ludzie we młynie często tracili palce bądź dłonie w olbrzymich żarnach.

- Powiesz Garrowowi? – spytał Eragon.

- Tak – twarz Rorana rozjaśnił posępny uśmiech.

- Po co? Wiesz co myśli o naszym wyjeździe. Jeśli coś powiesz, narobisz tylko kłopotów. Zapomnij o wszystkim i spokojnie zjemy obiad.

- Nie mogę. Zamierzam przyjąć tę pracę.

Eragon zatrzymał się jak wryty.

- Czemu? – Stali naprzeciw siebie, ich oddechy bielały w mroźnym powietrzu. – Wiem, że ciężko o pieniądze, ale zdołamy jakoś przetrwać. Nie musisz wyjeżdżać.

- Nie, nie muszę, ale potrzebuję pieniędzy dla siebie – Roran próbował ruszyć naprzód, lecz Eragon nawet nie drgnął.

- Po co ci one? – spytał ostro.

Jego kuzyn lekko uniósł ramiona i wyprostował się.

- Chcę się ożenić.

Eragona ogarnęło zdumienie i oszołomienie. Pamiętał jak Katrina i Roran całowali się podczas wizyty kupców. Ale małżeństwo?

- Z Katriną? – spytał słabo, gwoli potwierdzenia. Roran skinął głową. – Pytałeś ją już?

- Jeszcze nie, ale wiosną, gdy będzie mnie stać na utrzymanie domu, spytam.

- Na farmie jest zbyt wiele pracy, żebyś teraz wyjechał – zaprotestował Eragon. – Zaczekaj, aż będziemy gotowi do sadzenia.

- Nie – Roran także się zaśmiał. – Na wiosnę będę najbardziej potrzebny. Ziemię trzeba zaorać, zasiać ziarno, wyrwać chwasty. Nie mówiąc o innych obowiązkach. Nie, to najlepsza pora na wyjazd. Teraz, gdy czekamy na zmianę pór roku. Poradzicie sobie z Garrowem beze mnie. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, wkrótce wrócę na farmę z żoną.

Eragon niechętnie przyznał, że Roran mówi z sensem. Pokręcił głową, sam jednak nie wiedział, czy kieruje nim zdumienie, czy też gniew.

- Pozostaje mi tylko życzyć ci szczęścia. Ale Garrow może nie przyjąć tych nowin zbyt dobrze.

- Zobaczymy.

Znów ruszyli naprzód. Cisza dzieliła ich niczym niewidzialna ściana. Eragon czuł niepokój w sercu; potrzebował czasu, nim spojrzy przychylnie na plany kuzyna. Gdy dotarli do domu, Roran nie poinformował Garrowa o swych zamierzeniach. Lecz Eragon był pewien, iż uczyni to wkrótce.

* * *

Niedługo po tym wybrał się na spotkanie ze smokiem – pierwsze, odkąd ten przemówił do niego. Eragon podszedł doń z lękiem, świadom, że ma do czynienia z kimś równym sobie.

Eragon.

- Tylko to potrafisz powiedzieć? – warknął.

Tak.

Jego oczy otwarły się szerzej na tę niespodziewaną odpowiedź. Usiadł ciężko na ziemi. Do tego ma poczucie humoru. Co jeszcze? Pełnym irytacji gestem złamał stopą suchą gałąź. Słowa Rorana wprawiły go w paskudny nastrój. Poczuł pytającą myśl smoka, toteż opowiedział mu co się stało. I gdy tak mówił, jego głos stawał się coraz donośniejszy, aż w końcu zaczął wrzeszczeć bezsensownie i wściekać się, póki nie wyczerpał do cna swych emocji. W bezsensownym odruchu uderzył pięścią o ziemię.

– Po prostu nie chcę, żeby odszedł – rzekł bezradnie.

Smok obserwował go obojętnie, słuchając, ucząc się. Eragon wymamrotał kilka starannie dobranych przekleństw i potarł ręką oczy. Z namysłem spojrzał na smoka.

- Potrzebne ci imię. Słyszałem dziś kilka interesujących. Może jedno z nich ci się spodoba. – Zaczął w duchu przeglądać kolejne imiona z listy Broma, aż w końcu natrafił na dwa, które wydały mu się bohaterskie, szlachetne i miłe w brzmieniu. – Co powiesz na Vanilora bądź jego następcę Eridora? To były wspaniałe smoki.

Nie, odparł smok. Zdawało się, że bawią go te próby. Eragon.

- To moje imię, nie możesz go dostać – Eragon potarł policzek. – Jeśli te ci się nie podobają, mam inne. – Zaczął wymieniać imiona z listy, lecz smok odrzucał je po kolei. Eragon miał wrażenie, iż stworzenie śmieje się z czegoś, czego on sam nie rozumie. Na razie puścił to jednak mimo uszu. – Był jeszcze Ingothold, zabił... – nagle urwał w chwili olśnienia. W tym właśnie rzecz! Wybierałem męskie imiona. Ty jesteś smoczycą!

