dziki_lad

Fragment książki

5 minut czytania

Szedł boso po śliskiej trawie, owinąwszy ciasno tuniką drobne ramiona. Z dala od ogniska powietrze było znacznie chłodniejsze i z każdym oddechem Deckarda unosił się obłoczek pary, niby nieziemska istota powołana do życia z ludzkiego tchnienia. Niedaleko w stodole ktoś zaklął, zakrzyczała szlachtowana owca i powietrze wypełnił słodko-kwaśny zapach krwi. Mgła tuliła się do pni drzew na skraju lasu, a chłód muskał kark Deckarda niczym palce ducha. Chłopiec zadrżał i skręcił w stronę domu, odległego zaledwie o jakieś pięćdziesiąt kroków. Wnętrze oświetlały dwie lampy, ale Deckard wolał pozostać w ciemności. Bezszelestnie przemknął do swojego pokoju. Drogę znał przecież na pamięć. W domu też było zimniej, niż się spodziewał.

Jego palce przebiegły po grzbiecie księgi, którą miał w torbie, pieszczotliwie, delikatnie. Ale jeszcze po nią nie sięgnął. Delektował się chwilą jak pijak smakiem wina, gdy podniesie już do ust długo wyczekiwany kielich. Księga zawierała historię Zachodnich Marchii i synów Rakkisa, był to tekst ze wszech miar naukowy, nie taki, jakie lubiła czytywać matka: o szlachetnych bohaterach, niewyobrażalnych światach Niebios i Piekieł oraz tamtejszych mieszkańcach, którzy zawsze czaili się gdzieś na granicy wzroku. Bajki.

Chciał choć trochę pobyć sam. Ale chwilę później drzwi otworzyły się ponownie i usłyszał, jak matka zrzuca ciężkie drewniaki. Zaraz pewnie rozpali ogień, zagotuje wody na herbatę, a potem z robótką albo książką zasiądzie na bujanym fotelu i zacznie pomrukiwać pod nosem. Mylił się. Przyszła prosto do jego pokoju, ledwie zdążył ukryć książkę pod łóżkiem.

– Deckardzie? – Uniosła wyżej lampę, spoglądając na niego spod przymrużonych powiek.

– Odszedłeś, zanim skończyłam.

W miękkim żółtym świetle jej włosy sprawiały wrażenie nieokiełznanej burzy czarnych loków opadających na ramiona. Zaczyna siwieć, pomyślał Deckard, na prawej skroni pojawiły się pierwsze białe nitki. Nie zauważył tego wcześniej.

– Już wiele razy słyszałem tę historię. Byłem zmęczony i chciałem odpocząć.

– To nie jest jakaś tam historia, Deckardzie. Krew Jereda płynie w twoich żyłach, jesteś... jesteś ostatnim z dumnego rodu bohaterów.

– Horadrimem.

– Właśnie. Potomkiem wielkich magów, których zadaniem jest bronić Sanktuarium przed demonami nawiedzającymi ten świat. Przecież wiesz.

Cain wzruszył ramionami. Nie lubił patrzeć matce prosto w oczy, nigdy nie był pewien, co tam zobaczy. Przez chwilę siedział w milczeniu.

– Dlaczego nie pozwoliłaś mi przyjąć nazwiska ojca? – zapytał nagle.

Sam nie wiedział, dlaczego to powiedział. Ojciec zmarł kilka tygodni wcześniej. Całe życie przepracował w sklepie garbarza. Zaczął od zamiatania podłóg, by potem zostać czeladnikiem, a ostatnie dwa lata zarządzał już całym sklepem. Rzadko miał coś do powiedzenia, jeszcze rzadziej okazywał uczucia. Deckard nie był do niego zbyt podobny... A może był? Matka postawiła lampę na stoliku przy łóżku i usiadła obok syna. Wyciągnęła rękę, by dotknąć jego ramienia, a on się odsunął, odrobinę zaledwie, na tyle jednak, by cofnęła dłoń jak oparzona.

– Jesteś zły i cierpisz – westchnęła. – Rozumiem. Ale to nie przywróci go do życia.

Deckard popatrzył na swoje palce splecione na kolanach, potem na słomkę wystającą z siennika, którego pokrycie wyblakło już i przetarło się gdzieniegdzie po licznych praniach. To było jego łóżko, odkąd wyrósł z kołyski. To samo łóżko, w tym samym pokoju, w tym samym skromnym domu, w tej samej mieścinie.

Tu nigdy nic się nie dzieje.

Kiedy podniósł wzrok, oczy matki lśniły w miękkim świetle lampy.

– Kochałam twojego ojca, na swój sposób. Ale nie jest moim przeznaczeniem odrzucić dziedzictwo i nazwisko, które noszę. Twoim też nie. Przepowiedziane zostało, że horadrimowie powstaną znowu, gdy wszystko będzie wydawać się stracone, a nowy bohater poprowadzi ich do bitwy o Sanktuarium. Rozumiesz? Twoim przeznaczeniem są wielkie rzeczy. Cain zacisnął pięści.

