riese

Fragment książki

środa, 7 listopada 2012

I

ANNABETH

Annabeth sądziła, że nic jej nie zaskoczy, póki nie spotkała się z eksplodującym posągiem.

Wcześniej jeszcze raz obeszła pokład ich latającego okrętu, „Argo II”, po raz któryś sprawdzając, czy balisty są dobrze umocowane. Upewniła się, że na maszcie wywieszono białą flagę obwieszczającą: „Przybywamy w pokoju”. Omówiła cały plan z resztą załogi – a potem plan B i plan C, awaryjny wobec planu B.

A przede wszystkim pozbyła się z pokładu ich ogarniętego wojenną obsesją opiekuna, trenera Gleesona Hedge’a. Namówiła go, by zamknął się w swojej kajucie i przejrzał nagrania z zawodów w mieszanych sztukach walki. Mieli wlecieć na magicznej greckiej triremie do potencjalnie wrogiego rzymskiego obozu, więc widok ubranego w dres satyra w średnim wieku, wymachującego kijem bejsbolowym i wrzeszczącego: „Gińcie!”, mógłby wzbudzić w Rzymianach uzasadnione wątpliwości co do ich pokojowych zamiarów. Wyglądało na to, że wszystko gra. Annabeth nie czuła już nawet – przynajmniej w tej chwili – dziwnego zimna, które ją przeniknęło, gdy tylko wzbili się w powietrze.

Okręt opadał przez chmury ku ziemi, ale ona wciąż nie mogła się pozbyć niepewności. A jeśli to zły pomysł? A jeśli Rzymianie spanikują i ruszą do ataku, gdy tylko ich zobaczą?

Bo „Argo II” nie mógł budzić zaufania. Długi na prawie dwadzieścia metrów, najeżony od dziobu do rufy rzędami powleczonych spiżem kusz, z metalowym galionem w kształcie ziejącego ogniem smoka i z dwiema obrotowymi balistami pośrodku, miotającymi pociski wybuchowe zdolne rozwalić beton… no, na czymś takim raczej się nie przybywa z przyjacielską wizytą do sąsiadów.

Annabeth starała się uniknąć elementu zaskoczenia. Poprosiła Leona, żeby wysłał jeden ze swoich specjalnych wynalazków – holograficzny zwój – i ostrzegł ich przyjaciół znajdujących się w obozie. Miała nadzieję, że dostali wiadomość. Leo chciał wymalować na kadłubie hasło: JAK LECI? z uśmiechniętą buźką, ale uznała, że to zły pomysł. Nie była pewna, czy Rzymianie mają poczucie humoru.

Teraz było już za późno, żeby zawrócić.

Chmury rozwiały się wokół kadłuba. Ujrzeli pod sobą złoto-zielony kobierzec wzgórz Oakland. Annabeth zacisnęła palce na jednej ze spiżowych tarcz, którymi obwieszona była krawędź prawej burty.

Troje jej towarzyszy zajęło stanowiska.

Na pokładzie rufowym Leo miotał się jak szalony, sprawdzając wskaźniki i dźwignie. Większość sterników zadowoliłaby się kołem sterowym albo rumplem, ale on zainstalował sobie również klawiaturę, monitor, układ sterowniczy z małego odrzutowca, dubstepowy pulpit i kontrolery ruchu z konsoli Nintendo Wii. Mógł kierować okrętem, otwierając i zamykając przepustnicę, mógł wystrzeliwać pociski, samplując jakiś album muzyczny, albo postawić żagle, potrząsając mocno kontrolerami Wii. Leo miał naprawdę ostre ADHD, nawet jak na herosa.

Piper przechadzała się po pokładzie między głównym masztem a balistą, powtarzając swoje kwestie.

– Opuśćcie broń – mruczała. – Chcemy tylko porozmawiać.

Moc jej magicznego głosu była tak wielka, że Annabeth poczuła chęć odrzucenia swojego sztyletu i ucięcia sobie z kimś długiej pogawędki.

Piper, córka Afrodyty, starała się ukryć swoją piękność. Dzisiaj ubrana była w wyświechtane dżinsy, znoszone adidasy i białą koszulkę bez rękawów z różowym nadrukiem Hello Kitty. (Może to miał być żart, ale Annabeth nigdy nie była pewna co do Piper). W brązowe włosy, byle jak splecione w warkocz spadający na prawy bok, wetknęła orle pióro.