Tak. Smoczyca z rozbawioną miną zwinęła skrzydła.

Teraz, gdy wiedział czego szukać, wynalazł pół tuzina imion. Zastanawiał się nad Miremel, ale nie pasowało – w końcu było to imię brązowego smoka. Opheila i Lenora także zostały zdyskwalifkowane. Już miał się poddać, gdy przypomniał sobie ostatnie wymieniane przez Broma imię. Eragonowi się spodobało, ale co powie smok?

Spytał zatem.

- Czy jesteś Saphirą?

Smoczyca spojrzała na niego mądrymi oczami. W głębi umysłu on odczuł jej zadowolenie.

Tak.

Coś szczęknęło mu w głowie. Jej głos odbił się echem, niczym dobiegający z wielkiej oddali. Eragon uśmiechnął się szeroko w odpowiedzi. Saphira zaczęła mruczeć.


Fragment IX
Przyszły młynarz

Gdy na stole stanął obiad, słońce już zaszło. Na dworze zerwał się ostry wiatr, który potrząsał domem. Eragon nie spuszczał wzroku z Rorana, czekając na nieuniknione. W końcu nadeszło.

- Zaproponowano mi pracę we młynie w Therinsfordzie... i zamierzam ją przyjąć.

Garrow powoli przeżuł ostatni kęs strawy i odłożył widelec. Wyprostował się na krześle, splótł palce za głową i wypowiedział jedno suche słowo.

- Czemu?

Roran wyjaśnił. Tymczasem Eragon z roztargnieniem dzióbał widelcem jedzenie.

- Rozumiem – odparł jedynie Garrow. Umilkł, wpatrując się w powałę. Obaj chłopcy w bezruchu czekali na jego reakcję. – Kiedy zatem wyjeżdżasz?

- Co takiego? – spytał Roran.

Garrow pochylił się, w jego oczach rozbłysła iskierka.

- Sądziłeś, że cię zatrzymam? Miałem nadzieję, że szybko się ożenisz. Dobrze będzie, gdy rodzina znów zacznie się powiększać. Katrina to szczęściara, skoro może mieć ciebie. – Na twarzy Rorana odbiło się zdumienie, uśmiechnął się z ulgą. – No to kiedy wyjeżdżasz? – powtórzył Garrow.

Jego syn odzyskał głos.

- Gdy Dempton wróci po tuleje do młyna.

Garrow skinął głową.

- Czyli za...

- Dwa tygodnie.

- Świetnie, mamy więc czas się przygotować. Dziwnie tu będzie bez ciebie. Ale jeśli wszystko ułoży się pomyślnie, nie potrwa to zbyt długo – unosząc wzrok spojrzał na Eragona.

- Wiedziałeś o tym?

Eragon z ponurą miną wzruszył ramionami.

- Do dziś nie. To szaleństwo.

Jego wuj potarł dłonią twarz.

- To naturalna kolej rzeczy – dźwignął się z krzesła. – Wszystko będzie dobrze, czas wszystko załatwi. Na razie jednak sprzątnijmy talerze. – Eragon i Roran pomogli mu w milczeniu.

Następne kilka dni okazały się bardzo trudne. Eragon cały czas był poirytowany. Z nikim nie rozmawiał, zapytany udzielał krótkich, nieuprzejmych odpowiedzi. Wszędzie wokół siebie widział milczące oznaki zbliżającego się wyjazdu Rorana. Garrow szykował mu worek, ze ścian znikały przedmioty, w domu pojawiła się dziwna pustka. Dopiero po niecałym tygodniu uświadomił sobie, że oddalili się od siebie z Roranem. Gdy rozmawiali, słowa przychodziły im z trudem, niezręczne i wymuszone.

Saphira stanowiła balsam na troski Eragona. Z nią mógł rozmawiać swobodnie. Jej umysł wyczuwał wszystkie jego emocje i rozumiała go lepiej niż ktokolwiek inny. Przed wyjazdem Rorana przeszła kolejny etap szybkiego wzrostu, zyskując dwanaście cali w kłębie. Była już wyższa niż Eragon, który odkrył, że niewielkie zagłębienie w miejscu, gdzie jej szyja łączyła się z ciałem, stanowi idealne siedzisko. Często odpoczywał tam wieczorami drapiąc ją po szyi i wyjaśniając znaczenie różnych słów. Wkrótce zaczęła rozumieć wszystko co mówił i często komentowała jego uwagi.

Ta część jego życia sprawiała Eragonowi niezwykłą przyjemność.. Saphira była równie prawdziwa i skomplikowana jak każdy człowiek. Osobowość miała złożoną i czasami całkowicie obcą, lecz rozumieli się na niezwykłym, niedostępnym innym poziomie. Jej działania i myśli wciąż ujawniały nowe aspekty charakteru. Kiedyś schwytała orła, zamiast jednak go zjeść, wypuściła, mówiąc: Żaden powietrzny łowca nie powinien skończyć jako ofiara. Lepiej zginąć w locie niż umrzeć na ziemi.

