wampir_maskarada

Fragment książki

4 minuty czytania

COŚ W ŚNIEGU

Silas Heap ciasno owinął się płaszczem, chroniąc się przed śniegiem. Miał za sobą długi marsz przez Puszczę i przemarzł do szpiku kości. W kieszeniach niósł jednak zioła. Dostał je od Zielarki Galeny dla Septimusa, swojego synka, który właśnie tego dnia przyszedł na świat.

Silas podszedł bliżej do Zamku i ujrzał migoczące wśród drzew światła świec, które stawiano w oknach wysokich, wąskich domów, wzniesionych wzdłuż zewnętrznych murów. Trwała najdłuższa noc w roku, a świece miały się palić aż do świtu, by nie dopuścić ciemności zbyt blisko. Silas zawsze uwielbiał tę drogę do Zamku. Nie bał się Puszczy za dnia i spacer szlakiem, który całymi milami wił się wśród gęstych drzew, sprawiał mu przyjemność. Był już na przy skraju lasu, gdzie wysokie drzewa rosły coraz rzadziej. Gdy ścieżka zaczęła opadać ku środkowi doliny, przed Silasem rozpostarł się widok na cały Zamek. Stare mury tuliły się do szerokiej, meandrującej rzeki i skręcały przy rozrzuconych bezładnie bryłach domów. Wszystkie domy pomalowano na jaskrawe kolory. Te zwrócone na zachód wyglądały tak, jakby płonęły, w ich oknach bowiem odbijały się ostatnie promienie zimowego słońca.

Zamek narodził się z początku jako mała wioska. Z uwagi na bliskość Puszczy wieśniacy zbudowali wysokie, kamienne mury, by chronić się przed wilkołakami, wiedźmami i czarownikami, którzy kradli im owce, kury, a czasami dzieci. Gdy powstawały kolejne domy, mury przedłużano. Wykopano też głęboką fosę, by wszyscy czuli się bezpiecznie.

Wkrótce Zamek zaczął przyciągać zdolnych rzemieślników z innych wiosek. Rozrastał się i tętnił życiem, do tego stopnia, że mieszkańcom zaczęło brakować miejsca, aż w końcu ktoś postanowił zbudować Gmaszysko. Gmaszysko, gdzie mieszkali Silas, Sara i chłopcy, był to wielki, kamienny budynek, który wznosił się wzdłuż rzecznego brzegu. Ciągnął się przez trzy mile i sięgał do Dworu. Był gwarnym i rojnym miejscem, istnym labiryntem korytarzy i pomieszczeń; warsztaty, szkoły i sklepy sąsiadowały tam z pokojami mieszkalnymi, maleńkimi ogrodami na dachach, a nawet z teatrem. W Gmaszysku brakowało miejsca, ale ludziom to nie przeszkadzało. Zawsze można było liczyć na dobre towarzystwo i kogoś, kto pobawi się z dziećmi.

Gdy zimowe słońce skryło się za murami Zamku, Silas przyspieszył kroku. Musiał dotrzeć do Bramy Północnej przed zmrokiem, kiedy ją zamykano i zwodzony most.

Nagle Silas wyczuł, że w pobliżu coś jest. Coś żywego, ale tylko ledwo żywego, jakieś słabo bijące ludzkie serce Zatrzymał się. Jako Czarodziej Zwyczajny, potrafił wyczuwać różne rzeczy, ale że nie był szczególnie dobrym Czarodziejem Zwyczajnym, musiał się mocno skoncentrować. Stał nieruchomo wśród padającego śniegu, który już przykrywał ślady jego stóp. I wtedy coś usłyszał – jęk, łkanie, ciche westchnienie? Nie miał pewności, ale to wystarczyło.

Pod krzakiem przy ścieżce leżało zawiniątko. Silas podniósł je i ku swemu zdumieniu, napotkał spojrzenie poważnych oczu małego dziecka. Wziął maleństwo w ramiona, zastanawiając się, jak to się stało, że leżało w śniegu w najzimniejszy dzień w roku. Ktoś owinął je ciasno grubym, wełnianym kocem, ale i tak bardzo już zmarzło. Miało sine usteczka i rzęsy przyprószone śniegiem. Gdy ciemne, fiołkowe oczy niemowlęcia wpatrywały się w niego intensywnie, Silas doznał niemiłego wrażenia, że w swoim krótkim życiu widziało już rzeczy, jakich żadne dziecko nie powinno oglądać.