– Wielkie? Horadrimów już nie ma, a ty zostałaś bajarką, żeby zapełnić pustkę. Ale ludzie w Tristram tylko się z ciebie śmieją. Rozejrzyj się, matko! Gdzie są twoje anioły i demony? Gdzie bohaterowie? Horadrimowie wyginęli już dawno i całe miasto się z tym zgadza. Zerwał się, podszedł do maleńkiego okienka. Dygotał jak w chorobie. Jesteś ostatnim z dumnego rodu. Nie chciał już dłużej słuchać tych bzdur. Chciał, by zostawiono go w spokoju, sam na sam z książkami.

Noc był ciężka wilgocią, zgęstniała mgła pełzła po ziemi, owijała się wokół słupów, kłębiła pod zawieszonymi na nich lampami. Deckard słyszał, że jego matka się poruszyła, ale nawet nie drgnął. Obrócił się dopiero, słysząc trzask płomienia. Aderes trzymała jego księgę nad lampą. Suche strony zajęły się ogniem. Ogień odbił się czerwienią w oczach matki.

Deckard wyrwał jej książkę i raz po raz uderzył okładką o własną pierś, ale tylko się poparzył, rzucił więc księgę na podłogę i zadeptał pełgające po niej płomyki.

Dysząc ciężko, podniósł spojrzenie na matkę.

– Coś zrobiła?

– To nie jest częścią twojego przeznaczenia – odpowiedziała.

– Powinieneś czytać teksty pozostawione przez Jereda. Przechowuję je dla ciebie, aż będziesz gotowy.

Gapił się na to, co pozostało z księgi o Zachodnich Marchiach. Strony były zwęglone. Nie do uratowania.

Gniew wezbrał mu w piersi i zacisnął się na gardle.

– Demony mieszkają w tobie, matko. Przysięgam, że tak właśnie jest. Skoro istnieją, jak twierdzisz, niech przybędą. Niech się pokażą!

Z ust matki wyrwał się szloch, zdławiła go dłonią. Zatoczyła się.

– Zważ, czego sobie życzysz, Deckardzie. Nie wiesz, o co prosisz...

– Niech przybędą!

Jego wysoki krzyk wypełnił noc i odbił się echem w ciemności. Zdawało się, że świat zamarł i Deckard poczuł lodowatą pieszczotę chłodu na gołych łydkach.

Chłopak zadrżał na poły ze strachu, na poły w oczekiwaniu, w pragnieniu zmiany, jakiejkolwiek, byle tylko pozwoliła mu opuścić to miejsce. Wiedział, że w przeciwnym razie podzieli los swego ojca i spędzi życie w sklepie garbarza albo będzie sprzedawał mięso nielicznym przyjezdnym, którzy na własne oczy chcieli zobaczyć majestatyczne ruiny siedziby starego zakonu horadrimów. Deckard umrze tu, jego kości zostaną pogrzebane w tutejszej ziemi i nikt nie będzie pamiętał, jak żył i jak skonał.

– Chcę wierzyć – powiedział ze straszliwym znużeniem.

– Ale nie potrafię.

Matka potrząsnęła głową.

– Nie mogę zatem ci pomóc – odparła. – Jesteś już stracony.

Zaszlochała głucho i wyszła, zostawiając na stoliku lampę, którą ze sobą przyniosła.

Deckard chciał pobiec za nią, powiedzieć, że mu przykro, że tak naprawdę wcale tego wszystkiego nie myślał, ale nogi wrosły mu w ziemię. Może więc właśnie tak myślał. Płomień lampy zamigotał, jakby poruszony oddechem niewidzialnej istoty. Na ścianach zatańczyły cienie, a chłopakowi wydało się, że słyszy szept:

Deckaaaaard...

Odwrócił się gwałtownie, by spojrzeć w maleńkie okno, uchylone w ciemność nocy. Napływające stamtąd powietrze było lodowate, o wiele zimniejsze, niż powinno. Deckard wyjrzał, mrużąc oczy, ale nie zobaczył nic, tylko mrok i mgłę. I ruch od strony pól. Aż podskoczył, gdy bezpański pies, szukając resztek, przemknął z cichym skomleniem i zniknął we mgle między domami.

Cain spojrzał na szczyt wzgórza, gdzie czerniał stary klasztor, niczym pusta starożytna łupina, wykorzystana i odrzucona. Chłopak ciaśniej otulił się tuniką, nagle boleśnie świadom swojej arogancji. W głębi serca modlił się, by coś się wydarzyło, coś, co pozwoli mu uniknąć drogi, jaką widział przed sobą, ale wiedział, że nic takiego się nie stanie. Prawdziwe życie znacznie różniło się od tego, co głosiły legendy i mity.

Podniósł zniszczoną księgę o Zachodnich Marchiach. Zwęglone brzegi stron rozsypały się pod jego dotykiem.

Niech przybędą.

Potrwa to pięćdziesiąt lat, ale życzenie Deckarda Caina się spełni.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
Wczytywanie...