Oświadczenie Rorana odsunęło w przyszłość plany Eragona, który zamierzał pokazać rodzinie Saphirę. Dodatkowo przyczyniły się do tego także jej własne ostrzeżenia. Nie miała ochoty się pokazywać, a on, częściowo z pobudek samolubnych, zgodził się z nią. Wiedział, że w chwili gdy ujawni istnienie smoczycy, Roran i Garrow zasypią go pretensjami, oskarżeniami, słowami pełnymi lęku... Zatem zwlekał. Postanowił, że zaczeka na znak, iż nadeszła właściwa pora.

W noc przed wyjazdem Rorana, Eragon poszedł z nim porozmawiać. Na stoliku stała lampa oliwna, oświetlając pokój ciepłym blaskiem. Słupki łóżka rzucały długie cienie na puste, sięgające powały półki.. Roran owijał swe ubrania i dobytek kocem; ściągnięte mięśnie karku zdradzały napięcie. Zawahał się chwilę, podniósł coś z poduszki i podrzucił w dłoni. Był to wypolerowany kamyk, który Eragon podarował mu wiele lat wcześniej. Roran zaczął go wkładać do tobołka, potem jednak znieruchomiał i odłożył kamień na półkę. Gardło Eragona ścisnęło się gwałtownie. Wyszedł.


Fragment X
Obcy w Carvahall

Śniadanie było zimne, lecz herbata gorąca. Pokrywający okna szron stopniał, gdy rankiem rozpalili ogień. Woda spłynęła na drewnianą podłogę, tworząc ciemne kałuże. Eragon spojrzał na Garrowa i Rorana, krzątających się przy kuchni i pomyślał, że dopiero za kilka miesięcy znów ujrzy ich razem.

Roran przysiadł na krześle, sznurując buty. Obok na podłodze złożył pełny worek. Garrow stał między nimi, ręce wsunął głęboko do kieszeni. Koszula zwisała mu z ramion, skóra sprawiała wrażenie napiętej. Mimo próśb i nalegań młodzieńców, odmówił pójścia z nimi. Pytany o powód odparł, że tak będzie najlepiej.

- Masz wszystko? – spytał Rorana.

Garrow przytaknął. Wyciągnął z kieszeni niewielką sakiewkę. Gdy wręczył ją Roranowi, zabrzęczały monety.

- Oszczędzałem je dla ciebie. Nie jest tego wiele, ale jeśli zechcesz kupić jakąś drobnostkę bądź błyskotkę, wystarczy.

- Dziękuję, lecz nie zamierzam wydawać pieniędzy na błyskotki – odparł Roran.

- Rób co chcesz, są twoje. Nie mam nic więcej, co mógłbym ci dać, prócz ojcowskiego błogosławieństwa. Weź je, jeśli chcesz; nie jest wiele warte.

Głos Rorana zadrżał ze wzruszenia.

- Będę zaszczycony mogąc je otrzymać.

- Zatem przyjmij je i idź w pokoju – Garrow ucałował go w czoło, po czym odwrócił się i dodał głośniej. – Nie myśl, że zapomniałem o tobie, Eragonie. Mam wam do powiedzenia parę słów. Czas, abym je wypowiedział, bo odkrywacie świat. Słuchajcie ich, a dobrze wam posłużą. – Pochylił głowę patrząc na nich surowo. – Po pierwsze, nie pozwólcie, by ktokolwiek zawładnął waszym ciałem bądź umysłem. Dołóżcie wszelkich starań, aby wasze myśli pozostały swobodne. Nawet wolny człowiek może być bardziej skrępowany niż niewolnik. Służcie ludziom w potrzebie uchem, lecz nie sercem. Okazujcie szacunek tym u władzy, lecz nie podążajcie za nimi ślepo. Osądzajcie, kierując się logiką i rozumem, lecz nie komentujcie głośno.

Nie uważajcie nikogo za lepszego od siebie, nieważne kim byłby w życiu. Traktujcie wszystkich uczciwie, by nie narazić się na zemstę. Rozważnie wydawajcie pieniądze. Bądźcie wierni swym przekonaniom, a inni was wysłuchają. – Zawahał się i dodał wolniej. – A co do miłości... moja jedyna rada brzmi: bądźcie uczciwi. To najpotężniejsze narzędzie, otwierające serca i zyskujące przebaczenie. To wszystko, co mam wam do powiedzenia. – Nagle wydało się, że jest lekko skrępowany.

Podniósł z ziemi worek Rorana.

- Teraz musisz już iść. Zaczyna świtać, Dempton będzie czekać.

Roran zarzucił worek na plecy i uściskał Garrowa.

- Wrócę, gdy tylko będę mógł – oznajmił.