Jason – chłopak Piper – stał na dziobie, na platformie z kuszami, gdzie Rzymianie mogliby go łatwo dostrzec. Gdyby nie palce mocno zaciśnięte na rękojeści złotego miecza, wyglądałby bardzo spokojnie, zwłaszcza jak na kogoś, kto wystawia się na cel. Na dżinsy i pomarańczową koszulkę Obozu Herosów założył togę i purpurowy płaszcz – symbole jego dawnej rangi pretora. Z mierzwionymi przez wiatr złotymi włosami i zimnymi jasnoniebieskimi oczami promieniował surową, męską urodą i opanowaniem – jak przystało na syna Jupitera.

Wychował się w Obozie Jupiter, więc była nadzieja, że znajoma twarz powstrzyma Rzymian od zestrzelenia okrętu, gdy tylko ich zobaczą.

Annabeth wciąż nie do końca mu ufała, choć starała się tego nie okazywać. Zachowywał się zbyt idealnie – zawsze trzymał się zasad, zawsze robił to, co nakazywał honor. Nawet wyglądał zbyt idealnie. Gdzieś w tyle głowy dręczyła ją myśl: a jeśli to podstęp, jeśli zamierza nas zdradzić? A jeśli wylądujemy w Obozie Jupiter, a on powie: „Czołem, Rzymianie! Bierzcie tych więźniów i ten superokręt, który wam przyprowadziłem!”?

Wątpiła, by miało się tak stać, ale i tak nie mogła na niego patrzeć bez posmaku goryczy. Był częścią wymuszonego przez Herę „planu wymiany”, który miał pogodzić oba obozy. Jej Irytująca Wysokość Królowa Olimpu przekonała innych bogów, że dwa odłamy ich potomków – Rzymianie i Grecy – muszą połączyć siły, by ocalić świat przed zakusami budzącej się do życia złej bogini Gai i jej potwornych dzieci – gigantów.

Hera bez uprzedzenia porwała Percy’ego Jacksona, chłopaka Annabeth, wyczyściła mu pamięć i wysłała do obozu Rzymian. Grecy z kolei, na zasadzie wymiany, dostali Jasona. Ani jedno, ani drugie nie było winą Jasona, ale na jego widok Annabeth za każdym razem uświadamiała sobie, jak bardzo brak jej Percy’ego.

Percy’ego… który właśnie jest tam, w dole.

„Och, bogowie”. Poczuła wzbierającą panikę i natychmiast ją w sobie zdusiła. Nie może się rozklejać.

„Jestem córką Ateny” – powiedziała sobie. – „Muszę trzymać się swojego planu i nie mogę ulegać emocjom”.

I znów to uczucie – ten znajomy dreszcz, jakby jakiś psychotyczny bałwan śniegowy stanął za nią i dyszał jej na kark. Odwróciła się, ale nikogo za nią nie było.

To tylko nerwy. Annabeth trudno było uwierzyć, żeby nowy okręt wojenny mógł być nawiedzony, nawet w świecie bogów i potworów. „Argo II” miał dobrą ochronę. Magiczne tarcze z niebiańskiego spiżu, którymi były obwieszone jego burty, chroniły przed potworami, a ich opiekun, satyr Hedge, zwęszyłby każdego intruza.

Annabeth chciałaby poprosić o radę swoją matkę, ale teraz to nie było możliwe. Nie po tym okropnym ostatnim spotkaniu w ubiegłym miesiącu, kiedy dostała od niej najgorszy w życiu prezent.

Chłód napierał. Wydało się jej, że wiatr przyniósł czyjś cichy śmiech. Każdy mięsień jej ciała był napięty. Miała wrażenie, że zaraz wydarzy się coś strasznego.

Już była gotowa rozkazać Leonowi, żeby zawrócił. A wtedy, w dolinie pod nimi, zagrały rogi. Rzymianie ich dostrzegli.

Annabeth myślała, że wie, czego się spodziewać. Jason opisał jej Obóz Jupiter bardzo szczegółowo. A jednak teraz z trudem wierzyła własnym oczom. Obrzeżona wzgórzami Oakland dolina była przynajmniej dwukrotnie większa od Obozu Herosów. Mała rzeczka opływała ją z jednej strony i zakręcała do środka jak wielka litera G, wpadając do roziskrzonego błękitnego jeziora.

Tuż pod okrętem, na skraju jeziora jaśniał w słońcu Nowy Rzym. Rozpoznała szczegóły opisywane przez Jasona: hipodrom, amfiteatr, świątynie i parki, osiedle Siedmiu Wzgórz z jego krętymi uliczkami, kolorowymi willami i kwitnącymi ogrodami.

