riese

Człowiek ze stali

man of steel, człowiek ze stali

"Ten człowiek nie jest naszym wrogiem"

Wiktul: Nigdy nie lubiłem Supermana. Jako pierwszy ze wszystkich komiksowych herosów uosabiał banalność amerykańskiego heroizmu, pozbawionego jakiegokolwiek pola do głębszej narracji, dynamizowania osobowości czy czegokolwiek, co nie byłoby tylko gaciowym w szmatce, nałogowo ratującym ludzkość przed zagładą. Wszystkie kolejne ekranizacje, kinowe lub serialowe, o przygodach Supergłupka, jak zwykł nazywać go mój ukochany Lobo, utwierdzały mnie skutecznie w przekonaniu, że nie znajdę w nich nic poza pretekstem do śmiechu, okraszonego większą lub mniejszą dawką żenady. Aż tu nagle pojawił się trailer, za sprawą którego dałem sobie szansę. Szansę na uwierzenie, że Christopher Nolan jest w stanie zrobić coś z niczego, nawet w wypadku postaci mogącej podobać się tylko tym, którzy w dzieciństwie chcieli zostać strażakami.

man of steel, człowiek ze stali

Ranger: A moje relacje z Supermanem nie były aż takie negatywne. Może dlatego, że nie widziałem "Tajemnic Smallville", ewentualnie dlatego, że dobre wrażenie zrobiła na mnie ta postać w "Superman: The Animated Series" Paula Diniego i Bruce'a Timma (twórców znakomitego serialu animowanego o Batmanie). W każdym razie, chodzący ideał o złotym sercu, ktoś, kto odda wszystko, byś był bezpieczny i który mieszka wśród nas, ukryty za okularami, kojarzył się mi całkiem dobrze. Pomijam ekranizacje z Reevem, bo, szczerze mówiąc, jakoś nigdy ich nie lubiłem. Wolałem Burtonowskiego "Batmana". Gdy usłyszałem zatem, że Nolan i Snyder biorą się za film o Supsie, pomyślałem – Panowie, nie odzierajcie go z "SUPER"maństwa!

man of steel, człowiek ze stali

Wiktul: I obaj zaskoczyli nas totalnie już na wstępie, zaczynając od tego, czego w poprzednich obrazach, a nawet komiksach o człowieku ze stali, brakowało – początku. Widzimy bowiem Krypton w całej jego okazałości, w przededniu upadku wielkiej cywilizacji, zarówno technologicznego jak i moralnego. Nie jest to jednak kilka szybkich migawek ze wstępu do znanej opowieści, skompresowanych do niezbędnego minimum. Możemy przyjrzeć się planecie, jej mieszkańcom stojącym w obliczu zagłady, która popycha ich do przyjmowania zupełnie odmiennych postaw. Już w tym momencie otrzymujemy pierwszy sygnał, że generał Zod, w skórze Michaela Shannona, będzie kimś więcej niż zaślinionym maniakiem lub cynicznym psychopatą w stylu "Kneel before Zod". Najbardziej jednak uderza nas zarysowana na nowo tragedia rodziny i rasy Kal-Ela, która dzięki doskonałej kreacji Russela Crowe'a jako ojca tytułowego bohatera, raz na zawsze wybija nam z głów myślenie o facecie w rajtuzach.

Ranger: Właśnie. Uderzyło mnie to, że Snyder ze swoją opowieścią się nie śpieszy. Spokojnie nakreśla motywacje bohaterów, widać, że zależy mu na przygotowaniu tła, na którym zarysuje się dobrze nam znana sylwetka w pelerynie. I to zarówno na Kryptonie, gdzie mamy ciągłą narrację, jak i na Ziemi, gdzie w retrospekcjach obserwujemy formowanie się osobowości bohatera...

Wiktul: A! W tym rzecz – osobowości. Zapewne nie uwierzycie, póki nie zobaczycie (i słusznie), ale to prawda: Superman ma osobowość. Nie jest to odgrzana po raz setny historia o tym samym, bezpłciowym Troskliwym Misiu, lecz życiorys człowieka (przede wszystkim człowieka) o wcale niełatwej codzienności, zmagającego się z brzemieniem tajemnicy, którego wcale nie ma ochoty dźwigać. Ma za to brodę, normalną pracę i włosy na klacie. SUPERMAN Z BRODĄ, Ranger!

man of steel, człowiek ze stali

Ranger: Ano, z brodą. I z wewnętrznym konfliktem. I z poczuciem obcości, braku miejsca. Zarówno wśród ludzi, jak i wśród "swoich". Widać, że ucieka przed swoim przeznaczeniem, nie jest na nie gotowy. Zatapia się w anonimowości, pracując incognito jako szary robotnik to tu, to tam, ciągle zmieniając miejsca pobytu. Niemniej, to jest wciąż "Sups" – gdy ktoś potrzebuje pomocy, nawet kosztem dekonspiracji, ratuje go. I znów znika. Co o tym myślisz, Wiktul? O "obcym", który nie chce być "obcy"?