- To dobrze – rzucił Garrow. – Teraz jednak idź i nie martw się o nas.

Rozstali się niechętnie. Eragon i Roran wyszli na dwór, po czym odwrócili się i pomachali. Garrow podniósł kościstą dłoń, jego poważne oczy obserwowały obu chłopców maszerujących w stronę traktu. Po długiej chwili zatrzasnął drzwi. Słysząc niosący się w powietrzu dźwięk, Roran przystanął.

Eragon obejrzał się, wodząc wzrokiem wokół. Na moment zatrzymał się na samotnych budynkach. Wydawały się żałośnie małe i kruche. Jedynym dowodem życia była cienka smużka dymu wzlatującego z komina zasypanego śniegiem domu.

- To nasz cały świat – zauważył z powagą Roran.

Eragon zadrżał niecierpliwie.

- Ale dobry – rzekł szorstko. Roran skinął głową, wyprostował plecy i ruszył naprzód w nową przyszłość. Gdy zeszli ze wzgórza, dom zniknął im z oczu.

* * *

Kiedy dotarli do Carvahall, wciąż było bardzo wcześnie, lecz drzwi kuźni stały już otworem. Powietrze wewnątrz okazało się przyjemnie ciepłe. Baldor powoli operował dwoma wielkimi miechami przymocowanymi z boku kamiennego pieca, pełnego rozżarzonych węgli. Przed piecem stało czarne kowadło i okuta żelazem beczka, pełna słonej wody. Z szeregu drążków wystających ze ścian na wysokości szyi zwisały rzędy przedmiotów: olbrzymie szczypce, kleszcze, pilniki gładkie i zębate, młoty najróżniejszych kształtów i rozmiarów, dłuta, linie, przebijaki, wiertła, sztabki żelaza i stali czekające na ukształtowanie, obcęgi, nożyce, kilofy i łopaty. Horst i Dempton stali obok długiego stołu.

Na ich widok Dempton ruszył naprzód, z szerokim uśmiechem pod ogniście rudym wąsem.

- Roranie, cieszę się, że przyszedłeś. Mam nowe żarna i nie dałbym sam sobie rady. Jesteś gotów?

Roran poprawił worek.

- Tak. Czy już ruszamy?

- Najpierw muszę załatwić parę spraw, ale wyruszymy w ciągu godziny.

Eragon przestąpił z nogi na nogę i Dempton odwrócił się do niego, pociągając koniuszek wąsa.

- Ty musisz być Eragon. Tobie też zaproponowałbym pracę, ale Roran zajął jedyne miejsce. Może za rok czy dwa, co?

Eragon uśmiechnął się niespokojnie i pokręcił głową. Mężczyzna był przyjacielski, w innych okolicznościach z pewnością by go polubił, w tej chwili jednak pożałował, że młynarz kiedykolwiek przybył do Carvahall. Dempton sapnął.

- Doskonale, doskonale. – Z powrotem skupił uwagę na Roranie i zaczął wyjaśniać jak działa młyn.

- Są gotowe – przerwał im Horst, wskazując ręką stół, na którym leżało kilka zawiniątek. – Możesz je zabrać kiedy chcesz. – Uścisnęli dłonie, po czym Horst wyszedł z kuźni, wzywając gestem Eragona. Zaciekawiony chłopak podążył za nim. Ujrzał kowala stojącego na ulicy ze splecionymi na piersi rękami. Eragon machnął kciukiem w stronę młynarza.

- Co o nim sądzisz?

- To dobry człowiek – zagrzmiał Horst. – Zaopiekuje się Roranem. – Z roztargnieniem strzepnął z fartucha opiłki żelaza, po czym położył ciężką dłoń na ramieniu Eragona. – Chłopcze, pamiętasz swoją kłótnię ze Sloanem?

- Jeśli chodzi ci o zapłatę za mięso, nie zapomniałem.

- Nie, ufam ci, chłopcze. Chcę natomiast wiedzieć, czy wciąż masz ten niebieski kamień.

Serce Eragona zatrzepotało. Czemu on pyta? Może ktoś widział Saphirę? Starając się nie panikować, rzekł:

- Mam, ale dlaczego pytasz?

- Gdy tylko wrócisz do domu, pozbądź się go – Horst puścił mimo ucha zdumiony okrzyk Eragona. – Wczoraj przybyli tu dwaj mężczyźni, dziwni ludzie ubrani na czarno i uzbrojeni w miecze. Sam ich widok sprawił, że wstrząsnął mną dreszcz. Wieczorem zaczęli wypytywać ludzi, czy ktoś znalazł kamień taki jak twój. Dziś znów będą pytali. – Eragon zbladł. – Nikt rozsądny nie powie im ani słowa, ludzie umieją rozpoznać kłopoty. Potrafiłbym jednak wskazać paru, którzy będą mówić.