Dostrzegła ślady niedawnej walki Rzymian z armią potworów. Kopuła budowli, w której, jak zgadywała, mieściła się siedziba senatu, była rozłupana. Rozległe forum poznaczone było kraterami po wybuchach. Niektóre fontanny i posągi były potrzaskane.

Z Domu Senatu wylewał się tłum nastolatków w togach, prag­nących zobaczyć „Argo II”. Jeszcze więcej Rzymian wychodziło ze sklepów i kafejek, gapiąc się na opadający okręt i pokazując go sobie palcami.

Jakieś pół mili na zachód, tam skąd dochodziło granie rogów, rozciągał się na wzgórzu rzymski fort. Wyglądał zupełnie jak na ilustracjach w podręcznikach historii – otoczony rowem najeżonym ostrymi palami, wysokimi murami i wieżami uzbrojonymi w balisty. Wewnątrz równe rzędy białych baraków biegły wzdłuż głównej arterii – Via Principalis.

Z bramy wymaszerowała kolumna półbogów. Ich zbroje i włócznie połyskiwały w słońcu, gdy ruszyli biegiem ku miastu. Między rzędami wojowników kroczył słoń bojowy.

Annabeth wolałaby, żeby „Argo II” wylądował, zanim ten oddział dotrze do miasta, ale od ziemi wciąż dzieliło ich kilkadziesiąt metrów. Przebiegała wzrokiem tłum, wypatrując Percy’ego.

I wówczas za jej plecami rozległ się potężny huk.

Wybuch o mało nie wyrzucił jej za burtę. Obróciła się i stanęła oko w oko z rozwścieczonym posągiem.

– To niedopuszczalne! – wrzasnął.

Najwyraźniej dopiero co pojawił się na świecie, właśnie tu, na pokładzie ich okrętu, czemu towarzyszył ów wybuch. Żółty dym spływał mu z ramion, rozżarzone węgielki tryskały z jego kręconych włosów. Od pasa w dół był prostokątnym marmurowym piedestałem. Od pasa w górę – posągiem muskularnego mężczyzny w todze.

– Nie pozwalam na broń wewnątrz pomerium! – oświadczył nadętym głosem belfra. – I z pewnością nie wpuszczę żadnych Greków!

Jason zerknął na Annabeth znacząco, jakby chciał jej powiedzieć: „Zostaw to mnie”.

– Terminusie – odezwał się. – To ja. Jason Grace.

– Och, dobrze cię pamiętam, Jasonie! – warknął Terminus. – Sądziłem, że masz na tyle rozumu, by nie bratać się z wrogami Rzymu!

– Ale to nie są wrogowie…

– Właśnie – wtrąciła się Piper. – Chcemy tylko porozmawiać. Gdybyśmy mogli…

– Ha! – prychnął posąg. – Nie próbuj ze mną sztuczek z czarującym głosem, młoda damo! I odłóż ten sztylet, zanim wyrwę ci go z rąk!

Piper zerknęła w dół. Całkiem zapomniała, że wciąż trzyma swój spiżowy sztylet.

– Hmm… już się robi. Ale jak byś mi go wyrwał? Przecież nie masz rąk.

– Co za bezczelność!

Rozległ się głośny trzask i błysnęło coś żółtego. Piper krzyknęła i wypuściła sztylet, który leżał teraz na pokładzie, dymiąc i iskrząc.

– Masz szczęście, że dopiero co brałem udział w bitwie – rzekł Terminus. – Gdybym był w pełni sił, już dawno zdmuchnąłbym to latające szkaradztwo z nieba!

– Wyluzuj! – Leo zrobił kilka kroków do przodu, wymachując kontrolerem Wii. – Nazwałeś mój okręt szkaradztwem? Chyba się przesłyszałem.

Na myśl o tym, że Leo mógłby zaatakować ten posąg swoimi akcesoriami do gry na konsoli, Annabeth otrząsnęła się z szoku.

– Uspokójmy się trochę. – Uniosła ręce, aby pokazać, że jest bez broni. – Zgaduję, że jesteś Terminusem, bogiem granic. Jason mi mówił, że chronisz Nowy Rzym. Zgadza się? Jestem Annabeth Chase, córka…

– Och, dobrze wiem, kto ty jesteś! – Posąg zmierzył ją pustymi białymi oczodołami. – Dziecię Ateny, jak Grecy nazywają Minerwę. To skandal! Wy, Grecy, nie macie poczucia przyzwoitości. My, Rzymianie, dobrze wiemy, gdzie jest miejsce tej bogini.