Zapewne nie uwierzycie, póki nie zobaczycie (i słusznie), ale to prawda: Superman ma osobowość.

Wiktul: Że choć nie ma szczęki w szczęce i tak traktują go jak dziwadło. Jego przybrany ojciec, Johnatan Kent, ratuje go przed tym jak może, w prosty sposób przekazując trudne prawdy. Nie wysłano go tu bez celu. Jeszcze nie nadszedł na niego czas, lecz wkrótce się tak stanie. Relacje ziemskich rodziców z Clarkiem, z rówieśnikami i innymi, zwykłymi ludźmi, to kolejny majstersztyk tej produkcji, za co chwała i państwu Kentom (Kevin Costner oraz Diane Lane), jak też samym twórcom. Z każdą kolejną sceną, każdą retrospekcją realizowaną nie "byle szybciej", ze styropianową skrótowością, lecz ciekawie i treściwie, poznajemy na nowo historię, którą zdążyliśmy po wielokroć pochłonąć, strawić, a nie raz zwrócić w wymiotnym odruchu. Tutaj całość jest równie smaczna, co wciągająca. Przez ponad godzinę filmu nie pojawia się nawet skrawek czerwonej peleryny, nie wiemy (choć przecież niby wiemy), co wydarzy się za chwilę. Ponad wszystko jednak jesteśmy zaskoczeni prostą konkluzją – Clark Kent i nadczłowiek, którym się staje, to jedna i ta sama osoba. Naturalna, choć nadnaturalna, z krwi i kości, choć oczywiście ze stali. Młody facet, który potrafi się wkurzyć, zaśmiać, którego chcemy odkrywać, bo ciągle może nas zaskoczyć. Nawet gdy pojawia się generał Zod. Zaś sam generał Zod...

man of steel, człowiek ze stali

Ranger: ...to pełnokrwista postać, nie tekturowy zły, który chce "spieprzyć świat". A wręcz przeciwnie – chce uratować świat, tyle że swój. Został tak stworzony, uwarunkowany, aby za wszelką cenę go bronić. Nie możemy mu więc zupełnie odmówić słuszności. W desperackiej sytuacji człowiek, a co dopiero "obcy", chwyta się desperackich metod. Nie zrozumcie mnie źle, to nie kryształowa postać, lecz bezwzględny wojownik, gotów zdeptać każdego, kto stanie mu na drodze. A że niszczy, aby budować? To tylko dodaje postaci kolorytu. Mam wrażenie, że walczy z Jor-Elem, a potem z Supsem, kierowany po prostu innymi racjami.

man of steel, człowiek ze stali

Wiktul: Racja, ale my tu o fabule, a podstawowe pytanie brzmi "jak się to ogląda?". Mówiąc jednym słowem – super. Mówiąc nieco więcej, od czasu "Incepcji" nie widziałem nic, co równie mocno wciskałoby mnie w fotel efektami specjalnymi i całą oprawą audiowizualną. Grafika komputerowa wygląda wyśmienicie i pojawia się dokładnie w takiej ilości, w jakiej powinna, by dodać całości pikanterii oraz wyrazistości, ale nie popsuć smaku. Walki są estetyczne, spektakularne, dynamiczne w najlepiej rozumianym "dragonballowym" stylu. Doskonale uwydatniają cechy postaci, ich nadludzkie możliwości, do czego przyczynia się również montaż i praca kamery. Nawet (tudzież zwłaszcza) bez 3D mamy wrażenie uczestnictwa w wydarzeniach, poczucie mocy uderzeń, zawrotnych prędkości oraz rozmachu akcji. Świetnie ukazany Krypton, bardzo dobre kostiumy, wnętrza, wszystko zaś w stylu możliwie najbardziej odbiegającym od pastelowej cukierkowości i brylantyny na włosach. Hans Zimmer również sprawił się wybornie, wciąż zaskakując. Jego muzyka, jak zawsze ilustracyjna, prezentuje nieco inny styl, właściwy właśnie dla "Człowieka ze Stali".