Serce Eragona ścisnęło się ze zgrozy. Ktokolwiek posłał kamień do Kośćca, w końcu go odnalazł. A może Imperium dowiedziało się o Saphirze? Nie wiedział, co byłoby gorsze. Myśl, myśl. Jajo zniknęło, nie zdołają go już znaleźć. Jeśli jednak wiedzieli czym było, domyślą się co się stało... Coś może grozić Saphirze! Potrzebował całej siły woli, by nie zdradzić targającego nim strachu.

- Dziękuję, że mi powiedziałeś. Wiesz gdzie oni są? – Z dumą stwierdził, że jego głos tylko lekko zadrżał.

- Nie ostrzegam cię po to, żebyś się z nimi spotykał. Opuść Carvahall, wracaj do domu.

- Dobrze – rzekł Eragon, by uspokoić kowala. – Jeśli sądzisz, że powinienem.

- Sądzę. – Twarz Horsta złagodniała. – Może przesadzam, ale mam złe przeczucie co do tych obcych. Lepiej byłoby, gdybyś został w domu, póki nie wyjadą. Postaram się trzymać ich z daleka od waszej farmy, choć może mi się nie udać.

Eragon spojrzał na niego z wdzięcznością. Żałował, że nie może mu opowiedzieć o Saphirze.

- Pójdę już – rzekł i pospieszył z powrotem do Rorana. Uścisnął mu ramię i pożegnał.

- Nie zostaniesz choć trochę? – spytał zdumiony Roran.

Eragon o mało się nie roześmiał. Z jakiegoś powodu pytanie to strasznie go rozbawiło.

- Nie mam tu nic do roboty i nie zamierzam stać i czekać, aż odejdziesz.

- No to – mruknął niepewnie Roran – chyba nie zobaczymy się już przez parę miesięcy.

- Z pewnością miną szybko – odparł pospiesznie Eragon. – Uważaj na siebie i wracaj jak najprędzej.

Uścisnął Rorana, po czym wyszedł. Horst wciąż stał na ulicy. Świadom wzroku kowala Eragon skierował się na przedmieście Carvahall. Gdy kowal zniknął mu z oczu, skręcił za dom i z powrotem zakradł się do wioski.

Trzymając się cieni sprawdzał kolejne ulice, nasłuchując w poszukiwaniu nawet najcichszych dźwięków. Myślami wrócił do domu, gdzie na ścianie został łuk. Pożałował, że nie ma go w dłoni. Krążył po Carvahall, unikając ludzi, aż w końcu zza jednego z domów usłyszał obcy, złowrogi głos. Choć słuch miał bystry, musiał wytężać uszy, by cokolwiek usłyszeć.

- Kiedy to się stało? – Słowa były gładkie niczym natłuszczone szkło, wydawały się przeciskać przez powietrze. Pobrzmiewał w nich dziwny syk, który sprawił, że włosy zjeżyły mu się na głowie.

- Jakieś trzy miesiące temu – odpowiedział ktoś. Eragon rozpoznał go natychmiast: Sloan.

Na krew Cienia, zaraz im powie... Postanowił podczas następnego spotkania przywalić Sloane'owi pięścią.

Do rozmowy dołączyła trzecia osoba o niskim, wilgotnym głosie, przywołującym wizje zgnilizny, pleśni i innych rzeczy, które lepiej omijać z daleka.

- Jesteś pewien? Bardzo byśmy nie chcieli, byś popełnił błąd. W takim przypadku mogłoby się to skończyć niezwykle... nieprzyjemnie.

Eragon potrafił sobie wyobrazić, co mogliby zrobić. Czy ktokolwiek poza Imperium śmiałby tak grozić ludziom? Pewnie nie, ale osoba, która przysłała jajo mogła być dość potężna, by otwarcie posługiwać się przemocą.

- Tak, jestem pewien. Miał go wtedy, nie kłamię. Mnóstwo ludzi o nim wie. Popytajcie. – Sloan sprawiał wrażenie wstrząśniętego. Powiedział coś jeszcze, czego Eragon nie dosłyszał.

- Byli mało... skłonni do współpracy – słowa te zabrzmiały drwiąco. Po chwili ciszy przybysz dodał: – Twoje informacje bardzo nam pomogły. Nie zapomnimy o tym. – Eragon mu uwierzył.

Sloan wymamrotał coś niewyraźnie, po czym Eragon usłyszał oddalające się pospiesznie kroki. Zerknął za róg, aby sprawdzić co się dzieje. Na ulicy stało dwóch wysokich mężczyzn, obaj ubrani w długie czarne płaszcze, unoszone z boku przez wiszące z pasów pochwy. Na koszulach mieli symbole haftowane srebrną nicią. Kaptury osłaniały im twarze, dłonie skrywały rękawice. Plecy mieli dziwnie zgarbione, jakby ktoś wypchał im ubrania.