Annabeth zacisnęła szczęki. Wobec tego posągu trudno było zachowywać się dyplomatycznie.

– Co właściwie masz na myśli, mówiąc ta bogini? I co jest skandalem w…

– No właśnie! – przerwał jej Jason. – W każdym razie, Terminusie, przybywamy z misją pokojową. Bylibyśmy wdzięczni za zezwolenie na lądowanie, żebyśmy mogli…

– To niemożliwe! – zaskrzeczał posąg. – Rzućcie broń i poddajcie się! I natychmiast opuśćcie moje miasto!

– To co w końcu mamy zrobić? – zapytał Leo. – Poddać się czy odejść?

– I to, i to! Poddajcie się, a potem się wynoście. Za takie pytanie wymierzam ci policzek, śmieszny chłoptasiu! Czujesz to?

– Ojej. – Leo przyglądał się Terminusowi wzrokiem profesjonalisty. – Jesteś cały spięty. Nie masz w środku jakichś przekładni do poluzowania? Mogę sprawdzić.

Schował kontroler Wii do swojego magicznego pasa i wyjął z niego śrubokręt, którym postukał w marmurowy postument.

– Przestań! – krzyknął Terminus. Kolejny mały wybuch wytrącił Leonowi śrubokręt z ręki. – Na rzymskiej ziemi wewnątrz pomerium nie jest dozwolona żadna broń.

– Wewnątrz czego? – zapytała Piper.

– W granicach miasta – wyjaśnił jej Jason.

– A cały ten statek to broń! – wrzasnął Terminus. – Nie możecie tu wylądować!

Pod nimi, w dolinie, legionowe posiłki były już w połowie drogi do miasta. Tłum na forum liczył teraz ponad setkę osób. Annabeth przebiegała wzrokiem twarze i… och, bogowie. Zobaczyła go. Szedł w stronę okrętu, trzymając obie ręce na ramionach dwojga innych nastolatków, jakby byli najlepszymi kumplami – tęgiego, krótko ostrzyżonego bruneta i dziewczyny w rzymskim hełmie kawaleryjskim. Percy był taki rozluźniony, taki szczęśliwy. Miał na sobie purpurowy płaszcz, identyczny jak Jasona – oznakę pretora.

Serce Annabeth wykonało salto.

– Leo, zatrzymaj okręt.

– Co?!

– Słyszałeś. Utrzymuj nas w miejscu.

Leo wyciągnął kontroler i szarpnął nim w górę. Wszystkie dziewięćdziesiąt wioseł zamarło. Okręt przestał opadać.

– Terminusie – powiedziała Annabeth – żadne prawo nie zakazuje wiszenia nad Nowym Rzymem, prawda?

Posąg zasępił się.

– No… nie…

– Możemy zostawić ten okręt w powietrzu. Zejdziemy na forum po drabince sznurowej. W ten sposób okręt nie znajdzie się na rzymskiej ziemi. Formalnie na niej nie będzie.

Posąg rozważał to przez chwilę. Annabeth zastanawiała się, czy Terminus drapie się po brodzie nieistniejącą ręką.

– Lubię formalności – stwierdził – ale…

– Cała nasza broń pozostanie na pokładzie – obiecała Annabeth. – Zakładam, że Rzymianie… nawet ten oddział, który ku nam maszeruje… również przestrzegają twoich zasad wewnątrz pomerium, jeśli im rozkażesz, tak?

– Oczywiście! – rzekł Terminus. – Czy wyglądam na kogoś, kto by tolerował łamanie zasad?

– Yyy… Annabeth… – odezwał się Leo – jesteś pewna, że to dobry pomysł?

Zacisnęła pięści, żeby powstrzymać drżenie rąk. Tuż za sobą wciąż czuła tchnienie zimna. I teraz kiedy Terminus przestał już wrzeszczeć i powodować wybuchy, wydało się jej, że znowu słyszy czyjś śmiech, jakby ktoś cieszył się z jej złych decyzji.

Ale Percy był tam, w dole… tak blisko. Musi się z nim spotkać.

– Wszystko będzie dobrze – powiedziała. – Nikt nie będzie miał broni. Możemy porozmawiać pokojowo. Terminus zadba, żeby obie strony przestrzegały prawa. – Spojrzała na marmurowy posąg. – To co, umowa stoi?

Terminus pociągnął nosem.

– Tak sądzę. Na razie. Możesz spuścić się po drabince do Nowego Rzymu, córko Ateny. I bardzo proszę, postaraj się nie zniszczyć mojego miasta.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

 
 
Wczytywanie...