Ranger: Cóż, pozostaje mi tylko przytaknąć. Rzeczywiście, pod względem realizacji film jest, nomen omen, super. A co do tych "dragonballowych" walk, to... brak mi słów. Serio. Ich rozmach dosłownie mnie pochłonął, wręcz pozostawił z otwartą szczęką i wytrzeszczonymi gałami. Pamiętacie finałową bitwę z "Avengersów"? Tak? To lepiej o niej zapomnijcie. Na tle starć z udziałem Kryptonian, to tak jakby zestawić ze sobą zabawę w piaskownicy z operacją "Pustynna Burza". Tu idą w perzynę całe dzielnice Metropolis! Inna sprawa, że twórcy nie przeładowali filmu akcją. Jest jej tyle, ile powinno być, bo to w końcu opowieść Snydera i Nolana o Supermanie, a nie "Spider Man 3" Raimiego...

man of steel, człowiek ze stali

Wiktul: Ciszej nad tą trumną. O "Człowieku ze Stali" rozpisujemy się jak o nowej wersji "Hamleta", lecz ten film naprawdę na to zasługuje. Nie posiada on takiego ciężaru gatunkowego jak "Mroczny Rycerz", bo i sam Superman w swym pierwotnym założeniu jest go pozbawiony. Niemniej scenariusz i reżyseria odarły tę postać z jej, wydawałoby się, integralnych cech: banału, przesadnej patetyczności, jednowymiarowego charakteru oraz amerykańskiej flagi przyklejonej do tyłka. Jesteśmy zaskakiwani nie tylko nową opowieścią o starym herosie, ale także elementami thrillera czy horroru, oryginalnie i sprawnie połączonymi z motywem "pierwszego kontaktu" ludzi i "obcych". Obcych, którzy również ziemianinowi-kosmicie narzucają nową, przerażającą perspektywę rzeczywistości. Ze spodni Supermana zerwano wreszcie majtki i wsadzono je tam, gdzie nie musimy ich oglądać. Z twarzy Clarka Kenta zdjęto okulary i położono kres najnędzniejszemu krypto-romansowi w historii wszechświata. Lois Lane nie jest już tylko obiektem werterowskich westchnięć pół-boga, przebranego za niezdarnego dziennikarza, przybrany ojciec Clarka otrzymuje twarz i sens, a nie tylko nagrobek, zaś prawdziwy ojciec to osobny bohater, którego podziwiamy bez względu na kryptońskie pochodzenie.

To najlepszy "origin" komiksowego bohatera jaki widziałem na srebrnym ekranie.

man of steel, człowiek ze stali

Ranger: Tak, kreacja drugoplanowych postaci to kolejny plus filmu. Właśnie tu upchnięto sławy pokroju Russela Crowe'a, Kevina Costnera czy Lawrence'a Fishburne'a. Dzięki takim bohaterom jak Perry White, w którego wcielił się ostatni z wymienionych, możemy zobaczyć konflikt z perspektywy zwykłych, szarych ludzi. Niepozbawiony ani dramatyzmu wynikającego z bezsilności, ani swoistego bohaterstwa. Owszem, widać tu pewne "patriotyczne wstawki, w tym aluzję do 11 września (ratowanie przez zwykłych ludzi kobiety wśród gruzów z zawalonego wieżowca), ale zostało to tak zręcznie wkomponowane w cały obraz, że nawet Wiktul nie zwrócił na to uwagi.

Wiktul: Emm... No faktycznie, nie zwrócił.

Ranger: Dobrze, już bez żartów i przytyków. Pora podsumować film Snydera. To najlepszy "origin" komiksowego bohatera jaki widziałem na srebrnym ekranie. Historia Supermana została zarysowana bez zbędnego pospiechu, umiejętnie wkomponowano w nią świetne sceny akcji, które jednak nie przytłoczyły tego co najważniejsze – opowieści o (nad)człowieku, który zmaga się z własnym losem. Powiem więcej, to nie tylko bardzo udany film kina superbohaterskiego, ale też dobry film w ogóle. A nawet bardzo dobry. Bez żadnych wątpliwości daję mu 9/10.