Eragon poruszył się lekko, próbując przyjrzeć im się bliżej. Jeden z obcych zesztywniał, odchrząknął dziwnie. Obaj obrócili się gwałtownie i przykucnęli. Eragon wstrzymał oddech, ogarnął go śmiertelny strach. Jego wzrok padł na ukryte twarze przybyszów i myśli skrępowała mu dziwna moc, nie pozwalając się ruszyć. Zmagając się z nią krzyczał do samego siebie: Dalej! Jego nogi napięły się, bez skutku. Obcy skradali się ku niemu płynnym, bezszelestnym krokiem. Wiedział, że widzą już jego twarz, byli niemal za rogiem, sięgali po miecze...

- Eragon! – szarpnął się słysząc swe imię. Przybysze zamarli w miejscu i syknęli. Brom pospieszył ku niemu z boku, głowę miał gołą, w dłoni trzymał laskę. Nie widział przybyszów. Eragon próbował go ostrzec, lecz jego język i ręce nie mogły się ruszyć. – Eragon! – krzyknął ponownie Brom. Obcy jeszcze raz spojrzeli na niego, po czym zniknęli między domami.

Eragon dygocząc runął na ziemię. Na jego czole perlił się pot, dłonie miał lepkie i wilgotne. Stary mężczyzna podał mu rękę i postawił na nogi.

- Wyglądasz na chorego. Czy coś się stało?

Eragon przełknął ślinę i bez słowa pokręcił głową. Gorączkowo rozglądał się wokół, szukając czegokolwiek niezwykłego.

- Nagle zakręciło mi się w głowie, to wszystko. Już minęło. To było bardzo dziwne. Nie wiem czemu.

- Dojdziesz do siebie – rzucił Brom. – Ale może powinieneś wrócić do domu.

Tak, muszę wracać do domu. Muszę tam dotrzeć przed nimi.

- Chyba masz rację. Może to jakaś choroba.

- Zatem najlepiej będzie, jak wrócisz. To długa droga, ale z pewnością szybko poczujesz się lepiej. Odprowadzę cię do traktu.

Eragon nie protestował. Brom ujął go pod ramię i poprowadził szybko naprzód. Laska mężczyzny z cichym skrzypieniem zagłębiała się w śnieg.

- Czemu mnie szukałeś?

Bajarz wzruszył ramionami.

- Ze zwykłej ciekawości. Dowiedziałem się, że jesteś w mieście i zastanawiałem czy przypomniałeś sobie imię owego kupca.

Kupca? O czym on mówi? Eragon przez moment patrzył na niego bezmyślnie. Czujne oczy Broma dostrzegły zmieszanie chłopaka.

- Nie – rzekł i poprawił się szybko – wciąż nie pamiętam.

Brom westchnął głucho, jakby coś potwierdziło jego podejrzenia i potarł orli nos.

- Cóż zatem... jeśli sobie przypomnisz, daj mi znać. Niezwykle ciekawi mnie handlarz, który udaje, że tak wiele wie o smokach.

Eragon przytaknął z roztargnieniem. W milczeniu doszli do traktu.

- Spiesz do domu – polecił Brom. – Nie radziłbym ci zwlekać. – Podał mu wykręconą, kościstą dłoń.

Eragon uścisnął ją. Lecz gdy wypuścił rękę Broma, coś zaczepiło o jego rękawicę i ściągnęło ją, upadła na ziemię. Stary mężczyzna podniósł ją.

- Taki jestem niezdarny – rzekł przepraszająco i wręczył Eragonowi rękawicę. Gdy chłopak ją ujął, silne palce bajarza chwyciły jego przegub i obróciły, na moment ukazując wnętrze dłoni i srebrzyste znamię.. Oczy Broma zabłysły, pozwolił jednak Eragonowi wyszarpnąć rękę i wsunąć rękawicę.

- Bywaj – wykrztusił wstrząśnięty Eragon i pospieszył w stronę domu. Za plecami usłyszał, jak Brom pogwizduje wesołą melodię.


Fragment XI
Lot przeznaczenia

Eragon niemal biegł do domu, jego myśli wirowały. Ani na moment nie zwalniał kroku, nawet wtedy gdy z trudem chwytał powietrze. Pędząc zmarzniętym traktem posyłał przed siebie myśli w poszukiwaniu Saphiry, była jednak zbyt daleko, by nawiązać kontakt. Zastanawiał się, co powie Garrowowi. Nie miał już wyboru, będzie musiał ujawnić istnienie Saphiry.

Dotarł do domu zdyszany, z walącym sercem. Garrow stał obok stodoły z końmi. Eragon zawahał się. Czy powinienem pomówić z nim od razu? Nie uwierzy mi, chyba że zobaczy Saphirę. Lepiej najpierw ją znajdę. Okrążył farmę i zagłębił się w las. Saphiro!, wykrzyknął w myślach.

Przybywam, usłyszał odległą odpowiedź. Wyczuł w tych prostych słowach niepokój smoczycy. Eragon czekał niecierpliwie. Już wkrótce łopot ciężkich skrzydeł wypełnił powietrze. Wylądowała przed nim w obłoku dymu.