Myśląc o Sarze, czekającej w ciepłym, bezpiecznym domu z Septimusem i resztą chłopców, Silas postanowił, że po prostu znajdą miejsce dla jeszcze jednego maleństwa. Ostrożnie wsunął niemowlę pod niebieski płaszcz Czarodzieja i przytulając je do siebie, pobiegł w stronę bramy Zamku. Dotarł do mostu zwodzonego w chwili, gdy stróż bramy, Gringe miał już krzyknąć do parobka, by ten zaczął podnosić most.

- W ostatniej chwili – mruknął Gringe. – Wy, Czarodzieje, jesteście trochę dziwni. Po cóż wy wyłazicie w taki dzień jak dzisiaj, to zupełnie nie wiem.

- O? – Silas chciał jak najszybciej iść dalej, najpierw musiał jednak wcisnąć srebrnika w dłoń stróża. Szybko znalazł w jednej z kieszeni srebrnego pensa.

- Dziękuję, Gringe. Dobranoc.

Gringe popatrzył na monetę, jakby był to jakiś natrętny owad.

- Marcia Overstrand dała mi przed chwilą pół korony. No, ale ona ma klasę, w końcu jest teraz Czarodziejką Nadzwyczajną.

- Co? – Silas omal się nie zakrztusił.

- Taa. Ma klasę, co tu gadać.

Gringe cofnął się, by go przepuścić i Silas prześlizgnął się obok niego. Choć bardzo chciał się dowiedzieć, dlaczego Marcia została nagle Czarodziejką Nadzwyczajną, czuł, że zawiniątko zaczyna się wiercić pod ciepłym płaszczem, a coś mu mówiło, że będzie lepiej, jeśli Gringe nie dowie się o dziecku.

Gdy Silas zniknął w ciemnym tunelu, który prowadził do Gmaszyska, drogę zastąpiła mu wysoka postać, odziana w fioletowy strój.

- Marcia! – zachłysnął się Silas. – Co ty...

- Nikomu nie mów, że ją znalazłeś. Urodziła wam się. Zrozumiano?

Wstrząśnięty, pokiwał głową. Zanim zdążył coś powiedzieć, Marcia zniknęła w obłoku fioletowej mgły. Gdy Silas pokonywał resztę długiej i krętej drogi przez Gmaszysko, w głowie kłębiło mu się mnóstwo myśli. Kim było to dziecko? Co Marcia miała z nim wspólnego? I dlaczego została teraz Czarodziejką Nadzwyczajną? A gdy zbliżał się do dużych, czerwonych drzwi, które wiodły do przepełnionej izby, zajmowanej przez rodzinę Heapów, do głowy przyszło mu jeszcze bardziej naglące pytanie: co powie Sara na kolejne dziecko, którym trzeba się opiekować?

Nie miał wiele czasu, by się nad tym zastanawiać. Gdy podszedł do drzwi, te otworzyły się na oścież i ze środka wybiegła potężna kobieta o czerwonej twarzy, ubrana w granatowe szaty Starszej Akuszerki. Niemal przewróciła Silasa, wypadając z pomieszczenia. Też niosła jakieś zawiniątko, okutane od stóp do głów bandażami. Trzymała je pod pachą, jakby to była paczka, a ona spieszyła się na pocztę.

- Nie żyje! – krzyknęła Starsza Akuszerka. Potężnie odepchnęła Silasa na bok i popędziła korytarzem. W izbie rozległ się krzyk Sary Heap.

Silas z ciężkim sercem wszedł do środka. Ujrzał Sarę, którą otaczało sześciu bladych chłopców, zbyt przestraszonych, by płakać.

- Zabrała go – powiedziała bezradnie Sara. – Septimus nie żyje, a ona go zabrała.

W tym momencie coś ciepłego wyciekło z zawiniątka, które Silas wciąż trzymał pod płaszczem. Nie umiał ubrać w słowa tego, co chciał powiedzieć, więc po prostu wyjął zawiniątko i włożył je w ramiona Sary. Sara Heap zalała się łzami.

Komentarze

Brak komentarzy! Bądź pierwszy! Podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Dodaj komentarz

Wczytywanie...