Wiktul: 9/10. Najlepsza ze wszystkich produkcji o Supermanie oraz jeden z lepszych filmów jakie oglądałem w ostatnim czasie. Podchodziłem do seansu z kijem, a wrócę na niego z baaardzo szerokim uśmiechem, bo zdecydowanie chcę zobaczyć to drugi raz. Szczerze radzę nie żałować parunastu złotych na bilet do kina, ponieważ potem będziecie żałować znacznie więcej.

man of steel, człowiek ze stali
Ocena Game Exe
9
Ocena użytkowników
7,13 Średnia z 15 ocen
Twoja ocena

Komentarze

0
·
Byłem, zobaczyłem, klęknąłem przed Zodem.
0
·
NARESZCIE!!! Czwarty człowiek na tej planecie, który ujrzał prawdę głoszoną przeze mnie, Rangera i Jedi Mastera!
0
·
Ej, mi też się podobało. Wyciągnęli z proamerykańskiego superbohatera z majtami na spodniach co się dało - realizacyjnie ten film jest nie-pra-wdo-po-dobny, dawno nie widziałem tak cudownej pracy kamery, scenografii, kostiumów i choreografii walk - tak powinni walczyć superludzie z ekstra siłą, spidem i tak dalej. Scenariuszowo jest już gorzej, ale a) to film o superbohaterach, nie o procesie Kafki, b) samo założenie jest lekko... No, głupie, ale to jest jakby kreatywna domena DC i pobili samych siebie w tym już wiele razy (Zielona Latarnia, Shazam, i inne takie), c) Odarli Supsa z homoerotyzmu (co mówił Wiktul na żywo w radio, ach <3 i czego nie sądziłem że ktokolwiek jest w stanie dokonać) i odarli Zoda z delikatnego komizmu, który siłą rzeczy (ze względu na realizacyjne obostrzenia filmów wymagających dużej ilości efektów te 30-40 lat temu) miała postać grana przez T. Stampa.

Żałuję tylko, że Zod nie kazał faktycznie klękać i trochę za mało się darł (choć fanatyzm Shannona, który pokazał już w Boardwalk Empire, grajac nieprzekupnego agenta prohibycyjnej skarbówki, do Zoda pasował jak ulał), nieprzenikliwości kwadratowej szczęki Cavila, która albo grała wewnętrzny spór o to co zrobić, albo była po prostu drewniana i mentorskiej roli byłego Robin Hooda i byłego Robin Hooda (z którym z kolei czekałem aż wykrzyknie w twarz komuś "and I'm Javert!", cieniutkim głosem, po skazie na duszy, którą zostawiło we mnie Les Miserables), z których jeden mówił mu, żeby nikogo nie ratować, ponieważ powody, a drugi pojawiał się i znikał, jak kiepsko zaprogramowana postać-towarzysz w niektórych przygodówkach.

Tak jak Watchmeni ogólnie nie nadawali się moim zdaniem ani na komiks, ani na film (bo i jedno i drugie nie jest w stanie utrzymać głębi i wielowymiarowości przedstawionej tam historii i łamie się pod swoim ciężarem) i powinno być książką, tak Człowiek ze Stali kuleje przede wszystkim ze względu na historię. Też dużym plusem jest to uzupełnienie backstory i próba wyjaśnienia chociażby tego S na stroju.

Ale to nie przeszkadza i ze spokojnym sumieniem dałem filmowi 7/10 - kawał świetnego kina, ani się nie dłużył, czasem tylko wywoływał śmiech - ale na Batmanach też targałem z przeróżnych bzdurek, więc ten.
0
·
Nie widzę abyś klęknął, Hassanie. Klękaj do miec... eee... klękaj przed Zodem!
0
·
0
·
Ten film uświadomił mi, że jednak wolę uniwersum Marvela od DC. Historia w szarych barwach, niebudząca żadnych emocji - nie moje klimaty, ja muszę być zainteresowany Sam origin Supermana oklepany i schematyczny do bólu (łącznie ze scenami z młodym Clarkiem - te w ogóle mi się nie podobały). Pod względem efektów jest już lepiej, muszę też przyznać, że Zod jest bardzo udanym antagonistą, a Amy Adams jako ukochana Kenta wypadła nieźle. Niemniej wciąż daleko mi do zachwytów, nawet ten poczciwy Jor-El tworzył takie dziwne wrażenie, że jednak za dużo tutaj tych znanych motywów. Jeszcze w tej roli Russell Crowe (w życiu bym nie obstawił go do tej roli)... Aha, no i planeta Supermana rzeczywiście super

5,5/10

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...