Co się stało? – spytała.

Dotknął jej ramienia i zamknął oczy. Uspokajając umysł, szybko opowiedział jej o wszystkim. Gdy wspomniał o nieznajomych Saphira szarpnęła się, wspięła na tylne nogi i ryknęła ogłuszająco, po czym machnęła mu nad głową ogonem. Cofnął się zaskoczony i skulony, a ciężki ogon rąbnął w zaspę. Z umysłu smoczycy promieniowała falami żądza krwi i przerażenie. Ogień! Nieprzyjaciel! Śmierć! Mordercy!

Co się stało? Przelał w te słowa całą swą siłę, lecz jej umysł otaczał żelazny mur, osłaniając myśli. Wydała z siebie kolejny ryk i rozdarła ziemię szponami, szarpiąc zmarzniętą ściółkę.

Przestań, Garrow cię usłyszy!

Przysięgi złamane, dusze zabite, strzaskane jaja! Wszędzie krew. Mordercy!

Gorączkowo próbował zablokować emocje Saphiry, nie spuszczając wzroku z jej ogona. Gdy znów przeleciał obok niego, Eragon skoczył naprzód i chwycił szpikulec na grzbiecie smoczycy. Ściskając go wciągnął się w zagłębienie u podstawy jej szyi i przytrzymał mocno, gdy znów wierzgnęła.

- Saphiro, wystarczy! – huknął. Strumień smoczych myśli ustał gwałtownie. Eragon przesunął dłonią po jej łuskach. – Wszystko będzie dobrze.

Saphira przykucnęła, jej skrzydła uniosły się gwałtownie, przez moment zawisły w powietrzu, po czym opadły, gdy wystartowała do lotu.

Eragon wrzasnął, widząc jak ziemia oddala się szybko. Wzlecieli ponad drzewa. Poczuł wstrząsy tak silne, że wypuścił powietrze i nie zdołał zaczerpnąć tchu. Saphira nie zważając na jego przerażenie skręciła w stronę Kośćca. Pod sobą dostrzegł farmę i płynącą w dole Anorę. Żołądek ścisnął mu się gwałtownie, mocniej objął rękami szyję Saphiry, wbijając wzrok w łuski tuż przed nosem i próbując nie zwymiotować. Wciąż wzlatywali wyżej. Gdy wyrównała lot, zebrał się na odwagę i rozejrzał. Powietrze było tak zimne, że na rzęsach osiadał mu szron. Dotarli do gór szybciej niż wydawało mu się możliwe. Z powietrza szczyty przypominały olbrzymie, ostre jak brzytwa zębiska, czekające by rozszarpać ich na strzępy. Saphira zachwiała się niespodziewanie i Eragon o mało nie spadł z jej grzbietu. Wierzchem dłoni otarł wargi, czując smak żółci, i ponownie przycisnął głowę do jej szyi.

Musimy wracać, błagał w myślach. Obcy zmierzają na farmę. Trzeba ostrzec Garrowa. Zawracaj!

Nie odpowiedziała. Sięgnął ku jej umysłowi i natychmiast natrafił na mur gwałtownego strachu i wściekłości. Zdecydowany zawrócić, z ponurą determinacją zaczął przebijać myślową zbroję smoczycy. Wyszukiwał najsłabsze miejsca, poruszał mocniejsze fragmenty, cały czas walczył, próbując zmusić ją, by go wysłuchała. Bez skutku.

Wkrótce otoczyły ich góry, niewiarygodnie wielkie białe ściany i granitowe urwiska. Między wierzchołkami połyskiwały błękitne lodowce, przypominające zamarznięte rzeki. W dole otwierały się długie doliny i przepaści. Eragon słyszał dobiegające z dołu ptasie krzyki. Stadko kudłatych kózprzeskakiwało między skałami.

Prądy powietrza wzbijane przez skrzydła Saphiry szarpały nim gwałtownie. Za każdym razem, gdy poruszała głową, rzucała nim z boku na bok. Wydawała się niestrudzona. Bał się, że będzie leciała całą noc. W końcu gdy zapadł zmrok zanurkowała w dół.

Eragon rozejrzał się i odkrył, że zmierzają w stronę niewielkiej polany w dolinie. Saphira zatoczyła kilka kręgów, leniwie przepływając nad wierzchołkami drzew. Gdy ziemia była tuż tuż, raz jeszcze uderzyła skrzydłami, lądując na tylnych nogach. Potężne mięśnie napięły się, absorbując wstrząs. Saphira opadła na cztery nogi i postąpiła parę kroków, by utrzymać równowagę. Eragon nie czekając aż zwinie skrzydła zsunął się na ziemię.

Gdy na niej wylądował, kolana ugięły się pod nim, policzkiem uderzył w śnieg. Jęknął, czując przeszywający ból w nogach. Do oczu napłynęły mu łzy. Obolałe po godzinach stałego napięcia mięśnie dygotały gwałtownie. Drżąc, przekręcił się na plecy i wyciągnął ręce i nogi. Potem zmusił się, by spojrzeć w dół. Po wewnętrznej stronie ud na wełnianej tkaninie spodni rozlewały się dwie ciemne plamy. Dotknął materiału, był mokry. Wystraszony zsunął spodnie i skrzywił się. Uda miał otarte do krwi, skóra zniknęła, zdarły ją twarde łuski Saphiry. Delikatnie pomacał otarcia i syknął.. Nagle poczuł ukąszenie mrozu. Szybko naciągnął spodnie i krzyknął, gdy dotknęły wrażliwych ran. Próbował wstać, ale nogi nie chciały go utrzymać.

Szybko zapadająca ciemność skrywała świat. Ciemniejące góry nie wyglądały znajomo. Jestem w Kośćcu, nie wiem gdzie, w środku zimy, z oszalałym smokiem. Nie mogę chodzić, ani znaleźć kryjówki, zapada noc. Jutro muszę wrócić na farmę, a jedyną metodą jest tam polecieć. Tyle że nie wytrzymam tego znowu. Odetchnął głęboko. Żałuję, że Saphira nie potrafi ziać ogniem. Odwrócił głowę i ujrzał ją obok, przycupniętą przy ziemi. Położył rękę na boku smoczycy i odkrył, że drży. Otaczająca jej umysł bariera zniknęła. Bez niej zalały go fale smoczego strachu. Naparł na niego i powoli uspokoił ją, przesyłając kojące obrazy.

Czemu ci obcy tak cię przerazili?

Mordercy, syknęła.

Garrowowi grozi niebezpieczeństwo, a ty porywasz mnie na idiotyczną wyprawę. Nie potrafisz mnie chronić? W odpowiedzi warknęła nisko i kłapnęła zębami. Skoro uważasz, że potrafisz, czemu uciekasz?

Śmierć to trucizna.

Eragon oparł się na łokciu, walcząc z irytacją. Saphiro, spójrz gdzie jesteśmy. Zaszło słońce, przez ten lot obdarłaś mi nogi ze skóry, tak jak ja oprawiłbym rybę. Czy tego właśnie chciałaś?

Nie.

Zatem czemu to zrobiłaś?, spytał ostro. Poprzez więź z Saphirą poczuł jej żal z powodu bólu jaki cierpiał, ale nie z powodu podjętych działań. Odwróciła wzrok, odmawiając odpowiedzi. Mróz sprawił, że jego nogi zaczęły drętwieć, a choć zmniejszałoto ból wiedział, że w tym stanie nie zwiastuje nic dobrego. Zmienił taktykę. Jeśli nie zrobisz mi kryjówki bądź nory i nie ogrzejesz, zamarznę.. Wystarczy stos sosnowych szpilek i gałęzi.

Nie ma potrzeby. Wyraźnie poczuła ulgę, że przestał ją wypytywać. Owinę się wokół ciebie i okryję cię skrzydłami. Mój wewnętrzny ogień cię ogrzeje.

Eragon pozwolił, by jego głowa opadła na ziemię. Dobrze, ale najpierw usuń śnieg, tak będzie wygodniej. W odpowiedzi Saphira jednym potężnym uderzeniem ogona ścięła zaspę. Ponownie machnęła, usuwając resztki stwardniałego śniegu. Eragon z niesmakiem spojrzał na odsłoniętą ziemię. Nie dam rady tam podejść, będziesz musiała mi pomóc. Jej głowa, dłuższa niż korpus chłopaka, opadła i spoczęła obok niego. Spoglądając w wielkie szafirowe oczy oplótł rękami jeden z kościstych szpikulców smoczycy, która uniosła głowę i powoli pociągnęła go w odsłonięte miejsce. Ostrożnie, ostrożnie.. Przed oczami rozbłysły mu gwiazdy, gdy przewlekła go przez kamień. Zdołał się jednak utrzymać. Kiedy rozluźnił uchwyt, Saphira przekręciła się na bok, odsłaniając ciepły brzuch. Wtulił się w miękkie łuski, a ona wyciągnęła prawe skrzydło, osłaniając go i spowijając w kokonie absolutnej ciemności żywego namiotu. Niemal natychmiast powietrze wewnątrz zaczęło się ogrzewać.

Eragon wciągnął ręce pod płaszcz i zawiązał wokół szyi puste rękawy. Po raz pierwszy zorientował się, że czuje przeraźliwy głód. Nadal jednak dręczył go podstawowy problem: czy zdoła dotrzeć na farmę, nim zjawią się tam obcy? Nawet jeśli zmuszę się, by znów dosiąść Saphiry, nim tam wrócimy, minie już południe. Obcy zdążą znacznie wcześniej. Zamknął oczy, po policzku spłynęła mu samotna łza. Co ja zrobiłem?

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

Wczytywanie...